Z londyńskiego metra

dees (19.02.2018, 11:15)
i chodzi się po tym?
A.I. (19.02.2018, 10:46)
Torres jest też w Basel, z tym, że w postaci dywaniku z cukierków, nie sterty :-)



---
Wahałam się nad wystawą "Le MoMA à Paris", bo opinie były podzielone, niektórzy mówili, że za skromna. W końcu ciekawość zwyciężyła, i nie żałuję. Żadne "za mało" - jasne, to jak kropla w morzu w porównaniu ze zbiorami MoMA, ale przecież całego przewieźć nie mogli. Jest natomiast "The Persistence of Memory" Dalego, widziałam je prawdziwe, byłam w szoku, że jest takie malutkie, ale jestem szczęśliwa. Są dwa Picassy, jeden abstrakcyjny, a drugi wprost przeciwnie. Jest "Le faux miroir" Magritte'a, Klimt, Picabia, Chirico, Matisse, "Le Baigneur" Cézanne'a, koło rowerowe Duchampa, fotografie Maxa Ernsta, Paul Signac, nie do opisania piękny ptak Brancusiego, a także pierwszy udźwiękowiony film Disney'a z Myszką Miki: to wszystko na pierwszym poziomie, zakończonym Pollockiem i Rothką, których nigdy nie rozumiałam i zapewne już nigdy nie zrozumiem. 

Wyżej przenosimy się do czasów nowocześniejszych, a tam biały kwadrat Malewicza, "Identical Twins" Diane Arbus, oraz oczywiście zupa Warhola: 32 obrazy malowane ręcznie, przedstawiające 32 ówcześnie sprzedawane smaki zupy. Tegoż Warhola również podwójny Elvis, a dalej Edward Krasiński, który podobno odgrywał znaczącą rolę na scenie artystycznej Europy Wschodniej w latach sześćdziesiątych, na co się zakrztusiłam, bo w życiu nie słyszałam nazwiska. Jego znakiem rozpoznawczym była niebieska taśma samoprzylepna (skąd on wziął niebieską taśmę w Polsce w latach sześćdziesiątych?!) i taką instalację pokazało nam MoMA, zawierającą między innymi czarny telefon tarczowy. Dalej piętro z eksperymentami, i nagle w kącie sterta czegoś w kolorach flagi amerykańskiej. Jakaś zwiedzająca podeszła i wzięła sobie jedno coś, okazało się, że to... cukierek, stanowiący integralną część dzieła Felixa Gonzalesa Torresa "Untitled (USA Today)" z roku 1990, to znaczy cukierki są chyba bardziej współczesne. Należy się częstować, w ten sposób wchodząc w interakcję ze sztuką. Nie zostało wyjaśnione, czy należy ją zjadać, czy może lepiej przechowywać jako relikwię. Zastanawia mnie w jaki sposób kupuje się takie dzieło, o postaci zmiennej w czasie i wymagające ciągłej inwestycji. 

Pod koniec cała mała salka obwieszona fotografiami Cindy Sherman, odtwarzającej kadry z filmów hollywoodzkich z lat 50 i 60. Dające do myślenia na temat modelu kobiety w ówczesnej zbiorowej nieświadomości, ale równie dobrze mogłabym to chyba obejrzeć w spokoju na komputerze. Jeszcze dalej wiek XXI: cała ściana emoji, dzieło interaktywne trawestujące gry na Atari, i rekonstrukcja kiosku z metra nowojorskiego, z roku 2013. Po drodze jeszcze sala z "Measuring the Universe" Ondaka, wszechświatem są tutaj widzowie. A na sam koniec sala, w której rozstawione jest czterdzieści głośników, każdy odtwarzający głos pojedynczego śpiewaka z chóru wykonującego polifoniczną pieśń szesnastowiecznego kompozytora Thomasa Tallisa, i jest to rzecz tak piękna, że dech zapiera. Można i należy chodzić po sali przysłuchując się każdemu głośnikowi z osobna i wielu razem, a dzieło nazywa się "The Forty-Part Motet" Janet Cardiff: i taką sztukę rozumiem, idealne połączenie nowoczesności i tradycji, indywidualizmu i zbiorowości, genialne w swej prostocie.

To była moja pierwsza wizyta we wnętrzu relatywnie nowej Fondation Louis Vuitton, którą nie tak dawno temu widziałam w budowie i której przedziwne kształty wpisały się w krajobraz Jardin d'Acclimatation (aktualnie w renowacji). Wnętrze jest nie tak udziwnione jak się obawiałam, można wyjść na wielopiętrowe tarasy i podziwiać zachód słońca nad Laskiem Bulońskim oraz wieżowce La Défense na bliskim horyzoncie. A na zakończenie wizyty, po ponownym obejrzeniu "The Persistence of Memory", zjechaliśmy do Grotto na dole, które gości instalację "Inside the horizon" Olafura Eliassona, tego samego, w którego twórczości zakochałam się parę lat temu w Wersalu. W łagodny łuk ustawione są 43 kolumny lustrzane, wszystko oblane żółtym światłem, w tle dziwne dźwięki, niezwykle kojąca przechadzka. Wiem, że sztuka nie ma być kojąca, ale estetyka Eliassona podoba mi się tak bardzo, że można to sobie zwać jak się chce. Zastanawiam się nad ponownym odwiedzeniem tej wystawy.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani