Z londyńskiego metra




---
"Trawa" robi takie wrażenie, że natychmiast poszłam kupić kolejną książkę autorki, opisywaną jako druga z "Trylogii Arbaiów", ale to tylko dlatego, że żyjemy w 2019 i wszystko musi być częścią cyklu. W rzeczywistości powiązanie jest tylko anegdotyczne: to jest samodzielna rzecz, a jej początek jest jeszcze bardziej oszałamiający i zbijający z tropu, niż w "Trawie". Jesteśmy w odległej przyszłości, w innym układzie słonecznym, na planetce zwanej Hobbs Land, skolonizowanej przez ludzi, którzy zastali tam niedobitki wymierającej rasy, oraz jednego ich boga. Nikt nie wiedział, czy ten jest rośliną, zwierzęciem, czy minerałem, nikt tego nie badał, bóg był sobie, aż umarł. To miało nieoczekiwane skutki dla miejscowej społeczności farmerów, żyjących w Settlement One, jednej z dwunastu tutejszych niewielkich osad. Ale nie przywiązujmy się nadmiernie do teraźniejszości, bo autorka natychmiast zaczyna opowiadać o przeszłości Sama, miejscowego Topmana. W ogóle zachowuje się tak, jakby nikt nigdy nie nauczył jej żadnych zasad pisania powieści: wrzuca nam od razu swobodnie kilkanaście dziwacznych imion i nazwisk (Sam jest skrótem od Samasnier; ziemskie imiona są dobre dla Ziemian), przenosi się w czasie i przestrzeni, czytelnikowi kręci się w głowie; i jakimś cudem z tej rozsypanej układanki wyłania się świat.
- Ty, ale to wcale nie jest fantastyka. To jest realizm magiczny... w sf - szepnęła do mnie część mózgownicy, wstrzymując oddech z zachwytu. Istotnie, Settlement One to jest właściwie Macondo na innej planecie, chociaż nie tylko i nie cały czas.

Matka Sama uciekła z rodzinnej planety z dziećmi, a kiedy przybyła na Hobbs Land, powiedziała z ulgą, że tu nie ma legend. Dorastający Sam chce się jednak czegoś dowiedzieć o baśniach, idzie więc do lokalnych Archiwów - i odkrywa przeszłość ludzkości. W tym mit o Tezeuszu. Ponieważ tęskni za swoim ojcem, zostawionym na tamtej planecie, wyobraża sobie od tej pory, że ten pod jakimś kamieniem zostawił mu sandały i miecz. Nawet rozumiejąc, że to tylko metafora, chodzi i podnosi kamienie - stąd tytuł, a za nim idący mocny, precyzyjny i plastyczny przekaz. Na Hobbs Land panuje matriarchat, dzieci nie mają ojców, tylko nieistotnych progies (progenitorów), wychowywane są przez matki wspierane przez wujów, Sam nie może więc zajmować się własnym synem. A chciałby. To, co opisałam, to nawet nie jest jeszcze początkowe 4% powieści, co daje pewne pojęcie o gęstości narracji Tepper.

W jednej trzeciej książki dostajemy podrozdzialik zupełnie odmienny w tonie od dotychczasowej solennej powagi: właściwie satyryczny, nieco w duchu Vonneguta. Byłam tym zupełnie zaskoczona, a potem autorka wykorzystuje to do wprowadzenia pewnej lekkości do swojej opowieści, co wychodzi jej częściowo na dobre, choć jednocześnie miałam nieco za złe nadmierną dosłowność paralel ze światem nam współczesnym. Potem wracamy do spraw poważnych. Od połowy już mniej więcej wiadomo, co dalej będzie, co zupełnie mi nie przeszkodziło czytać z zapartym tchem, a nawet dyskretnie otrzeć oko. Pod koniec rozwój wydarzeń znowu mnie nieco zaskoczył.

Można się tu czepiać wielu rzeczy; autorka chwilami bywa zbyt dosłowna, chwilami naiwna. Co wcale tej książce nie przeszkadza, jest to rzecz wyrastająca ponad fantastykę z zaskakującą łatwością. Jedna z tych, przy których człowiek myśli "ale dlaczego właściwie wszyscy tak nie piszą, przecież to wygląda na takie proste". Bohaterowie są wielowymiarowi, świat porywająco złożony i realistyczny.  

Sheri Tepper docenia moc opowieści, i daje przepiękne porównanie ich do pajęczyny. Jak jej nitki, tak mity łączą przeszłość z teraźniejszością, a potem splatają się ze sobą, tworząc oddzielną przestrzeń ułatwiającą zrozumienie siebie nawzajem i siebie samych. A z drugiej strony przypomina, że patrząc wstecz nie da się iść do przodu.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani