Z londyńskiego metra

A.I. (11.01.2019, 12:02)
Potwierdzam, świetna książka.



---
Przy okazji biografii Ćwierczakiewiczowej napisałam swobodnie o gotującej służbie, ponieważ miałam świadomość, że była wtedy zjawiskiem absolutnie powszechnym. Miałam też idylliczną wizję nianiek, które z oddaniem pielęgnują dzieci, a potem stają się członkami rodziny (pod koniec wieku XX we Francji gościłam u rodziny, która miała taką właśnie starą nounou, dzieci już dawno dorosły i założyły własne rodziny, ale nounou została w domu). Zdawało mi się chyba, że dziewki kuchenne pracowały jak dziś 8 godzin, dostawały pensję i wyżywienie, a w dodatku miejsce do mieszkania.

Joanna Kuciel-Frydryszak rozwiewa te złudzenia. Do służby szły już dziewczynki 6-8-letnie, z przymusu, bo na wsi nie było dla nich innego wyjścia. Służąca do wszystkiego budziła się o 5 rano, rozpalała w piecach, szła po zakupy, robiła śniadanie, sprzątała, gotowała obiad, sprzątała, cerowała, podawała kolację, sprzątała, i tak do 9 wieczorem. 14 godzin ciężkiej fizycznej pracy dzień w dzień. Nie wolno im było wychodzić bez zgody pana. Połowa służących spała w kuchni, czyli nie miała własnego kąta. Te, które miały pokoik, często miały tam wilgoć i zaduch. Światłe umysły ówczesne pisały artykuły podkreślające, że służbówki powinny mieć okno i szafę. Służące często zwalniało się ot tak, przy okazji wyjazdu na urlop, żeby jej nie trzymać niepotrzebnie. A już w przypadku choroby oraz na starość te kobiety nie miały absolutnie żadnego zabezpieczenia. Autorka opisuje przypadki skrajne: bywały też dobre rodziny, które wierną niańkę trzymały do końca na łaskawym chlebie. To jednak była rzadkość. Większość po rezygnacji z własnego życia, po ofiarnym go poświęceniu na rzecz obcych ludzi umierała w szpitalu i pozostawała bezimienna w pamięci swoich wychowanic (tę francuską nianię z moich wspomnień też zresztą kojarzę wyłącznie jako Nounou). A to i tak był dobry los. Mnóstwo młodych służących straciwszy pracę zostawała prostytutkami. Była też kwestia nieślubnych dzieci, które trzeba było oddać na wychowanie, nie można było służyć z potomkiem. Tu zresztą doświadczyłam zupełnie dosłownego opadu szczęki. Okazuje się, że znana skądinąd Angela Merkel jest wnuczką po mieczu Ludwika Kaźmierczaka (po przyjeździe do Niemiec w latach 1920 zmienił nazwisko na Kasner, panieńskie nazwisko Merkel), który z kolei był nieślubnym synem poznańskiej służącej Anny Kaźmierczak. Jego matce się udało, wyszła za mąż, urodziła kolejne dzieci, mogła pierworodnego zatrzymać i wychować.

Służki były bite (plastyczne słowo popychadło nie wzięło się znikąd) i nie miały żadnego prawa się poskarżyć. Bywało i tak, że pani siadała na krzesełku i przyglądała się, jak służąca (lat na przykład dziewięć) ściera kurze. A jeśli jej się nie spodobało, nie przebierała w środkach wyrazu. Dziewczyny były również głodzone. Wiedziałam oczywiście, że służba zawsze jadła gorzej jakościowo niż państwo, okazuje się jednak, że wcale nie do syta. Nawet osoby światłe traktowały te kobiety jak urządzenia do pracy. Kuciel-Frydryszak przytacza list jakiejś działaczki, skarżącej się siostrze, że nie może służącej używać na pokojach, bo jest niezgrabna i chodzi w tych wielkich zabłoconych buciorach, może dałoby się posługiwać jej trzynastoletnią córką, jeśli da się ją przyuczyć. Używać, posługiwać - jak sprzętem.

Dalej są natomiast wspomnienia rozmaitych pisarzy o ich niezapomnianych służących, często wzruszające. Jest Iłłakowiczówna, która podczas wojny z rumuńskiego Cluj pisała listy do swojej Grabosi, a po wojnie się nią opiekowała. Zygmunt Niewidowski, mąż Magdaleny Samozwaniec, wspomina Kucharcię Kossaków. Jest też o przedziwnej relacji łączącej Nałkowską z jej służącą Genią, chociaż "służąca" nie jest w tym przypadku odpowiednie. To Genowefa rządziła w tym związku. Była z pisarką do śmierci.

Międzywojnie się kończy, sytuacja Żydów gwałtownie się pogarsza. Ich polskie służące wykorzystują sytuację, żeby szantażować niedawnych państwa. Są również takie, które idą ze swoimi rodzinami do getta, i nie chcą go opuścić, nawet kiedy getto zostaje zamknięte. Są takie, które swoich państwa ratują z narażeniem życia. I jest Aniela, która najpierw ukrywa cztery osoby z rodziny, potem zostaje z jedną dziewczynką, którą przechowuje w swoim pokoiku na wsi u zwolennika Hitlera. Nie może jechać opiekować się umierającą matką, ponieważ zostawiłaby dziecko samo. Aniela po wojnie wraca do niedobitków rodziny, babcia uratowanej dziewczynki traktuje ją znowu jak służącą, każe spać w kuchni i podawać sobie herbatę. Jest to temat-samograj na jakiś film.

Świetna lektura, bardzo wciągająca i otwierająca oczy.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani