Z londyńskiego metra




---
Mirosław Wlekły poświęcił parę lat na dochodzenie reporterskie, które miało ujawnić prawdę o życiu Tony'ego Halika. Książka jest podzielona na części odwrotne chronologicznie. Najpierw widzimy końcówkę, lata 74-98, czyli od poznania Elżbiety Dzikowskiej do śmierci. To czas, kiedy bohater już był tym znanym z telewizji Tonym Halikiem, włóczącym się po świecie. Jest tu cały rozdział poświęcony listom od telewidzów: niektóre zabawne, niektóre żenujące. Są też listy samego Tony'ego do Elżbiety. To jest okres udokumentowany najlepiej, i chyba to dlatego autor wybrał taki układ. W kolejnej części bowiem próbuje odtworzyć powojenne losy Halika, wtedy jeszcze Mieczysława Sędzimira, i tu zagadek jest więcej. Pewne jest to, że swoją żonę Pierette poznał we francuskim rejonie Charentes (autor pije tam miejscowy trunek - pineau, którym się bardzo długo zachwycałam po pobytach we Francji, teraz uważam, że jest zbyt słodki) i że do Argentyny dopłynęli 16 maja 1948. Tam w dokumentach pojawiło się imię Antonio, i tam zaczęli się wypuszczać w coraz dalsze podróże. Trzecia część to opowieść o dzieciństwie Halika, a czwarta mówi o okresie 1942-45 i ujawnia, że Halik wstąpił do Wehrmachtu, z którego potem we Francji zdezerterował i przyłączył się do francuskiego ruchu oporu. Łatwo to oczywiście oceniać z dzisiajszej perspektywy, natomiast wtedy nie było to takie proste. Halik miał zakład fotograficzny i niemieckie obywatelstwo (pod imieniem Max), robił zdjęcia do ausweisów. Wcielenie do armii niemieckiej nastąpiło niejako naturalnie.

Halik z całą pewnością przez całe życie konfabulował, a co najmniej koloryzował. Właściwie nie da się bez tego stworzyć ciekawej, przykuwającej uwagę opowieści. W najbarwniejszej przygodzie trzeba zastosować pewne skróty czy uproszczenia, żeby relacja była wciagająca. Pytanie tylko, jak daleko można się posunąć, trudno znaleźć jasną definicję. Z całą pewnością Halik był również niezwykle odważnym uroczym szaleńcem. Nie bezpieczeństwa szukał przez całe życie. Jeśli nie wszystko naprawdę wyglądało dokładnie tak jak w jego opowieściach, to tylko przez przypadek. Nie unikał trudności, wprost przeciwnie, do ostatnich lat życia sam je sobie radośnie wynajdywał.

Ciekawostka: matka synowej Halika w marcu 1965 miała 35 lat, zostawiła męża z czworgiem małych dzieci (w tym przyszłą synową Halika), by odpowiedzieć na apel Martina Luthera Kinga  i przyłączyć się do marszu w Montgomery o prawa czarnoskórych, o czym napisała potem książkę. O tym marszu rozmawiają również bohaterki dziejących się w tym właśnie czasie "Służących", których słuchałam równolegle.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani