DS magazine
Bertrand Russell
Stanęłam przed Sądem Administracyjnym
Po bardzo starszym panu o kulach, który nie słyszał nic nawet przez mikrofon oraz pani, która nie mówiła po francusku i przyszła ze swoją sąsiadką, której prawa głosu nie można było jednak udzielić, sędzia o przedstawienie obserwacji w swojej sprawie poprosił kolejną panią. Ta stanęła przy barierce i zaczęła wyjaśniać, że nie otrzymała jakiegoś wezwania, nie mogła dostarczyć wszystkich papierów, i bardzo ją to wkurwia.
- Proszę używać poprawnego języka - upomniał ją sędzia.
- Przepraszam, jestem dzieckiem ulicy - odparła pani tonem bynajmniej nie sugerującym skruchy ani woli poprawy.

Potem było jeszcze ciekawiej: zgromadzeni dowiedzieć się mogli, że pani jest bezdomna, ma trójkę dzieci, których ojciec zmarł, z dziećmi nie pozwalają jej się widywać, a w ogóle to właśnie jest w srodku sprawy rozwodowej, choć nawet nie ma świadomości, że wyszła za mąż. Po tym ostatnim mocnym uderzeniu dumnie opuściła salę sądową, na pożegnanie informując wszystkich, że sala jest źle nagłośniona, a sąd ma burdel w papierach i ją wkurwia. Sędzia nie wyglądał, jakby to wszystko było dla niego jakąś nowością. Nie wyglądał również na specjalnie wypoczętego.


2018-07-10 11:13:59 Komentuj (6)

---


W urzędzie
Pani, która przychodzi po mnie do poczekalni biurowej, ma chyba ze dwieście lat i ledwie się rusza. Ulegam złudzeniu, że jest tu tylko po to, żeby wskazywać petentom właściwy pokój, ale po chwili okazuje się, że to ona jest główną urzędniczką. Ma jednak za biurkiem obok siebie zdecydowanie młodszą następczynię, która robi wrażenie przerażonej. Ja dla odmiany jestem zachwycona, one wyglądają całkiem jak Bonifacy i Filemon, dlaczego nie mam ukrytej kamery?

Pada pytanie, z czym przychodzę, tłumaczę.
- AVH - urzędniczka wymawia niedostępny śmiertelnikom skrót z namaszczeniem i zadowoleniem, przestraszona młoda posłusznie kiwa głową, ja też kiwam, żeby się nie wyłamywać. Podaję dokumenty.
- Potrzebna mi jest karta przynależności do Związku - objaśnia urzędniczka. Spodziewałam się tego pytania.
- Nie mam, ale tu mam taki dokument i kopię - mówię. Tamta nawet nie zaszczyca tego spojrzeniem.
- Ale w ogóle w domu pani ma kartę, tak? - upewnia się.
- Nie mam, nie dali mi, ale tu mam taki dokument - nalegam.
- Bez karty nie mogę w ogóle założyć dossier - recytuje zadowolona Bonifaca. Tego też się spodziewałam.
- Bo mnie dali taki spis dokumentów - wyciągam magiczną kartkę - i tu, o tu - stukam palcem - jest napisane, że albo karta ALBO zawiadomienie o decyzji, i właśnie zawiadomienie o decyzji mam tutaj, z kopią - macham nim ponownie.

Konsternacja.
- Nie nie, musi być karta - mówi tamta, ale już słabiej. - Dobrze, a RIB pani ma? - zbija mnie z tropu nagłą zmianą tematu.
- Mam, oczywiście. - Nie daję się. - A tu proszę - znów stukam palcem - jest napisane, że karta ALBO zawiadomienie o decyzji, i to od 1 stycznia 2016 roku - używam kompletnie absurdalnego argumentu, ale w takim kontekście cyfry zawsze brzmią dobrze. Tamta powiada
- Proszę poczekać - zabiera mój dokument i wyczłapuje z biura. Czekamy. Czekamy. Czekamy. Ona nie wraca ranki i wieczory, we łzach jej czekam i trwodze... wcale nie, ja mam z tyłu głowy rechoczącego demona, którego z całych sił powstrzymuję przed wyjściem na zewnątrz, zaś przerażona młoda adeptka sztuki urzędniczej powiada w końcu, żeby przerwać straszliwą ciszę
- Długo to trwa... coś długo to trwa! - Uprzejmie przytakuję.

Młoda zabiera się więc za spisywanie moich danych na komputerze, którego klawiatura jest dla niej wyraźnie zupełną nowością, każdej litery szuka przez parę minut. Kiedy przychodzi do mojego numeru telefonu, podaję go z normalną prędkością, co okazuje się dla niej o wiele za szybkie, a ja powoli nie umiem, zaplątujemy się więc beznadziejnie w siódemkach i dziewiątkach, ale przychodzi zbawienie w postaci człapiącej mistrzyni biurokracji, która wraca, zasiada i bez słowa kontynuuje zakładanie dossier. Nie ośmielam się spytać, czy w takim razie mój dokument przeszedł przez kontrolę odgórną, przyjmuję spokojnie jej działania, bo nie mam do stracenia niczego.
- Bo tu zobacz, tu mi nie znalazło takiej ulicy - młoda nadal walczy z moim adresem w komputerze. Stara przechyla się przez nią, naciska dwa klawisze, nie wiem czy rozwiązują problem, bo strofuje uczennicę
- Poczekaj, później ci pomogę, na razie skończę z panią.
Istotnie, wyciąga prześliczną niebieską karteczkę i staranną kaligrafią wypisuje moje dane, żeby potem z dumą wręczyć mi récépissé. Wylewnie dziękuję, wychodzę, wypuszczam na zewnątrz demona.


2018-06-20 10:38:13 Komentuj (2)

---


Są takie dni
Z powodu strajku poczty wezwanie do sądu otrzymałam z opóźnieniem, ledwie na tydzień przed wyznaczoną datą. Zorganizowałam się jakoś, i odpowiedniego dnia wyjechałam na drogę, ze świadomością, że jest kontynuacja strajku kolejarzy oraz straszne deszcze, które zalały drogi, część z nich została zamknięta (potem odkryłam, że poza tym wykoleił się RER, któremu ulewy podmyły szyny, na szczęście bez ofiar śmiertelnych). Wyszłam ze znacznym zapasem czasu, ale korki były tak potworne, że dojechałam na miejsce - to jest sąd administracyjny, 40 km od Paryża - z opóźnieniem. Poszłam tam jednak, i w drzwiach zderzyłam się z panem ochroniarzem, który radośnie poinformował mnie, że przecież to posiedzenie zostało anulowane. Spytałam, czy to dlatego, że żadna ze stron się nie zjawiła - nic z tych rzeczy, były opóźnienia w procedurze. Najzabawniejsze, chociaż wtedy zdecydowanie nie było mi do śmiechu, bo miałam przed sobą perspektywę powrotu 40 km w tych korkach i przez zamkniętą autostradę, najzabawniejsze otóż jest to, że na zawiadomieniu podają mi link i hasło do bezpiecznej strony w necie, gdzie są wszystkie informacje dotyczące sprawy. Dlaczego nie można było tam umieścić informacji o anulowaniu - nie wiem.

Następnie tego samego dnia otrzymałam informację, że mam uzupełnić papiery o nowy paszport dziecka. Nie zrozumiałam zupełnie, czego ode mnie nagle chcą, bo przecież całe dossier zostało przyjęte w piątek, więc oddzwoniłam. Okazało się, że zdjęcie: wykonane w automacie na miejscu, oznaczone przez automat jako conforme (odpowiadające normom), i bez uwag przyjęte przez pana urzędnika, który za swoją pracę pobiera zapewne pensję. Jednak ostatecznie zdjęcie wymogów nie spełnia, i powinnam dostarczyć nowe.

2018-06-14 09:03:08 Komentuj (0)

---


Kostucha
W ciągu jednej doby Francja straciła dwóch ludzi wielkiego formatu, bardzo odmiennych, lecz każdy zdawał się wieczny. 5 grudnia zmarł Jean d'Ormesson, pisarz, akademik od zawsze, nadal aktywny mimo swoich 92 lat. Za parę tygodni wyjdzie jego ostatnia książka, o znamiennym tytule "A ja nadal żyję". Uroczystości pogrzebowe mają się zacząć jutro u Inwalidów.

Wczoraj natomiast ranek powitał nas wieścią o śmierci Johnny'ego Hallyday'a, co wszyscy przyjęli z ogromnym zaskoczeniem, choć było od dawna wiadomo, że jest poważnie chory. Zdawało się jednak, że kolejny raz z tego wyjdzie, jak zawsze. Usłyszałam o nim podczas mojego pierwszego pobytu we Francji, nie miałam jeszcze dwudziestu lat. Znajoma czternastolatka zapytała czy go lubię - nawet nie pytała, czy znam, jakby to było absolutnie oczywiste. Zgłupiałam totalnie, nazwisko brzmiało angielsko, a ja oglądałam MTV, nie mogłam pojąć, jakim cudem nawet nie kojarzę tak znanej postaci. To jeszcze nie były czasy przepaści pokoleniowej. Potem do mnie dotarło, że sławny jest głównie we Francji - za to totalnie. Znali go wszyscy: od niemowląt do stulatków. Kiedyś przypadkiem odkryłam cały sklep poświęcony wyłącznie Hallydayowi. W którymś momencie śmiałam się, że znam dokładnie jego życie prywatne i stan zdrowia, nie dało się bowiem uniknąć wzmianek, natomiast tak naprawdę nie słyszałam żadnej jego piosenki. Przestałam, kiedy pewnego dnia leciało w radiu coś, co mimochodem zidentyfikowałam jako piosenkę Hallydaya. Nawet nie wiem skąd i jak, jakoś przez osmozę. W sobotę Polami Elizejskimi ma przejść kondukt pogrzebowy Johnny'ego, natomiast zapowiadany w pierwszym momencie koncert jednak się nie odbędzie.

2017-12-07 09:36:20 Komentuj (3)

---


Ślub na merostwie
W sobotę byłam gościem na ślubie, zawsze chciałam zobaczyć, jak to wygląda na francuskich merostwach (na weselu bowiem już byłam). Pierwsze zaskoczenie przeżyłam, kiedy mer zaprosił dzieci do siebie za biurko, i w tej asyście odczytał prawne definicje małżeństwa, informując nas, że trochę nudzi, ale niestety musi to odczytać. Potem zapytał, czy są znane jakieś przeciwwskazania do zawarcia tego związku małżeńskiego, a nie widząc żadnych, zapytał pana młodego, czy chce pojąć tę oto pannę młodą. Kazał mu to potem powtarzać trzy razy, pod pretektem, że nie wszyscy usłyszeli, czy aby na pewno. Pannie młodej wystarczył raz.

Młodzi wymienili się obrączkami, a mer powiedział, że wprawdzie już mają obrączki, ale jeszcze nie są małżeństwem, dopóki nie złożą podpisów. Potem oznajmił, że w livret de famille jest 16 miejsc na wpisanie dzieci, ale gdyby zabrakło, to niech się nie wahają przyjść po kolejny, jest za darmo. Rzucił jeszcze parę żartów, potem jego urzędniczka odczytała akt ślubu. Wiedziałam już wcześniej, że francuskie zawierają adresy oraz zawody rodziców, to mnie nie zaskoczyło. Młodzi i świadkowie (po dwoje na osobę) złożyli podpisy pod aktem, i można już było składać życzenia nowej parze małżeńskiej. Na wyjściu dostaliśmy od świadkowej płatki róż (sztuczne) do obrzucenia młodych, a dzieci małe pojemniki z płynem do puszczania baniek mydlanych. Spodziewałam się po tej ceremonii większej powagi, ale całość wypadła bardzo sympatycznie.


2017-09-25 12:47:27 Komentuj (1)

---


Wszystko można kupić
Na dorocznym festynie jest masa rozrywek, wszystko bezpłatne, ale oczywiście trzeba poczekać w kolejce, bo chętnych sporo. W tym roku ustawili spory basen z wodą, po nim pływa sześć rowerków wodnych: rękami obraca się korbki uruchamiające dwa boczne koła napędowe, fajny pomysł. Dzieciaków masa, stoimy i czekamy, docieramy już do mety, przychodzi tatuś dziewczynki za nami.
- Chciałabyś popływać dłużej? - pyta córkę. - Ja ci to załatwię. - I zwraca się do animatorki
- Ile trzeba zapłacić, żeby popływać dłużej? Bo wie pani, wszystko można kupić - i oczkiem mruga.
Animatorka spokojnie odpowiada, że nie ma takiej możliwości, każdy by wtedy zapłacił, i inne dzieci by nie mogły skorzystać. Tatuś ponawia pytanie o kwotę, animatorka dalej tłumaczy, że wszystkie dzieci w grupie, i że może ponownie stanąć w kolejce.

Pytanie poza konkursem, jakiej narodowości był zaradny tatuś.

2017-05-22 15:33:40 Komentuj (8)

---


To nie tak miało być
O poranku nagle uświadamiam sobie, że na drugą turę wyborów prezydenckich nie będzie sensu iść. Kiedy właściwie Francja stała się drugą Polską? I czy to dlatego, że ja tu jestem?


2016-11-29 08:57:30 Komentuj (10)

---


Stoi kara na kornerze
Polonia francuska ma słowo, które doskonale oddaje specyficzny stosunek Polaków do swoich rodaków. "Polaczek", sam w sobie będący wyrazem chyba nieprzetłumaczalnym na żaden inny język, stał się "Polczakiem", a następnie uległ paryskiej transformacji zgodnie z zasadami gwary verlan. Ta polega na przestawianiu sylab, ostatnia idzie na początek, samo "verlan" to w ten sposób zmodyfikowane "l'envers", na odwrót. W ten sposób swojski Polczak to "czakpol". Kiedy to pierwszy raz usłyszałam, skojarzyło mi się najpierw z Chuckiem Norrisem, niesie jednak ze sobą zgoła inny ładunek emocjonalny.

We Francji nie używa się również słowa "ciapaty" (skądinąd zawsze w moich uszach brzmiacego dziwnie pieszczotliwie), stworzonego czy tylko spopularyzowanego przez emigrację do Anglii. Z przyczyn absolutnie dla mnie niejasnych osoby pochodzenia arabskiego znane są tu w kręgach polskich jako "Szwajcarzy". Podejrzewam, że na zasadzie złośliwego kontrastu, ale nie wiem. Próba guglania nie dała żadnych rezultatów, słyszałam to jednak od osób w różnym wieku i z rozmaitym stażem na obczyźnie. Znacznie sympatyczniejsze złożenie polsko-francuskie to z kolei "sawaszka?", naturalnie od francuskiego "ca va?"

2016-11-21 11:12:30 Komentuj (8)

---


Południowe państwo
Jedna z tych rzeczy, których nigdy nie pojmę: kiedy wysyłają pocztą (a potem smsem) kategoryczną informację na piśmie, że wyjazd dziecka na kolonie odbywa się punktualnie o godzinie 9, to o 9 ludzie dopiero zaczynają się schodzić. O 9:15 nadciągają ostatni, wyluzowani i bynajmniej nie w pośpiechu. Przejście do autokaru ma miejsce o 9:30. Tak jest zawsze, nikt się temu nie dziwi, tylko przybyszka z Polski. Powinnam się już nauczyć, ale za każdym razem ulegam złudzeniu, że to niemożliwe, poprzednio musiało mi się wydawać, coś źle zrozumiałam, tym razem napisali przecież jasno, że 9.

2016-07-06 11:33:15 Komentuj (8)

---


Codzienność
Firmowe spotkanie na szczycie, przedstawiam się dyrektorowi doradczemu. Pyta, skąd jestem, odpowiadam.
- Ale jest też Francuzką, prawda - reaguje błyskawicznie mój prezes. Przechodzę nad tym do porządku dziennego, zajęta innymi sprawami, i dopiero potem uświadamiam sobie, że to już. Skończyła się mrzonka o wielkiej europejskiej wspólnocie, zaczęło być istotne, kto Francuz, kto nie. Zupełnie nie wiem, jak sobie poradzi moja firma, oparta na Tunezyjczykach, Marokańczykach, Algierczykach, ludziach z korzeniami w Kongu, Beninie, Mali. Na pewno coś wymyślą, oczywiście - muszą - ale pewna epoka się skończyła.

Skończyła się też epoka Paradowskiej.


2016-06-29 09:33:22 Komentuj (11)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Anglik w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem