Z londyńskiego metra




---
W bibliotece napadł na mnie tom opowiadań Kena Liu. To autor "Papierowej menażerii" i "Mono no aware", które dlaczegoś zdobyły Hugo ("Menażeria" w dodatku Nebulę i WFA, o dziwo), czego kompletnie nie rozumiem, bo może i są dość ładne, ale potwornie przewidywalne i naiwne do bólu zębów. Trzymałam więc ten tom w dłoniach ważąc za i przeciw. Wygrały argumenty, że po dwóch opowiadaniach trudno jednak osądzić pisarza (ja też jestem naiwna, wiadomo), w końcu on nie ma wpływu na to, że akurat te się ludzkości podobały najbardziej, że przecież nie zapłacę za czytanie jego twórczości (mnóstwo jego rzeczy można wprawdzie przeczytać w sieci, ale dobrze by mi zrobiło poczytanie dla odmiany po francusku), i że zawsze mogę po jednym czy dwóch tekstach rzucić. Może nie książką w ścianę, bo biblioteczna, ale przynajmniej dalszą lekturę.

W przedmowie, okrutnie się wdzięcząc do czytelnika, autor beztrosko powiada, że nie przejmuje się żadnych podziałem gatunkowym, pisze co mu ślina na język przyniesie i co mu w duszy gra. Już po tym wiedziałam, że się z Kenem Liu nie dogadamy, nie mój rodzaj człowieka. Po pierwsze jest to gadanie typu "ja tam się znakami przy drodze nie przejmuję, po prostu wsiadam i jadę, jak mam wenę, ważny jest wiatr we włosach, a nie czerwone światło!". Po drugie i ważniejsze: w fantastyce akurat najistotniejsza jest doskonała znajomość konwencji. Fantastyka z założenia zajmuje się tym, co poza aktualną nauką, moralnością, świadomością, zbiorową nieświadomością i wyobraźnią. Żeby móc się tym uczciwie zajmować, trzeba to znać, bo inaczej jest się jak szesnastolatek przekonany, że właśnie osobiście wynalazł seks. Wszyscy to przechodziliśmy, ale żeby się tym w przedmowie chwalić na serio mając już lat nieco więcej niż naście, to jednak nie.

Pierwsze opowiadanie, "Reborn" jest całkiem przyzwoite, tylko że jest "Zakochanym bez pamięci" plus Obcy. Przylecieli i postanowili złym ludziom wymazywać złe kawałki osobowości czyniąc ich w ten sposób dobrymi ludźmi. Ken Liu rozgrywa to dość ładnie, i dość przewidywalnie łącznie z opisem seksu międzygatunkowego z sześcioramienną istotą, z czego może dałoby się coś więcej wyciągnąć, ale to nie w tym opowiadaniu. Reszta wiadomo: czy jesteśmy aby sumą naszych wspomnień, czy jednak nie.

Miniatura "Before and after" czyli jak Ken Liu potrafi napisać przegadane jednozdaniowe opowiadanie w trzech akapitach.

"The Algorithms for Love" pani zrobiła lalkę AI. A potem ją ulepszyła. Pani ma aktualnie ciężką depresję i wspomina, oraz przewiduje co kto powie. Byłam przekonana, że znam puentę, ale Liu postanowił mnie przechytrzyć, chociaż tyle. Poza tym czytał Chianga, co  w zasadzie mu się chwali, natomiast osoba o IQ wystarczającym, żeby Chianga przeczytać, powinna mieć go też tyle, żeby już nie pisać. Jestem złośliwa; to byłoby niezłe opowiadanie, gdyby coś wyraźnego zrobić z puentą. A może problem polega na wymieszaniu testu Turinga z determinizmem. Mam wrażenie, że Liu sam nie bardzo wiedział, o co mu chodzi.

Miniatura "Nova Verba Mundus Novus", jestem przekonana, że gdzieś już czytałam ten początek, ale nie wiem gdzie. Pomysłowe. I krótkie.

"The Perfect Match" Bohater ma asystentkę posługującą się danymi zbieranymi przez Googla, przemianowanego tu na Centillion, asystentka podpowiada mu co jeść i co mówić na randce. Ma też paranoiczną sąsiadkę, która uważa zbieranie danych za ZŁO. Dalej przewidywalnie do końca, ale przyjemnie się czytało. Oraz mam wrażenie, że autor czytał "Press Enter" Varleya.

"Ask Emily", wracamy do tematu wymazywania wspomnień, to opowiadanie jest częścią całej antologii  o tej tematyce. Jest krótkie, zabawne i niegłupie.

"Arc" całe życie pierwszej pani, która stała się nieśmiertelna. Ma w sobie coś. Udało mu się pozostać przekonującym do końca.

"The MSG Golem": początek mnie mile zaskoczył. "Nazajutrz po opuszczeniu Ziemi przez statek kosmiczny, Bóg przemówił do Rebeki". - Ken, czy mógłbyś tego nie zepsuć? - suplikowałam. Udało się, jest to przezabawna igraszka. Aż się zdziwiłam, że tak umie.

"The plague": Eloje i Morlokowie w nowej odsłonie. No dobrze, nie całkiem: po katastrofie ekologicznej mamy ludzi żyjących pod kopułami, i nowy gatunek, który się przystosował do skażenia. Następuje kontakt między przedstawicielami gatunków.

"Single-Bit Error": Ken, chłopaku, a ty znowu Chianga czytałeś, i nie mogłeś się powstrzymać? Niestety tutaj zabrał się za jedno z najlepszych opowiadań Chianga "Piekło to nieobecność Boga", walące prosto w żołądek. Ja wiem, że jak spadać, to z wysokiego konia, ale tu Liu postanowił spaść z olifanta. Poza tym chyba czytał też Wattsa o tym, że wizje religijne są wynikiem uszkodzenia jednego miejsca w mózgu, tylko uprościł to do jednego bita. Nie przekonał mnie. Siebie chyba też nie.

"The Bookmaking Habits of Select Species": A to Borgesowskie i śliczne, o książkach pisanych przez inne istoty rozumne. Tak trzymać!

"The Journal": Bardzo dobre, bardzo proste, pani znajduje dziennik intymny swojego męża, wyobraża sobie, co też tam może być i ze stresu traci zdolność czytania. Trochę przewidywalne.

"The Oracle": ludzie mają wizję zwrotnego punktu w swoim życiu, te wizje zawsze się sprawdzają, więc kiedy szesnastolatek odkrywa, że zostanie skazany na karę śmierci za morderstwo, wszyscy go traktują jakby to już się stało. Znowu o determinizmie, ale nie do końca. Mimo zwyczajowego przegadania ma dobrą końcówkę.

"The Ligatrix": Chiński kryminał, dziejący się w państewku na granicy Chin i Korei, w jakimś pewnie XIX wieku, jest morderstwo i dochodzenie, śliczność! Niech on tego więcej napisze zamiast Chianga udawać, proszę. Po czym mózgownica mi zazgrzytała, zatrzeszczała, i rzekła "Zagadki sędziego Di...".

"The People of Pele": ludzie lecą lata świetlne i lądują na obcej planecie, takie trochę początki Ekumeny, w innym ujęciu. Kolejny raz trochę mu zabrakło wyrazu.

"The Shape of Thought": ludzie na Pele rozbudowali cywilizację i polecieli dalej, przylecieli na Kalanthi, gdzie są istoty rozumne, z którymi nie idzie się dogadać mimo wysiłków lingwistki, więc dogadają się dzieci. Zenna Henderson to napisała lata temu, tylko zwięźlej, i zdaje się, że siedmionogowy też tu nieco wpłynął na pomysły Liu. Jak zwykle za dużo słów, ale wychodzi to całkiem ładnie.

"The Waves": 300 osób wyleciało z Ziemi w podróż obliczoną na 400 lat. Ledwie wyleciawszy dowiadują się, że wynaleziono nieśmiertelność. Mogą też sobie ją zrobić, tylko jest problem, zasoby statku są obliczone na konkretną liczbę pasażerów. Dziecko nie może dorosnąć, dopóki jakiś dorosły nie zdecyduje się umrzeć. Wydumane, najwyraźniej Ken Liu nie zna dziesięciolatków, które jedzą więcej od niego. Dalej jednakowoż się rozpędza i leci "Accelerandem" Strossa. No tak, Strossa przecież nie mógł pominąć wśród swoich lektur.

Szkoda, że w tym zbiorze nie znalazła się "Cassandra", jedno z lepszych opowiadań Liu, znowu o przewidywaniu przestępczej przyszłości, ale tu plus Superman. Wyjątkowo mało przegadane. A podsumowując, to niezły, sprawny i oczytany autor, który wykorzystuje oryginalne pomysły na swój, nieco melodramatyczny, sposób. W końcu zawsze tak było, że epigoni znajdowali większe uznanie, niż ich mistrzowie.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani