DS magazine
Bertrand Russell
Moulin Rouge
Zawze chciałam się wybrać do Moulin Rouge. Głupio trochę mieszkać w Paryżu i nigdy tam nie być. Z drugiej strony jak się mieszka w Paryżu, to Moulin Rouge jest na końcu listy priorytetów, a spontanicznie z ulicy (jak kiedyś weszłam na wieżę Eiffla, bo tak akurat stała na drodze) się tam wejść nie da, i okazja się nigdy nie napatoczyła. Dopóki nie zjechała do miasta koleżanka niegdyś na blogach znana jako spt i miałam już motywację i towarzystwo.

Pierwsze zaskoczenie: na biletach napisane, że wpuszczają od 20, co na ogół w tym mieście oznacza tylko, że przedtem na pewno nie warto być w pobliżu, bo nie będzie absolutnie żywej duszy; tymczasem rzeczywiście o tej godzinie nas wpuścili, a w środku już było całkiem sporo ludzi. Szybka kontrola bezpieczeństwa na wejściu, i przeszliśmy do foyer, gdzie powitał nas przeuroczy sprzedawca programów (10€). Umiał po polsku "dzień dobry", kazał się nauczyć "miłego wieczoru" i oświadczył, że za miesiąc leci do Warszawy. Potem zaprowadzono nas do stolika. Pod sceną na dole są stoliki z kolacją, my na górze mieliśmy butelkę szampana na parę, a karta okazała się zawierać wyłącznie przekąski (najdroższą jest kawior za 120€). Co w sumie nie jest głupie, bo przynoszą już po zgaszeniu świateł, nic większego i tak nie dałoby się zjeść.

Drugie, naprawdę olbrzymie zaskoczenie: przedstawienie zaczęło się punktualnie! W tym kraju, a już zwłaszcza w tym mieście, nic nigdy nie zaczyna się punktualnie, czy to egzamin państwowy, czy otwarcie urzędu, czy wyjazd dziecka na kolonie. Zawsze jest jeszcze co najmniej kwadransik na wymianę opinii. Teraz już wiem, że wyjątkiem jest przedstawienie w Moulin Rouge. Migotliwa kurtyna idzie w górę, na scenę wychodzą tancerki w spodniach, których się pod koniec pozbywają i zostają w migotliwych stringach oraz równie błyszczących naszyjnikach na górze. Potem właściwie cały czas będą podobnie rozebrane, większość jest topless, nadrabiają za to butami, nakryciami głowy i dodatkami, których fantazyjność zachwyca i każe się zastanawiać, co zażywają projektanci. Wiem, rozwijają twórczo wizje Mistinguett.

Numery następują po sobie błyskawicznie, często wygasza się światła na tej części sceny, z której zbierają się wykonawcy pierwszego kawałka, a już kawałek dalej wchodzi drugi. Nie ma nawet czasu na oklaskiwanie. Czego pożałowałam przy pierwszym numerze akrobatycznym: na scenie ustawione jest nieduże okrągłe podium, po którym jeździ w kółko para na wrotkach i wykonuje rozmaite podnoszenia. W pewnym momencie on zakłada sobie pasek na szyję, drugą pętlę partnerce na głowę, i tak nią kręci za głowę. To była chwila, w której bardzo się ucieszyłam, że siedzimy na górze. Wizja, jak ten pasek pęka i ona leci przez całą salę, nie należała do przyjemnych. Nic takiego się oczywiście nie stało, a pokaz jest obłędny, oraz kompletnie się go nie spodziewałam, sądząc, że zobaczymy tylko tańce i piosenki.

Zastanawiałam się, czym będą w stanie przebić tych wrotkarzy, i dość szybko się dowiedziałam. Scena się otwiera i spod niej wyjeżdża szklany basen z wodą, w wodzie pływają węże boa, jedna z tancerek wchodzi do wody, przez chwilę tańczy z wężem, wychodzi z nim na ramionach. Największe wrażenie zrobił na mnie ten basen z wodą, do węży nie żywię bowiem żadnych negatywnych uczuć, ale strach przed nimi jest dość powszechny i na pewno licznym widzom dostarcza to wielkich emocji. We mnie takie wzbudziło wyjście na estradę miniaturowych kucyków. Przechodzą tam raptem ze dwa razy, nie są tresowane, ale i tak uważam, że to nie jest dla nich miejsce w wieku XXI.

Są jeszcze dwa nie mniej wspaniałe pokazy akrobatyczne: jeden to para w dwumetrowym kole, które wprawiają w ruch wirowy i wykonują tam akrobacje. To się zdaje przeczyć prawom fizyki, tak samo zresztą, jak dwóch panów (w ubraniach roboczych) w przeuroczym spektaklu, w którym jeden drugiego podnosi na przykład na jednej ręce pionowo na głowie (no właśnie, nawet gramatyka za tym nie nadąża). Nie jestem w stanie sobie wcale wyobrazić, jak straszliwej pracy to wymaga, a spektakl jest dopracowany co do ćwierci sekundy, oni to bowiem wszystko robią w rytm muzyki, w dodatku z uśmiechem oraz lekkością każącą wierzyć, że przychodzi im to tak ot, całkiem naturalnie.

Tempo nie słabnie ani na chwilę, pod koniec jest klasyczny kankan w wykonaniu tancerek i tancerzy w kolorach bleu blanc rouge, a potem jeszcze ze dwa numery. Na samo zakończenie wszyscy artyści przechodzą przez scenę i można ich chwilę pooklaskiwać, a potem już trzeba się sprawnie zbierać: o 23 kolejne widowisko. Właściwie poszłabym jeszcze raz.

2018-10-29 09:40:40 Komentuj (7)

---





Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Angol w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem