Z londyńskiego metra

dees (13.05.2018, 21:19)
Kaja, kraniki najważniejsze!

spt, tak!
spt (11.05.2018, 13:23)
tak sobie widać Francuzi Bałtyk wyobrażają :)))
kaja (10.05.2018, 12:41)
my bylismy na Kanarach ale jedzenie nie umywa sie do tego ze zdjecia... chociaz kraniki byly :) caluje



---
Wróciliśmy do Bretanii, do tego samego miejsca, co w ubiegłym roku, ponieważ jest to miejsce cudowne, ze świetną ekipą, masą zajęć na miejscu i w okolicy, oraz kranikami z winem. Tym razem polowanie na couteaux nam się zupełnie nie udało, prawdopodobnie dlatego, że było po deszczu i nie było widać dziurek w piasku, choć kilka widziałam, ale nic z nich nie wyszło. Udało nam się natomiast popłynąć pontonem z silnikiem. Pontony przeznaczone są dla 4-6 osób. Początkowo zebrałam taką ekipę, która, gdy przyszło co do czego, jakoś się w ostatniej chwili wykruszyła. Zostałam sama z dzieckiem. Wydano nam kapoki, wiosło i bosak, róg mgłowy na wszelki wypadek oraz kanister z benzyną i udaliśmy się na pomost, gdzie najpierw trzeba było wybrać wodę z pontonu, bowiem padało. Następnie zostaliśmy poinstruowani jak działa silnik. Podłączyć kanister, wyciągnąć starter, tu luz, tu bieg do przodu, tu wsteczny, tu pokrętło prędkości i sterowanie w jednym, zielone boje po lewej ręce, na ocean nie wypływać, bo duża fala.

Po tym wszystkim zwątpiłam. Sama z dzieckiem w takim pływadle? Czy to na pewno rozsądne? A jak silnik zgaśnie? A jak dziecko wypadnie? A jak się zrobi dziura? A jak się pojawi rekin? Rzekłam, że ja może jednak innym razem, na co dziecko oczywiście zawrzasło, że nie ma mowy, płyniemy. Instruktor powiedział, że daje słowo, mogę płynąć sama, nic trudnego. To popłynęliśmy, bo w końcu co, ja nie popłynę? Sterować statkiem umiem, chociaż nie przewidziałam, że jak będę ciągnąć za ten rumpel, to będę sobie jednocześnie zwiększać lub zmniejszać prędkość. Opanowanie tego zajęło mi chwilę, potem już było prosto, choć przeżyłam chwilę grozy, kiedy przepływaliśmy przez port, skąd akurat wychodziła żaglówka. Żaglówka ma pierwszeństwo, ale na żaglach, ta jest na silniku, to chyba nie ma, a jak wychodzi z portu, to też raczej nie ma, lecz wolałabym jednak się z nią nie zderzyć - tę gonitwę myśli przerwał mi człowiek z jachtu machając, żebym przeszła za nim, co posłusznie uczyniłam. Potem już tylko pilnowałam bojek i rzeczywiście dotarliśmy aż do zatoki z widokiem na ocean, gdzie były fale. Wrzuciłam luz, pokołysaliśmy się na falach, i zawróciłam. Powrót był szybszy, bo z prądem. Dobijając do pomostu zastanawiałam się nerwowo, co teraz i jak ja sobie niby mam poradzić, ale instruktor czekał na miejscu i udzielił mi wskazówek.

Darowaliśmy sobie zwiedzanie pobliskich miast, widzieliśmy je bowiem w zeszłym roku, pojechaliśmy natomiast do Concarneau do Musée de la Pêche (Muzeum Rybołóstwa), które okazało się znacznie ciekawsze, niż może to sugerować nazwa. Jest tam mnóstwo fajnych makiet pokazujących historyczne sposoby połowu ryb, oraz zwiedza się autentyczny kuter rybacki zacumowany tuż obok. Są też ryby i inne poławiane stworzenia morskie, parę gablot poświęconych przetwórstwu, zwiedzanie kutra w VR, filmy z połowów i gigantyczna maszyna do szycia żagli.

Chodziliśmy na długie spacery po lasach i brzegu morza, oglądaliśmy okoliczną florę i faunę (szczególnie rybitwy i rybołówki, są fascynujące, kiedy błyskawicznie spadają jak kamień z nieba i nurkują, żeby złapać rybę), siedzieliśmy na plaży, oglądaliśmy strzechy ze słomy z irysami na dachu w celu irygacji, oraz architekturę z granitu. Łupali te kamienie używając drewna polewanego wodą, pod jej wpływem pęczniało, rozsadzając kamień. Byliśmy nawet w ośrodkowej saunie, ku mojemu przyjemnemu zdziwieniu naprawdę porządnie nagrzanej. Był to pierwszy raz mojego dziecka, które okazało się być fanem wygrzewania się w ciepełku. Że jest fanem ostryg, już wiedziałam, zamówiłam więc na degustację dwa talerze, słusznie. Na wieczorek zapoznawczo-powitalny przywiozłam natomiast polskie ptasie mleczko (każdy miał przywieźć jakiś specjał ze swoich lokalnych stron), wiele osób mi potem mówiło, jak bardzo im smakowało. A jeśli chodzi o ośrodkową stołówkę, to zaskoczył mnie bufet bałtycki. Nie jakością pożywienia, to było pyszne (kawior, łosoś, śledzie...), lecz dekoracją. Jej głównym elementem były biały niedźwiedź i pingwin.

Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani