Z londyńskiego metra




---
Od razu w pierwszym rozdziale czytamy przewrotne "Teraz mam już pewność, że nie można wiedzieć wszystkiego, ani o osobach realnie istniejących, jak ja, Violetta, Barbara czy Berta, ani o tych, które się wymyśliło. Byty fikcyjne są równie nieprzeniknione co ludzie z krwi i kości. Ten, kto opowiada, nigdy nie jest wszechwiedzący, ale niektórzy narratorzy po prostu dobrze udają i cieszy ich poza, którą się pysznią przed czytelnikami jak paw ogonem." Przewrotne, gdyż narratorką jest postać fikcyjna, trzydziestoletnia Kalina Serce, córka Violetty przez V i dwa t, wnuczka Barbary Serce, prawnuczka Berty Koch, ślicznej córki Hansa Kocha, wytwórcy wędlin, która przed drugą wojną pomagała ojcu robić kiełbasy i marzyła o nieokreślonej miłości. Ojciec wychowywał ją samotnie, a mieszkali w wiosce niedaleko niemieckiego Waldenburga (który potem będzie znany jako Wałbrzych). Kiedy pewnego lata w wiosce jak co roku pojawia się wóz wędrownego handlarza Bułgara Kruma zwanego też Turkiem Nasrallachem, tym razem przywozi ze sobą nie tylko magiczne towary i leki na wszelkie przypadłości, ale również młodego pomocnika pięknego "jak z romansów, które lubiła czytać Berta". Berta urodzi Barbarę i porzuci ją w sierocińcu, gdzie ta przeżyje wojnę, a potem zostanie adoptowana przez państwa Serce. Violetta przez V i dwa t o duszy artystycznej, bardzo zmiennym usposobieniu i skłonności do porzucania dziecka nie będzie najlepszą matką dla Kaliny, wychowywanej przez Bunię (Barbarę), do dnia jej tajemniczego zniknięcia. Dorosła Kalina kupi stuletni dom w wiosce na końcu świata, za Wałbrzychem: wiosce sąsiadującej z tą, w której niegdyś nastoletnia Berta wytwarzała czarną kiszkę i szynki dla gruźlików. Krąg się zamknie, opowieść się rozpocznie.

Znakomita jest tutaj narracja Kaliny, opowiadającej o swoim dzieciństwie na przemian w pierwszej i trzeciej osobie, co wychodzi bardzo naturalnie i dobrze oddaje ten stan, kiedy już potrafimy zrozumieć swoje wspomnienia, ale nadal nie udaje nam się integracja tego, co pamiętamy, z tym, co znamy z późniejszych opowieści dorosłych. "Tylko tak udaje mi się uchwycić to rozrzedzone istnienie, jakim jestem, i połączyć je z nią, nie do końca znaną mi dziewczynką, która czekała na chłopca imieniem Konrad i tęskniła za babcią Bunią."

To kolejna ubiegłoroczna saga sięgająca czasów wojennych, po "Lucyperze" i "Saturninie". Zapewne osiągnęliśmy już dystans pozwalający na zimno myśleć o naszej narodowej historii najnowszej, a z drugiej strony być może dopiero teraz doceniamy jej wagę. Co najmniej w latach 90 dominować musiało pragnienie starannego odcięcia się od przeszłości, chęć patrzenia raczej w to, co dopiero przed nami. Bator zresztą wcale o wojnie nie pisze. To jest książka o nieustannym kobiecym spełnianiu oczekiwań otoczenia: nie tylko mężczyzn. Bardziej nawet sąsiadów (są tu niezwykle istotni, pokoleniowe towarzystwo Papugów nie jest przypadkowe), i przede wszystkim matek oraz córek. Wszystkie postaci tu przegrywają sromotnie, pod koniec już trudno znieść domiar nieszczęść spadających na każdego. Zgodnie z tytułem - jest gorzko.

Przyznam, że przez chwilę doświadczałam dość intensywnej irytacji na te głupie bohaterki, a zwłaszcza Bertę i Violettę. Potem się zastanowiłam: nie są głupie. Są spragnione miłości. Z czego jeszcze Berta, którą odumarła matka (bardzo się cieszę, że to sformułowanie przestało już być potrzebne w naszych czasach i brzmi dziwacznie staroświecko) zdaje sobie sprawę i gorączkowo poszukuje czegoś więcej poza codziennością. Wielokrotnie porzucana Barbara już nie, zadowala się absolutnym minimum, czyli przeżyciem - nic dziwnego, że i swojej córki nie będzie umiała nauczyć kochać, a niewątpliwe zaburzenia psychiczne Violetty nie pomagają. Gdzie w tym wszystkim jest Kalina? Najmłodszą bohaterkę poznajemy głównie we wzmiankach o jej dzieciństwie, do czasu wiemy o niej niewiele.

Czytałam, zapominając gdzie jestem, dając się porwać potoczystej narracji Bator, po czym odrywałam się i miałam nieokreśloną pretensję, że to wszystko już było. Właściwie przewidywalny jest tutaj każdy chwyt, wiadomo, w którym momencie tajemnice wyjdą na jaw. Po dwóch trzecich mamrotałam nawet "ale zmierzaj już do końca, autorko, bo już nie mogę". Zwłaszcza powtarzalność Violetty mnie już bardzo męczyła. Nie da się mi dogodzić, "Roku królika" czepiałam się, że zbyt wymyślny, tu z kolei głos w mózgownicy mamrocze, że zbyt banalne - a to jednak idiotyczny zarzut, niewiele jest banalności w tej znakomicie splecionej wielowątkowej narracji, w tych postaciach złożonych wyraziście (pamiętajmy, że to wszystko odtwarza Kalina), w tym Dolnym Śląsku, przez który bardzo w tle przepływa historia. Właśnie, może gdyby ta ostatnia była nieco bardziej zaakcentowana, jak w Lucyperze: ale co, nie wystarczy złamane życie Marii i Jakuba Serce? Bator zahacza również o autentyczną wioskę Sokołowsko (przed wojną Görbersdorf), w której w XIX wieku powstało pierwsze na świecie specjalistyczne sanatorium dla gruźlików.

Typowo dla tej autorki pada tutaj kwestia "każda przeszłość jest bliższa powieści niż reportażu". W tym Bator zbliża się do Barnesa (a zresztą i świeży Llosa poszedł w tym kierunku). Styk prawdy (jakiej prawdy, czyjej prawdy?) i fikcji fascynował mnie od najmłodszych lat, i w nim upatruję podstawowej potęgi literatury. Tutaj wyjaśnia się chwyt z Znepmryrz: avr qn fvę hjvremlć, żr wrfg fghyrgavz cenqmvnqxvrz Xnyval v żr zntvpmal qrgrxglj Nqevna Fzęgbjvpm grtb avr bqxelł. Aneengbexn bpmljvśpvr honejvn fjbwą bcbjvrść. N fxbeb gnx, gb pmrzh avr jvnqbzb, pb fgnłb fvę m qmvrpxvrz Wbfv Onhre v Złbqrtb? Qynpmrtb Xnyvan avr bqanynmłn wrtb póexv, jfmnx fjbwrw xhmlaxv?

Ciekawa jest również interakcja z czytelnikiem: której bohaterce wybaczamy najłatwiej? Ja współczuję Barbarze, i uważam, że spotkała ją kara niewspółmierna do przewinień. Bercie również łatwo odpuścić; Violetcie nie umiem. Jaka jest wina Hansa Kocha? Nie był zły, chciał dobrze dla córki, chciał najlepiej, jak mógł, w tamtych czasach i okolicznościach. Czy to go usprawiedliwia, a jeśli tak, to czy powinno to kogokolwiek usprawiedliwiać. A co z Magdą Tabach, przemykającą w cieniu głównych bohaterek, a jednak tak bardzo istotną? Trzeba Bator przyznać, że żadną miarą nie da się tej opowieści uprościć do kategorii dobra i zła.

Zakończenie ma tę samą wadę co "Chmurdalia", acz nie na tę skalę, przy czym po tych sześciuset stronach cierpień i przygnębienia nawet nie miałam siły się o to awanturować. Mam wrażenie, że autorka chciała napisać nieco ambitniejsze "Smażone zielone pomidory" - i o ile z pewnością jest to lepsze literacko, ponieważ Bator jest znakomitą prozaiczką, o tyle należało jednak mieć odwagę zakończyć wcześniej. Kalina powinna powiedzieć "oto ta historia, tak jak ją odnalazłam i odtworzyłam", postawić kropkę parę stron wcześniej, pozostawić czytelnika z niedosytem, nie osładzać całości jakimś amerykańskim otwieraniem cukierni. Choć z drugiej strony - narratorce nie można ufać, wiemy, jak lubi zmyślać i ubarwiać. Mogłoby to wszystko być tylko jej ostateczną fantazją?

Czy ktoś mógłby powiedzieć korekcie (wydawnictwo Znak! Na nikogo już nie można liczyć w dzisiejszych czasach!), że "ostrużyny" są przez u (pięć razy! kto mi naprawi zęby starte zgrzytaniem?), a ciasto się warzy przez rz? Bo że nie zauważyła literówki w "naparapeciona", rozumiem, to trudny neologizm, nie da się wymagać od słabo opłacanej przemęczonej korekty, żeby jeszcze neologizmy w języku polskim rozumiała, nawet takie śliczne.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani