Z londyńskiego metra




---
Nie pamiętam kto i przy jakiej okazji polecił mi dawno temu "Wielkie solo Antona L". Polecił w każdym razie skutecznie, kupiłam tę książkę wtedy na allegro i przeczytałam faktycznie z dużą radością (nie wykluczam, że już o niej na blogu pisałam, ale nie pamiętam). To jedna z tych rzeczy, które potem przy różnych okazjach się człowiekowi przypominają. Za którymś kolejnym razem wróciłam do lektury.

Anton L. nie bardzo nadaje się na bohatera literackiego. Jest przeciętniaczkiem, urzędniczyną, hipochondrykiem, marudą, fajtłapą. Nudziarzem. Nikt by o nim nie chciał czytać. Tyle, że wyboru nie ma, jest bowiem ostatnim człowiekiem na świecie. Cała reszta znikła. Pewnej czerwcowej nocy zdematerializowali się dokładnie wszyscy, niemal bez śladu, jeśli nie liczyć ubrań. Dlaczego ostał się akurat Anton L., nie wiadomo.
Rzeczowa relacja Rosendorfera z samotniczego życia jego antybohatera wciąga niemal hipnotycznie. Czytelnik przyłapuje się na zastanawianiu, co sam by w takiej sytuacji zrobił i waha się między współczuciem a zazdrością.
Antonowi towarzystwa wcale nie brakuje, z jego wspomnień widzimy, że i otoczony przez homo sapiens z interakcji wewnątrzgatunkowej niespecjalnie korzystał. W którymś momencie zaczynamy jednak dostrzegać jak wiele niezauważanej na co dzień pracy wykonują ci pogardzani inni ludzie, i może jednak lepiej, że są.

Zakończenie (którego kompletnie nie pamiętałam z pierwszej lektury) jest dość zaskakujące, choć z pewnego punktu widzenia logiczne. Chcę inne książki Rosendorfera.

Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani