Z londyńskiego metra

dees (13.03.2017, 16:56)
coś przesadzasz. to tylko dlatego że książka dobra!
A.I. (13.03.2017, 11:38)
Chciałąbym umieć pisać jak Ty :-)



---
Co za przepiękna książka. Wiadomo, zasłużona popularność, Hugo i Nebula 1970 nie wzięły się znikąd. Widać skok jakościowy między tą i dwiema poprzednimi z cyklu, też przecież bardzo dobrymi, ale ta trzecia ma w sobie tchnienie geniuszu. Odkrywam ją kolejny raz, zachwycona perfekcyjną mieszanką sf i fantasy, pomysłowością, konsekwencją, subtelnością i siłą przekazu. 

Fabuła jest prosta: Genly Ai, wysłannik Ekumeny, przybywa na Gethen - Zimę, planetę w epoce lodowcowej, której mieszkańcy są hermafrodytami, i stara się przekonać ich do przyłączenia się do ligi światów. Król Karhidu jednak nie do końca wierzy w tę opowieść. Genialnie pokazana tu jest skomplikowana polityka. Absolutnie cudowne jest spostrzeżenie, że nawet znając język i teoretycznie kulturę Ziemianin odbija się od praktyki i chwilami kompletnie nie rozumie przekazów miejscowych. Niewiarygodnie realistyczne, choć pokazane właściwie mimochodem, jest zimno i skrajna surowość Karhidu. Wciągnięty w wir wydarzeń Genly Ai musi uciekać z Karhidu do sąsiedniego Orgoreynu, po drodze odkrywając miejscową religię, handdarę. Kolejny Le Guinowy majstersztyk: wieszczowie potrafią precyzyjnie przewidywać przyszłość, ale tylko odpowiadając na konkretnie sformułowane pytanie (a odpowiedź niekoniecznie jest taka, jakiej pytający się spodziewał, zgodnie z tradycją Pytii, choć znacznie mniej wieloznaczna). Nie ma w tym magii, jest wyszkolona intuicja. Drugim fantastycznym elementem jest telepatia, również ledwie wspomniana i użyta w powieści bardzo oszczędnie. 

Genly Ai zostanie zesłany na kraniec świata, skąd pomoże mu wrócić dawny zausznik króla Karhidu. Jedyny, który mu uwierzył. W straszliwie trudnej podróży przez lód, śnieg i mróz Genly odkryje prawdę o swoim towarzyszu i nauczy się dla niego szacunku. To są przepiękne sceny, nakreślone z odwagą i godnym podziwu humanizmem. Le Guin jak nikt pokazuje, jak się rodzi związek międzyludzki, z zaufania, na styku dwóch odmienności.

Nie lubię tu tylko pomysłu, że Getheńczycy mogą się rozmnażać między rodzeństwem. Miało to zapewne być naruszeniem jednego z najsilniejszych ziemskich tabu, pokazać, że nawet to nie odbiera im człowieczeństwa. Tyle, że to nie jest wyłącznie kwestia kulturowa, ma uzasadnienie biologiczne. Rozumiem, że genetyka Getheńczyków jest taka sama jak nasza, chowu wsobnego powinno się raczej unikać.

Uwielbiam natomiast ideę całkowitego biologicznego rozdzielenia spraw seksu i rozmnażania od kultury. Tak samo jak przy pierwszym czytaniu teraz też marzyłam, żeby mieszkać w tamtym świecie. Żadnych gołych cycków reklamujących traktory, żadnej dyskryminacji, żadnego zmuszania do macierzyństwa, żadnych różowości dla dziewczynek, żadnych idiotycznych dyskusji, która płeć ma lepiej. Raj. Dopóki będziemy tak odbierać tę powieść, dopóty będzie to znaczyło, że równości nie ma (a być może w ogóle jest niemożliwa do osiągnięcia, jeśli ktoś nas nie przerobi na hermafrodytów). Le Guin zresztą chwilami stawia kobiecość na piedestale, jakby sama sobie przecząc. Z jednej strony myślą przewodnią jest tu dopełnienie, yin i yang, z drugiej strony - to kobiecy rodzic zatrzymuje dziecko (nagroda za 9 miesięcy wysiłku organizmu, oraz "mater semper certa est" tam też, oczywiście - ale jednak). Gospodyni Genly'ego na pytanie o dzieci zasępia się wyraźnie przyznając, że nie urodziła żadnego, choć spłodziła liczne - tak jakby te osobiście urodzone były więcej warte (co musi sprawiać przykrość choćby rodzicom adopcyjnym). Podobnie zresztą król: ma liczne potomstwo spłodzone z partnerem, ale uparcie zachodzi jeszcze w ciążę mimo zaawansowanego wieku. W opowiadaniu "Dojrzewanie w Karhidzie" mamy wzmiankę, że tak cudownie przechodzić pierwszy kemmer jako kobieta - bo co? O rozmnażanie nie idzie, bo bohater za młoda, więc o satysfakcję? Fizjologicznie u nich powinna być taka sama, bo niby dlaczego nie. A gdyby facet to napisał... facet by tego nie napisał, w tym rzecz.

Przepadam również za stosunkiem tubylców do Ziemianina. To, co dla nas jest normą najbardziej oczywistą, tam jest zboczeniem godnym pożałowania. Przepiękny chwyt, który zastosował też Dukaj w "Portrecie nietoty". Kolejny raz uzmysławiamy sobie dobitnie, że to, co nam wydaje się prawem naturalnym, niezmiennym jak skała, wcale takim nie jest. I że jedyną podstawą człowieczeństwa jest zrozumienie drugiej osoby, wbrew wszystkim różnicom. Le Guin będzie to pisała nieustannie przez kilkadziesiąt następnych lat, z upartą konsekwencją i wiarą. Właściwie powinna Nobla dostać.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani