Z londyńskiego metra




---
Ukazała się w 1966, czyli ma całkiem szacowny wiek 50 lat i nie chce być inaczej. Napisana przez 23-latka, który w ciągu poprzednich pięciu lat wydał siedem powieści, nominowana do Hugo i nagrodzona Nebulą (jej kontrkandydatem była wspaniała "Luna to surowa pani" Heinleina). To już kolejny raz wracam do "Babel-17" z myślą, że co mnie znowu napadło, ten hipisowski wymysł na pewno nie nadaje się już do czytania w XXI tysiącleciu - i kolejny raz Delany mnie kupuje bez reszty.

Nie szukajcie tu logiki ani rozwiązań technicznych, autora ponosi radosna wyobraźnia. Dlaczego niby na statku kosmicznym niezbędna byłaby trójka ludzi związanych ze sobą emocjonalnie i seksualnie? Dlaczego prace ma wykonywać ekipa nieletnich dzieciaków pod nadzorem, hmm, guwernanta? Dlaczego niektórzy zmarli umierają na zawsze, a innych można ożywić? Nie mówiąc o walce wręcz toczonej na golasa w próżni na kadłubie stojących statków kosmicznych, gdyż ich pole grawitacyjne i atmosfera sięgają 7 metrów poza statek (dlaczego 7 metrów i co potem, urywa się jak nożem uciąć?) Nie wspominając o samym autorze występującym tu gościnnie pod lekko zanagramowanym nazwiskiem. I w końcu ta absurdalna bohaterka (wzorowana na ówczesnej partnerce Delany'ego): młoda, piękna, poetka znana w pięciu galaktykach oraz specjalistka od lingwistyki takiej klasy, że najwyższe władze błagają ją o pomoc. Jest bowiem wojna, Najeźdźcy posługują się przedziwnym językiem o kryptonimie Babel-17, i Rydra musi się go nauczyć.

Ale Delany puszcza wodze wyobraźni tylko do czasu. Mógłby przecież spokojnie wprowadzić na te karty barwnych obcych: otóż nie. Pięć Galaktyk zamieszkuje 7 ras, które się praktycznie ze sobą nie stykają, ich języki i kultury są bowiem tak diametralnie różne, że nie ma mowy o porozumieniu mimo dobrych chęci. A Babel-17 jest jeszcze bardziej odmienny, jest tak skondensowany znaczeniowo, że kiedy się w nim myśli, czas spowalnia. To jest powieść dla miłośników lingwistyki, z trafnymi spostrzeżeniami, oryginalnymi pomysłami, fascynującym klimatem i nieoczywistą akcją oraz zakończeniem. Z całą swoją radosną barwnością jest dokładnie taka, jak miała być, i daje czytelnikowi to niezwykłe, rzadko doświadczane wrażenie, że naprawdę dotknęliśmy innego świata.
Londyn, chyba z metra

Tatry, ach Tatry...

Chata pod Rysmi

Z Norwegii od Ferity

Z Argentyny od Magdy

Szkockie góry od Bere

Od Kamenari

Golden Gate Bridge; od Ani

Z Krymu od Ani