Z londyńskiego metra




---
Patrzyłam na te listy kątem oka, zastanawiając się, czy ja to na pewno chcę czytać. Czytałam już przezabawne listy do Mrożka, dopiero co skończyłam biografię, chyba wiem już wszystko o Lemie, co jeszcze może być fajnego w listach do tłumacza? Znowu się straszliwie pomyliłam. STRASZLIWIE. Lem daje tutaj mnóstwo fascynujących wyjaśnień swoich zamierzeń, żeby ułatwić tłumaczowi pracę, krytykuje i chwali rezultaty wysiłków Kandla. Błyskawicznie się z nim listownie zaprzyjaźnia, wysyła mu zdjęcia swojego synka. I pisze mu rzeczy, których nie pisał ani nie mówił chyba nikomu innemu. Być może dlatego, że Kandel był jednak niemal nieosiągalnie daleko, że Lem czuł się bezpieczny wysyłając te listy za ocean, gdzie nie sięgały macki polskiego wielkiego brata, zwłaszcza kiedy wysyłal je z zagranicy. Być może Kandel umiał mu zadawać odpowiednie pytania, być może prezentował odpowiednią mieszankę uwielbienia dla mistrza i odwagi z nim polemizowania. A może wszystkiego po trochu, w każdym razie jestem niezwykle szczęśliwa, że Kandel istniał, że odważył się napisać ten pierwszy fanowski list do ulubionego autora, że kontynuowali tę wymianę przez lata, że w końcu te listy zostały wydane. To jest mój święty Graal.

Kolejny raz widzę wielkość umysłu Lema. Niewiarygodna jest wnikliwość, z jaką analizuje swoje własne pisarstwo, i twórczość w ogóle. Czepia się czasem drobiazgów w tłumaczeniach Kandla, ale nigdy nie ma w tym małostkowości, jest tylko dążenie do doskonałości. Mówi mnóstwo o literaturze, twórczości własnej i cudzej, tłumaczeniach, ludziach, polityce, totalitaryzmie, swoim umyśle; co chwila jest tam coś przepięknego, rewelacyjnie sformułowanego, zaskakującego. Prawie umarłam z wrażenia czytając, że Lem uważał "Hendersona króla deszczu" Bellowa za napisaną specjalnie dla siebie - ona jest przecież napisana dla mnie! Znamienne: Lem pisze o wszystkich swoich książkach, jasno mówiąc, które ceni, a które mniej, absolutnym milczeniem pomija tylko jedną, wiadomo którą.

Mam mu za złe właściwie tylko to, że narzeka nieustannie na fantastykę, ubolewa nad własnym włączeniem się do tego paskudnego i nic w jego oczach niewartego nurtu. Nie daje jednak absolutnie żadnych konkretnych przykładów. W połowie lat 70 wychodziły bardzo dobre książki Silverbega, była już Ekumena Le Guin, której "Wydziedziczonych" zresztą poleca Kandlowi, oraz choćby "Babel-17" Delany'ego. Wszystko tak kompletnie i z gruntu na śmietnik, bez żadnego uzasadnienia? Zamiast się czepiać, że ci wszyscy pisarze nie są Lemem, można było docenić również ich spojrzenie na świat i ich zainteresowania. Szkoda. Poza tym jednak Lem okazuje się zdumiewająco ciepłym przyjacielem, autentycznie martwi się o Kandla (do którego nb cały czas zwraca się per Pan, to rzuca pewne światło na tych jego bohaterów "Edenu" zachowujących kulturalne formy w największych tarapatach na obcej planecie), wypytuje, daje dobre rady. Część z tego to na pewno strach przed utratą tak dobrego tłumacza, ale nie tylko.

Ta korespondencja urwała się, kiedy Lem skrytykował pierwszą książkę Kandla. Oczywiście, że skrytykował, Lem krytykował WSZYSTKO (łącznie z którymś dramatem Mrożka, bodaj nawet "Tangiem"), Kandel powinien był wiedzieć - co bardzo łatwo napisać zza kindla, nie będąc osobiście zaangażowana. Potem panowie wymieniają jeszcze parę listów, jeden z nich dotyczy tłumaczenia "Fiaska", i przynosi wiele informacji na temat powstania tej powieści. A w 86 bodaj Kandel proponuje, żeby coś napisali wspólnie. Lem odrzuca tę propozycję, jak to on, wdając się w wielostronicowy wywód, zamiast po prostu powiedzieć "nie, dziękuję, może następnym razem". Cały Lem.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani