Z londyńskiego metra

dees (03.11.2016, 09:03)
czarownica, nie znałam, świetny jest.

p, ja też bez analizowania. czwartkowy wieczór mi zupełnie nie pasuje, niestety.
p. (03.11.2016, 08:45)
ogladajac obrazy Magritte'a pozbywam sie mojego kartezjanskiego gorsetu co pozwala mi odkryc swiat rownie prawdziwy jak ten moj. Nie staram sie analizowac znaczenia pojawiajacych sie symboli, przygladam sie im raczej z ciekawoscia, zdumieniem lub usmiechem, ale nie jestem poszukiwaczka prawdy, ktora kryje sie w jego malarstwie.
W muzeum M. w Brukseli jest masa dokumentow, z ktorych dowiedzialam sie, ze determinujacym w zyciu artysty bylo obejrzenie "Il canto d'amore" Giorgio de Chirico, obrazu namalowanego w 1914, grubo przed pierwszym manifestem surrealistow André Bretona. W/g statystyk podanych na stronach Centrum Pompidou w czwartkowe wieczory ponoc wogole nie ma kolejek ;-)
czarownica (02.11.2016, 16:54)
Ten okres vache faktycznie calkiem inny, w zyciu bym nie zgadla ze ten sam autor.

Do mnie tak trafia Freud, obuchem w leb. Zwlaszcza dupa konia, ktorej oryginal maja w Chatsworth - tak go zafascynowala gra miesni, ze dal sobie spokoj z reszta zwierzecia, normalnie go kocham za to.



---
Wystawa "La Trahison des images" w Centre Pompidou mojego ukochanego malarza budzi ogromne zainteresowanie, już z biletem trzeba jeszcze godzinę stać w kolejce do wejścia. Nie wiem, czy wszyscy tak pokochali Magritte'a, czy jest akurat modny, czy swoimi obrazami-zagadkami wkomponowuje się po prostu w aktualną wrażliwość estetyczną. Wystawa jest relatywnie niewielka, bodaj pięć sal, najsławniejszych obrazów nie ma, z wyjątkiem na szczęście niefajki. Jest jednak świetnie skomponowana, bardziej tematycznie niż chronologicznie.

W ostatniej sali jest kilka obrazów namalowanych w 1948, w ciągu paru tygodni zwanych potem okresem "vache" (Magritte sam wymyślił tę nazwę; vache to dosłownie krowa, a jako przymiotnik oznacza coś złego, nieprzyjemnego, niefajnego). Są utrzymane w tak totalnie odmiennym stylu, że trudno uwierzyć w autorstwo. Malarz zrobił to celowo, aby się zemścić na paryskich marszandach, którzy jego zdaniem nie interesowali się niczym, co działo się poza murami ich uwielbianej stolicy (mógł mieć sporo racji). Te obrazy są przeraźliwie kolorowe, celowo niestaranne, i przypominają raczej karykatury. Wystawa miała miejsce w Paryżu w 1948, publiczność była rozczarowana, a krytycy bezlitośni. Magritte zarzucił ten pomysł.

Myślę słowami, często muszę sobie opowiadać obrazy, żeby w ogóle zrozumieć, co widzę (praktycznie nie umiem posługiwać się windowsowymi ikonkami, jeśli nie opowiem sobie najpierw "taki kwadracik, który przypomina dyskietkę"). Magritte jest jednym z nielicznych, którzy trafiają mi prosto do wnętrza mózgu pomijając narrację. Prawie zawsze wiem co malował i po co. Pozostaję pod wrażeniem jego przemyślenia tematu, kompozycji, perfekcji wykonania, dystansu - i poczucia humoru. Jak w ogóle człowiek, który tak nie ufał obrazom, mógł żyć z ich malowania, oto cudowna sprzeczność.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani