Z londyńskiego metra




---
Ponieważ czytałam jego twórczość od końca, już wiedziałam, że autor urodził się w Holandii z matki Czeszki, potem został Kanadyjczykiem, a studiował w Stanach. Wszystko to wyjaśnia na początku swojej debiutanckiej książki. Wspomina również o poznaniu swojej dziewczyny Sylvie, która po studiach otrzymuje propozycję pracy w Kiribati. I lecą na wyspę Tarawę. Maarten oczywiście z głową pełną wizji nieskażonego tropikalnego raju, tymczasem rzeczywistość skrzeczy. Jest bieda, rafa koralowa zaśmiecona, a miejscowi (I-Kiribati) bez skrępowania załatwiają potrzeby naturalne do malowniczej zatoczki, gdzie autor chciałby zażyć rozkosznej kąpieli. Oraz nie ma co jeść. Teoretycznie są ryby, ale na masową skalę wyławia je Japonia, nie bardzo za to płacąc. Oprócz tego jest trochę importowanych puszek, i to wszystko.

Mieszkańcy atolu bardzo się różnią od Europejczyków czy Amerykanów: kiedy autor woła ostrzegawczo "rekin", zamiast uciekać radośnie wskakiwali do wody, żeby zapolować. Słyną również z umiejętności gubienia się na oceanie (ponieważ na przykład zapomnieli zatankować benzynę) i odnajdywania się w dobrym stanie po tygodniach czy miesiącach.

Styl autora jest ten sam co w pozostałych książkach: zwierzenia osobiste, z dużą dozą poczucia humoru, przesady i autoironii, zmieszane z rzeczowymi informacjami na temat miejsca pobytu. Jest tu mnóstwo gorzkich obserwacji, jak bezsensowna jest pomoc płynąca ze świata, polegająca na organizowaniu rozmaitych konferencji przez i dla ludzi, którzy nie mają pojęcia o życiu na atolu koralowym. Całość w każdym razie bardzo wciągająca, chyba nawet bardziej niż pozostałe książki.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani