Z londyńskiego metra

dees (09.05.2018, 09:50)
spt, wiem i nijak mnie to nie pociesza.

p. ano. i jestem pewna, że też bym niczego nie zrobiła...
p. (08.05.2018, 15:39)
ds,zadajesz wazne pytanie, i mam podobne obawy, bo sama nie zrobiłam niczego w trakcie wojny w bylej Jugosławii kiedy Serbowie i Chorwaci wyrzynali na oczach świata bezbronna ludność bosniacka.Podejrzewam, że i w czasie II WS, dla wielu osób, życie się toczyło jakby nic się nie stało. ..
spt (08.05.2018, 14:38)
Czytam teraz Eichmena w Jerozolimie - rzecz o banalności zła. On nawet antysemitą nie był. Tylko akurat taką pracę znalazł. Na niewyobrażalne potworności szukamy wysublimowanych wytłumaczeń. A one są wcale nie wyszukane. Są banalne. Największy zbrodniarz III Rzeszy po prostu DOBRZE PRACOWAŁ bo bardzo chciał dostać awans i może przeniesienie.
ds (08.05.2018, 08:35)
A.I. ja wiem że jest trochę więcej, ale to za mało i coraz bardziej się boję, że nie wystarczy, żeby uchronić przed powtórką.
A.I. (07.05.2018, 18:09)
"Ale ja nie muszę, więc czemu takich jak ja nie ma więcej?" Jest nas więcej. Tylko tę resztę - lepiej widać.

Książkę też bardzo mocno przeżyłam. I tak, 1/3. Co trzeci człowiek na ulicy...



---
Musiałam się zaopatrzyć w rolkę ręcznika papierowego do tej lektury, chusteczki nie wystarczyły. A przecież Monika Sznajderman jest tu rzeczowa i zwięzła, nie próbując żadnych łez wyciskać z czytelnika. To jest książka napisana dla niej samej i dla ojca, sposób przechowania pamięci. Najważniejszy nakaz rabiniczny brzmi "pamiętaj". Ojciec jednak nie chciał albo nie mógł mówić o swojej przeszłości, córka przegrzebała dla niego - i dla swoich potomnych - archiwa. Czasem zwraca się tu do ojca w drugiej osobie, czytelnik czuje się niemal podglądaczem, usprawiedliwionym jednak przez nadrzędną konieczność wiedzy i pamięci.

To prosta historia: całe liczne rodziny zwykłych Żydów, warszawskich i radomskich, egzotyczne imiona i nazwiska, poznali się, stanęli pod chupą, mieli dzieci, a te dzieci potem dorastały, i miały swoje dzieci, którym dorosnąć nie było dane. Brat Marka, ojca Moniki, miał 10 lat, kiedy poszedł z ojcem na Umschlagplatz, a wcześniej widział śmierć matki w pogromie na Ukrainie. Prosta historia, powiadam, znamy takich wiele, przecież zginęły w ten sposób miliony.

Największe wrażenie zrobiły na mnie chyba liczby. Nie, nie wymordowanych. Przed wojną w Radomiu było 32% Żydów, w Warszawie podobnie, w Krakowie 25%. Mnie się dotychczas wydawało, że to była jakaś widoczna, ale jednak niewielka grupa. Na pewno nie 30%: jedna trzecia ludności. Żyjących oddzielnie, zamkniętych w swoim świecie, między koszernymi jatkami a synagogą. A przecież obecnych w życiu codziennym: wszędzie obok był żydowski lekarz, aptekarz, prawnik, kupiec. I ci wszyscy, którzy się zasymilowali jak dziadek Moniki, zdecydowali spolszczyć imię, sposób ubierania, sposób życia. Oni wszyscy zniknęli, decyzją jednego strasznego, chorego potwora - przecież nie napiszę "człowieka". Polacy mogą być z siebie dumni, gorliwie podchwycili idee, wspomagali najeźdźców, już po wojnie dokończyli dzieła, i kultywują je nadal, dzisiaj, osiemdziesiąt lat później, skwapliwiej niż kiedykolwiek, pilni uczniowie Hitlera. Najwyraźniej pamięć nie wystarcza. Czy miałby na to radę jakiś mądry rabin?

W drugiej części książki ton się zmienia. Przodkowie Moniki po kądzieli byli polską szlachtą. Wkraczamy w świat dworków, polowań i wysokiej kultury. Autorka zauważa, że te dwa światy jej pradziadków nie przenikały się, choć się stykały. I idzie z tym spostrzeżeniem dalej, cytując pamiętniki pradziadka. Nie ma w nich niemal niczego na temat pogromów i unicestwiania ludzi, które odbywało się za miedzą. Z jednym wyjątkiem: kiedy ginie znajomy Żyd. Wtedy owszem, jest biadolenie, które jednak jakoś znakomicie daje się połączyć z ogólną wizją "Polski bez Żydów", ponieważ autorka miała w rodzinie również działaczy Stronnictwa Narodowego. Jest to w ogóle powszechna przypadłość, byli ratujący Żydów antysemici, mówiący "wy to co innego, do was się przywiązaliśmy, jesteście specjalni, ale w ogóle Żydów należy się z Polski pozbyć". Nie jestem w stanie ogarnąć umysłem tego rozumowania, o ile jakikolwiek rozum wchodzi tu w grę, natomiast nie była to choroba tylko tamtych czasów. Spotykam się z tym podejściem we Francji, jeśli chodzi o Arabów czy czarnoskórych - Mohamed pracujący u piekarza jest swój człowiek, ale w ogóle Arabów należy się pozbyć, co jest kluczem do powszechnego szczęścia cywilizacji francuskiej. Autorka jako przyczynę wskazuje nieprzeniknioną obcość, zamknięty świat, tajemnicze rytuały, ubiory, INNOŚĆ - to budzi lęk. Zdumiewa mnie, że najwyraźniej nadal go budzi w czasach internetów i ogólnej otwartości, więc może jednak chodzi o to, że człowiek musi koniecznie sobie znaleźć jakiegoś wroga, na którego zwali całe otaczające go złe. Ale ja nie muszę, więc czemu takich jak ja nie ma więcej?

Sznajderman retorycznie pyta swoich przodków, odważnie walczących za Polskę, czy na pewno nie dało się zrobić niczego więcej w kwestii Żydów. Nie potrafi się pogodzić z wyobrażeniem swoich polskich antenatów uprawiających eleganckie rozrywki w czasie, kiedy parę kilometrów dalej zabijano jej żydowską babkę na oczach dzieci. Ja też nie potrafię, choć nie wiemy przecież, czy cokolwiek można było zrobić. Czy to kogokolwiek usprawiedliwia - nie wiem.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani