DS magazine
Bertrand Russell

Kronika czasów zarazy

W radiu pojawiła się nowa informacja. Obok pana mówiącego grobowym głosem o panującej epidemii koronawirusa i sposobach przed nim ochrony słychać teraz panią szczebioczącą radośnie z uśmiechem, żeby dbać o siebie, ale się nie martwić, bo "jeśli nawet zachorujesz, pomożemy ci". Na co oczywiście mój mózg podsuwa mi wizję równie miłego dalszego ciągu "znajdziemy dla ciebie miejsce w nowej prowizorycznej kostnicy w Rungis!", to bowiem najnowsza informacja. Na tym wielkim podparyskim targu warzywnym przekształcono właśnie jedną z chłodni w kostnicę (co nie brzmi tak strasznie, jak powinno, bo tak było już w 2003, kiedy z powodu upałów zmarło 15 tysięcy osób. W tej chwili bilans wynosi 5387, plus ponad 6 tysięcy w szpitalach w stanie krytycznym). Usługi pogrzebowe zapchane, tak samo jak szpitale. Od poniedziałku mamy mieć w końcu cyfrową wersję przepustki. Mąki nie ma w sklepach od dawna. Przed wejściem do sklepu czeka się w kolejce, po czym w następnej do kasy. Zgaduję, że kasjerów też pracuje mniej. Wczorajszy miał wprawdzie maseczkę, ale już nie rękawiczki. Być może zwyczajnie ich zabrakło, mnie też się nie udało kupić.

Dzisiaj po południu pierwszy raz skontrolowała mnie policja, chcieli tylko zobaczyć przepustkę, i sprawdzili zapisaną na niej godzinę.


2020-04-03 12:03:19 Komentuj (0)

---


Kronika czasów zarazy

W poniedziałek wprowadzono nowe obostrzenia. Teraz w celach spacerowych wychodzić można tylko na godzinę dziennie i w promieniu 1 km od miejsca zamieszkania. Nie wolno jeździć rowerem (cyklista przyłapany 200 metrów od własnego domu zapłacił 135€ kary). Pojawiły się w związku z tym nowe formaty przepustek, na których uwzględniono również wychodzenie na wezwanie sądowe lub administracyjne, oraz uczestniczenie w misjach dotyczących interesu ogólnospołecznego, czymkolwiek by nie był. Należy obowiązkowo zapisać na nich datę i godzinę wyjścia. Ponieważ pisanie odręczne od dawna nie jest moim ulubionym zajęciem, a drukarki w domu nie mam, zeźlona udałam się do sklepu z materiałami biurowymi, gdzie wykonują również wydruki. (Przyznaję, że miałam do wydrukowania również materiały szkolne dla dziecka, inaczej nadal klęłabym i pisała długopisem). Sklep czynny jest 10-14, i stała przed nim imponująco wyglądająca kolejka. Po bliższych oględzinach wyszło na jaw, że stoi raptem 5 osób, tylko w odpowiednich odstępach, a w środku przebywać może tylko jeden klient. Płatność wyłącznie kartą. Kiedy nadeszła moja kolej, wyciągnęłam pendrive, na co sprzedawca (oczywiście w rękawiczkach i maseczce) radośnie rzekł "o, nowy format zaświadczenia pani potrzebuje?" i sięgnął na półkę za sobą, gdzie miał już przygotowany zapas stosownych wydruków.

Zamknięte zostały również wszystkie marché, ku mojemu wielkiemu żalowi. Będę musiała iść na zakupy do sklepu, zamówienie bowiem żywności z dowozem lub do drive nie jest możliwe, chętnych jest dużo więcej niż miejsc. Rano rozmawiałam z koleżanką mieszkającą we Włoszech: tam targi warzywne są nadal otwarte, przynajmniej w małej miejscowości, gdzie mieszka, i gdzie podobno nie ma żadnego przypadku choroby. Moja firma natomiast dziś rano doniosła dość enigmatycznie, że mamy przypadki zachorowań wśród pracowników lub ich rodzin. Poczułam się przez chwilę nieswojo, po czym przypomniałam sobie, że ostatni raz w biurze byłam dwa tygodnie temu, na strach już więc za późno.

Jeszcze większym żalem napełniło mnie anulowanie powielkanocnego wyjazdu do Bretanii, choć oczywiście się tego spodziewałam. W pierwszej wersji odwołanie dotyczyło turnusów do momentu mojego wyjazdu, więc jeszcze przez chwilę hołubiłam nadzieję. W tej chwili jest już bezterminowe; jak wszystkie zresztą ograniczenia.


2020-03-25 16:32:08 Komentuj (2)

---


Kronika czasów zarazy

W czwartek na nowe realia zareagowały reklamy radiowe, do tej pory radośnie szermujące zwyczajowymi obniżkami i wyprzedażami, nie przejmując się tym, że reklamowane sklepy zapewne są zamknięte. Zaczęły się w nich pojawiać informacje o tym, kto jest nadal otwarty - i oczywiście jak starannie dba o zdrowie swoich klientów. Koło weekendu nie emitowano już żadnych normalnych reklam. Zaobserwowałam również teksty dziękczynne pod adresem poświęcającego się dla nas personelu sklepowego. Chyba nigdy przedtem w reklamach nie było aż tyle prawdy.

W czwartek również pojawił się kurier z routerem, o czym poinformowała mnie karteczka w skrzynce. Obrzuciłam kuriera klątwami do siódmego pokolenia, w pięciu językach istniejących i kilku wymyślonych, po czym dotarło do mnie, że musiał się odbić od domofonu, który jest przez telefon, bez netu nieczynny. Nieodbieranie telefonu powoduje przekierowanie na komórkę, ale przy nieczynnym telefonie przekierowanie nie działa. Co nadal nie tłumaczyło, dlaczego kurier nie był łaskaw zadzwonić na komórkę. W piątek rano w każdym razie wywiesiłam karteczki na drzwiach i na skrzynce pocztowej, informujące, że domofon nie działa i żeby dzwonił na komórkę. Siedzieliśmy w domu do 17:30, powoli tracąc nadzieję, kiedy w końcu się pojawił. Radość była jednak przedwczesna. Po podłączeniu nowy router oświadczył radośnie, że netu nie ma. Zgłoszenie problemu do providera zaowocowało obietnicą wysłania do mnie technika. W poniedziałek. A domofon nieczynny... co okazało się nieistotne, bo technik umiał użyć telefonu i umiał również naprawić kable w szafie ogólnej, podobno popsute przez kogoś, kto pragnął ją wyczyścić.

U piątkowego boulangera nie było już żadnej bagietki, sprzedał nam chleb włoski (z oliwą i czarnuszką) i uprzedził, że teraz zamyka o 18.

Sobotnie marché wyglądało z daleka na wymarłe. Z bliska okazało się, że połowa stoisk jest czynna. Snuło się między nimi parę osób, pilnowanych przez ochroniarzy. Przed każdym stoiskiem narysowano kredą linie mające zapewne odpowiadać przepisowej odległości 1 metra. Wszędzie przestrzegano też zakazu dotykania towaru przez klientów. Pan z rybnego nie tracił dobrego humoru i zapewnił mnie, że jeśli tylko marché będzie czynne, to oni będą. Pan od jajek za to powiedział, że jest ostatni raz, potem zamyka, na co najmniej dwa tygodnie. Pan z warzywnego wymamrotał, że nie wie, nic nie wie. Stoisko z herbatą było zamknięte. Nie było oczywiście żadnych sprzedawców towarów innych niż żywność, stąd niezwykłe wrażenie opuszczenia.


2020-03-23 11:45:18 Komentuj (2)

---


Kronika czasów zarazy

Wydaje mi się niemożliwe, że w środę tydzień temu jeszcze byłam normalnie w pracy. Dojeżdżałam rowerem (kiedy to pisałam w minioną środę, użyłam jeszcze czasu teraźniejszego, teraz to już przeszłość), więc nie miałam obaw o zarażenie się w transporcie publicznym, w samym biurze również wszyscy zaskakująco przestrzegali zaleceń, przynajmniej tych o niepodawaniu sobie ręki i niecałowaniu się na powitanie. Czułam się w końcu jak normalny człowiek, mogąc rzucić "bonjour" z daleka, a nie czule bratać się z każdym. Przewidywałam pracę zdalną na czwartek i piątek. Firma wyszła mi naprzeciw, ogłaszając próbne zamknięcie na czwartek, żeby wszyscy się zmobilizowali do przygotowania sobie pracy zdalnej i zabrali sprzęt.

W czwartek wieczorem przemówił do nas prezydent, ogłaszając zamknięcie szkół od poniedziałku. Wiedziałam już, że do pracy fizycznie nie wrócę szybko, ale do weekendu życie wyglądało jeszcze całkiem normalnie. W sklepach widać było przerzedzone półki, ale wszystko można było kupić (poza oczywiście żelem antybakteryjnym). Z basenu zrezygnowałam, choć teoretycznie w chlorowanej wodzie żaden wirus nie powinien przeżyć długo, ale po pierwsze nie jestem pewna, czy on o tym wie, a po drugie to nie jest dobry moment na łapanie nawet zwykłego przeziębienia. Byliśmy natomiast na lekcji jazdy konnej, uznając, że na świeżym powietrzu nie jest łatwo się zarazić. Klub zakazał wchodzenia do środka, wpuszczał tylko partiami dzieci po konie. W niedzielę rano już postanowili się zamknąć. Przy ślicznej pogodzie poszliśmy z psami sąsiadki do parku, kolejny raz wychodząc z założenia, że świeże powietrze jest niezbędne, a na otwartej przestrzeni o odległość od innych ludzi łatwo - otóż to ostatnie szybko okazało się fałszywe. Z braku innych rozrywek do parku ściągnęła cała ludność okoliczna, najwyraźniej zupełnie się nie przejmująca sytuacją, i ogłosiłam odwrót. Mieliśmy przy okazji wybory samorządowe, w których uczestniczyła mniej niż połowa uprawnionych.

W poniedziałek pracowałam zdalnie z domu, poświęcając nieco czasu dziecku. Tę idyllę przerwała mi koleżanka, telefonicznie oznajmiająca, że dzisiaj przemówi ponownie prezydent, zamkną nas w domach na amen, wypuszczą wojsko na ulicę, nie będzie można już w ogóle wyjść, i ona natychmiast wyjeżdża z rejonu paryskiego. Macron rzeczywiście miał przemawiać wieczorem. Jak staram się nie ulegać panice i nie wierzyć w plotki, tak wydawało się logiczne, że ogłosi dalsze ograniczenia - a wiele już do zamknięcia nie zostało. Nie mając specjalnie dokąd wyjeżdżać, a stanowczo bez pewności, czy byłaby to dobra decyzja, postanowiłam zostać we własnym domu zaopatrzonym w żywność i internet. Prezydent ogłosił zakaz wychodzenia - można wyłącznie w ważnych sprawach, do których zaliczył pracę, jeśli niemożliwa jest zdalna (należy mieć zaświadczenie od pracodawcy), niezbędne zakupy, oraz kwestie zdrowotne. Należy sobie osobiście wydrukować lub wypisać przepustkę, ściągnięta na telefon nie jest ważna (gdyż kontrole mają ją stemplować). Zostały też zamknięte granice Schengen. W ciągu dwudziestu minut Macron powtórzył sześć razy, że jesteśmy w stanie wojny - z epidemią. Porównanie to nie wpływa zbyt dobrze na moją wyobraźnię, która już wcześniej zdążyła mi przypomnieć, jak to we wrześniu 1939 większość sądziła, że wojna potrwa najwyżej parę tygodni.

We wtorek rano okazało się, że kwestia zaopatrzenia w net jest rzeczą względną. Netu nie było. Wpadłam w rozpacz, po czym zabrałam się za dzwonienie do serwisu. Okazało się to nie tak trudne, jak tego oczekiwałam, i po zbadaniu sprawy wyszło na jaw, że muszą mi wymienić router. Spośród niewłaściwych momentów na awarię tego typu był to zdecydowanie najniewłaściwszy, wybrany precyzyjnie jak śmiertelny cios w splot słoneczny, lecz nic nie mogłam na to poradzić. Zadano mi standardowe pytanie "do domu czy do punktu odbioru", na co wybuchnęłam nieco nerwowym śmiechem. Ale oczywiście rozumiem, że skryptów nikt nie zdążył zmienić.

Środowy spacer dla zdrowia naszego oraz psów sąsiadki ujawnił nową rzeczywistość. Nabrzeżem Sekwany, zazwyczaj bardzo ruchliwym o każdej porze dnia i nocy, chyba że zakorkowanym, teraz przejeżdżał może jeden samochód na 10 minut, a może i to nie. Ludzie byli obecni, acz niezbyt liczni i omijający się łukami tak wielkimi, jak na to pozwalała szerokość chodnika. Sklepy z rybami oraz serami były zamknięte, z wywieszonymi informacjami, że czynne są tylko rano, i tylko dwie osoby mogą przebywać naraz wewnątrz. Zamknięty był również plac zabaw oraz park.

Zdumiewała mnie w tym wszystkim ludzka buta, wiara we własną nietykalność, besserwiserstwo niepodparte żadnymi faktami. "Po nas choćby potop" to najwyraźniej nie tylko francuskie podejście. Koleżanka denerwująca się lekkomyślnością otoczenia usłyszała "spoko, nikt nie umrze", co jest zadziwiające, umarły już bowiem tysiące, a kolejne są w planach. Nikt nie da nikomu gwarancji, że akurat nie zaraża, brak objawów o niczym nie świadczy. Z drugiej strony współczuję wszystkim rządzącym. Nie ma tu dobrej decyzji i odpowiedniego momentu na jej podjęcie: jeśli wcześniej i radykalniej, będzie się oskarżanym o nadmierną ostrożność, ograniczanie wolności obywateli, a przecież ostatecznie nic takiego się nie stało (i obyśmy tylko mogli to powiedzieć). Jeśli później lub mniej drastycznie, będzie się mieć na sumieniu życia.


2020-03-22 13:24:50 Komentuj (3)

---


Stanęłam przed Sądem Administracyjnym

Po bardzo starszym panu o kulach, który nie słyszał nic nawet przez mikrofon oraz pani, która nie mówiła po francusku i przyszła ze swoją sąsiadką, której prawa głosu nie można było jednak udzielić, sędzia o przedstawienie obserwacji w swojej sprawie poprosił kolejną panią. Ta stanęła przy barierce i zaczęła wyjaśniać, że nie otrzymała jakiegoś wezwania, nie mogła dostarczyć wszystkich papierów, i bardzo ją to wkurwia.
- Proszę używać poprawnego języka - upomniał ją sędzia.
- Przepraszam, jestem dzieckiem ulicy - odparła pani tonem bynajmniej nie sugerującym skruchy ani woli poprawy.

Potem było jeszcze ciekawiej: zgromadzeni dowiedzieć się mogli, że pani jest bezdomna, ma trójkę dzieci, których ojciec zmarł, z dziećmi nie pozwalają jej się widywać, a w ogóle to właśnie jest w srodku sprawy rozwodowej, choć nawet nie ma świadomości, że wyszła za mąż. Po tym ostatnim mocnym uderzeniu dumnie opuściła salę sądową, na pożegnanie informując wszystkich, że sala jest źle nagłośniona, a sąd ma burdel w papierach i ją wkurwia. Sędzia nie wyglądał, jakby to wszystko było dla niego jakąś nowością. Nie wyglądał również na specjalnie wypoczętego.


2018-07-10 11:13:59 Komentuj (6)

---


W urzędzie

Pani, która przychodzi po mnie do poczekalni biurowej, ma chyba ze dwieście lat i ledwie się rusza. Ulegam złudzeniu, że jest tu tylko po to, żeby wskazywać petentom właściwy pokój, ale po chwili okazuje się, że to ona jest główną urzędniczką. Ma jednak za biurkiem obok siebie zdecydowanie młodszą następczynię, która robi wrażenie przerażonej. Ja dla odmiany jestem zachwycona, one wyglądają całkiem jak Bonifacy i Filemon, dlaczego nie mam ukrytej kamery?

Pada pytanie, z czym przychodzę, tłumaczę.
- AVH - urzędniczka wymawia niedostępny śmiertelnikom skrót z namaszczeniem i zadowoleniem, przestraszona młoda posłusznie kiwa głową, ja też kiwam, żeby się nie wyłamywać. Podaję dokumenty.
- Potrzebna mi jest karta przynależności do Związku - objaśnia urzędniczka. Spodziewałam się tego pytania.
- Nie mam, ale tu mam taki dokument i kopię - mówię. Tamta nawet nie zaszczyca tego spojrzeniem.
- Ale w ogóle w domu pani ma kartę, tak? - upewnia się.
- Nie mam, nie dali mi, ale tu mam taki dokument - nalegam.
- Bez karty nie mogę w ogóle założyć dossier - recytuje zadowolona Bonifaca. Tego też się spodziewałam.
- Bo mnie dali taki spis dokumentów - wyciągam magiczną kartkę - i tu, o tu - stukam palcem - jest napisane, że albo karta ALBO zawiadomienie o decyzji, i właśnie zawiadomienie o decyzji mam tutaj, z kopią - macham nim ponownie.

Konsternacja.
- Nie nie, musi być karta - mówi tamta, ale już słabiej. - Dobrze, a RIB pani ma? - zbija mnie z tropu nagłą zmianą tematu.
- Mam, oczywiście. - Nie daję się. - A tu proszę - znów stukam palcem - jest napisane, że karta ALBO zawiadomienie o decyzji, i to od 1 stycznia 2016 roku - używam kompletnie absurdalnego argumentu, ale w takim kontekście cyfry zawsze brzmią dobrze. Tamta powiada
- Proszę poczekać - zabiera mój dokument i wyczłapuje z biura. Czekamy. Czekamy. Czekamy. Ona nie wraca ranki i wieczory, we łzach jej czekam i trwodze... wcale nie, ja mam z tyłu głowy rechoczącego demona, którego z całych sił powstrzymuję przed wyjściem na zewnątrz, zaś przerażona młoda adeptka sztuki urzędniczej powiada w końcu, żeby przerwać straszliwą ciszę
- Długo to trwa... coś długo to trwa! - Uprzejmie przytakuję.

Młoda zabiera się więc za spisywanie moich danych na komputerze, którego klawiatura jest dla niej wyraźnie zupełną nowością, każdej litery szuka przez parę minut. Kiedy przychodzi do mojego numeru telefonu, podaję go z normalną prędkością, co okazuje się dla niej o wiele za szybkie, a ja powoli nie umiem, zaplątujemy się więc beznadziejnie w siódemkach i dziewiątkach, ale przychodzi zbawienie w postaci człapiącej mistrzyni biurokracji, która wraca, zasiada i bez słowa kontynuuje zakładanie dossier. Nie ośmielam się spytać, czy w takim razie mój dokument przeszedł przez kontrolę odgórną, przyjmuję spokojnie jej działania, bo nie mam do stracenia niczego.
- Bo tu zobacz, tu mi nie znalazło takiej ulicy - młoda nadal walczy z moim adresem w komputerze. Stara przechyla się przez nią, naciska dwa klawisze, nie wiem czy rozwiązują problem, bo strofuje uczennicę
- Poczekaj, później ci pomogę, na razie skończę z panią.
Istotnie, wyciąga prześliczną niebieską karteczkę i staranną kaligrafią wypisuje moje dane, żeby potem z dumą wręczyć mi récépissé. Wylewnie dziękuję, wychodzę, wypuszczam na zewnątrz demona.


2018-06-20 10:38:13 Komentuj (2)

---


Są takie dni

Z powodu strajku poczty wezwanie do sądu otrzymałam z opóźnieniem, ledwie na tydzień przed wyznaczoną datą. Zorganizowałam się jakoś, i odpowiedniego dnia wyjechałam na drogę, ze świadomością, że jest kontynuacja strajku kolejarzy oraz straszne deszcze, które zalały drogi, część z nich została zamknięta (potem odkryłam, że poza tym wykoleił się RER, któremu ulewy podmyły szyny, na szczęście bez ofiar śmiertelnych). Wyszłam ze znacznym zapasem czasu, ale korki były tak potworne, że dojechałam na miejsce - to jest sąd administracyjny, 40 km od Paryża - z opóźnieniem. Poszłam tam jednak, i w drzwiach zderzyłam się z panem ochroniarzem, który radośnie poinformował mnie, że przecież to posiedzenie zostało anulowane. Spytałam, czy to dlatego, że żadna ze stron się nie zjawiła - nic z tych rzeczy, były opóźnienia w procedurze. Najzabawniejsze, chociaż wtedy zdecydowanie nie było mi do śmiechu, bo miałam przed sobą perspektywę powrotu 40 km w tych korkach i przez zamkniętą autostradę, najzabawniejsze otóż jest to, że na zawiadomieniu podają mi link i hasło do bezpiecznej strony w necie, gdzie są wszystkie informacje dotyczące sprawy. Dlaczego nie można było tam umieścić informacji o anulowaniu - nie wiem.

Następnie tego samego dnia otrzymałam informację, że mam uzupełnić papiery o nowy paszport dziecka. Nie zrozumiałam zupełnie, czego ode mnie nagle chcą, bo przecież całe dossier zostało przyjęte w piątek, więc oddzwoniłam. Okazało się, że zdjęcie: wykonane w automacie na miejscu, oznaczone przez automat jako conforme (odpowiadające normom), i bez uwag przyjęte przez pana urzędnika, który za swoją pracę pobiera zapewne pensję. Jednak ostatecznie zdjęcie wymogów nie spełnia, i powinnam dostarczyć nowe.

2018-06-14 09:03:08 Komentuj (0)

---


Kostucha

W ciągu jednej doby Francja straciła dwóch ludzi wielkiego formatu, bardzo odmiennych, lecz każdy zdawał się wieczny. 5 grudnia zmarł Jean d'Ormesson, pisarz, akademik od zawsze, nadal aktywny mimo swoich 92 lat. Za parę tygodni wyjdzie jego ostatnia książka, o znamiennym tytule "A ja nadal żyję". Uroczystości pogrzebowe mają się zacząć jutro u Inwalidów.

Wczoraj natomiast ranek powitał nas wieścią o śmierci Johnny'ego Hallyday'a, co wszyscy przyjęli z ogromnym zaskoczeniem, choć było od dawna wiadomo, że jest poważnie chory. Zdawało się jednak, że kolejny raz z tego wyjdzie, jak zawsze. Usłyszałam o nim podczas mojego pierwszego pobytu we Francji, nie miałam jeszcze dwudziestu lat. Znajoma czternastolatka zapytała czy go lubię - nawet nie pytała, czy znam, jakby to było absolutnie oczywiste. Zgłupiałam totalnie, nazwisko brzmiało angielsko, a ja oglądałam MTV, nie mogłam pojąć, jakim cudem nawet nie kojarzę tak znanej postaci. To jeszcze nie były czasy przepaści pokoleniowej. Potem do mnie dotarło, że sławny jest głównie we Francji - za to totalnie. Znali go wszyscy: od niemowląt do stulatków. Kiedyś przypadkiem odkryłam cały sklep poświęcony wyłącznie Hallydayowi. W którymś momencie śmiałam się, że znam dokładnie jego życie prywatne i stan zdrowia, nie dało się bowiem uniknąć wzmianek, natomiast tak naprawdę nie słyszałam żadnej jego piosenki. Przestałam, kiedy pewnego dnia leciało w radiu coś, co mimochodem zidentyfikowałam jako piosenkę Hallydaya. Nawet nie wiem skąd i jak, jakoś przez osmozę. W sobotę Polami Elizejskimi ma przejść kondukt pogrzebowy Johnny'ego, natomiast zapowiadany w pierwszym momencie koncert jednak się nie odbędzie.

2017-12-07 09:36:20 Komentuj (3)

---


Ślub na merostwie

W sobotę byłam gościem na ślubie, zawsze chciałam zobaczyć, jak to wygląda na francuskich merostwach (na weselu bowiem już byłam). Pierwsze zaskoczenie przeżyłam, kiedy mer zaprosił dzieci do siebie za biurko, i w tej asyście odczytał prawne definicje małżeństwa, informując nas, że trochę nudzi, ale niestety musi to odczytać. Potem zapytał, czy są znane jakieś przeciwwskazania do zawarcia tego związku małżeńskiego, a nie widząc żadnych, zapytał pana młodego, czy chce pojąć tę oto pannę młodą. Kazał mu to potem powtarzać trzy razy, pod pretektem, że nie wszyscy usłyszeli, czy aby na pewno. Pannie młodej wystarczył raz.

Młodzi wymienili się obrączkami, a mer powiedział, że wprawdzie już mają obrączki, ale jeszcze nie są małżeństwem, dopóki nie złożą podpisów. Potem oznajmił, że w livret de famille jest 16 miejsc na wpisanie dzieci, ale gdyby zabrakło, to niech się nie wahają przyjść po kolejny, jest za darmo. Rzucił jeszcze parę żartów, potem jego urzędniczka odczytała akt ślubu. Wiedziałam już wcześniej, że francuskie zawierają adresy oraz zawody rodziców, to mnie nie zaskoczyło. Młodzi i świadkowie (po dwoje na osobę) złożyli podpisy pod aktem, i można już było składać życzenia nowej parze małżeńskiej. Na wyjściu dostaliśmy od świadkowej płatki róż (sztuczne) do obrzucenia młodych, a dzieci małe pojemniki z płynem do puszczania baniek mydlanych. Spodziewałam się po tej ceremonii większej powagi, ale całość wypadła bardzo sympatycznie.


2017-09-25 12:47:27 Komentuj (1)

---


Wszystko można kupić

Na dorocznym festynie jest masa rozrywek, wszystko bezpłatne, ale oczywiście trzeba poczekać w kolejce, bo chętnych sporo. W tym roku ustawili spory basen z wodą, po nim pływa sześć rowerków wodnych: rękami obraca się korbki uruchamiające dwa boczne koła napędowe, fajny pomysł. Dzieciaków masa, stoimy i czekamy, docieramy już do mety, przychodzi tatuś dziewczynki za nami.
- Chciałabyś popływać dłużej? - pyta córkę. - Ja ci to załatwię. - I zwraca się do animatorki
- Ile trzeba zapłacić, żeby popływać dłużej? Bo wie pani, wszystko można kupić - i oczkiem mruga.
Animatorka spokojnie odpowiada, że nie ma takiej możliwości, każdy by wtedy zapłacił, i inne dzieci by nie mogły skorzystać. Tatuś ponawia pytanie o kwotę, animatorka dalej tłumaczy, że wszystkie dzieci w grupie, i że może ponownie stanąć w kolejce.

Pytanie poza konkursem, jakiej narodowości był zaradny tatuś.

2017-05-22 15:33:40 Komentuj (8)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Anglik w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem