Z londyńskiego metra




---
To jest kolejna książka, którą latami odkładałam na później, i zupełnie nie rozumiem dlaczego. Kocham Connie Willis, a to jest jej świetna powieść z nurtu podróży w czasie. W 2060 w Oksfordzie jest chaos, laboratorium bezustannie przesuwa terminy zaplanowanych wypraw w przeszłość, historycy latają i zarywają noce usiłując się nauczyć wszystkiego, czego potrzebują do wyprawy, oraz zdobyć ubrania z epoki, co też wcale nie jest łatwe, bo terminy proponowane przez Garderobę nie konweniują z tymi wyznaczonymi przez lab, nawet w sprawie prostej czarnej spódnicy. Typowa Willis, i ja zupełnie nie wiem, jak ona to robi, to już powinno być oczywiste i męczące: nie jest ani odrobinę. Jest uroczo realistyczne. A potem rozmaici historycy lądują tam gdzie powinni, czyli w czasach drugiej wojny światowej (chociaż jeśli o dokładne daty chodzi, to bywa różnie), i jest jeszcze bardziej realistycznie. Mamy oczywiście Londyn: Blitz oraz dzień zwycięstwa, mamy Dunkierkę, do której nie można się dostać, i mamy obserwacje dzieci ewakuowanych z Londynu na wieś. Nic nie idzie zgodnie z planem. Za to trudno mi uwierzyć, że Connie Willis nie ma maszyny czasu i nie przeniosła się wszędzie tam osobiście, tak plastyczne są postaci i ich zachowania, tak logiczna jest akcja, tak prawdziwy ten Londyn w tamtym czasie, tak autentyczny chaos. To jest chyba najbardziej zadziwiające: zazwyczaj pisarz daje swoim bohaterom jakieś zadanie, pokonanie sił zła, zniszczenie Pierścienia, na ogół służą większej sprawie. U Willis natomiast jest codzienny zamęt, krzątanina, wielu bohaterów, w których na początku nawet się trochę gubiłam. Pojawia się tu zresztą znany z "Księgi Sądu Ostatecznego" Colin, który teraz ma 17 lat i kocha się w jednej z bohaterek. Mowa jest też o znanym z opowiadania "Fire Watch" Johnie Bartholomew. Akcja robi się dramatycznie wciągająca pod koniec Blackout, bo podział na dwa tomy jest absolutnie sztuczny. W ebooku zdecydowanie powinni sprzedawać te dwie części razem (tłumaczenie francuskie zresztą tak wyszło w papierze).

Zadaniem jednej z postaci jest obserwanie bohaterów mimo woli: tych, którzy ratowali innych, kiedy okoliczności tego wymagały, bez żadnego przygotowania ani wielkich słów. To jest główny temat tej powieści. Connie Willis pokazuje wojnę zwykłych ludzi. Tych, którzy z dziećmi spędzali noce na peronach stacji metra, pod wybuchającymi bombami. Tych, którzy normalnie robili zakupy nie przejmując się syrenami sygnalizującymi nalot. Tych, którzy jeździli ambulansami ratując rannych żołnierzy, ponieważ ktoś musiał to robić. Tych, którzy ewakuowali Dunkierkę. Tych, którzy przyjmowali pod swój dach ewakuowane z Londynu dzieci, i nie, one niekoniecznie były miłe, grzeczne, i pełne wdzięczności za uratowanie życia. A przy okazji autorka subtelnie przypomina, w jakich czasach żyjemy. Stacja King's Cross nie ucierpiała od wybuchów w czasie wojny, dopiero w 2005...

Moją miłość do Connie Willis nieco osłabił wątek Bletchley Park. Serio historyczka specjalizująca się w II WŚ nie znała tej nazwy?! To jest tak naciągane, że oburzałam się na to przez tydzień, i nadal jestem rozczarowana. Że redaktorka nie powiedziała "Szanowna pani Willis, ja wszystko rozumiem, ale to, to nie przejdzie, bardzo proszę jakoś to zmienić", nie mówiąc o tym, że cały wątek można było wyrzucić, ta powieść i tak jest obszerna, delikatnie mówiąc. Logika podróży w czasie też jej odrobinę nawala: nie mogą przekazać wiadomości Dunworthy'emu dwa lata wcześniej, ponieważ jej ewidentnie nie przekazali, skoro nie wiedział: ale stąd wynika, że wszystko jest deterministyczne i mogą się przestać martwić, że zmienili przeszłość, bo i tak nie mają na to wpływu. To samo zresztą ze spotkaniem kogoś w jego przeszłości, a swojej przyszłości. Ale to podstawowy problem z podróżami w czasie, rozwiązywalny właściwie tylko przy pomocy rozwidlania rzeczywistości równoległych. A pominąwszy te drobiazgi "All Clear" zwyczajnie wciąga straszliwie. Jest pełna bieganiny rodem z nieprzyjemnego snu, bohaterowie wiecznie chcą kogoś odnaleźć, ale opóźnienia i utrudnienia powodują, że czasem mijają go o włos. Co chwila okazuje się, że jest już późno i nie zdążą. Męczące - i jednak realistyczne. To wszystko jest niesłychanie szczegółowe, Willis jest na dokładnie przeciwnym biegunie niż autorzy piszący "nadludzkim wysiłkiem wydostawszy się z opresji, bohater kontynuował podróż". Widzimy niemal każdą minutę z życia bohaterów, ich rozmowy bywają nużąco drobiazgowe, chwilami ma się ochotę złapać ich i potrząsnąć wrzeszcząc "zamknij się na chwilę, posłuchaj, wszystko się wyjaśni za minutę". Ale to jest niesłychanie prawdziwe.

Domyśliłam się tylko jednego elementu zakończenia. Do końca właściwie nie wiedziałam, co się ostatecznie stanie, a ładne parę razy dałam się złapać na twisty Connie, które tu są niemal w każdym rozdziale. Można by się czepiać paru rozwiązań (dlaczego nie ustalili ze sobą na wszelki wypadek konkretnej metody komunikacji z przyszłością: w której gazecie, w jaki dzień i w jakim formacie dać ogłoszenie? qynpmrtb Cbyyl avr zvnłnol bqjvrqmvć Rvyrra tqmvrś xbłb 1950 v fcbxbwavr cbtnqnć? Qynpmrtb avr zbżan jlpvątaąć Rvyrra mnavz hznełn, fxbeb whż jfmlfpl jfmlfgxb jvrqmvryv? V jłnśpvjvr wnxvz phqrz qbz cnav Evpxrgg mbfgnł mavfmpmbal, pubpvnż zvnł avr?), ale nie zasłużyła na to. Ona obmyśliła cały ten cudownie spleciony warkocz wydarzeń i postaci, oraz odmalowała londyński Blitz, Dunkierkę i VE Day, jakby tam była. Można by na pewno tę powieść ulepszać, ale tylko by się ją zepsuło.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani