Z londyńskiego metra




---
Największy opad szczęki zaliczyłam czytając, że Eden był autobiograficzny. W ogóle nie umiem sobie wyobrazić, jak Orliński na to wpadł. To jest absolutnie oczywiste, kiedy się już o tym pomyśli, ale odkryć to? Jak? Drugie zdziwienie wywołała informacja, że pierwsza część Solaris powstała na wakacjach w Zakopanem (druga też, rok później), w ciągu trzech tygodni. I że Lem do końca nie miał pewności, o czym właściwie jest ta powieść, a przecież właśnie mimochodem stworzył całą gałąź literatury.

To musiał być ktoś o takim umyśle i przeżyciach, żeby wymyślić, że ta najodleglejsza od codzienności dziedzina literatury - fantastyka - będzie się najlepiej nadawała do pisania o sobie i ludziach. Od początku - miałam ile, 14 lat? - widziałam, o czym jest "Powrót z gwiazd". Kocham ją do dzisiaj, Lem jej nie lubił: za sentymentalizm, krzepę bohaterów, i papierowość bohaterki. Sentymentalna - w pewnym sensie, ale to nie zarzut, ona jest przecież zbudowana na uczuciach, i całe szczęście, właśnie dlatego nadal się broni po prawie 60 latach. Krzepa bohaterów zawsze mnie bawiła, ale ona tu też jest wymagana. Hal Bregg jako chudy intelektualista - nie. Musiał być fizyczny. Podejrzewam zresztą, że ta krzepa i wzrost wyrażały uczucia Lema jako giganta intelektu wobec nierozumiejącego go otoczenia. Papierowość bohaterki - a to TAK, od początku mnie to irytowało niezmiernie i zawsze jak to czytam (albo sobie przypominam, znam ją bowiem na pamięć), mam ochotę wsiąść w maszynę czasu i wrzasnąć "na litość bogów, panie Lem, weź pan się z kimś skonsultuj, i napisz to pan trochę lepiej!" Gdyby ona miała jakąkolwiek osobowość, ta powieść byłaby nieznośnie genialna. Tylko wcale nie jestem pewna, czy Hal Bregg mógł się w tamtym momencie zakochać w kobiecie z wnętrzem. Kobiecie, na którą życie w zbetryzowanym społeczeństwie musiało wpłynąć w szczególny sposób, i to w ogóle byłby temat na zupełnie oddzielną świetną powieść. Lem nie lubił też happy endu, ale ten akurat świadczy o dojrzałości bohatera - i zapewne autora, który przekazał mu własne odczucia, pewnie podświadome, niemniej autentyczne. Dziwi mnie, że nie widział wspaniałości swojego protagonisty, odważnego i zagubionego, pełnego życia i melancholijnego, rozdartego i rzucającego się zachłannie na ten nowy świat.

Ale nie miałam pisać o "Powrocie z gwiazd" (to temat, na który zawsze potrafię zdryfować), tylko o "Życiu nie z tej ziemi". To jest wspaniała biografia, Orliński umiał z niewiarygodną przenikliwością zobaczyć to, co Lem przemilczał i ukrywał całe życie. Nie stracił przy tym sympatii do swojego bohatera. Nawet kiedy się z niego naśmiewa - bo po najdłuższej wycieczce lądowej w swoim życiu, do Pragi, Lem ma do opowiedzenia tylko jak się świetnie sprawowało jego auto - robi to subtelnie i z przychylnością. To samo, jeśli chodzi o pisarza w roli ojca, trudny temat oczywiście najlepiej opisany w "Awanturach" Tomasza Lema, z których Orliński korzysta. Jest w swoich ocenach wyważony i delikatny. Można by pewnie te niełatwe wątki drążyć znacznie bardziej, autor biografii mówi, że zostały wojenne przeżycia Lema, których nie poruszył, ponieważ po pierwsze przerastają go emocjonalnie, a po drugie nie zamierza oceniać z naszej perspektywy tamtych wyborów. Nie jestem zwolenniczką dociekania całej prawdy za wszelką cenę, ona i tak jest z założenia nieosiągalna. W tej biografii dostajemy akurat właściwą jej dawkę. A teraz idę czytać "Wizję lokalną".

FAQ u autora. Wcale nie ma dużo o Holokauście, i całe szczęście, że nie bawił się w Domosławskiego.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani