Z londyńskiego metra




---
Wzięłam do ręki i uświadomiłam sobie, że po "Accelerando" oraz "Stanie wstrzymania" kompletnie nie wiem, czego się po tym spodziewać. Trafiłam w sedno, "Szklany dom" jest czymś pomiędzy. Świat z czasów po Akceleracji, czyli daleka przyszłość; ludzie (i inne gatunki) mieszkają w sztucznych habitatach umieszczanych na orbitach rozmaitych słońc, przechodzi się między nimi przy pomocy bramek, czyli tuneli czasoprzestrzennych. Bramka może człowieka rozebrać na atomy, zbackupować, i odbudować w innym ciele - albo i tym samym, tylko pozbawionym chorób i innych usterek. Z backupu można się oczywiście odtworzyć po śmierci, co czyni pojedynki miłą rozrywką na niedzielne popołudnie. Można też sobie usunąć znaczną część pamięci, co się przydarzyło Robinowi. Nie bardzo wie kim jest, jeszcze mniej kim był, ani dlaczego jego poprzednie ja postanowiło go pozbawić wspomnień. Tymczasem otrzymuje interesującą propozycję wzięcia udziału w symulacji tzw. wieków ciemnych, czyli sprzed Akceleracji. Po ludzku mówiąc skądinąd znanej nam epoki 1950-2040. I tu jest zasadnicza część powieści. Robin znajduje się w dość przerażającej symulacji 1950. Ludzie przestrzegają narzuconych im reguł, ponieważ zdobywa się za nie punkty, a za punkty dostanie się po wyjściu kasę. Błyskawicznie rzecz wymyka się spod kontroli, idąc za eksperymentem Zimbardo. To jest naprawdę znakomicie opisane, i te wszystkie "jak to, oni nosili takie obcasy, i takie coś na szyi, ale PO CO" których Stross nam nie szczędzi, brzmią bardzo naturalnie. Ale to nadal jest dopiero początek. Symulacja wcale nie jest takim niewinnym eksperymentem, jak została przedstawiona. Kryje się za nią dużo, dużo więcej.

Kapitalna rzecz. Miejscami są tu jakieś odległe echa Kultury Banksowej, te wspomnienia wojen w kosmosie i gigantyczne statki kosmiczne o dziwnych imionach, ale to daleka konotacja. Miałam też chwilami luźne skojarzenia ze starym dobrym Heinleinem ("Luna to surowa pani"), a to nie jest komplement, który dawałabym lekką rączką. Większość akcji toczy się w symulowanym wieku XX opisywanym z punktu widzenia istoty znacznie bardziej zaawansowanej cywilizacyjnie, co mimo oczywistości jest urocze i się nie nudzi. W ogóle o nudzie tu się nie da mówić, zarwałam dwa wieczory, i musiałam się odrywać od lektury siłą z rozsądku.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani