Z londyńskiego metra

dees (09.05.2017, 09:34)
p. bez przesady z geriatrią, ale tak myślałam, że sugestia wyszła Ci niezamierzenie :D

spt, mam na myśli miód gryczany, wiem że w Polsce można kupić, a tu nie można, chociaż jest gryka, DLACZEGO. rzeczywiście, wyparłam jabola z umysłu :)

odwodnik, mnie też homer zachwycił. ocet jabłkowy podobno dobry na wszystko.

odwodnik (08.05.2017, 11:42)
A.I. jedzenie homera zrobiło mi dzień. Uwielbiam takie literówki, które zmieniają znaczenie:))).

Ostryg jeszcze nie jadła, ale nie omieszkam jak będę miała okazję. Ja kiedyś robiac wino z jabłek zrobiłam 10 litrów absolutnie rewelacyjnego octu jabłkowego. Obdzielała rodzinę i przyjaciół prze kilka miesiecy i wszyscy byli zachwyceni.
spt (07.05.2017, 19:01)
masz na myśli miód gryczany ? bo jeśli tak to ja Ci przywiozę. U nas można go spokojnie kupić.

Natomiast co do alkoholu z jabłek - słynny jabol przecież u nas występował. sądzisz, że się pojawił dopiero za komuny ?

napisz co sądzisz o Macronie pls. Bo przecież nie ta ekstremistka ...
p. (06.05.2017, 18:18)
ja ? w ciazy ? to komedia pomylek bo blizej mi do geriatrii niz do kliniki polozniczej ;-)
dees (06.05.2017, 12:43)
czarownica, a w kwestii alkoholu na trawienie to zawsze dbam o zapas żołądkowej gorzkiej :)
dees (06.05.2017, 12:40)
czarownica, nie słyszałam pisku, ale nie namawiam!

AI, tak, muszą być świeże, to jak sushi.

p. gratuluję stanu odmiennego. a odradzają również sery, sushi itd.
czarownica-->A.I. (05.05.2017, 15:50)
I myslisz, ze Twoje zapewnienie pokona moja fobie i odwaze sie sprobowac? To nie bylaby fobia ;)
A.I. (05.05.2017, 14:32)
*homara, ofc
p. (05.05.2017, 13:57)
ostrygi ? brrrr , nie wchodzi w rachube.
Lekarze odradzaja ich spozywania podczas ciazy ze wzgledu na duze ryzyko zatrucia pokarmowego i zlapania zapalenia watroby (hépatite A).
A.I. (05.05.2017, 13:08)
Co do ostryg - IMO absolutnie wszystko zależy od ich świeżości. Najpyszniejsze w życiu jadłam w Brazylii, takie wyciągnięte prosto z oceanu. Skoro zachwalasz bretońskie - muszę się tam koniecznie kiedyś wybrać! :-)
Z dygresją się zgadzam - faktycznie dziwne.
@czarownica - nie wydają żadnego dźwięku, naprawdę! A przynajmniej żadne z tych, które ja jadłam. Gdyby wydawały, to bym ich nie zjadła ;-) Co do traum spożywczych - nienawidzę być przedstawiana swojemu jedzeniu. Kiedyś pokazano nam homera (żywego), którego później zjedliśmy. Do dziś mam przed oczami jego pełne wyrzutu spojrzenie (oraz bolał mnie okrutnie brzuch po jego spożyciu - a że bolał tylko mnie, a drugiego biesiadnika nie, więc nie wiem, może to psychosomatyczne było :-P)
czarownica (05.05.2017, 10:19)
Fernet Branca probowalas?
W zeszlym roku rozpaczliwie szukalam czegos na trawienie wakacyjnej rozpusty jedzeniowej i znalazlam to - krople zoladkowe w 40% alkoholu. Pierwszy raz byl okropny, bo jakis niedouk podal toto na lodzie, ale pite w temp. pokojowej jest rewelacyjne. Pomaga zawalczyc z kazda obfita kolacja.

Co do ostryg - nie, nie i nie.
Z powodu ksiazki (tytul zaginal w odmetach pamieci), ktorej bohater/ka nie je ostryg, bo ktos kiedys powiedzial, ze lykane na zywca i scisniete w najwezszym miejscu przelyku wydaja z siebie cieniutki, ledwo slyszalny pisk. Ja tego nie chce uslyszec, wystarczy mi wspomnienie odglosu, jaki wydaja wrzucane do wrzatku raki - ponad 30 lat temu na Mazurach!
I tak bohater ksiazki sprzedal fobie nie tylko innemu bohaterowi, ale i czytelniczce, hehe.



---
Pół życia spędziłam w przekonaniu, że nie przepadam za ostrygami. Jadałam je za moim drugim pobytem we Francji, w Normandii, bez zachwytu. Mogę zjeść, ale żeby to miało głębszy sens, to nie; w przeciwieństwie do muli, za którymi przepadam. Unikałam więc ostryg przez kolejne lata, co nie było specjalnie trudne. Ale w Bretanii, gdzieśmy mieszkali praktycznie w hodowli ostryg, zaproponowano nam degustację, zapisałam więc siebie i dziecko na jeden talerz, przewidując, że dziecko spróbuje i się skrzywi, ja zjem bez zapału resztę, i będzie zaliczone. W ramach aperitifu wczasowy znajomy wyciągnął butelkę przywiezionej z Owernii gentiane Salers, nalewki robionej na korzeniach goryczki żółtej. Ma to faktycznie intensywnie żółty kolor, a smak też jak polska nazwa wskazuje: raczej paskudne lekarstwo niż napitek spożywany dla przyjemności. Przy trzecim łyku można przywyknąć, jeśli się lubi gorzkie i ziołowe. Nic dziwnego, że po tym doświadczeniu ostrygi wydały mi się ambrozją, a może po prostu dlatego, że były miejscowe i świeżutkie. Spróbowałam ich zresztą dopiero, kiedy udało mi się wydrzeć talerz osobistemu potomkowi, którego twarz po degustacji pierwszej rozpromieniła się w zachwycie i migiem pożarł jeszcze dwie, otwierając i wyskrobując zawartość, jakby to czynił od urodzenia. Musieliśmy tłumaczyć, że to się smakuje, a nie pochłania. Teraz mam zagwozdkę, skąd wziąć dobre ostrygi w Paryżu; i po co mi to było.

Na bodaj drugą kolację stołówka zaserwowała coś pod nazwą kig ha farz, co nałożyłam sobie na talerz w przekonaniu, że to mięso mielone z cebulką. Dokładnie tak wyglądało. Dopiero potem się okazało, że to mąka gryczana ugotowana i rozdrobniona. Jest to typowa potrawa bretońska, oczywiście danie biedaków, serwowana teraz z gotowanym boczkiem (pewnie oryginalnie rzadko występował) oraz liśćmi kapusty. Smakuje trochę jak rozgotowana kasza gryczana, i kolejny raz zmusiło mnie do rozważania dlaczego w Bretanii je się mąkę gryczaną, a w ogóle nie kaszę, a w Polsce dokładnie na odwrót. Kolejny raz nie wymyśliłam żadnej sensownej odpowiedzi. A pomysł, żeby z gryki robić mąkę, a tę gotować i rozdrabniać, zamiast zrobić normalną pyszną kaszę gryczaną, uważam za chybiony, chociaż danie w całości całkiem smaczne.

Z gryki powstaje również mój ulubiony miód, niestety nawet w Bretanii chyba w tej chwili nie do dostania. Kiedyś jednak był, i robiło się z niego między innymi napitek chouchen, coś w rodzaju naszego miodu pitnego, ale fermentowanego w soku z jabłek. (Dygresja: to moje kolejne odwieczne zadziwienie, że w Bretanii i Normandii z jabłek robi się kilka rodzajów alkoholu: cidre, calvados czy pommeau z tych najbardziej znanych, a w Polsce historycznie żadnego, choć i jabłek i zamiłowania do napojów alkoholowych nie brakowało nigdy.) Miał opinię napitku dającego spektakularne efekty. Nie tyle z powodu zawartości procentów, bo ma ich tyle co miód pitny, ale z racji sposobu uzyskiwania miodu. W dawnych czasach nie wyciągało się po prostu plastra, lecz wyciskało cały ul. Uzyskana w ten sposób substancja zawierała więc również martwe pszczoły, a zwłaszcza ich jad, i to wszystko trafiało do chouchen. Próbowałam go parokrotnie w trakcie pobytu, rzeczywiście mniej więcej jak miód trójniak, ale piorunujących efektów nie zaobserwowałam. Może ilość była nieodpowiednia.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani