Z londyńskiego metra




---
To jedna z wcześniejszych powieści Małeckiego, z roku 2011, autor był przed 30, debiutował parę lat wcześniej. Sięgnęłam po nią na chybił trafił, i od razu się zorientowałam, że to musi być relatywnie wczesna książka: w porównaniu ze skończonym, przemyślanym, dopracowanym "Dygotem" tu widać poszukiwania właściwego stylu i tonu. Przy czym Małecki jest tak dobrym i utalentowanym pisarzem, że to również czyta się świetnie. Jest tu dość karkołomny dwugłos, w pierwszej osobie mówią on i ona, młoda para. Rzadko udaje się sztuka wcielenia w dwie różne osoby, każda mówiąca własnym głosem i oglądająca tę drugą postać ze swojego punktu widzenia. Bardzo łatwo popaść w sztuczność, zbyt nachalnie zderzać odmienności. Na ogół pisarze przesuwają takie przeskoki narracyjne w czasie. Małeckiemu udaje się ta sztuka chyba od niechcenia; Natalia jest równie realistyczna co Karol. Rozmyśla o mężu znacznie więcej niż on o niej, jego zaprząta dawny kolega, zwany Pielgrzymem, żona jest tylko oczywistym uzupełnieniem jego codzienności.

W tle sączy się niepokój. Mimo rzeczowej narracji od razu wiemy, że wydarzy się tu coś niecodziennego, choć napomknienia o tym są na początku subtelne. Małecki idzie tu tą drogą, co Orbitowski, splatając polską rzeczywistość z niedopowiedzianym horrorem. Daje własną wizję walki dobra ze złem i pokazuje, że zawsze mamy możliwość wyboru.

Uśmiechnęłam się na pomysł, że bohater po ciężkim wypadku i wielu tygodniach w gipsie złapie pięciolitrowy baniak z wodą i będzie samodzielnie ćwiczył. To w sumie dobrze, że młody autor nie miał pojęcia o realiach rehabilitacji. Natomiast zupełnie nie do śmiechu mi było przy przejmujących opisach śmiertelnej choroby, z ogromną dojrzałością oddanego radzenia sobie z ostatecznością. To pisarz o niezwykłej wrażliwości.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani