Z londyńskiego metra

dees (20.06.2018, 21:35)
Odwodnik, ja to widziałam na żywo, a nie mogłam się wyśmiać od razu. MUSIAŁAM to opisać!
odwodnik (20.06.2018, 18:01)
Jakbym to widziała. Bonifacę i Filemonę.
Zdecydowanie umiesz pisać



---
Pani, która przychodzi po mnie do poczekalni biurowej, ma chyba ze dwieście lat i ledwie się rusza. Ulegam złudzeniu, że jest tu tylko po to, żeby wskazywać petentom właściwy pokój, ale po chwili okazuje się, że to ona jest główną urzędniczką. Ma jednak za biurkiem obok siebie zdecydowanie młodszą następczynię, która robi wrażenie przerażonej. Ja dla odmiany jestem zachwycona, one wyglądają całkiem jak Bonifacy i Filemon, dlaczego nie mam ukrytej kamery?

Pada pytanie, z czym przychodzę, tłumaczę.
- AVH - urzędniczka wymawia niedostępny śmiertelnikom skrót z namaszczeniem i zadowoleniem, przestraszona młoda posłusznie kiwa głową, ja też kiwam, żeby się nie wyłamywać. Podaję dokumenty.
- Potrzebna mi jest karta przynależności do Związku - objaśnia urzędniczka. Spodziewałam się tego pytania.
- Nie mam, ale tu mam taki dokument i kopię - mówię. Tamta nawet nie zaszczyca tego spojrzeniem.
- Ale w ogóle w domu pani ma kartę, tak? - upewnia się.
- Nie mam, nie dali mi, ale tu mam taki dokument - nalegam.
- Bez karty nie mogę w ogóle założyć dossier - recytuje zadowolona Bonifaca. Tego też się spodziewałam.
- Bo mnie dali taki spis dokumentów - wyciągam magiczną kartkę - i tu, o tu - stukam palcem - jest napisane, że albo karta ALBO zawiadomienie o decyzji, i właśnie zawiadomienie o decyzji mam tutaj, z kopią - macham nim ponownie.

Konsternacja.
- Nie nie, musi być karta - mówi tamta, ale już słabiej. - Dobrze, a RIB pani ma? - zbija mnie z tropu nagłą zmianą tematu.
- Mam, oczywiście. - Nie daję się. - A tu proszę - znów stukam palcem - jest napisane, że karta ALBO zawiadomienie o decyzji, i to od 1 stycznia 2016 roku - używam kompletnie absurdalnego argumentu, ale w takim kontekście cyfry zawsze brzmią dobrze. Tamta powiada
- Proszę poczekać - zabiera mój dokument i wyczłapuje z biura. Czekamy. Czekamy. Czekamy. Ona nie wraca ranki i wieczory, we łzach jej czekam i trwodze... wcale nie, ja mam z tyłu głowy rechoczącego demona, którego z całych sił powstrzymuję przed wyjściem na zewnątrz, zaś przerażona młoda adeptka sztuki urzędniczej powiada w końcu, żeby przerwać straszliwą ciszę
- Długo to trwa... coś długo to trwa! - Uprzejmie przytakuję.

Młoda zabiera się więc za spisywanie moich danych na komputerze, którego klawiatura jest dla niej wyraźnie zupełną nowością, każdej litery szuka przez parę minut. Kiedy przychodzi do mojego numeru telefonu, podaję go z normalną prędkością, co okazuje się dla niej o wiele za szybkie, a ja powoli nie umiem, zaplątujemy się więc beznadziejnie w siódemkach i dziewiątkach, ale przychodzi zbawienie w postaci człapiącej mistrzyni biurokracji, która wraca, zasiada i bez słowa kontynuuje zakładanie dossier. Nie ośmielam się spytać, czy w takim razie mój dokument przeszedł przez kontrolę odgórną, przyjmuję spokojnie jej działania, bo nie mam do stracenia niczego.
- Bo tu zobacz, tu mi nie znalazło takiej ulicy - młoda nadal walczy z moim adresem w komputerze. Stara przechyla się przez nią, naciska dwa klawisze, nie wiem czy rozwiązują problem, bo strofuje uczennicę
- Poczekaj, później ci pomogę, na razie skończę z panią.
Istotnie, wyciąga prześliczną niebieską karteczkę i staranną kaligrafią wypisuje moje dane, żeby potem z dumą wręczyć mi récépissé. Wylewnie dziękuję, wychodzę, wypuszczam na zewnątrz demona.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani