Z londyńskiego metra




---
Weszła u nas na ekrany 24 października, pod tytułem "Cold War", w moim lokalnym kinie były zapełnione cztery rzędy, i byłam na sali wyraźnie najmłodsza, ale to był piątek po południu, być może to standard.

Wszyscy już oczywiście widzieli, więc odnotowuję dla siebie, że film pokazuje historię miłosną typu "love-hate" między Wiktorem, kompozytorem i akompaniatorem powstającego w 1949  zespołu ludowego, a jego śpiewaczką i tancerką Zulą, prostą młodą dziewczyną. Nie mogą żyć ze sobą, nie mogą żyć bez siebie, Wiktor w pewnym momencie wybiera wolność w Paryżu, w tle kawałek historii Europy z lat 50-60 - bardzo w tle, raczej impresjonistycznie. Jestem zachwycona konsekwentnym minimalizmem Pawlikowskiego, wybór dusznego wąskiego formatu oraz pozbawienie kolorów doskonale z nim współgrają, idealnie pasują do tamtych czasów. Film uzupełniony został za to cudownie dobraną muzyką: na początku amatorskie rzępolenie, potem nabierający kształtów zespół ludowy, jazz w Paryżu, poezja śpiewana, i tak dalej. Wszystko jest wspaniale przemyślane, w kolejnych scenach dzieje się tylko tyle, ile naprawdę musi, więcej tu się widz domyśla niż widzi, Tomasz Kot i Joanna Kulig są doskonali (pozostała obsada też, ale to na nich ciężar spoczywa), mistrzostwo.  

W końcu nadchodzą dwie ostatnie sceny, które w pierwszym odruchu określiłam jako "idiotyczne zakończenie". Po chwili trochę przemyślałam i oczywiście jest to zakończenie jedynie logiczne i uczciwe. Rzecz polega na tym, że ja nie czuję melodramatów. Irytują mnie bohaterowie uważający tę dziwną obsesję za miłość. A co, jeśli to naprawdę jest miłość, jedyna im dana; a co, jeśli nazwa nie ma znaczenia i istotna jest tylko siła tego uczucia, bez względu na określenie ("róża pod inną nazwą..."). Uczucie jest autentyczne, a wybory dokonywane przez bohaterów mogą być z boku uważane za idiotyczne, ale to nie jest powód, żeby nie robić o nich filmu. To ustaliwszy nadal mam nieokreśloną pretensję o sposób pokazania tych dwóch scen, coś w nich zgrzyta, ale ponieważ nie wiem co, pomińmy to milczeniem.

Po wyjściu z kina myślałam, że znakomicie pasowałoby tutaj, gdyby Wiktor był Żydem, wtedy byłoby wiadomo, dlaczego wyjechał, i dlaczego nie mógł wrócić. Otóż Pawlikowski zadedykował ten film rodzicom: okazuje się, że jego ojciec był Żydem, wyjechał z Polski w 1969 (reżyser miał 12 lat), do Austrii, rodzice się potem zeszli w Niemczech. "I o tym chciałabym zobaczyć film" - oświadczyłam w pierwszym odruchu. Tylko że reżyser nie chciał robić filmu realistycznego. Nienawidzę, kiedy autor wyjaśnia odgórnie, co miał na myśli, jak to naprawdę było, i co się powinno myśleć. Pawlikowski jest na przeciwnym biegunie: całkowicie ufa widzowi. Pokazuje interakcje między bohaterami i wierzy, że odbiorca sobie sam dośpiewa resztę z własnych doświadczeń i wiedzy. Obawiałam się, oglądając to we Francji, czy aby widzowie naprawdę są w stanie pojąć z tych szkicowych dialogów, jak wyglądał 1951 w Polsce, i dlaczego "Mazurek" musiał śpiewać pieśń pochwalną na tle portretu Stalina. Myślę, że tak; i to lepiej niż gdyby przez dwie godziny karmić ich złym krwawym Stalinem. A gdyby nie, to może sobie doczytają. 
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani