Z londyńskiego metra

dees (22.10.2017, 20:30)
ja też :D
ale najlepszym sf ostatniej dekady to jest jednak Arrival!
A.I. (22.10.2017, 10:09)
Obejrzałam. IMO najlepsze s-f ostatniej dekady. BTW, też miałaś wrażenie w wielu momentach, że to jest żywe anime? Rewelacja. Rozważam pójście do kina jeszcze raz (ostatnio miałam tak chyba po Matriksie).



---
Wiedziałam od dawna, że kręcą drugiego Blade Runnera, i po pierwszym przerażeniu wiedziałam rówież, że oczywiście muszę go zobaczyć, bez względu na możliwe (nieuchronne) rozczarowanie. Kiedy zaczęli mi pokazywać plakaty, hiperwentylowałam z wrażenia za każdym razem, nie mogąc się doczekać. 

Wizualnie nie byłam rozczarowana - wprost przeciwnie, tych prawie trzech godzin w kinie się zupełnie nie czuje, bo co chwila zachwyt odbiera dech. Kadry dopracowane do perfekcji, oraz udało się osiągnąć to, co lubię najbardziej: namacalność. Latające samochody wyglądają na od dawna używane, reklamy są lepsze niż prawdziwe, aktorzy są dobrani cudownie, oraz obdarci i brudni we właściwych chwilach; to się zresztą nie da opisać, tam się po prostu jest, a potem się wychodzi i "jak to, to świat tak nie wygląda?". Fabularnie jest zupełnie dobrze: Tyrrella przejął niejaki Wallace, robi nowych replikantów, starych trzeba usuwać, czym się zajmuje Blade Runner agent K. Natomiast cała reszta to już stąpanie po cienkiej linie de gustibusa. Droga agenta K jest dość oczywista, prostolinijna i nie budzi wątpliwości. Motywacje Wallace'a mnie osobiście przekonały, aczkolwiek zrozumiałabym opinie, że jest przerysowany, i że jego pomysły są bez sensu. Moim zdaniem jest doskonale Dickowski. Natomiast moje wątpliwości wzbudziła Madame, która się miota, a potem radośnie akceptuje informację, że sprawa jest załatwiona, nie żądając żadnego dowodu. Wyszedłszy z kina i ochłonąwszy wzdychałam jednak z żalem, że to nie jest poziom oryginalnego filmu (nie jest to również poziom "Arrival"). Nie ma tu za bardzo co cytować, najlepsze kawałki to już są cytaty. 

Pierwotny Blade Runner opierał się na głębokim przekonaniu, że androidy nie są ludźmi, oraz na nienawiści do replikantów Deckarda twierdzącego, że tylko wykonuje swoją pracę. Zderzenie tego podejścia z tym, czego się dowiaduje i co przeżywa, tworzy oś filmu, i nadaje mu głęboki sens. Tutaj tego zabrakło (jak również Roya Batty'ego, choć na to już nic się nie poradzi). Oczywiście Villeneuve wpisuje się doskonale w aktualne walki rozmaitych ludzi z innymi ludźmi z powodu, że na przykład mieszkają w innym kawałku świata. Nie ma tu jednak jakiegoś wyraźnego akcentu. Wprost przeciwnie: zamiast powiedzieć wyraźnie agentowi K, że avr zn manpmravn, j wnxv fcbfóo cbwnjvł fvę an śjvrpvr, jvqmn mbfgnjvn fvę m cemrśjvnqpmravrz, żr wrqanx zh fvę avr cbfmpmęśpvłb. 

Mam ochotę się pożalić, że choć siedziałam ponad dwie godziny z otwartą buzią, to jednak zabrakło mi oryginalnej magii, ale to nie restauracja i nie wypada krzyczeć "hej, reżyser, w moim filmie nie ma magii!". Sam Villeneuve przyznaje się do bycia hardkorowym fanem oryginału. Zupełnie się nie dziwię, że pokusa nakręcenia kontynuacji była silna, i zresztą wcale nie żałuję obejrzenia, ba - przewiduję jeszcze parę kolejnych razy. Nie wiem, co ten film musiałby mieć, żebym nie narzekała. Może jednak trochę lepszy scenariusz, bo niby co reżyser mógł bez tego zrobić. A i tak wszystko wygrywa pies Deckarda. 
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani