Z londyńskiego metra

Zuzanka (18.01.2021, 20:57)
Serio, Szabłowski uważa, że 1,5 roczne dziecko "uwrażliwi się" poprzez pół roku udawania przez rodziców, że są w PRL-u na zmianę z obawą, żeby nie wpadło w kompleksy? Półtora-dwuipółletnie dziecko. Czepiam się, wiem, ale ktoś tu nie uważał na lekcjach z psychologii wieku dziecięcego.
Zuzanka (13.01.2021, 16:29)
No nie zgodzę się, że czepiamy się skansenu. Autor nie zaproponował skansenu, tylko LARP-a wśród współczesnych, gdzie udajesz, że stoisz w kilometrowej kolejce po kiełbasę, gdy przy ladzie masz 2 osoby i 16 typów kiełbas do wyboru. Jako środek na wyciągnięcie z rodziny/znajomych zwierzeń - armata na muchy.
dees (28.12.2020, 15:29)
A.I. no kiedy to nie jest "chodźmy znow ginąć za ojczyznę" (co mnie też brzydzi potwornie), tylko "jak to było w tamtych czasach" - zresztą tylko częściowo związanych ze specyfiką PRL-u, brak technologii w tamtych czasach to przecież powszechna kwestia, i te spostrzeżenia są ciekawe. Szczerek ostatnio w "Chamie z kulą w głowie" rozważał, jak by to było bez PRL-u, i nie doszedł do żadnych radosnych wniosków.
A.I. (28.12.2020, 13:42)
Porównałabym raczej do tych prawicowych imprezek małego powstańca, gdzie dzieciom się pierze mózgi, jak fajnie jest zginąć za ojczyznę. Jedno i drugie nawraca do czasów, które były (z różnych względów) bardzo złe - i oby nigdy nie nadeszły ponownie. Wojna niszczyła ludzi przede wszystkim fizycznie (choć i psychicznie oczywiście też), PRL odwrotnie. Zniesmaczają mnie takie zabawy, traktowanie jako funu czegoś, co wpłynęło negatywnie na losy milionów ludzi, iluś generacji z rzędu. Nigdy nie myślałaś o tym, jak inne byłoby nasze życie, gdyby w Polsce nigdy nie było PRL-u?
dees (28.12.2020, 09:52)
Po namyśle, dziwią mnie Wasze zarzuty, dla mnie to to samo co skansen czy inni pasjonaci z Biskupina - też możemy się nabijać, że jak chorują, to się nie leczą ówczesnymi sposobami. Ale przecież nie taki jest cel, tylko możliwie namacalne dotknięcie przeszłości.
dees (27.12.2020, 14:02)
Zuzanka, Iza się zgodziła z absolutnie własnej woli - ja wiem, że to jest słabawy argument, no ale mogli przerwać, zresztą szczerze opisują swoje dyskusje o tym. Ciąża to ciężki temat, w tym momencie się zorientowali, że to już nie jest zabawa...

A.I. przesadne porównanie, w PRL-u ludzie nie umierali masowo, a dzięki temu eksperymentowi wyciągnęli zwierzenia od rodziców i rodziny.
A.I. (25.12.2020, 14:10)
Nie zdecydowałam się, bo pomysł jako taki jest baaardzo zgrzytliwy: ci, którzy wtedy żyli i musieli się z tym wszystkim borykać, nie robili tego na własne życzenie (a wprost przeciwnie). Nie bardzo rozumiem, co miało to wnieść i czemu służyć. W ludzi żyjących podczas wojny też się będą bawić? A może niech się pobawią teraz w ludzi żyjących podczas hiszpanki - niech biegają niedożywieni, bez maseczek i środków dezynfekujących, a w razie zakażenia niech umierają na ulicy?
Zuzanka (24.12.2020, 18:43)
PS Do ciąży nie dojechałam, ale czy - wzorem PRL-u - Iza paliła i nie chodziła na obowiązkowe badania, których w PRL-u się nie robiło w takim zakresie jak teraz?
Zuzanka (24.12.2020, 18:41)
No i mam zgryz, bo pysznie to u Ciebie brzmi, a ja zaczęłam i rzuciłam, bo założenie eksperymentu jest przedurne. Udawajmy PRL, choć dookoła mamy 2011; dobrze, że nie upierali się płacić pieniędzmi sprzed wymiany. Wybierzmy kilka nośnych rzeczy, pomińmy te kawałki co nie pasują (np. jeżdżenie z dzieckiem bez fotelika i pasów, jak szaleć to szaleć). Wreszcie to mnie gryzło od wstępu - Witek wpada na pomysł, konsekwencje spadają na Izę.



---
Jest rok 2011, a Witold Szabłowski z żoną i półtoraroczną córką postanawia odtworzyć PRL, ten z początku lat osiemdziesiątych. Bez żadnego pójścia na łatwiznę: mają być kolejki (tylko skąd je wziąć...), braki towarów w sklepach, zakupy na kartki, wyłączenia prądu i wody, szary papier toaletowy, i trwała dla żony. Tak przez pół roku. Ten absurdalny pomysł owocuje fascynującym zapisem, przy którym niejednokrotnie śmiałam się na głos, a chwilami nieco wzruszałam.

Socjalistyczne wersje Witka i Izy usiłują zapoznać się z sąsiadami, najlepiej standardową metodą pójścia ze szklanką, żeby pożyczyć cukier. Rzeczywiście, dzisiaj w dobie otwartych na okrągło sklepów to zupełnie zapomniany zwyczaj, a wrócił do mnie jak żywy, przecież sama chodziłam do sąsiadek. Aktualni sąsiedzi nie bardzo chcą wpuszczać dziwacznych petentów do własnego mieszkania, prośby o pożyczenie cukru nie rozumieją. Bohater próbuje zagadywać ludzi w kolejce w elektrowni, co udaje mu się dopiero wtedy, kiedy zaczyna narzekać.
"– I w sklepach nic nie można dostać! – narzekam więc i czuję, jak włączam się we wspólnotę cierpiących Polaków, jak ludzie w kolejce zaczynają mnie akceptować. To nic, że moje słowa są bez sensu – w sklepach kapitalistycznych jest przecież wszystko. Ważne, że przebijają przeze mnie smutek i gorycz. Mur między mną a resztą kolejki runął, tak jak mur berliński."

Iza zakłada córce pieluchy z tetry i używa siateczkowych podpasek z waty (Witek gdzieś wytrzasnął oryginalne z epoki), a i tak ma dobrze, bo wtedy często trzeba było używać po prostu waty (o ile była). Trudno w to teraz uwierzyć. Tak samo jak w to, że w 81 nie było sera żółtego ani ryżu. Natomiast w PRL-owskim kryzysie ludzie podobno zjadali tyle samo mięsa co dziś: 66 kilo rocznie.

Pralka Frania jest trudna w obsłudze, a po miesiącu się psuje na amen. Iza musi prać metodą radziecką - gotować w garze. Mąż oczywiście nie pomaga, w ówczesnej Polsce mężczyźni w domu nic nie robili. Na wakacje jadą pociągiem na Mazury, z koszem jaj na twardo, którymi częstują niczego się nie spodziewających przypadkowych towarzyszy podróży. Pozorną korzyścią jest zniknięcie z Internetu: po pewnym czasie autorów zaczynają odwiedzać znajomi. Przynoszą jedzenie, siedzą i gadają do późna w nocy. Ale robią tak tylko raz. Traktują to jak jedną z wielu dostępnych rozrywek; fejsbukowe wydarzenie do zaliczenia. Fascynująca jest obserwacja matki Witolda, że w PRL-u zawsze wszystko wiedziała, mimo braku netu i komórek. Szło się do sklepu i dowiadywało wszystkiego mimochodem.

Pod koniec zaczynają trochę przynudzać: Iza zachwala PRL-owskie wychowanie dziecka, z plasteliną, skakaniem po kałużach i przyglądaniem się mrówkom. Nie miałam problemu z takimi rozrywkami z własnym dzieckiem, mimo mieszkania na zgniłym Zachodzie w drugiej dekadzie wieku XXI i posiadania smartfona (choć pamiętam, jak zostaliśmy skrzyczani przez dozorczynię za pisanie kredą po chodniku). Eksperymentatorzy mają chwilę załamania, kiedy Iza zachodzi w ciążę, i nie mogą po prostu zadzwonić umówić się do lekarza. Okazuje się jednak, że PRL-owska metoda załatwiania sposobem działa i w 2011. Dobrze zresztą mają się też łapówki. Szkoda, że autorzy nie zapisali cisnącej się pod palce uwagi, że współcześnie istnieją kobiety, których na prywatnego lekarza nie stać, muszą więc korzystać z rozwiązań pamiętających stary system. Nie ma też spostrzeżenia, że wprawdzie w tamtych strasznych czasach nie było smarftonów, gugla oraz rukoli, za to kobieta mogła usunąć niechcianą ciążę - chętnie bym zresztą przeczytała, jak to naprawdę wyglądało w okolicy stanu wojennego. Zabrakło mi tutaj również tekstu o kulturze, mam wrażenie, że w tamtej epoce wydawało się całkiem wartościowe książki, działały biblioteki i teatry. Ani słowa na ten temat.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani