Z londyńskiego metra

dees (17.01.2019, 16:04)
p. nie mam takiego poczucia.
p. (17.01.2019, 14:15)
Nie ukrywam, że z H. mam problem.
Być może nie do końca doceniam jego styl literacki ze względu na image obrazoborcy, który skrzętnie pielęgnuje. Trudno mu odmówić pomysłowości w doborze bohaterow, problemow i narracji, pozostaje on dla mnie wciąż na poziomie publicysty, dobrego, ale jednak publicysty.



---
Śledzimy losy dwóch braci przyrodnich.  Bruno urodził się w roku 1956, jego matką była Janine Ceccaldi, która szybko odesłała syna do swoich rodziców do Algieru, i zaszła drugi raz w ciążę. W 1958 na świat przyszedł Michel Djerzinski, wnuk Luciena Djerzinskiego, który w 1919 wyjechał z górniczych Katowic do Francji. Przytaczam starannie daty i nazwiska, ponieważ Michel Houellebecq w dokumentach ma 1956 jako rok urodzenia, lecz twierdzi, że w rzeczywistości urodził się w 1958 (matka podobno dodała mu dwa lata uważając za genialne dziecko), jego matka nazywała się z domu Lucie Ceccaldi, a rodzice szybko odesłali go na wychowanie do dziadków do Algieru. To po babce przyjął nazwisko, pod którym pisze. 

Powieściowi bohaterowie spotykają się dopiero w liceum. Michel, który potem zostanie znakomitym biologiem, interesuje się naukami ścisłymi i jest dziwnym nastolatkiem. Bruno czyta Kafkę i spędza mnóstwo czasu na masturbacji oraz myśleniu o seksie. To jest wprawdzie powieść z 1998, ale nawet wtedy "Kompleks Portnoya" miał już 30 lat, więc trochę ziewałam nad tą dość chłodną, a miejscami zdecydowanie niesmaczną opowieścią o dojrzewaniu, którą Houellebecq urozmaica wstawiając co pewien czas informacje jakby przepisane z encyklopedii, bardzo luźno powiązane z właściwym tokiem narracji. To zdaje się jego znak rozpoznawczy, w "Mapie i terytorium" też to robi. Wzruszyłam się dopiero na stronie 91 (tak, mam książkę papierową), gdzie jest bardzo piękny kawałek o babci, która wychowała Michela, i o jej śmierci. 

Potem jest druga część, w której Bruno usiłuje znaleźć zaspokojenie seksualne, co jest opisane na wielu stronach z licznymi detalami. Udaje mu się to dopiero w powieściowej teraźniejszości. W połowie książki bracia się spotykają i rozmawiają o tym, że obecny świat jest realizacją "Nowego Wspaniałego" Huxleya, tylko kast (na razie) brakuje. Coś w tym jest. Bruno mimochodem opowiada swoje życie, które składa się z myślenia o seksie, przypadkowego małżeństwa, przypadkowego spłodzenia syna, przewidywalnego rozwodu. Michel tymczasem żyje wyłącznie nauką i jest ponad cielesność. Pojawia się tu poza tym postać czwartoplanowa, która okazuje się straszliwym zwyrodnialcem, co autor udowadnia opisując te potworności bardzo szczegółowo. Nie wiadomo po co, bo do całości to nie bardzo pasuje, poza potwierdzeniem, że gatunek homo sapiens nie bardzo się matce naturze udał, co wiedziałam i bez Houellebecqa.

Końcówka sprawiła, że zmieniłam zdanie. Na ostatnich kilku stronach potwierdza się to, co było sugerowane na początku: opowieść snuta jest z perspektywy kilkudziesięciu lat później. Michel Djerzinski udowodnił, że DNA ludzkie można przekształcić tak, aby gatunek nie potrzebował seksu do rozmnażania, i tym samym (dlaczego miałoby to wynikać, nie wiem, ale taka jest teza narratorów) pozbawić go cierpienia i skłonności do przemocy (to wszystko pięknie, ale sam Michel w końcu się seksem nie interesował, a szczęśliwy nie był, widzę tu sprzeczność). Parę lat później powstał nowy, lepszy gatunek ludzki. Ponieważ to on opowiada historię swojego twórcy, staje się jasne, że musiała to być opowieść smutna, przygnębiająca i brutalna, o złych czasach minionych. Do czytelnika należy ocena, ile w niej jest prawdy.

To raczej nieprzyjemna w lekturze, bardzo inteligentna książka, z którą ma się wielką ochotę polemizować, co nie jest łatwe. Houellebecq jest dobrym obserwatorem, sprawnym myślicielem, ma sporą wiedzę, a jego gorycz wynikająca z rozczarowania homo sapiens jest przecież uzasadniona. Nie zachwyca mnie natomiast skupienie się akurat na popędzie seksualnym; mam wątpliwości, czy to faktycznie on jest największą z przywar. Chciałabym poza tym zobaczyć więcej szczegółów na temat nowego gatunku (tu natychmiast przychodzą na myśl Derkaczanie Atwood). Czy rzeczywiście udało się uzyskać polepszenie, czy to może jednak głównie narracja tych, którzy nas zastąpili?
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani