Z londyńskiego metra




---
Wychowałam się na Tuwimie. Zupełnie nie pamiętam, skąd mi się w ogóle wziął, ani kto i w jakich okolicznościach mi go podsunął (Matka moja była raczej wyznawczynią Słowackiego). Za to doskonale pamiętam z najmłodszych lat stare wydania "Kwiatów polskich", "Jarmarku rymów, "W oparach absurdu" i Cicer cum caule". Spędzałam nad tą lekturą sporo czasu, do dzisiaj z pamięci potrafię recytować fragmenty "Kwiatów polskich" oraz rozmaite mniej poważne zabawy językowe ("Słowocowe hybrydy" czy "Wiersz, w którym autor grzecznie lecz stanowczo uprasza..."). Wiedziałam, że "Ozór na szaro" to odpowiedź na "Skumbrie w tomacie" (to też znałam na pamięć) mojego drugiego mistrza, Gałczyńskiego. A zatem biografię Urbanka położyłam, żeby leżała, z podświadomego strachu, że dowiem się czegoś niechcianego o moim odwiecznie ukochanym autorze.

Z biografii Ireny Tuwim dowiedziałam się o... znamieniu na policzku Juliana. Zabawne, że wcześniej nie miałam o tym pojęcia, ale zawsze wolałam raczej czytać twórczość niż interesować się wyglądem autora. Tymczasem to znamię znacząco wpłynęło na życie poety, co zgodnie przyznają i Augustyniak i Urbanek. To być może dlatego tak szaleńczo zakochał się w Stefanii Marchwiównie, nie wierząc, że taka piękność naprawdę zechce zostać jego żoną. Był z nią bardzo silnie związany aż do końca.

W dwudziestoleciu międzywojennym Tuwim był niewiarygodnie płodnym twórcą, rozrywanym tekściarzem kabaretowym, a poza tym już uznanym i cenionym poetą oraz tłumaczem. Przed wybuchem drugiej wojny jego dzieła nie były jednak oceniane obiektywnie przez prawicowych publicystów. Urbanek przytacza fragmenty recenzji, szokująco ziejących nienawiścią. W zestawieniu z tymi obelgami bledną nawet dzisiejsze popisy internetowych trolli, zwłaszcza, że chodziło przecież o kulturę, nie o politykę. Tuwim był do tego przyzwyczajony, w ówczesnej Polsce antysemityzm kwitł, pisze o tym choćby Monika Sznajderman w "Fałszerzach pieprzu". Powszechne było przekonanie, że Żydów należy się z Polski pozbyć. Na jakimś poziomie mogę je nawet zrozumieć: było ich mnóstwo (jedna trzecia ludności w miastach), mieli własny, hermetyczny świat, własną kulturę; oczywiście, że to musiało budzić lęk.

"Kwiaty polskie" powstały już na wojennej emigracji, w Rio de Janeiro. Po wojnie Tuwim wrócił do kraju, dzięki czemu możemy zadawać sobie odwieczne pytanie, dlaczego zdecydował się na wychwalanie panującego tam ustroju (uwaga, wiersz "W Poroninie" wychwalający Lenina nie jest jednak autorstwa Tuwima, tylko Janusza Minkiewicza). Że wybrał powrót, to oczywiste: był Polakiem i chciał wrócić do ojczyzny. Dlaczego się nie pohamował i wyprodukował parę wierszy za dużo, nie dowiemy się. Oczywiście, z naszej perspektywy łatwo mowić, że nie musiał. Być może nie wiedział, że nie musi. Być może skoro już wybrał powrót, uznał, że powinien iść za ciosem. A może zwyczajnie miał nadzieję, że komunizm mimo swoich różnych wad przynajmniej nie będzie go źle traktował z racji żydowskiego pochodzenia? Może uwierzył w prawdziwą równość obywateli? Człowiekowi, który z tego powodu był przed wojną nieustannie bezpardonowo atakowany, musiało na tym bardzo zależeć.

Ostatni rozdział biografii Urbanka przedstawia Tuwima "wiecznie żywego", muszę przyznać, że robi wrażenie wyliczanka sposobów, na jakie są do dziś wykorzystywane jego wiersze i aforyzmy. Na zakończenie natomiast, już po kalendarium, mamy rozmowę z jego córką Ewą, adopotowaną zaraz po zakończeniu wojny.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani