Z londyńskiego metra




---
Nie wiem już czego szukając sięgnęłam nagle po Grodzieńskiej "Urodził go 'Niebieski Ptak'" i wsiąkłam, płacząc na każdej stronie najpierw ze śmiechu. To jest rzecz w założeniu o Jarosym, legendarnym konferansjerze i dyrektorze teatrów w przedwojennej Warszawie, który z pochodzenia był Węgrem, polskiego nauczył się przyjechawszy do naszego kraju, a miał już 34 lata. Grodzieńska najpierw była girlsą ("piplają") w jego kabaretach, potem awansowała na autorkę i współpracownicę, a ostatecznie na przyjaciółkę. Jarosy do końca mówił po polsku z charakterystycznym akcentem, który Grodzieńska pewnego razu udatnie podrobiła na scenie w skeczu, gdzie miała grać francuską nauczycielkę. Ugotowała swojego mistrza totalnie, co wspomina ze zrozumiałą dumą. Co mi zresztą przypomina jakieś przedstawienie w bodaj Buffo (a może w Rampie), gdzie konferansjerami byli Mann i Materna, tego ostatniego aktorzy czymś rozśmieszyli tak, że nie mógł mówić i chował się za kurtyną. Mann zachował kamienną twarz, co było jeszcze śmieszniejsze.

Wracając do przedwojnia, jest tu masa znanych dowcipów... znanych, tak, pisze z przekąsem Grodzieńska, ale WTEDY były świeżutkie i nowe. Ech, wzdycham z zazdrością, że to wszystko widziała i przeżyła, a potem nieunikniona nadchodzi wojna, i już nie zazdroszczę, i na każdej stronie płaczę tym razem ze wzruszenia. Choć i tu nie brakowało elementów jak z filmu, na przykład bezczelna ucieczka Jarosy'ego z gestapo. A potem to jest już tylko spokojna, przejmująca opowieść o niewyobrażalnym. Grodzieńska przed kapitulacją co rano chodziła stać po chleb w kolejce ostrzeliwanej przez niemieckiego lotnika. Żadna z kobiet się nigdy nie cofnęła, ale na szczęście lotnik nie był specjalnie skuteczny, na miejscu zginęły tylko dwie kobiety, relacjonuje autorka ze niepojętym spokojem, a mnie braknie wyobraźni. Nie rozstała się praktycznie ani na chwilę ze swoim mężem, Jerzym Jurandotem, po wojnie urodziła mu córkę Joannę, która zmarła w grudniu ubiegłego roku. Przetrwali wojnę zachowując niewyobrażalne przecież w tej sytuacji poczucie humoru. Regularnie odwiedzali ukrywającego się (między innymi w getcie) Jarosy'ego.

Grodzieńska pisze o swoim mistrzu w samych superlatywach, trudno jej się dziwić. Ale nawet jeśli przesadziła nieco z wygładzaniem, pochwałami i pozłotą, jeden fakt nie ulega wątpliwości. Jarosy miał obywatelstwo austriackie, mógł wyjechać. Nie mówiąc o tym, że mógł przynajmniej na początku iść na współpracę z Niemcami. Sama Grodzieńska zresztą miała ojca w Szwajcarii. Też mogła się uratować. Teraz już takich ludzi nie robią.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani