Z londyńskiego metra




---
Czytałam to pół życia temu (nawet nie przesadzam) i w ogóle nie pamiętałam o jej istnieniu, ale przypomniał mi Swanwick, który napisał w 2013 opowiadanie lustrzane do pierwszej części "Piątej głowy Cerbera". Poczułam, że muszę to przeczytać natychmiast, a z pragnieniem tym nie było dyskusji. Doskonale wiedziałam, że Wolfe jest jednym z najbardziej intrygujących współczesnych pisarzy, waham się, czy dodać tu przymiotnik "fantastycznych", ale zapomniałam, jakiego dreszczu niepokojącej przyjemności potrafi dostarczyć. Nikt inny nie pisze tak realistycznie i zagadkowo - jeden Miéville osiąga mniej więcej ten klimat, ale i u niego jest ostatecznie mniej tajemnicy, więcej logiki. U Wolfe'a nic nie wiadomo na pewno, co mnie irytuje i zachwyca jednocześnie, nigdy nie wiem co bardziej.

Ta książka składa się z trzech zupełnie (albo niezupełnie) odrębnych części. W pierwszej bezimienny (wolfiści mają dającą się uzasadnić hipotezę, że nazywa się Gene Wolfe) narrator opowiada o swoim dzieciństwie spędzonym w Port-Mimizon na planecie Sainte Croix, która ma bliźniaczą planetę Sainte Anne, i które zostały skolonizowane przez ludzi nie tak dawno temo. Pierwotnie przez Francuzów, dlatego językiem urzędowym był francuski. Narrator miał brata Davida, opiekował się nimi Pan Million, robot, być może obdarzony świadomością. Ojciec braci praktycznie ich nie widywał, a mieszkali w dużym domu, w którym mieścił się burdel, co nikogo nie dziwi ani nie szokuje. W ogrodzie stał duży żelazny pies z trzema głowami, stąd część tytułu (a jego reszta sugeruje, że u Wolfe'a istotniejsze jest to, czego w tekście nie ma, niż to, co w nim jest). Technologicznie są tu statki latające z prędkością bliską c, Pan Million i hologramy, natomiast poza tym jeździ się powozami albo lektykami, ewentualnie chodzi na piechotę. Jest tu również targ niewolników, a dzieci można sprzedawać. To zaledwie początek. Dowiadujemy się następnie, że na Sainte Anne byli aborygeni. Kim byli, co się z nimi stało: nie wiadomo. Istnieje hipoteza mówiąca, że zabili osadników z Ziemi, a następnie się do nich upodobnili, narrator zatem byłby jednym z nich.

Czuję się teraz, jakbym nieudolnie opowiadała o obrazie impresjonistycznym, ponieważ u Wolfe'a najistotniejszy jest efekt zanurzenia w tym świecie, znajomym i fantazyjnym jednocześnie - choć przecież właściwie wiele z tego istniało w historii ludzkiej: francuscy kolonizatorzy, burdele, targi niewolników, czy powozy, a skomputeryzowany robot i szybki statek kosmiczny to nie są bynajmniej nowe ani zaskakujące pomysły. Zatem to ich niezwykłe połączenie i plastyczność opisywanego świata są tu główną zaletą. Do tego dochodzi sposób opowiadania: narratora nic w otoczeniu nie dziwi, tak samo jak nas nie dziwi nasza rzeczywistość, z logicznego punktu widzenia nieraz przecież kompletnie absurdalna. Dopiero kolejne wydarzenia zaczynają być dla niego niezrozumiałe, dla czytelnika też.

Pod koniec pierwszej części pojawia się doktor Marsch, podobno antropolog z Ziemi. Druga część nosi tytuł „'Opowieść' Johna V. Marscha”, ale to czysta fantasy, dziejąca się w nieznanym miejscu i czasie. Początkowo - potem zaczynamy rozumieć gdzie jesteśmy i kim prawdopodobnie są bohaterowie. Nie wiemy też, czy tytułowy Marsch to ten sam człowiek, który pojawiał się wcześniej, a w ogóle kwestia ludzkiej tożsamości jest tu mocno wątpliwa. Kwestia człowieczeństwa zresztą też. Trochę jak w "Słońcach": bohater jest kimś, idzie gdzieś, spotyka kogoś, nic tu właściwie nie daje się jasno sprecyzować czy przyłożyć do naszych własnych doświadczeń: chociaż nie. Uniwersalny jest głód, opieka nad dzieckiem, opieka nad inną osobą, nawiązanie kontaktu z innymi istotami, późniejsze dramatyczne wydarzenia. Czy to jest jeden z celów Wolfe'a: odkryć podstawy wzajemnego zrozumienia, a być może człowieczeństwa? I dlaczego tytułowe słowo "Opowieść" jest w cudzysłowie?

Trzecia część, "V.R.T", składa się z chaotycznych notatek czytanych przez oficera na Sainte Croix. Zapiski stworzone zostały przez badacza tubylców z Sainte Anne, logicznie powinien nim być doktor Marsch, który przez jakiś czas jeździł po planecie z miejscowym chłopcem (tytułowy V.R.T), synem osadnika podającego się za aborygena. Ojciec na pewno nim nie był, ale być może chłopak rzeczywiście jest półkrwi. Są tam też fragmentaryczne protokoły z przesłuchań Marscha.

Po poskładaniu tego dziurawego puzzle, w którym niektóre kawałki są od innego kompletu, a inne to w ogóle klocki lego, domyślamy się niektórych rzeczy, acz mnóstwo pozostaje niejasne. Zazwyczaj takie książki mnie irytują, mamroczę pod nosem "autorze, jak sam nie wiesz o co ci chodzi, to ja ci nie powiem", ale dla Wolfe'a robię wyjątek. To jest ten rzadki przypadek, w którym nie ma sensu szukanie "co autor miał na myśli". Jest tu pokazanie inności, drobnych przesunięć, które wszystkie razem składają się na wielką różnicę. Bardzo często fantastyka dąży do pokazania, że bez względu na otoczkę nadal jesteśmy ludźmi, że zachowania i motywy działań pozostają zrozumiałe. Wolfe stoi na przeciwnym biegunie: jak niewiele trzeba, żeby sens nam się wymknął.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani