Z londyńskiego metra




---
Pod pretekstem przyglądania się transportowi w Polsce powojennej dostajemy ciekawy obraz życia w tym zadziwiającym kraju, który jeszcze pamiętamy, ale już coraz słabiej. Zaczyna się od powojennych masowych przemieszczeń ludności w związku ze zmianą granic, i to jest kawałek historii, który wszyscy znają do znudzenia, o którym czytało się w literaturze, oglądało w filmach - ale dopiero z tej książki zobaczyłam, jak to wyglądało naprawdę. Robi wrażenie, kiedy nagle sobie uświadomić skalę tego zamieszania, i to w czasach, kiedy nie było niczego, panował powojenny chaos. Przy okazji dowiadujemy się, że Polska była obok Chin największym beneficjentem pomocy z UNRRA.

Drugie zadziwienie przeżyłam, czytając o warszawskich tramwajach. Pierwsza linia na Pradze została uruchomiona 20 czerwca 1945! W kompletnie zniszczonym mieście, gdzie nie było szyn, trakcji, tramwajów, ba, nie było przecież gdzie mieszkać, co jeść. Jak oni to robili? To zupełnie niewyobrażalne. A kiedy tramwaje już się pojawiły, trzeba było zmieniać rozstaw szyn - i mimo to cztery kolejne linie zaczęły jeździć w sierpniu 1945. Oczywiście przez wiele lat nie było dostatecznej liczby wagonów, jeździło się wisząc na zderzakach, czy opierając czubek stopy na stopniu, co opisywał Wiech, i co autorzy cytują z lubością.

Potem pojawiają się pociągi, normalne i wąskotorowe; dryndy, riksze, rowery i furmanki; autostop; niezapomniane ogórki; oczywiście cała historia polskiej motoryzacji, od syreny przez malucha po poloneza, a przy okazji odkrywamy, że Polska w pewnym momencie była potęgą motocyklową (aut nie było, a czymś wszak  trzeba było jeździć); i w końcu samoloty, o których niedawno czytałam. Tu autorzy przytaczają zupełnie niesamowitą opowieść. W zimie 1963 samolot LOT-u nie mógł wylądować na Okęciu z powodu wichury i zamieci śnieżnej. Mieli za mało paliwa, żeby lecieć na inne lotnisko. Pilot postanowił spróbować lądowania w szczerym polu, i wtedy przez radio tajemniczy głos podał mu częstotliwość radiolatarni lotniska wojskowego w Łęczycy, a także długość i kierunek pasa. Samolot wylądował bezpiecznie, wydarzenie utajniono, zbawca (który podsłuchał rozmowę na cywilnej częstotliwości radiowej i postanowił ratować pasażerów) pozostał anonimowy i nie wiadomo, jakie reperkusje go spotkały.

Niektóre anegdoty są nie pierwszej świeżości, oraz pewien chaos wprowadza fakt, że pisze to dwóch autorów w różnym wieku, ale obaj w pierwszej osobie, o czym uprzedzają na wstępie. Rozumiem chęć zachowania narracji osobistej, wolałabym jednak większą klarowność, choć mimo tego zarzutu rzecz czyta się dobrze, przynajmniej pierwszą połowę. W drugiej już mnie nieco zmęczył ten chaos, mieszanie wspomnień osobistych z suchymi faktami, i brak jakiejś wyraźnej myśli przewodniej. Czy musiał się tu koniecznie znaleźć rozdział o pielgrzymkach, nie jestem pewna. Owszem, stanowiły część życia w PRL-u, ale jeśli skupiamy się na transporcie, to można się było bez tego obejść. Być może coś ciekawszego dałoby się znaleźć na temat transportu towarów? Zwłaszcza tych deficytowych? Oraz ciekawe, czym jeździli ówcześni prominenci. Poczytałabym o tym chętniej niż te ostatnie rozdziały zawierające osobiste wspomnienia z turystyki, dość już nudnawe.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani