Z londyńskiego metra




---
Wydawało mi się, że jestem całkiem biegła, jeśli chodzi o polskie dwudziestolecie międzywojenne, tymczasem odkryłam, że nie wiem niczego o Brzechwie. Niczego. Zaskoczyło mnie już trzecie zdanie biografii, mówiące, że Brzechwa był adwokatem - dobrym, wziętym i specjalizującym się w nowym wówczas prawie autorskim. Na trzeciej stronie dowiedziałam się natomiast, że był młodszym bratem stryjecznym Bolesława Leśmiana, i to przecież musiałam wiedzieć, ale najwyraźniej całkowicie wyparłam. Bolesława podziwiał, koniecznie chciał pisać takie wiersze jak on, uporczywie usiłował wkręcić się do skamandrytów, którzy jego twórczość odrzucali, bo była raczej wtórna. To właśnie kuzyn wymyślił mu pseudonim Brzechwa, kiedy młody Jan publikował swoje pierwsze wiersze - żeby się nie myliło z tym właściwym Leśmianem. 

W dwudziestoleciu obok Tuwima pisał piosenki i teksty dla kabaretów, wtedy postanowiła się w nim zakochać Stefania Grodzieńska występująca jako girlsa w Cyruliku Warszawskim. Szybko jej uświadomiono, że do wysokiego i przystojnego prawnika kolejka chętnych jest długa. Miał już wtedy dwie żony, a z pierwszą córkę, którą zobaczył pierwszy raz, gdy miała dziewięć lat (to wiedziałam, chociaż nie rozumiem). W czasie wojny pracował jako strzygący żywopłoty ogrodnik na Służewcu, miał dobre papiery (i kiepski wygląd), ale tak naprawdę przeżyć pomogła mu... miłość. Zakochał się w roku 1940 w żonie fryzjera, była jego kochanką, ale wybrała męża, czego Brzechwa nie mógł przeżyć. Chodził po okupowanej Warszawie jak błędny, nie zwracając uwagi na Niemców. Ci podobno raz go złapali i zarzucili, że jest Żydem, na co odparł, że nieprawda, ale niech go już rozstrzelają, bo nie chce go kobieta jego życia i nie ma sensu dalej żyć. Niemców absurd tej odpowiedzi tak zaskoczył, że ze śmiechem wyrzucili go za drzwi. Musi być w tym ziarno prawdy, bo potwierdzają to różne osoby znające go wtedy, powstał nawet scenariusz filmu, a Konwicki napisał opowiadanie.

Tymczasem tuż przed wojną Brzechwa nieoczekiwanie zaczął pisać wiersze dla dzieci. Podobno za tym też stało zakochanie, w przedszkolance mianowicie. W każdym razie jego tomiki zdobyły ogromną popularność, i nawet w czasie wojny sprzedawał swoje teksty przyszłym wydawcom. Wtedy też powstała "Akademia pana Kleksa". To zresztą widać, kiedy się czyta o najeździe wilków na królestwo. Adaś Niezgódka jest alter ego młodego Janka i został obdarzony jego pasją zbierania guzików.

Po wojnie natomiast wiadomo jak było. Brzechwa namawiał do powrotu twórców, którzy powyjeżdżali, polemizował na przykład z Hemarem. I pisał utwory pochwalne. Nie trzeba długo szukać dlaczego. Po pierwsze kwestia palca w drzwiach. Jak już się ktoś ucieszył, że wojna skończona, odbudowujemy nowy lepszy kraj, i pominął kwestię, kto doszedł do władzy, to trzeba potem dalej robić dobrą minę do złej gry. Po drugie, całkiem prozaicznie, Brzechwa chorował na serce i liczył na możliwość korzystania z rządowej lecznicy, a w tym celu trzeba było przekonać władzę o swoim dla niej poparciu. Nie zdało mu się to zresztą na wiele, o miejsce w szpitalu za każdym razem musiał walczyć. Poza tym nie był typem buntownika. Był miły, zgodny, uprzejmy, pomocny - to mówią jednym głosem wszyscy, którzy go znali. Co oczywiście budziło mój gwałtowny sprzeciw, pamiętałam bowiem o porzuconej córce. Nie można nazwać miłym dżentelmenem człowieka, który coś takiego robi. Urbanek zresztą ten temat uparcie pomija. Do czasu. Ostatni rozdział to rozmowa właśnie z córką, malarką Krystyną Brzechwą, która opowiada o swoich niełatwych relacjach z ojcem. Zaczęła się z nim widywać w pierwszym roku okupacji, a potem już po wojnie regularnie, ale nigdy nie było między nimi czułości, co zresztą nie dziwi. 

Oprócz tworzenia wierszy wychwalających socjalistyczne władze i ówczesnego sojusznika Brzechwa był również bardzo zaangażowany w ZAiKS, w którego tworzeniu przed wojną brał udział. Był przez wiele lat jego prezesem i przez całe życie aktywnie zajmował się tematyką prawa autorskiego.
 
Końcowe rozdziały biografii dotyczą natomiast tego, jak Brzechwa postrzegany jest współcześnie. Za każdym razem, kiedy jakaś szkoła chce przyjąć imię poety, powoduje to gwałtowny sprzeciw polityków. Przedostatni rozdział to historia pewnego felietonu, który Mariusz Urbanek napisał w roku 2007, podając ironiczne powody, dla których nie można nazywać ulic imieniem Brzechwy, rzekomo wymienione przez radnych LPR. Zostało to wzięte na poważnie.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani