Z londyńskiego metra




---
Znakomite, o dwie klasy lepsze od poprzedniej, która też wcale nie była zła, ale tu jest akcja, akcja, akcja. Przedwieczne Zło tym razem czai się w głębinach oceanicznych, a Bond jest otwarcie przywoływany na każdej stronie, ponieważ osnową akcji jest skrypt wymuszający na uczestnikach odgrywanie bondowskiego schematu. W głównej roli jak zwykle Bob Howard, komputerowy nerd bez licencji na zabijanie, za to z umiejętnością programowania czarnej magii, zatrudniony przez firmę wymagającą wypełniania formularzy i zatwierdzania każdego wydatku. Tymczasem akcja wymaga przegrania w bakarata dwudziestu tysięcy bez mrugnięcia okiem, a przecież nie płacą mu tyle, żeby mógł sobie na to pozwolić. Ta mieszanka satyry i Bonda z technothrillerem jest oszałamiająca i świetnie wyważona. Miejscami śmiałam się prawie do spadnięcia z łóżka, zwłaszcza ze Smarta. A maskara jest doskonale wymyślona. Stross ma fajnego bohatera, a właściwie wszystkich bohaterów, ale ten główny zwłaszcza podchodzi do życia z doskonale mi znaną ironią. Zaczęłam się martwić tylko tym, że nie starczy mu rozpędu na kolejne tomy, które są liczne.

Końcówkę książki zajmuje uroczy esej o Bondzie i jego twórcy, a przedtem krótkie opowiadanie "Pimpf", w którym Bob musi ratować swojego stażystę uwięzionego w grze fabularnej. Chyba wiem, co czytał Stephenson przed Reamde, co oczywiście jest mało odkrywczym stwierdzeniem. Przybyłek swojego Gamedeca wymyślił z kolei wcześniej, widać to dość oczywisty pomysł.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani