DS magazine
Bertrand Russell

Codzienność strajkowa

Od zeszłego czwartku strajkuje komunikacja miejska. W Paryżu całkowicie nieczynne jest 10 linii metra (z 14), dwie kolejne kursują tylko w godzinach szczytu (dzisiaj już cztery). Dwie pozostałe są automatyczne, więc z nimi problemu nie ma, za to dostać się do środka nie jest łatwo. Kolejki podmiejskie jeżdżą jedna na dwie-trzy, nie ma również około połowy autobusów. O dojeździe samochodem lepiej zapomnieć: wszyscy mają ten pomysł i stoją w gigantycznych korkach. Strajkują również niektóre szkoły.

W pierwszy dzień strajku ludzie się jakoś zorganizowali, wzięli wolne lub pracowało z domu, nie było bardzo źle. W piątek był piątek, więc również sporo osób wykorzystało sytuację robiąc sobie przedłużony weekend. W poniedziałek natomiast nastąpił kataklizm, wszyscy jednocześnie musieli już się udać do miejsc pracy. Jeden z moich kolegów (pechowo wracający akurat po urlopie ojcowskim) jechał do pracy autem 2,5 godziny. Mnie problem dotyczy w mniejszym stopniu, przemieszczam się bowiem rowerem, za to w poniedziałek rano przemokłam doszczętnie. Zazwyczaj w taką pogodę rezygnuję z dwóch kółek na rzecz pojazdu z zadaszeniem, ale znając sytuację na drogach tym razem nie uległam tej pokusie, i suszyłam się potem bardzo długo. Przezornie zaopatrzyłam się w kalosze, co nic nie dało, po pięciu minutach nalało mi się bowiem do nich wody i chlupotało przez całą drogę. We wtorek sporo ludzi wyciągnęło wnioski i do pracy się najwyraźniej nie udało. Dzięki suchej pogodzie na ścieżkach rowerowych było za to dziesięć razy więcej pojazdów niż zwykle, nawet latem.

Strajki są wymierzone przeciwko reformie emerytur, i poważne wątpliwości budzi tylko fakt, że żadnych konkretów na jej temat jeszcze nie ma. Związki ledwie usłyszały, że być może niektóre ich emerytalne przywileje zostaną zmienione, i już wytoczyły ciężkie działa. Jak stwierdził jeden z moich kolegów - skoro tak chcą mieć te przywileje z dawnych czasów, związane z trudnymi warunkami pracy, to może dajmy im z powrotem węgiel i niech palą pod kotłem.

2019-12-12 09:24:00 Komentuj (3)

---


N. D.

Cieszyłam się zasłużonym wypoczynkiem w jednym z moich ukochanych miejsc na Ziemi - Bretanii. Wracałam do pokoju po wieczorku rozrywkowym, przyjemnie wypełniona czerwonym winem, kiedy w ciemności niemal się potknęłam o koleżankę stojącą na środku z telefonem.
- Widziałaś? - spytała zdumiona. - Córka do mnie pisze, że katedra płonie...
- Jaka katedra? - spytałam, gdy głos z tyłu głowy mówił złowrogo "no jak to jaka, jedna jest", a trzy inne usiłowały go zakrzyczeć, że koleżanka z córką są z Pas-de-Calais, to jakaś ich tamtejsza, że jesteśmy w Bretanii, to jakaś tu lokalna, że tyle katedr w tym kraju, no przecież nie, to niemożliwe, ja nie dałam na to zgody.
- No zobacz - koleżanka podsunęła mi mms ze zdjęciem z tv.
- Nie - odparłam - nie nie, to niemożliwe, nie. - I poszłam szukać sieci, gdy część głosów w mojej głowie mówiła uspokajająco, że to oczywiście tylko koszmar, zaraz się obudzę i otrząsnę. Ten złowrogi zaś powiadał, że bynajmniej; wiedziałam, że ma rację. 

Może miarą miłości do tego mojego miasta wybranego, miłości zupełnie bezsensownej (lecz czy sensowne w ogóle istnieją w tej galaktyce) i prawie już zapomnianej, są moje łzy, kiedy już okazało się, że to prawda. Że 16 kwietnia obudzę się w świecie, gdzie z Notre Dame zostały szczątki. I że ten świat już inny nie będzie. Nigdy. 

A może łatwiej byłoby to znieść, gdybym 2 marca nie siedziała z palcem w aplikacji do rezerwowania biletów na wieże, wahając się, iść czy nie iść, i ostatecznie beztrosko stwierdzając "następnym razem, przecież nigdzie nie uciekną". Gdybym tylko przeczuwała. Skoro nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, to tu ewidentnie jest mój kraj. 


2019-04-21 21:43:48 Komentuj (4)

---


Kataklizm

Z opóźnieniem odnotowuję kataklizm, jaki mieliśmy w Paryżu i okolicach od 7 lutego, kiedy to spadł śnieg. Padał już poprzedniego dnia, ale się roztapiał, w nocy jednak był mrozek i obudziliśmy się z widokiem na biały świat, co jest tu relatywnie rzadkie i zawsze krótkotrwałe. Natychmiast przestały jeździć wszelkie autobusy, media stanowczo prosiły o niewyjeżdżanie na drogę, a transport szkolny został odwołany. Śniegu były mniej więcej dwa centymetry, ale obśmiawszy się z tego należycie stanęłam jednak przed konstatacją, że dziecko do szkoły nie pójdzie, bo nie ma jak. Na letnich oponach nie wyjadę na lód, rowerem tym bardziej, transportu miejskiego nie ma, transportu szkolnego też nie. Uświadomiłam sobie przy okazji, że dziecko nie posiada również odpowiednich na okoliczność butów, całą zimę kalendarzową przechodziło bowiem odpowiednio do aury w adidaskach.

Śniegu jeszcze nam dopadało do jakichś 5 cm, czyli mniej niż poprzednio. Radio powiedziało, że tysiąc osób spędziło noc w samochodach na autostradzie. W dzień opad się topił, w nocy zamarzał, transportu szkolnego nie było do końca tygodnia, ale w piątek obejrzawszy ulicę, którą zdążyli odśnieżyć, wyciągnęłam samochód z garażu i dojechałam do szkoły. Niedługo się cieszyłam tym sukcesem. W samo południe zadzwonili z prośbą, żeby przyjechać po dziecko niezwłocznie, gdyż pada śnieg. Padał istotnie, dokładnie w czasie kiedy jechałam i wracałam. Przestał, gdy tylko dojechałam do domu. W weekend natomiast temperatura wzrosła i w poniedziałek trudno już było uwierzyć, że dopiero co mieliśmy jakieś problemy z powodu odrobiny zamarzniętej wody.


2018-02-21 09:22:16 Komentuj (2)

---


Vélib'

System rowerów miejskich Vélib' (od vélo - rower i libre - wolny) wprowadzony został w Paryżu dziesięć lat temu, przyjął się znakomicie. Widok cyklisty na szarym rowerze stał się częścią codziennego krajobrazu, samej parokrotnie zdarzyło mi się skorzystać z usługi. W ubiegłym roku stołeczni włodarze postanowili ulepszyć dobre i ogłosili przetarg na Vélib' drugiej generacji. Dotychczas zajmująca się tym firma przegrała, przyszło nowe. Miało być 600 stacji na 1 stycznia, 26 stycznia jest ich... 107. Mer Paryża Anne Hidalgo wyraża niezadowolenie i straszy karami finansowymi, Smovengo tłumaczy się złą jakością podłoża i obiecuje poprawę.

Tymczasem z okazji skorzystali inni gracze, w grudniu pojawiły się w mieście rowery trzech marek, które nie mają stacji, bierze się je prosto z ulicy korzystając z geolokalizacji i tamże  zostawia. Brzmi świetnie. W praktyce dwie z tych firm już zbankrutowały z powodu kradzieży i zniszczeń sprzętu. Władze Paryża krytykują pomysł, ponieważ zostawianie rowerów byle gdzie zaśmieca ulice i chodniki. Przedwczoraj jednak przeczytałam, że na ulicach pojawią się kolejne rowery chińskiego operatora Mobike. Mają być odporniejsze na zniszczenia.


2018-01-26 09:26:14 Komentuj (0)

---


Napoleon i Inwalidzi

Matka Napoleona Bonaparte miała niespełna czternaście lat, kiedy została poślubiona osiemnastoletniemu Carlo Marii Buonaparte (w drugiej połowie osiemnastego wieku). Pierwsze dziecko wydała na świat przed piętnastymi urodzinami, niestety martwe. Ochrzcili je Napoleon. Następna córka żyła rok, potem urodził się Józef, a w wieku dziewiętnastu lat na świat przyszedł syn. Dano mu na imię Napoleon, znowu. Taki wtedy był zwyczaj. Państwo Bonaparte mieli zresztą trzy córki o imionach Maria Anna, żadna nie przeżyła niemowlęctwa, może dlatego kolejnym córkom dawali już inne imiona. W sumie państwo Bonaparte mieli czternaścioro dzieci, z których dzieciństwo przeżyło ośmioro. Jest to tym ciekawsze, że pani Bonaparte, późniejsza Madame Mère, owdowiała w wieku lat 34 (mąż miał 38). A jeszcze ciekawsze jest to, że dożyła lat osiemdziesięciu pięciu: dwieście lat temu, bez antybiotyków, witamin ani środków dezynfekujących w aptece za rogiem.

Doczytałam sobie to wszystko po spektaklu "La Nuit aux Invalides", który oglądałam w sobotę. Na fasadzie hotelu Inwalidów po zmroku wyświetlany jest film o historii związanej z tym miejscem: od Ludwika XIV przez Napoleona po Charlesa de Gaulle i drugą wojnę. Patos jest iście francuski, ale oni naprawdę umieją to robić. Siedzi się po prostu na bruku dziedzińca, powinnam była wziąć poduszkę, ale niewygoda wcale nie przeszkadzała w doznaniach estetycznych. Po olśniewającym pokazie można zwiedzić Kościół Inwalidów przy świetle tysiąca świec. Nie zawsze można o północy oglądać grób Napoleona, a warto. Pod kopułą pochowany jest również autor Marsylianki kapitan Claude Joseph Rouget de Lisle, obok braci Napoleona (Józefa i Jérôme'a), jego syna, oraz rozmaitych marszałków, generałów i admirałów od Ludwika XIV po drugą wojnę.


2017-07-16 11:15:26 Komentuj (0)

---


Smog

W grudniu ze względu na smog mieliśmy w rejonie paryskim przez ponad tydzień "circulation alternée": w dni parzyste mogły jeździć tylko auta z parzystymi rejestracjami, w nieparzyste odwrotnie. W tym roku wprowadzono winietki na szybę klasyfikujące auto według poziomu produkowanych zanieczyszczeń, obowiązkowe od 16 stycznia. Mój paroletni samochód ma 1, 0 mają tylko pojazdy elektryczne. W tym tygodniu, ponieważ utrzymuje się zimna i bezwietrzna pogoda, mamy znowu atak smogu, jednak zamiast parzystości numerów rejestracyjnych wprowadzili zakaz poruszania się aut o poziomie 5 i niższym. W moim przypadku niewiele to zmienia, ja mam rower i maskę antysmogową.

2017-01-25 09:03:58 Komentuj (2)

---


Jak mnie wiózł organista

Kierowca niedużego BMW na lotnisku CDG pyta skąd przybyłam, więc mówię. Zna Polskę, jeździ tamtędy na Ukrainę dawać koncerty, dobre drogi mamy. Najpierw nieco mnie zatyka, potem się śmieję i mówię, że wszyscy Polacy z przyzwyczajenia narzekają, ale faktycznie mamy nowe autostrady, zupełnie niezłej jakości, a i boczne drogi często poodnawiane z funduszy unijnych. No fakt, wcale nie gorsze niż niemieckie, a nawet może i lepsze, bo nowe, powiada kierowca. Ale na Ukrainę strasznie daleko, ile panu to zajmuje, pytam z ciekawości. Dwa i pół dnia, pierwszego dnia do granicy Polski, potem przez Polskę, potem Ukraina, nie pamiętam dokładnie, żongluje sfrancuszczonymi nazwami ukraińskich miast, Dniepropietrowsk, Odessa? Ale do Odessy chyba nie jechał samochodem jednak, zastanawiam się mgliście, ale górę bierze inne zainteresowanie. W odtwarzaczu fortepianowy koncert Brahmsa, wspomniał też przed chwilą, że akompaniował śpiewaczce. 
- Więc pan gra... na pianinie? - strzelam
- Nie - mówi - ale całkiem blisko. Organy. - I wraca do wspomnień, jak miał zobowiązanie tu w Paryżu i nie mógł lecieć samolotem o 14, więc musiał jechać samochodem, wyjechał w niedzielę po południu, we wtorek o piątej rano był... we Lwowie bodaj. Miał pasażerów z blablacar, oni prowadzili przez Polskę, mógł się przespać, ale potem odsypiał 12 godzin. Poza tym zakupy potem robi, wiózł kiedyś dwa kartony papierosów, i polscy celnicy się przyczepili, musiał jeden komuś oddać. Dziwię się, bo sprawdzałam to parę razy, dwa na głowę wolno, chyba że z Ukrainy jest jakoś inaczej. Macha ręką. Bezczelnie pytam, czy to koncertowe życie wymaga uzupełnienia dochodów jazdą na taksówce. Na to wygląda, ma jakiś kontrakt organisty w Paryżu, ale dorabia taksówką, poza tym lubi, kontakt z ludźmi.
- Ale to chyba jednak męczące w tych paryskich korkach - krzywię się - ja wcale nie przepadam za prowadzeniem. 
Tak, ale stara się jeździć w porach, kiedy korków nie ma, pracuje dla firmy, gdzie może sobie dowolnie ustawić godziny pracy, poza tym nie przekracza sześciu godzin dziennie, nie zdąża się zmęczyć. Z odtwarzacza leci Schubert.



2017-01-02 19:12:51 Komentuj (2)

---


W metrze

Wracam metrem po nocy z imprezy firmowej, wsiadam w sam środek jakiegoś zgromadzenia staruszków. Trzy mocno dojrzałe panie licytują się ze śmiechem, która ustąpi której miejsca, moralnie wygrywa ta, która z pobłażliwym uśmiechem upiera się, że bardzo jej dobrze na stojąco (ciekawe, ile potem będzie po cichu w domu cierpieć). Do tego dosiada się para jeszcze bardziej zaawansowana w życiu, koło osiemdziesiątki jak nic, pani o bielutkich włosach związanych w kucyk, musiała kiedyś być bardzo piękna, nadal nosi puder na twarzy i czerwoną szminkę na ustach. Jej mężowi o lasce ustępuje miejsca jedna z tamtych starszych pań. W tle peroruje młody facet w koralowych butach, chyba nie jest pijany, ale musi być albo chory, albo pod wpływem czegoś, usta mu się nie zamykają, nie sposób powiedzieć o czym mówi, ale myślą przewodnią są najwyraźniej ludzie, którzy mają i wykonują zawód. Nie mówi bardzo głośno, ale z ogromnym zaangażowaniem. Przez pierwsze parę minut wydaje mi się, że po prostu z kimś rozmawia, dopiero potem orientuję się, że rozmówca jest imaginacyjny. Kiedy na sekundę milknie, ktoś z całkowitą powagą i bez śladu sarkazmu mówi "dziękujemy panu za to przemówienie".

Obserwuję to wszystko podpierając drzwi, a najbardziej kobietę naprzeciwko, którą na pierwszy rzut oka klasyfikuję jako kloszardkę, a potem długo zastanawiam się dlaczego. Chyba przez ten wymięty papieros, który trzyma w palcach i co pewien czas wkłada do ust. A może przez sposób, w jaki stoi, właściwie raczej wisi opierając się na składanym siedzeniu. Ma oczy człowieka permanentnie niedopitego, pod nimi niewiarygodne wory na pół twarzy. To przez nie dopiero po namyśle spostrzegam, że kiedyś z pewnością była naprawdę ładna: struktura kostna twarzy, kości policzkowe, wygięte teraz w permanentnym wyrazie pogardy usta. Po jeszcze dłuższym namyśle dociera do mnie, że wcale nie jest taką staruszką jak otoczenie. Prawdopodobnie jest niewiele starsza ode mnie - i to spostrzeżenie mnie dopiero otrzeźwia. Jej długie włosy przetyka siwizna, chyba nigdy nie były farbowane, ale pewnie nie ma jeszcze pięćdziesiątki, nie zdziwiłabym się, gdyby niedawno przekroczyła czterdziestkę. Dalszą część drogi przebywam snując w głowie opowieści na jej temat, wymyślalając, co mogło sprawić, że jedzie taka wychudzona i zmięta, z tym wyrazem pogardy na twarzy, z tym papierosem w palcach. Zrobiła jeden zły krok w swoim życiu, czy było ich więcej?

2016-12-19 09:27:48 Komentuj (5)

---


Eiffel i Montmartre

Obiecałam dziecku już dawno, że odwiedzimy wieżę Eiffla, skorzystałam z wizyty znajomej, żeby wybrać się razem. Albo nie pamiętałam, jaki tam jest tłum turystów i sprzedawców, albo wyparłam, albo zrobiło się gorzej. Marakeski plac Jemaa al-fna jest przy tym spokojnym parkiem do niedzielnych emeryckich spacerów. Pod Palais de Chaillot jest wszystko, łącznie z wiecem politycznym i chińskimi śpiewakami. Nie ma wprawdzie zaklinaczy węży, ale może po prostu nie przyglądałam się uważnie. Przedzierać się trzeba przez zbity tłum. Pod Wieżą ogrodzenie i kolejka do kontroli toreb. Przeszłyśmy, stanęłyśmy w kolejce do kasy, dziwnie niewielkiej: po czym doczytałam na wyświetlaczach, że szczyt chwilowo niedostępny, przy czym chwilowo nie było nijak sprecyzowane. Koleżanka stwierdziła, że jednak wjeżdżamy, trudno. W kolejce przed nami stało mnóstwo kobiet w kolorowych chustach na głowie, gadających w języku do niczego niepodobnym, po namyśle przypomniałam sobie, że taki język to zapewne turecki. Dotarłyśmy do kasy całkiem szybko, i w tym momencie bilet na szczyt zrobił się dostępny. Wjechałyśmy. Winda przesuwa się po filarze, i te wszystkie metalowe koronki wyglądają tak niewiarygodnie krucho...

Ściemniało się akurat, widok na rozświetlający się Paryż jest jedyny w swoim rodzaju, i byłoby fajnie, gdyby nie ten absolutnie niewiarygodny tłum, wszystko w ścisku, co 50 cm ktoś wkłada człowiekowi w oko albo gdzie indziej selfie stick (znak czasów, sprzedawcy tychże są teraz niezwykle liczni w okolicy). Z góry widać również zwiniętą trawę z Pól Marsowych. Po zjechaniu wychodzi się z ogrodzonej enklawy i NAGLE atakuje człowieka zwarty front sprzedawców wież stojących tuż pod i wciskających towar. Potem już tylko trzeba przejść koło tradycyjnej piętrowej karuzeli.

Montmartre jest gorszy, wystrzegać się trzeba nachalnych wiązaczy włóczki na ręce, oczywiście to złodzieje, tak samo jak fałszywi, rzekomo głusi, zbieracze podpisów pod "petycjami". Pod żadnym pozorem się nie zatrzymywać przy nich ani obok, a najlepiej omijać szerokim łukiem. Obfitość turystów wszędzie, oczywiście. Wejście do Bazyliki ogrodzone, sprawdzają torby - jak komu, moim wielkim czarnym plecakiem się nie zainteresowali w ogóle, mogłam tam wnieść z dziesięć kilo materiałów wybuchowych i kałach. Po trzystu stopniach weszłam na kopułę, schodzi się potem wąziutkimi przejściami jak z filmu, uroczo, i znacznie mniej ludzi, należałoby tam zostać i się napawać, gdyby nie obawa przed blokowaniem drogi. I ten jedyny w swoim rodzaju widok na smog mgłę nad Paryżem. W metrze mówiąca po polsku muzułmanka.

2016-12-07 09:01:24 Komentuj (9)

---


Magritte

Wystawa "La Trahison des images" w Centre Pompidou mojego ukochanego malarza budzi ogromne zainteresowanie, już z biletem trzeba jeszcze godzinę stać w kolejce do wejścia. Nie wiem, czy wszyscy tak pokochali Magritte'a, czy jest akurat modny, czy swoimi obrazami-zagadkami wkomponowuje się po prostu w aktualną wrażliwość estetyczną. Wystawa jest relatywnie niewielka, bodaj pięć sal, najsławniejszych obrazów nie ma, z wyjątkiem na szczęście niefajki. Jest jednak świetnie skomponowana, bardziej tematycznie niż chronologicznie.

W ostatniej sali jest kilka obrazów namalowanych w 1948, w ciągu paru tygodni zwanych potem okresem "vache" (Magritte sam wymyślił tę nazwę; vache to dosłownie krowa, a jako przymiotnik oznacza coś złego, nieprzyjemnego, niefajnego). Są utrzymane w tak totalnie odmiennym stylu, że trudno uwierzyć w autorstwo. Malarz zrobił to celowo, aby się zemścić na paryskich marszandach, którzy jego zdaniem nie interesowali się niczym, co działo się poza murami ich uwielbianej stolicy (mógł mieć sporo racji). Te obrazy są przeraźliwie kolorowe, celowo niestaranne, i przypominają raczej karykatury. Wystawa miała miejsce w Paryżu w 1948, publiczność była rozczarowana, a krytycy bezlitośni. Magritte zarzucił ten pomysł.

Myślę słowami, często muszę sobie opowiadać obrazy, żeby w ogóle zrozumieć, co widzę (praktycznie nie umiem posługiwać się windowsowymi ikonkami, jeśli nie opowiem sobie najpierw "taki kwadracik, który przypomina dyskietkę"). Magritte jest jednym z nielicznych, którzy trafiają mi prosto do wnętrza mózgu pomijając narrację. Prawie zawsze wiem co malował i po co. Pozostaję pod wrażeniem jego przemyślenia tematu, kompozycji, perfekcji wykonania, dystansu - i poczucia humoru. Jak w ogóle człowiek, który tak nie ufał obrazom, mógł żyć z ich malowania, oto cudowna sprzeczność.


2016-11-02 09:12:37 Komentuj (3)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Anglik w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem