Z londyńskiego metra




---
Szósty tom autobiografii Chmielewskiej "Stare próchno" (2006) jest momentami wciągający, a w większości narzekający. Korzysta z okazji, żeby krytykować wszystko, co jej się nie podoba, a jest tego dużo, na czele z jej własnym plenipotentem Tadeuszem Lewandowskim, który wydał wywiad-rzekę z pracodawczynią "Chmielewska dla zaawansowanych". Tej pozycji nie mam zamiaru czytać, bo skrytykowali ją wszyscy, łącznie z osobą najbardziej zainteresowaną. Rozumiem, że się zgodziła na rozmowę, że sama była ciekawa rezultatu, że poczuła się rozczarowana i dała temu wyraz, ale trochę jednak przesadnie. Momentami to jest natomiast ta Chmielewska gawędziarka, którą znamy i mimo wszystko kochamy. A na koniec jest o kotach.

"Studnie przodków" (1979) są bardzo dobre, mam wrażenie że czytałam je przedtem tylko raz, może dwa, a to wciągająca i zabawna powieść, dość mocno naciągana, ale trzymająca się ram. Akcja nawiązuje do "Bocznych dróg", odnajdujemy te same bohaterki: matkę protagonistki i jej dwie młodsze siostry. Śmiesznie się czyta o Marku supermanie wiedząc z autobiografii, kim się okazał, ale w końcu literatura ma swoje prawa, i całe szczęście.

Siódmy i ostatni tom autobiografii Chmielewskiej "Okropności" (2008) zaczyna się opowieścią o Alicji, która umarła dwa lata wcześniej. Opowieścią szczerą do bólu, niemal plotkarską, jak to Chmielewska - i przedziwnie, autentycznie wzruszającą "Odebrała mi coś okropnie potrzebnego i nie do zastąpienia. Jej własne istnienie." Potem jest o pogrzebach, podróżach, kotach, jeżach, ślimakach, oraz starości.

Siłą pisarstwa Chmielewskiej jest, oprócz ogromnego poczucia humoru i niewiarygodnej łatwości pisania, trzymanie się znanej rzeczywistości i znajomych ludzi: pracownia architektów, konie, znaczki, Dania, rodzina: wszystko to jest z życia wzięte. Ubarwione fantazją, oczywiście, ale podstawa jest doskonale znana i sprawdzona. Pisze o konsultowaniu swoich pomysłów z milicją i innymi specjalistami. Tym bardziej nie mogę zrozumieć, dlaczego w autobiografii pozwala sobie na kawałki w stylu opisu zwierząt widzianych w Kanadzie zwanych czipmanek i grandhok, albo o różnicy czasu z Teksasem wynoszącej rzekomo 12 godzin (!) i Alicja się pomyliła w złą stronę (!!!), chociaż może to było 9 godzin i Kalifornia. Nie rozumiem, dlaczego tego nie sprawdziła. Może w przekonaniu (zresztą słusznym), że czytelnicy i tak będą ją kochać, może z lenistwa na starość. A może w nie do końca uświadamianym sobie pragnieniu odcięcia się w końcu przynajmniej trochę od swojej bohaterki Joanny, obdarzonej całym życiem, przyjaciółmi, znajomymi, partnerami życiowymi, dziećmi, pracą, perypetiami. Wszystkim. To rzadki przypadek tak dokładnego stopienia życia z literaturą. I całe szczęście, że ją mamy. Mieliśmy.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani