Z londyńskiego metra

dees (25.10.2018, 09:33)
batumi, przepraszam. zazwyczaj staram się nic nie zdradzać, ale w tym przypadku uznałam, że trudno mówić o suspensie, skoro wszystko wiadomo :D
batumi (25.10.2018, 07:44)
no masz, miałam na to iść w weekend, ale teraz muszę odczekać, żeby zapomnieć, co napisałaś. A przestać czytać nie mogłam.



---
Wszyscy wiedzą, co powiedział w lipcu roku 1969 Neil Armstrong, wszyscy też wiedzą, jak się zakończyła misja Apollo 11, wszyscy także zapewne słyszeli o kosmicznej rywalizacji Sowietów i Amerykanów. Serdecznie poza tym nienawidzę trzęsącej się kamery, nie lubię Ryana Goslinga, obecnego tu oczywiście w każdej scenie, a efekty specjalne polegają na straszliwym trzęsieniu i zgrzytaniu, co zajmuje pewnie połowę filmu. To wszystko biorąc pod uwagę nie widzę zupełnie nic dziwnego w tym, że przesiedziałam dwie godziny z zapartym tchem, trzymając się poręczy fotela i śledząc losy Neila Armstronga w latach sześćdziesiątych. Najwspanialsza w tym filmie jest namacalność, momentami wręcz niesmaczna (aczkolwiek na szczęście oszczędzono nam prawdziwych ekstremów, na przykład tego, co działo się w Apollo 8 z dowódcą Frankiem Bormanem, który cierpiał na bardzo silną chorobę lokomocyjną, a toalety nie było, ani możliwości otwarcia okien), a momentami przerażająca, kiedy kolejni astronauci giną z powodu jakiegoś idiotycznego błędu. Ale możemy zobaczyć tę blachę i te nity z bliska, doświadczyć emocji na żywo. To działa. Zachwyciła mnie oczywiście mucha przypominająca mi o Pirksie.

Damien Chazelle pokazał niewiarygodny wysiłek wkładany przez ludzi w realizację tego absurdalnego celu, i skontrapunktował to protestami ludzi mówiących, że te pieniądze można było przeznaczyć na coś bardziej przyziemnego (pojawia się tu archiwalne nagranie autentycznego Kurta Vonneguta mówiącego to samo). Pokazał motywy polityków, pragnących wygrać wyścig z wrogiem. I motywację ludzi, tych osobiście narażających swoje życie, stawiających na szali swoje rodziny. Może najbardziej przejmującą sceną filmu jest ta, w której żona Neila żąda, żeby porozmawiał z synami, bo może nie wróci z tej ostatecznej wyprawy. To się aż prosi o uderzenie w wysokie c, o wyjaśnienie z wysoka, jak to realizacja marzeń jest istotna, jak są ważniejsze sprawy niż interes jednostki: otóż nic takiego tu się nie dzieje. Armstrong jest bezradny jak zwykły człowiek. Znakomita scena. Oczywiście, potem Chazelle równoważy to świetnie zrobionym lądowaniem na Księżycu (trochę kłamałam na początku na temat efektów specjalnych), i przez chwilę nie mamy wątpliwości, że warto było.

Nie miałam pojęcia, że w 1962 Armstrong stracił dwuletnią córkę, która miała guza mózgu i poddana była ciężkiej terapii, bez efektów. Film pokazuje to na początku, a potem do tego wraca. Armstrong poświęcał się pracy, żeby w ten sposób poradzić sobie ze stratą. To oraz w zasadzie wszystko w tym filmie odpowiada rzeczywistości (z wyjątkiem bransoletki, ale to też jest coś, co mogłoby się wydarzyć).  
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani