Z londyńskiego metra




---
Nadeszła pora karmienia zwierząt. W Poul Fetan mają owce, kury, krowy i konia, oraz prześmieszne świnie z uszami zasłaniającymi oczy. Najpierw udaliśmy się do kur, które dostały ziarno (do jego rozrzucania wykorzystano oczywiście obecne przy tym dzieci) oraz resztę kaszy. Przewodniczka poszła z dziećmi wybrać jajka, które następnie w wiaderku wyłożonym słomą niósł dumnie mój syn. Zrobiliśmy przystanej przy owcach karmionych ziarnem z ręki, a potem gotowane ziemniaki dostały świnie. Koło zwierząt jest teren poświęcony grom bretońskim, wszystko takie jak w XIX wieku, drewniane kręgle i metalowe krążki do rzucania. Następnie poszliśmy tańczyć tańce bretońskie, w kółeczku. Taniec był wtedy bardzo istotną formą rozrywki (bo innych nie było). Tańczyło się na przykład przy okazji pardon, typowo bretońskiego święta, czegoś w rodzaju polskiego odpustu połączonego z procesją, poświęconego konkretnemu świętemu.

Wytańczywszy się pognaliśmy oglądać pranie. To pamiętałam z poprzedniego pobytu, wtedy byłam zachwycona, nadal jestem. Dziewczyny klękają przy kamieniach w specjalnych skrzynkach wyściełanych słomą i piorąc (nacieranie mydłem, klepanie drewnianym klepadłem, płukanie w naturalnym baseniku) i prowadzą pogawędkę o teściowych oraz swoich mężach przesiadujących w karczmie. Po skończeniu prania stwierdziliśmy, że widzieliśmy już chyba wszystko... a nie, zostało mielenie kolcolistu. W tym celu jedna z mieszkanek wioski przyprowadziła klacz (rasy postier breton, rodzaj konia pociągowego), i zaprzęgła ją do kieratu, który obracał żarnami miażdżącymi kolcolist. Jak sama nazwa wskazuje, jest to roślina kłująca, czyli bez zmielenia nie można jej podać zwierzętom, ale po pierwsze spożywana przez krowy nadaje ładny żółty kolor masłu, a po drugie zawiera azot, który po przejściu przez układ pokarmowy bydlęcia wychodzi jako znakomity nawóz (skąd oni to wiedzieli?). Kolcolist rośnie powszechnie w lasach i nad morzem, wąchaliśmy go na naszych spacerach z zachwytem i niedowierzaniem, ma bowiem żółte kwiaty, które pachną dość surrealistycznie wanilią i orzechem kokosowym.

Na sam koniec jest opowieść o zabawkach robionych przez dzieci, kiedy nie pasały bydła, nie wyczesywały wełny i nie robiły świeczek. Animatorka nauczyła nas robić z sitowia łódeczki z żaglem z liścia, które następnie puściliśmy na stawek służący do prania. Pływały doskonale, bo sitowie jest gąbczaste w środku i świetnie się unosi na wodzie. A potem naprawdę był już koniec tego dnia pełnego wrażeń. Wioska jest doskonale zorganizowana, animacje są tak rozłożone w czasie, żeby z jednej od razu przechodzić na następną, i w większości są dwie jednego dnia (z wyjątkiem zwierząt), wszystko było punktualnie. Są też dwie animacje równolegle, żeby trochę rozdzielić turystów, którzy tym razem nie przybyli tłumnie, dzięki czemu mogliśmy wszystko dokładnie obejrzeć, sami zrobić, dotknąć i zadać milion dociekliwych pytań.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani