DS magazine
Bertrand Russell
Le MoMA à Paris
Wahałam się nad wystawą "Le MoMA à Paris", bo opinie były podzielone, niektórzy mówili, że za skromna. W końcu ciekawość zwyciężyła, i nie żałuję. Żadne "za mało" - jasne, to jak kropla w morzu w porównaniu ze zbiorami MoMA, ale przecież całego przewieźć nie mogli. Jest natomiast "The Persistence of Memory" Dalego, widziałam je prawdziwe, byłam w szoku, że jest takie malutkie, ale jestem szczęśliwa. Są dwa Picassy, jeden abstrakcyjny, a drugi wprost przeciwnie. Jest "Le faux miroir" Magritte'a, Klimt, Picabia, Chirico, Matisse, "Le Baigneur" Cézanne'a, koło rowerowe Duchampa, fotografie Maxa Ernsta, Paul Signac, nie do opisania piękny ptak Brancusiego, a także pierwszy udźwiękowiony film Disney'a z Myszką Miki: to wszystko na pierwszym poziomie, zakończonym Pollockiem i Rothką, których nigdy nie rozumiałam i zapewne już nigdy nie zrozumiem. 

Wyżej przenosimy się do czasów nowocześniejszych, a tam biały kwadrat Malewicza, "Identical Twins" Diane Arbus, oraz oczywiście zupa Warhola: 32 obrazy malowane ręcznie, przedstawiające 32 ówcześnie sprzedawane smaki zupy. Tegoż Warhola również podwójny Elvis, a dalej Edward Krasiński, który podobno odgrywał znaczącą rolę na scenie artystycznej Europy Wschodniej w latach sześćdziesiątych, na co się zakrztusiłam, bo w życiu nie słyszałam nazwiska. Jego znakiem rozpoznawczym była niebieska taśma samoprzylepna (skąd on wziął niebieską taśmę w Polsce w latach sześćdziesiątych?!) i taką instalację pokazało nam MoMA, zawierającą między innymi czarny telefon tarczowy. Dalej piętro z eksperymentami, i nagle w kącie sterta czegoś w kolorach flagi amerykańskiej. Jakaś zwiedzająca podeszła i wzięła sobie jedno coś, okazało się, że to... cukierek, stanowiący integralną część dzieła Felixa Gonzalesa Torresa "Untitled (USA Today)" z roku 1990, to znaczy cukierki są chyba bardziej współczesne. Należy się częstować, w ten sposób wchodząc w interakcję ze sztuką. Nie zostało wyjaśnione, czy należy ją zjadać, czy może lepiej przechowywać jako relikwię. Zastanawia mnie w jaki sposób kupuje się takie dzieło, o postaci zmiennej w czasie i wymagające ciągłej inwestycji. 

Pod koniec cała mała salka obwieszona fotografiami Cindy Sherman, odtwarzającej kadry z filmów hollywoodzkich z lat 50 i 60. Dające do myślenia na temat modelu kobiety w ówczesnej zbiorowej nieświadomości, ale równie dobrze mogłabym to chyba obejrzeć w spokoju na komputerze. Jeszcze dalej wiek XXI: cała ściana emoji, dzieło interaktywne trawestujące gry na Atari, i rekonstrukcja kiosku z metra nowojorskiego, z roku 2013. Po drodze jeszcze sala z "Measuring the Universe" Ondaka, wszechświatem są tutaj widzowie. A na sam koniec sala, w której rozstawione jest czterdzieści głośników, każdy odtwarzający głos pojedynczego śpiewaka z chóru wykonującego polifoniczną pieśń szesnastowiecznego kompozytora Thomasa Tallisa, i jest to rzecz tak piękna, że dech zapiera. Można i należy chodzić po sali przysłuchując się każdemu głośnikowi z osobna i wielu razem, a dzieło nazywa się "The Forty-Part Motet" Janet Cardiff: i taką sztukę rozumiem, idealne połączenie nowoczesności i tradycji, indywidualizmu i zbiorowości, genialne w swej prostocie.

To była moja pierwsza wizyta we wnętrzu relatywnie nowej Fondation Louis Vuitton, którą nie tak dawno temu widziałam w budowie i której przedziwne kształty wpisały się w krajobraz Jardin d'Acclimatation (aktualnie w renowacji). Wnętrze jest nie tak udziwnione jak się obawiałam, można wyjść na wielopiętrowe tarasy i podziwiać zachód słońca nad Laskiem Bulońskim oraz wieżowce La Défense na bliskim horyzoncie. A na zakończenie wizyty, po ponownym obejrzeniu "The Persistence of Memory", zjechaliśmy do Grotto na dole, które gości instalację "Inside the horizon" Olafura Eliassona, tego samego, w którego twórczości zakochałam się parę lat temu w Wersalu. W łagodny łuk ustawione są 43 kolumny lustrzane, wszystko oblane żółtym światłem, w tle dziwne dźwięki, niezwykle kojąca przechadzka. Wiem, że sztuka nie ma być kojąca, ale estetyka Eliassona podoba mi się tak bardzo, że można to sobie zwać jak się chce. Zastanawiam się nad ponownym odwiedzeniem tej wystawy.


2018-02-18 08:58:02 Komentuj (2)

---





Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Anglik w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem