Z londyńskiego metra

dees (16.11.2017, 14:42)
b. nie
b. (15.11.2017, 22:03)
DS, nie czytalam ksiazki (przeczytam), ale ogladalam film. widzialas film?



---
Wciąga niesłychanie. Narratorka jest opiekunką, nieco przesadnie dumną ze swojej pracy, trochę przywodzi na myśl Stevensa z "Okruchów dnia". Przez chwilę wydaje się, że jest opiekunką ludzi terminalnie chorych, ale po chwili pada tajemnicze słowo donacje, które będzie się nieustannie przewijać. Kathy była wychowanką szkoły w Hailsham, czym również się szczyci, i szybko zaczyna opowiadać wspomnienia z tamtych czasów. To nie wyjaśnia tajemnicy, co chwila przewijają się sugestie, że te dzieci nie były takie jak inne, że wiedziały o czekających je donacjach, ale nikt niczego nie mówił otwarcie. Lekko irytujące - i fascynujące. Moja wyszkolona na sf wyobraźnia natychmiast podsunęła mi rozmaite obrazy kosmitów hodujących ludzi na organy, z pewnym trudem uświadomiłam sobie, że to jednak raczej nie będzie ten trop (choć owszem, jest to fantastyka). Bardzo chcemy się dowiedzieć, o co tu chodzi, kim są dzieci, i kim jest tajemnicza Madame, która co pewien czas przyjeżdża i zabiera ich prace. 

Odnalazłam tu tematy z dwóch poprzednich czytanych przeze mnie powieści ("Nie opuszczaj mnie" ukazało się w 2005, bezpośrednio poprzedza najnowszego "Pogrzebanego olbrzyma"). Wspominanie i próba zrozumienia przeszłości, po pierwsze, jak w "Okruchach dnia". Wiara, że prawdziwa miłość mogłaby być jakoś oceniona przez kogoś z zewnątrz, i nagrodzona - ten przedziwny pomysł wróci w "Olbrzymie". Bardziej zaskakujący jest natomiast świat stworzony tu przez Ishiguro. Czytelnik ma ochotę wrzeszczeć do postaci "ale zbuntujcie się, zróbcie coś, nie pozwólcie się tak wykorzystywać", psioczy na ten pomysł, wydziwia, że ktoś w ogóle mógł tam na to pozwolić. A potem uświadamia sobie, w jakim świecie sam żyje: parę godzin lotu samolotem ode mnie dzieci umierają z głodu. O ginących w wojnach nawet nie wspominam, przywykliśmy. Masowe hodowanie zwierząt na mięso i ich zabijanie też nie budzi żadnej emocji, przyczyniam się do tego sama codziennie, niestety. Dlaczego nie mielibyśmy pewnego dnia zaakceptować tego, co proponuje Ishiguro. 

Stevensa z "Okruchów" łączy z Kathy pragnienie poczucia się ważnym. W przypadku kamerdynera widzimy, co przeziera spod jego monologu. Im bardziej próbuje nas i siebie przekonać do swoich racji, tym bardziej żałosny się staje. Widzimy, że mógł otworzyć oczy, zobaczyć, co naprawdę jest istotne, i przeżyć satysfakcjonujące życie porządnie, a nie oszukiwać się. Z Kathy jest inaczej. Kiedy już poznajemy zasady rządzące jej światem (poznajemy - to Ishiguro, wyjaśni wszystko szczegółowo, dla pewności dwa razy) okazuje się, że nie miała wyboru. Wyższa instancja też jest bezradna.

Kolejny raz mam problem z tym, co autor chciał powiedzieć. Jeśli jego bohaterowie są alegorią nas samych, to konkluzja jest głęboko pesymistyczna. Iluzoryczna jest nasza wiara w możliwość zmiany przeznaczenia (i to mogłoby się się raczej znaleźć w uzasadnieniu Akademii Szwedzkiej, którego nadal nie umiem przyłożyć do żadnej z tych książek). Trzepoczemy się jak motyle na szpilce, możliwości odwołania nie ma. Nie tego oczekiwał Alfred Nobel. A może przeciwnie: może Ishiguro chciał przekornie powiedzieć czytelnikowi "nie jesteś moim bohaterem, możesz kształtować swój los". Lecz raczej widzę tu namowę do bezwarunkowej akceptacji zasad, nieważne jak okrutnych, do cieszenia się tym, co mamy. Ostatecznie wszystkich nas wcześniej czy później spotka ten sam los, wbrew tytułowi (oryginalne "Never Let Me Go" jest jeszcze wymowniejsze) opuszczą nas wszyscy. Umieramy w samotności.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani