Z londyńskiego metra




---
To w ogóle nie jest fantastyka, ale jest to niewątpliwie Le Guin ze swoją wyciszoną, subtelną narracją. Nie jest to również powieść, tylko zbiór rozdziałów połączonych między sobą miejscem akcji: fikcyjnym miasteczkiem Klatsand na wybrzeżu Oregonu. Kobieta, która w pierwszym rozdziale prowadzi podupadający motel, pojawi się później widziana oczami kolejnego bohatera. To samo zdarzenie będzie zrelacjonowane z punktów widzenia dwóch różnych osób. Przedziwna rzecz, jakoś między wierszami niepokojąca. Nie należy tu się spodziewać żadnych wyraźnych puent: po prostu toczy się życie, ludzie mieszkają, przyjeżdżają, wyjeżdżają, umierają, wchodzą ze sobą w interakcje. Nawet dramaty są tu stonowane.

Ostatni rozdział jest najdłuższy (zajmuje jedną trzecią książki) i jest to zdekomponowana saga rodzinna obejmująca 80 lat wieku XX, relacjonowana w niechronologicznie ułożonych fragmentach opowieści różnych kobiet z tej samej rodziny, a właściwie nawet linii (niektóre z nich pojawiły się przelotnie wcześniej). Ja wiem, że to nie brzmi w opisie dobrze, ale wyszła z tego bardzo ładna mozaika, wnikliwa, dyskretna i niespodziewanie wciągająca. Przyznam, zdarzyło mi się pomyśleć "ale ona umiała TAK pisać, i pisała fantastykę?". Oczywiście to ma sens: w fantastyce była (i nadal jest) niekwestionowaną królową, podniosła poprzeczkę bardzo wysoko, pokazała, jakie światy można tworzyć i jakimi tematami się zajmować. W głównym nurcie byłaby jeszcze jedną pisarką, dobrą czy bardzo dobrą, ale z dużo większą konkurencją.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani