Z londyńskiego metra




---
Kolejna część nastąpiła, i patrzyłam na nią bardzo podejrzliwie, aż w końcu zdecydowalam się rzucić okiem na początek. 1916, front niemiecko-rosyjski, Feldwebelleutnant Eberhard Mock otrzymuje dziwny rozkaz. Sprawnie napisane. Potem przenosimy się do 1905, ubogi dwudziestodwuletni student filozofii Mock chodzi na uczelnię i ma zostać profesorem gimnazjalnym z wysoką państwową pensją. Jest również wśród studentów outsiderem. To dość zabawna odmiana po poprzednich tomach: poznajemy młodość bohatera, kiedy nie ma jeszcze pieniędzy na wykwintne potrawy. W tle pewien pan baron ma żonę zabawiającą się w ladacznicę, która zostaje pobita przez klienta. Poza tym niewiele się dzieje, jest debata filozoficzna przytoczona z masą szczegółów. A potem Mock w niezwykle naciągany sposób, za to w wielkiej ilości słów oraz starannie odmalowanych nieładnych obrazków zostaje asystentem prywatnego detektywa. Żeby chociaż miał coś ciekawego do znalezienia, ale nie: ma wrobić kolegę ze studiów, który jest z gruntu zły, co wiemy od początku. To niespełna połowa książki i zastanawiałam się poważnie, czy tu już nie porzucić lektury. Wiadomo w końcu, co się stanie: Mock wykryje, że Lotz jest sadystycznym zwyrodnialcem (musi być - przecież to Krajewski), w kulminacyjnej scenie porządnie od niego oberwie, a potem poczuje powołanie do kariery policyjnej. Że Natasza nie jest szlachetną dziewicą, też jest oczywiste od początku. Nie mogłam jednak wpaść na żadne powiązanie z prologiem oraz żoną barona, więc nolens volens czytałam dalej, niepotrzebnie.

Opisy życia studenckiego we Wrocławiu początku wieku, kiedy to jeszcze w modzie były pojedynki i honor, są całkiem fajne; bohater jest dość dobrze skonstruowany... i to koniec zalet tej powieści, która co prawda nie jest tak obrzydliwa i niesmaczna jak poprzednia, za to jest zwyczajnie nudna. Rozdzierająco, przeraźliwie nudna. Plus zawiera zdania, które każą mi podejrzewać, że pisał to jakiś gimnazjalista "Gdyby to, co miał zaraz zrobić, zostało spotęgowane przez furię, cała intryga, nad której misternością jego mentor aż się zadziwił, obróciłaby się wniwecz." Do tego nadużywanie wielokropków. Nie warto, naprawdę nie.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani