Z londyńskiego metra

dees (10.10.2018, 12:22)
b. film jest ulizany, wycięli wszystkie naprawdę dramatyczne sceny. ale aktorki dobrane cudownie.
b. (08.10.2018, 19:13)
to angielskie jest czytane przez chyba 4 (jestem w m.w. 1/3 i na razie sa tylko 3) ale jedna z nich to Octavia Spencer a te oczywiscie uwielbiam. ksiazki nie czytalam wczesniej mimo ze ogladalam film, ale chyba ten nie zrobil na mnie az takiego wrazenia (mimo ze tez dobry) jak ksiazka do tej pory.
dees (05.10.2018, 09:46)
b. nie, po polsku, z Seniuk!
b. (04.10.2018, 19:20)
wlasnie zaczelam sluchac. sluchalas po angielsku?
ds (27.09.2018, 09:06)
ja uważam, że jest całkiem sporo!
batumi (27.09.2018, 08:07)
oj, mnie się też podobała, i książka i film. szkoda, że tak mało jest takich dobrych dzieł... ale pewnie byłoby nudno



---
Jesteśmy w 1962 w Jackson w stanie Missisipi. Mówi Aibileen, pięćdziesięcioparoletnia czarna, służąca u państwa Leefolt, opiekunka ich dwuletniej córeczki. Ocenia swoich państwa surowo, ale dziecko kocha, jest kobietą prostą, dobroduszną, ale i twardą, bez złudzeń oceniającą los swój i swoich pobratymców. Potem włącza się Minny Jackson, młodsza czarna, która właśnie zaczyna służbę u pani Celii Foote, odrzuconej przez miejscowe towarzystwo, bo pochodzącej z białej hołoty, choć udało jej się dobrze wyjść za mąż. Wszystko tu wygląda inaczej, niż Minny znała dotychczas, a jest osobą o niewyparzonym języku, ktora już 19 razy z tego powodu traciła pracę. I w końcu mamy narrację pokazanej poprzednio z punktu widzenia Aibileen panienki Skeeter, która po studiach wróciła do domu i zdaniem matki powinna szybko znaleźć męża. Wcale jej jednak do tego niespieszno - ona chce pisać. I znajduje temat: życie czarnych służących. Nie może z nimi jednak rozmawiać ot tak, to byłby skandal, a czarne też wcale nie chcą się zwierzać dziwnej białej pani. Nie pomaga fakt, że panienka Hilly, przyjaciółka Elizabeth i Skeeter, rozkręca kampanię na rzecz budowania dla czarnej służby osobnych toalet. Jak dowodzi z powagą i "naukowo", choroby kolorowych przenoszą się przez mocz, a biali nie są na nie odporni. Właściwie trudno się dziwić, że ulegano tej argumentacji, dziwi jedynie to, że tym potencjalnie tak groźnym czarnym bez namysłu ani specjalnych obaw masowo powierzano dzieci i kuchnie. W tle organizowany właśnie przez Martina Luthera Kinga marsz w obronie praw czarnoskórych.

A to dopiero początek tej szalenie wciągającej powieści, którą przyswajałam w formie bodaj najlepszego znanego mi audiobooka: świetnie czytanego przez trzy doskonale dobrane do ról aktorki. Stockett pewne rzeczy przerysowuje (drażniące jest na przykład ciągłe podkreślanie, jak złą matką jest Elizabeth; zbyt grubymi nićmi jest też szyta postać Celii), ale ciągle miałam w głowie, że to co pisze, to jest w zasadzie sama prawda, i jednocześnie nie mogłam w to uwierzyć. Był rok 1963, potem 1964, za chwilę ludzie mieli lądować na Księżycu, a równolegle istniała segregacja rasowa, bo przecież "jesteśmy równi, ale różni", jak z idiotyczną naiwnością głosiły białe panie, przekonane, że przecież czarna służba musi być zachwycona faktem posiadania własnej łazienki. I że czarni sami nie chcą iść do szkoły z białymi uczniami, bo jest im za trudno. A to i tak pół biedy; za tym przecież szły uchodzące na sucho rozmaite represje wobec czarnych.

Fantastycznie odmalowane i zróżnicowane są tu postaci (nawet jeśli Hilly jest może odrobinę zbyt demoniczna, a kolorowe z kolei jednak nieco wyidealizowane). Doskonale uchwycony skomplikowany stosunek czarnych do białych: zdominowany przez strach, bo są od nich beznadziejnie zależne. Jest w nim pogarda, ale jest i szczere przywiązanie, przynajmniej do dzieci, które wychowują całymi latami i które je kochają jak prawdziwe matki. Widać, jak kolorowe w odruchu obronnym tworzą sobie własny świat, do którego białe nie mają wstępu. Umiejętnie stworzone zostały tajemnice w tej książce, wcale nie oczywiste. Całość jest zachwycająco barwna, przygnębiająca, boleśnie prawdziwa, naprawdę wciągająca i warta przeczytania, a na pewno wysłuchania. Została również sfilmowana ze świetnie dobranymi aktorkami, ale film jest mocno wygładzony wobec powieści.

Książka pisana przez Skeeter ma tytuł "Help", co zostało przełożone jako "Pomoc", podczas gdy w oryginale powieść nazywa się "The Help". Zastanawiam się, czemu ta analogia nie zostało zachowana w przekładzie. Poza tym jedna z lektorek informuje nas o święcie nazywającym się "Czanuka", na co bardzo prychnęłam; ale innych uchybień nie zauważyłam. Ta debiutancka powieść z roku 2009 została odrzucona przez sześćdziesięciu agentów; ciekawe, po ilu ja bym się poddała. I ciekawe, ilu z nich zmieniło pracę po tym, jak przez dwa lata utrzymywała się na szczycie listy bestsellerów i sprzedała się w milionach egzemplarzy.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani