DS magazine
Bertrand Russell
Fałszerze pieprzu
Musiałam się zaopatrzyć w rolkę ręcznika papierowego do tej lektury, chusteczki nie wystarczyły. A przecież Monika Sznajderman jest tu rzeczowa i zwięzła, nie próbując żadnych łez wyciskać z czytelnika. To jest książka napisana dla niej samej i dla ojca, sposób przechowania pamięci. Najważniejszy nakaz rabiniczny brzmi "pamiętaj". Ojciec jednak nie chciał albo nie mógł mówić o swojej przeszłości, córka przegrzebała dla niego - i dla swoich potomnych - archiwa. Czasem zwraca się tu do ojca w drugiej osobie, czytelnik czuje się niemal podglądaczem, usprawiedliwionym jednak przez nadrzędną konieczność wiedzy i pamięci.

To prosta historia: całe liczne rodziny zwykłych Żydów, warszawskich i radomskich, egzotyczne imiona i nazwiska, poznali się, stanęli pod chupą, mieli dzieci, a te dzieci potem dorastały, i miały swoje dzieci, którym dorosnąć nie było dane. Brat Marka, ojca Moniki, miał 10 lat, kiedy poszedł z ojcem na Umschlagplatz, a wcześniej widział śmierć matki w pogromie na Ukrainie. Prosta historia, powiadam, znamy takich wiele, przecież zginęły w ten sposób miliony.

Największe wrażenie zrobiły na mnie chyba liczby. Nie, nie wymordowanych. Przed wojną w Radomiu było 32% Żydów, w Warszawie podobnie, w Krakowie 25%. Mnie się dotychczas wydawało, że to była jakaś widoczna, ale jednak niewielka grupa. Na pewno nie 30%: jedna trzecia ludności. Żyjących oddzielnie, zamkniętych w swoim świecie, między koszernymi jatkami a synagogą. A przecież obecnych w życiu codziennym: wszędzie obok był żydowski lekarz, aptekarz, prawnik, kupiec. I ci wszyscy, którzy się zasymilowali jak dziadek Moniki, zdecydowali spolszczyć imię, sposób ubierania, sposób życia. Oni wszyscy zniknęli, decyzją jednego strasznego, chorego potwora - przecież nie napiszę "człowieka". Polacy mogą być z siebie dumni, gorliwie podchwycili idee, wspomagali najeźdźców, już po wojnie dokończyli dzieła, i kultywują je nadal, dzisiaj, osiemdziesiąt lat później, skwapliwiej niż kiedykolwiek, pilni uczniowie Hitlera. Najwyraźniej pamięć nie wystarcza. Czy miałby na to radę jakiś mądry rabin?

W drugiej części książki ton się zmienia. Przodkowie Moniki po kądzieli byli polską szlachtą. Wkraczamy w świat dworków, polowań i wysokiej kultury. Autorka zauważa, że te dwa światy jej pradziadków nie przenikały się, choć się stykały. I idzie z tym spostrzeżeniem dalej, cytując pamiętniki pradziadka. Nie ma w nich niemal niczego na temat pogromów i unicestwiania ludzi, które odbywało się za miedzą. Z jednym wyjątkiem: kiedy ginie znajomy Żyd. Wtedy owszem, jest biadolenie, które jednak jakoś znakomicie daje się połączyć z ogólną wizją "Polski bez Żydów", ponieważ autorka miała w rodzinie również działaczy Stronnictwa Narodowego. Jest to w ogóle powszechna przypadłość, byli ratujący Żydów antysemici, mówiący "wy to co innego, do was się przywiązaliśmy, jesteście specjalni, ale w ogóle Żydów należy się z Polski pozbyć". Nie jestem w stanie ogarnąć umysłem tego rozumowania, o ile jakikolwiek rozum wchodzi tu w grę, natomiast nie była to choroba tylko tamtych czasów. Spotykam się z tym podejściem we Francji, jeśli chodzi o Arabów czy czarnoskórych - Mohamed pracujący u piekarza jest swój człowiek, ale w ogóle Arabów należy się pozbyć, co jest kluczem do powszechnego szczęścia cywilizacji francuskiej. Autorka jako przyczynę wskazuje nieprzeniknioną obcość, zamknięty świat, tajemnicze rytuały, ubiory, INNOŚĆ - to budzi lęk. Zdumiewa mnie, że najwyraźniej nadal go budzi w czasach internetów i ogólnej otwartości, więc może jednak chodzi o to, że człowiek musi koniecznie sobie znaleźć jakiegoś wroga, na którego zwali całe otaczające go złe. Ale ja nie muszę, więc czemu takich jak ja nie ma więcej?

Sznajderman retorycznie pyta swoich przodków, odważnie walczących za Polskę, czy na pewno nie dało się zrobić niczego więcej w kwestii Żydów. Nie potrafi się pogodzić z wyobrażeniem swoich polskich antenatów uprawiających eleganckie rozrywki w czasie, kiedy parę kilometrów dalej zabijano jej żydowską babkę na oczach dzieci. Ja też nie potrafię, choć nie wiemy przecież, czy cokolwiek można było zrobić. Czy to kogokolwiek usprawiedliwia - nie wiem.

2018-05-07 10:23:31 Komentuj (5)

---





Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Anglik w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem