Z londyńskiego metra




---
Wracając z Bretanii zatrzymaliśmy się w Poul-Fétan, ożywionym skansenie przedstawiającym dziewiętnastowieczną wioskę bretońską, który zwiedzaliśmy trzy lata temu. Podobało mi się tam szalenie, i z radością odkryłam, że nadal jest to cudowne miejsce. Dość powiedzieć, że spędziliśmy tam cały dzień nie nudząc się ani chwili. Wizyta zaczyna się od baśni snutej przez panią odzianą oczywiście w ówczesny strój chłopki, z obowiązkowymi drewnianymi chodakami (po bretońsku botoù koat) na nogach. Baśń jest prosta: Pierrick spotyka złotowłosą Roséanne, ale ojciec wcale nie chce jej wydawać za mąż, i stawia pretendentowi do ręki wymagania. Najpierw ma przynieść chleb złoty jak włosy córki. Pierrick jest zrozpaczony, ale pomaga mu lokalny skrzat, korrigan - tu udajemy się do miejscowej piekarni i oglądamy, jak bajarka szybko zagniata ciasto chlebowe. Ojciec panny nie jest wystarczająco zadowolony z koloru chleba i żąda tym razem liny złotej jak włosy panny. Przeszliśmy do domu, w którym przędzie się konopie, a następnie z konopnego sznurka należało zrobić linę. Tu bajarka zażądała pomocy. O dziwo zgłosił się mój syn, który na ogół nie jest taki wyrywny. Musiał stanąć na platformie z kółkami i korbką, przy korbie stacjonarnej z drugiej strony stanęłam ja, bajarka porozciągała sznurek na haczykach, a potem należało kręcić. W miarę skręcania liny dziecko podjechało do mnie na plaformie, a wykonaną linę dostało w prezencie. Nie wystarczyła jednak Pierrickowi do zdobycia ręki panny, i przeszliśmy do hali, gdzie pokazano nam wyrób koszyczka ze słomy (tej samej, z której robili strzechy, w ówczesnej biednej Bretanii niczego się nie marnowało). Pierrick w końcu mógł poślubić ukochaną, a my udać się na obiad do miejscowej restauracji, co okazało się doskonałym pomysłem, je się tam bowiem jak w epoce: wyłącznie łyżką i nożem, widelców jeszcze nie znali. Zjedzenie łyżką sałaty i przepysznego skądinąd farz, rodzaju omletu z warzywami, okazało się niełatwe, ale wykonalne (dziecko przemyślnie zamówiło zupę, też pyszną). Na deser ciasto jaglane.

Po tym przerywniku udaliśmy się do domu Louise, która najpierw pokazywała wyrób świeczek. Zacząć należy właściwie od ula, który ówcześnie był rodzajem sporego kosza stawianego do góry dnem, z zostawionym otworem dla pszczół przy dnie. Gdy się już osiedliły i wyprodukowały miód, zabijano je, co dzisiaj wydaje nam się barbarzyństwem, ale wtedy ludziom się zdawało, że jest ich masa i nie ubędzie. Zabierało się miód na chouchen, lecz głównie chodziło o wosk. Z roztopionego nad ogniem robiło się świeczki z konopnym knotem, metodą odlewania, albo zanurzania, wyciągania, ponownego zanurzania i tak dalej. Produkcją tą zajmowały się dzieci. Te obecne też mogły sobie zrobić świeczkę, z prawdziwego wosku, z knotem natomiast już współczesnym, bawełnianym. Ten pokaz odbywa się na strychu u Louise, gdzie są też wystawione różne rodzaje ziarna, na dole natomiast smaży galettes, naleśniki. W bretońskich wioskach jadło się na śniadanie zupę warzywną, na obiad kaszę, a na kolację resztki, czyli zupę z kaszą, z wyjątkiem piątku, kiedy smażyło się galettes i spożywało je z masłem, a potem ich resztki zjadało przez następne dni. Ludzie mieszkali razem z kurami, dla których w ścianach były zagłębienia w charakterze grzęd, ale jajek się nie jadło, tylko sprzedawało na targu. Zadałam pytanie o owoce, ale w Bretanii były głównie jabłka, przerabiane oczywiście na cydr. Nieco śliwek, stąd klasyczne ciasto far breton aux pruneaux.

Następnie udaliśmy się na pokaz wyrobu masła, szczególnie wyczekiwany przez moje dziecko, które parę miesięcy temu bardzo mnie zaskoczyło znienacka samodzielnie wykonując masło metodą potrząsania słoikiem. Kolejna Bretonka przywiozła na taczkach zupełnie zwykłą maselnicę - taką, jakie znam z historii, a nawet wsi polskiej - oraz dzbanki ze śmietaną (musiała odstać 48 godzin w chłodzie, nie może być świeża), i przystąpiła do ubijania. Masło zostało zrobione, obmyte z maślanki, i zadano nam pytanie: co teraz się z nim robi przed odciśnięciem w foremce. Tu dziecko zaskoczyło mnie kolejny raz zgłaszając się jako jedyne do odpowiedzi i odpowiadając poprawnie, że się je soli. Jesteśmy w Bretanii, jedyny rejon, gdzie nie ma (słonego...) podatku od soli, masło jest domyślnie solone. Posolone masło, odciśnięte w foremce z kwiatkiem na wierzchu, okazało się bardzo smaczne. Po wyrobie masła było pieczenie chleba, a potem przerabianie konopi na nić. Namoczone i wysuszone konopie się miażdży w specjalnej prasce, grępluje, następnie przędzie sznurek na zwykłym kołowrotku. Można go przerobić na linę, co już zrobiliśmy rano, więc obejrzeliśmy tkanie materiału z uzyskanych nici konopnych. Nadal mnie fascynuje, jak można z nici zrobić materiał i jak w ogóle można było wymyślić taką technologię.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani