DS magazine
Bertrand Russell
"Minla's Flowers" i "Merlin's Gun" Alastair Reynolds
Przez końcówkę Dozoisa 34 przeczytałam dwie wcześniejsze minipowieści o Merlinie. W galaktyce jest Waynet, po którym można podróżować na skróty, o ile ma się statek wyposażony w syrinx. Merlin, uciekinier z The Cohort, ma taki statek, inteligentny w dodatku. Jego głównym celem jest walka z the Huskers, którzy dawno temu zniszczyli jego system rodzinny. Czyli Star Wars, zasadniczo. W "Minla's Flowers" Merlin wypada z Waynetu z powodu awarii, i musi lądować na pobliskiej planecie, na której niebo jest pokryte unoszącymi się w powietrzu wyspami. Kiedyś była to tarcza ochronna przed Huskerami, ale od tego czasu ludność cofnęła się w rozwoju technicznym i nie ma nic poza prostymi samolocikami. Merlin wplącze się w ich ratowanie.

W "Merlin's Gun" swallowship Sory zostaje zaatakowany przez Huskerów, wszyscy giną oprócz niej. Trzy tysiące lat później w systemie pojawia się statek - oczywiście to Merlin, żywa legenda. Nieustannie w poszukiwaniu broni, która pozwoli The Cohort wygrać trwającą od tysięcy lat wojnę z Huskerami. Fajnie napisane.



2018-12-14 09:48:21 Komentuj (0)

---


"Zaginiona dziewczyna" Gillian Flynn
Nie będąc zagorzałą fanką kryminałów, lubię je jednak czytać. Zwłaszcza te, w których jest zagadka, trop, i tło obyczajowe. Gorzej z thrillerami, tych nie lubię, ponieważ mam wrażenie, że autorzy zawsze się strasznie wysilają, żeby przerazić i zaskoczyć, a wysilania się nie lubię w żadnej dziedzinie. Jednak ostatnio naszło mnie znienacka na thriller, wybrałam chwaloną "Zaginioną dziewczynę", którą czytali już chyba wszyscy, i która znajduje się na jednej z list powieści z twistem. Takie lubię bardzo, chociaż wolę nie wiedzieć, że twist będzie, bo wtedy nie dopatruję się pułapki w każdym słowie.

Powieść ma prostą kontrukcję, w jedym wątku jest mniej więcej 2013, w pierwszej osobie Nick Dunne relacjonuje dzień zniknięcia swojej żony. To piąta rocznica ich ślubu, on poszedł do baru prowadzonego z siostrą bliźniaczką, a kiedy wrócił, zastał otwarte na oścież drzwi, za to nie było żony. W drugim wątku czytamy pamiętnik tejże żony, Amy, od czasów kiedy poznała Nicka. Od początku jest jasne, że w małżeństwie ostatnio się nie układało. Od początku też widać, że Nick coś ukrywa przed policją i najwyraźniej wie więcej niż chce się przyznać. Wciągające do końca, a koniec też mi się bardzo podobał.


2018-12-12 09:35:41 Komentuj (0)

---


"Stacja Centralna" Lavie Tidhar
- O, znowu ktoś czytał "Dworzec Perdido" i pozazdrościł - wymamrotałam do siebie zaczynając lekturę. Jesteśmy wprawdzie na Ziemi, ale między Jaffą a Tel Awiwem wybudowany został gigantyczny budynek, tytułowa Stacja Centralna, służąca lądowaniu statków orbitalnych. Ludzkość rozprzestrzeniła się bowiem na Układ Słoneczny, i w większości jest scyborgizowana, w sposób nieodróżnialny od magii. Można też mieć wszczepki ze sztuczną inteligencją, tzw. Innych. Powinniśmy być zatem daleko w przyszłości, ale z drugiej strony są pozostałości ery silników spalinowych, i ludzie, którzy pamiętają dawne czasy, choć musiało minąć przynajmniej kilka stuleci.

Bardzo dobra jest tutaj namacalność świata, oraz poczucie, że dla mieszkańców to całe połączenie techniki i magii to tylko zwykła codzienność. Aczkolwiek jak się czytało Mieville'a, to wrażenie wtórności długo nie przemija. Brakuje również akcji: nic się nie dzieje, oglądamy kolejnych bohaterów i fragmenty ich życia. Mamy cyborga zakochanego w kobiecie, przylatującą na Ziemię strigoi, cyfrową wampirzycę, cudowne dziecko wyhodowane sztucznie w laboratorium, budowniczego bogów, dosłownie wciągającą grę, i tak dalej. Pod koniec Tidhar chyba się zorientował, że przydałaby się ewentualnie jakaś fabuła, bo próbuje nagle wprowadzić zamęt. Nie jestem zachwycona, ale jest w tym świecie i sposobie narracji coś ciekawego.



2018-12-10 09:13:55 Komentuj (0)

---


"Transcription" Kate Atkinson
Rok 1981. Sześćdziesięcioletnia Juliet w Londynie wpada pod samochód i martwi się, że nie pójdzie na kolejne koncerty Szostakowicza. To dwustronicowe preludium kończy się stwierdzeniem, że jest w domu. Nareszcie. Potem jest 1950, Londyn, Juliet ma prawie trzydzieści lat, pracuje w radiu BBC i wspomina czasy wojny. Wychodząc na lunch spotyka dawnego znajomego, pana Toby'ego, który jednak wypiera się tej znajomości. Cofamy się do 1940. Dziewiętnastoletnia Juliet pracuje dla wywiadu brytyjskiego, ale nic tu z thrillera. Po prostu spisuje (stąd tytuł) nagrane rozmowy prowadzone przez agenta, właśnie pana Toby'ego, z angielskimi zwolennikami nazistów. Nie są to żadne istotne figury, jak trzeźwo zauważa Juliet, dla której w ogóle wojna na tym etapie jest raczej niewygodą niż zagrożeniem. W dodatku Perry, który ją do tej pracy zaangażował, ma wobec niej plany. Tylko jakie? Czy chodzi o uwiedzenie (Juliet nie miałaby wiele przeciw temu, choć pojęcie o fizycznej stronie takiego wydarzenia ma nader nikłe), czy jednak o coś innego?

Atkinson pokazuje wojnę od zupełnie innej strony, nie ma tu spadających bomb. Jest nudna praca biurowa. Nawet szpiegostwo nie wygląda jak w bondach: składa się głównie z siedzenia i picia litrów herbatki. To jest wojna Juliet. Przewija się tu znajoma agentka bohaterki, która była świetna w pillow talk, uwodziła kolejnych podejrzanych. Juliet zauważa jednak trzeźwo, że pewnie to samo robiłaby, gdyby wojny nie było. Większość postaci ma swój pierwowzór w rzeczywistości: Godfrey Toby, nudny bankowy urzędnik zatrudniany latami przez MI5, istniał naprawdę, choć pod innym nazwiskiem, i to on dał impuls do stworzenia powieści. Istnieją również transkrypcje bardzo podobne do tych spisywanych przez Juliet. Piąta kolumna nie odegrała ostatecznie znaczącej roli w zwycięstwie nad nazistami, ale to nie umniejsza wysiłków tych ludzi. Poświęcenia czasem całego swojego życia wywiadowi, a ta praca nie wyglądała filmowo.

Po "Bogu pośród ruin" bałam się kolejnej powieści Atkinson (niezbyt długo pielęgnowałam strach, wyszła bowiem we wrześniu). Natychmiast jednak wciągnęła mnie ta klarowna narracja. Juliet jest naiwna, ale cyniczna. Kłamie właściwie nieustannie i bez specjalnego powodu. Oraz rozmyśla, daje się ponieść wyobraźni, widzimy to przez jej ciągłe fantazyjne dygresje. Jest bardzo wielowymiarową, świetną postacią. A całość to piękna, doskonale skomponowana opowieść, której nie szkodzi nawet wyjątkowo paskudne wtrącenie z rodzaju "a ja wiem, co będzie dalej" na końcu pierwszej części z 1940 (naprawdę, nie spodziewałam się tego po tej autorce, ale wybaczam jej).

Juliet na końcu pierwszego rozdziału mówi "This England", co potem (chronologicznie wcześniej) usłyszy od Perry'ego i co będzie powtarzać. This England, is it worth fighting for? To i parę innych subtelnych wtrąceń sprawia, że w roku 2018 jest to lektura bardzo aktualna.


2018-12-08 15:25:02 Komentuj (0)

---


Gardner Dozois "The Year's Best Science Fiction 34" (2016)
Lavie Tidhar "Terminal". Bezpowrotnie odlatujemy z Ziemi, dość nietypowo, bo każdy sam w swoim kosmicznym gruchocie, w roju podobnych sobie, choć każdy miał inny powód. Poetyczne, zdumiewające, doskonałe.

Carolyn Ives Gilman "Touring with the Alien". Nominacja do Hugo. Nagle pojawiły się statki kosmiczne Obcych, od razu na Ziemi. Sześć miesięcy później wyszli z nich tłumacze, mówiąc, że The aliens had come in peace. They had no demands and no questions. They merely wanted to sit here minding their own business for a while. They wanted to be left alone. Natomiast bohaterka, która pracuje jako kierowca i transportuje rzeczy, których nikt inny nie chce, dostaje propozycję nie do odrzucenia. Temat nienowy, ale rozegrany świeżo i znakomicie.
Opowiadanie przegrało Hugo z uroczym pratchettowym "The Tomato Thief" Ursuli Vernon.

Matthew Claxton "Patience Lake". Bohater usiłuje się dostać do Saskatoon, ale wszystko jest przeciwko niemu, psuje mu się kolano, na drogach są blokady. Jest to a man with a smooth plastic head, no nose, speaker grill for a mouth, round eyes that never blinked. Potem się okazuje, że weteran przerobiony na taniego cyborga. Świetnie zrobione, bardzo naturalne dialogi, dowiadujemy się tylko tyle, ile musimy. Mocne do końca.


Rich Larson "Jonas and the Fox". Jonas ma 12 lat, a Fox znajduje się w ciele Damjana, małego brata Jonasa. Żadnemu z nich ta sytuacja się nie podoba. Jesteśmy na innej planecie, a bohaterowie przypadkiem trafiają na ukryty statek kosmiczny, który pozwoli Foxowi uciec. W tle rewolucja i jej echa. Świetne.


Gord Sellar "Prodigal". Bohaterowie wracają do domu "after Benji’s final sentientization treatment". Benji jest psem. Właściwie pomysł oczywisty, ale nie przypominam sobie tak rozegranego. Bardzo klasyczna narracja, trochę 1950 przez te niemal satyryczne wstawki łamiące powagę tematu. Wnikliwe.


Kathe Koja & Carter Scholz "KIT: Some Assembly Required". "The atheist awoke in the machine", a jest to odtworzona świadomość Christophera Marlowe'a, który wspomina wiek XVI i próbuje się odnaleźć w obecnych czasach. Każą mu walczyć z zagrożeniem terrorystycznym. Intrygujące.


Gregory Benford "Vortex". Do chińskiej bazy na Marsie udaje się małżeństwo Julia i Victor, jedyni z Pierwszej Ekspedycji. Na Marsie jest życie. Nie takie, jak na Ziemi. Techniczny opis każe trochę myśleć o Lemie z "Edenu" czy "Niezwyciężonego", potem natomiast wkracza "Marsjanin" (to dość nachalne skojarzenie trochę mnie irytowało). Tymczasem na Ziemi wojny. “Wars don’t determine who’s right, only who’s left.” Pierwsze tutaj, które mnie nie do końca przekonało, z jednej strony dzieje się za dużo, z drugiej za mało, a zakończenie jakby pośpieszne.


Paul McAuley "Elves of Antarctica". Fakt, tematyki eko jeszcze w zbiorze nie było. Mike pracował przy sztucznym jeziorze w Australii: stwarzanie nowego lepszego świata. A potem przeniósł się na Antarktykę, gdzie próbuje się zachować największy kawałek ziemskiego lodowca i zapobiec podnoszeniu poziomu oceanów. I tam spotyka kamienie ustawione przez elfy. Albo kogoś. Dość ładne, ale trochę zanadto obsesyjnie powtarza "zmiana, zmiana, nic już nigdy nie będzie takie jak było". Plus zbyt naiwnie optymistyczna konkluzja.


Ian McHugh "The Baby Eaters". Meychezhek jest Obcą, była ambasador na Przyjaźni i nauczyła się tam pić kawę, a pierwszoosobowa narratorka przychodzi do niej pełna bojaźni i szacunku, prosić o pomoc w prowadzeniu handlu. Porozumiewają się przy pomocy implantu Babel. Jeśli da się coś mniej oryginalnego napisać, to ja nie chcę wiedzieć co. Po czym okazuje się, że płcie są odwrócone, znaczy mężczyzna jest w ciąży, czego autor nie jest uprzejmy w żaden sposób wyjaśnić. Tak sobie wymyślił i tak jest fajnie oraz należycie Obco. Chciałabym się dowiedzieć, jak w takim razie definuje pojęcie "samica" i dlaczego Dozoisowi takie bzdury nie przeszkadzały. Zaraz się dowiedziałam dlaczego - dalej jest znacznie ciekawiej, aczkolwiek nadal mało odkrywczo.


Aliette de Bodard "A Salvaging of Ghosts" Wietnamskie imię, klejnot w dłoni, duch jej córki, statek kosmiczny: wszystko już w pierwszym zdaniu, znaczy klasyczna Bodard. Bohaterka zamierza odzyskać szczątki córki, wykonując w tym celu a dangerous dive into deep spaces, well into layers of unreality that could kill them all. Nie żeby ze szczątków wiele pozostało, deep space kompresuje je bowiem w klejnoty, bo dlaczego nie. Poza tym ciężkie życie ubogich nurków kosmicznych, skazanych na śmierć, i upajanie się własną frazą (nie wykluczam, że jestem do niej nadmiernie uprzedzona).


Geoff Ryman "These Shadows Laugh". W połowie XIX wieku odkryto lud Colinas, małych brązowych kobiet, nie noszących ubrań. Na olimpiadzie w Monachium zdobyły 10 złotych medali, i zabroniono im dalszego udziału w igrzyskach, bo nie całkiem są kobietami. Założyły miasto Precinct, gdzie się znajdujemy. Stanowią podgatunek homo sapiens, rozmnażający się przez partenogenezę, i tu jest potrzebna pomoc narratorki, biolożki. Ta natomiast łamie obowiązuje w tej społeczności prawa. Niegłupio pomyślane i bardzo ładne.


Craig DeLancey "RedKing". Cyberpunk. Narrator jedzie z panią aresztować dzieciaka, który prawdopodobnie napisał tytułowego RedKinga. Betonowa wieża, pada deszcz, truck z koreańskim żarciem: jakby znajoma scenografia. Dalej też nienowo, moving hardware into the skull. Nic nowego, nic.


Sam J. Miller "Things With Beards" Czytałam je przy okazji nominacji do Nebuli


Shariann Lewitt "Fieldwork". Początek jest dość zawikłany, ale matka narratorki dostała medal Fieldsa, a jej matką była Tatyana Kolninskaya, eksploratorka Kosmosu, która poleciała na Europę. Wróciło stamtąd tylko dwoje dorosłych i wszystkie dzieci, w tym trzynastoletnia matka narratorki. Wszyscy cierpią na PTSD i to jest doskonale opisane, wychodząc poza sf. A teraz narratorka leci na Europę. To jest jednocześnie absurdalne (nastoletnie dzieci na Europie, trzynastoletnia nawigatorka??) i w pewnej warstwie cudownie realistyczne (zakładając, że mamy takie technologie i tyle paliwa, żeby do Jowisza dolecieć w pięć miesięcy, a nie sześć lat - co nadal jest znacznie bardziej prawdopodobne niż prędkości bliskie c). A w ogóle można by to brzytwą Lema potraktować, wystarczyłaby tutaj dowolna egzotyczna i niebezpieczna wyprawa na Ziemi.


David Gerrold "The Further Adventures of Mr. Costello". Narrator zwiedził 50 planet, aż znalazł Haven, bardzo podobną do Ziemi, z pięknymi zachodami dwóch słońc. I bounced lucky and ended up in a contract family with four beautiful wives and two strong husbands. Ale to nieistotne, bo ta opowieść is about Costello — him and his fancy orange suit. Przewidywalne, ale bardzo mi się podoba sprawna narracja i tonacja, coś z Heinleina, coś z sowizdrzalskiej retrofantastyki, ponieważ jest to kontynuacja opowiadania Sturgeona "Mr. Costello, Hero", z 1953, które jest jednak nadal bardzo aktualne.


Rich Larson "Innumerable Glimmering Lights". Rozmawiają obcy z mackami żyjący w oceanie, coś w rodzaju kałamarnic porozumiewających się ultradźwiękami. Jeden zamierza się przewiercić przez lodowy dach świata na mityczną drugą stronę, drugi go ostrzega. Autor nie używa zaimków "on" czy "ona", tylko za każdym razem trzywyrazowych imion. Świetnie zrobione, pomysłowe i wciągające (chociaż jak się czytało "Wykład profesora Mmaa" to doprawdy można tylko sobie westchnąć).


Steven Barnes "Fifty Shades of Grays". W krótkim wstępie narrator przyznaje się do winy, spisuje swój testament, a potem wraca do początków, czyli maja 2025, kiedy otrzymał wyzwanie "make ugly sexy", nie wiedząc nic więcej. Niestety ja domyśliłam się błyskawicznie, co uczyniło czytanie dość męczącym, ale tylko przez pierwszą część. Potem jest ciekawiej (choć rozwinięcie znów szybko robi się oczywiste), aż do zaskakującego końca.


Alastair Reynolds "Sixteen Questions for Kamala Chatterjee". Rzeczywiście w formie pytań i odpowiedzi udzielanych przez naukowiec badającą Słońce, natomiast nie są to pytania pochodzące z jednej linii czasowej, co znajduje swoje uzasadnienie w treści. Celowo dezorientujące. Część hard sf fajna, ale punkt kulminacyjny mocno z "Historii twojego życia" Chianga.


Pat Murphy & Paul Doherty "Cold Comfort". Bohaterka zakłada ładunki wybuchowe na zamarzniętym jeziorze arktycznym, żeby zwrócić uwagę na problem globalnego ocieplenia. Potem szczegółowo opisuje swoje dalsze działania, wychodzi z tego coś w rodzaju eko-cyberpunku. Zakończenie nie pozostawia złudzeń.


Nina Allan "The Art of Space Travel". Naratorka jest head of housekeeping w hotelu na Heathrow, gdzie za dwa tygodnie przyleci dwójka marsjańskich astronautów. "They’re going to Mars, and they won’t be coming back." Narratorka ma również umierającą matkę mitomankę, i nie zna swojego ojca. Wszystko splecione w subtelną opowieść. Żadna fantastyka, ale ładne.


Derek Künsken "Flight from the Ages". "3113 A.D. The artificial intelligence Ulixes-316 was the sole occupant of the memory banks" na statku podróżującym przez wormhole, a potem z kolegą Poluphemosem wysyłają go do zbadania anomalii w odległym systemie słonecznym. Imiona AI nie są przypadkowe, Poluphemos zostaje bowiem oślepiony (a na pytanie, kto go oślepił, Ulixes odpowiada oczywiście "nikt"). Potem nadchodzi Koniec Wszechświata. Niby hard sf, niby poetyczne. Dużo słów, dużo.


Samantha Henderson "My Generations Shall Praise". Narratorka z wyrokiem śmierci spotyka swoją umierającą bogatą kuzynkę, która zamierza zabrać jej ciało razem z mózgiem. Tylko jak ją do tego przekonać. Bardzo zwięzłe, bardzo mocne, jedno z najlepszych tutaj (choć nie została poruszona kwestia, że to będzie tylko kopia świadomości; ale właściwie nic by to zmieniło).


Stephen Baxter "Mars Abides". 4 lipca 2026: w 50 rocznicę pierwszego lądowania (w tej alternatywnej rzeczywistości lądowanie było załogowe) na Marsie został ostatni człowiek, narrator opowiadający swoje życie. W 1964 miał 21 lat i w obserwatorium w Los Angeles spotkał rok starszą pilotkę Verity, a sonda Mariner odkryła na Marsie lasy i atmosferę. Następnie wyścig kosmiczny był jeszcze bardziej zawzięty niż w rzeczywistości. Dobre do końca.


Ian R. MacLeod "The Visitor from Taured". Narratorka zaczęła studia na uniwersytecie w Leeds, w czasach kiedy uniwersytetów została zaledwie garstka. W dodatku studiowała Literaturę Analogową, i tak, naprawdę ma na myśli te stare papierowe obiekty pozbawione jakiejkolwiek interaktywności. Tam spotkała Roba Holma, który studiował astrofizykę. Niezwykle realistyczny w swojej skromności opis świata za jakies 60 lat. Długie rozwinięcie i dość nieoczekiwane zakończenie.


Bill Johnson "When the Stone Eagle Flies". Dla odmiany jesteśmy w 612 pne w Niniwie (Mezopotamia, wschodni brzeg Tygrysu). Bohater komunikuje się jednakże ze sztuczną inteligencją. Za chwilę się okazuje, że mamy tu podróżników z różnych linii czasowych, w tym oczywiście też z takich, gdzie są habitaty orbitujące wokół Saturna. Jak już ściągnęłam brew na miejsce, to zaczęło mnie nawet interesować, co jeszcze autor postanowił tam włożyć. Otóż już nic, i robi się całkiem ciekawe, kiedy wychodzi na jaw, że bohaterowie nie są całkiem zwyczajnymi podróżnikami w czasie. Ostatecznie lepsze, niż się zdawało na początku.


Lavie Tidhar "The Vanishing Kind". W latach 1950 odbudowano Londyn i postawiono tam diabelski młyn, przejażdżka kosztowała 2 Reichmarki... czyli w tej wersji historii alianci zapewne przegrali wojnę (czy przypadkiem dawno temu nie napisał czegoś takiego niejaki Dick?). "England’s a peaceful place, and a faithful servant of the Führer." Istotne jest jednak to, że narrator spotyka Gunthera Sloama, który przyleciał tu z Berlina za kobietą. A jeszcze bardziej interesujące jest, kim jest narrator. Znakomicie zrobiona atmosfera noir, nie spodziewałam się tego po autorze. Kompletnie inne od otwierającego ten zbiór.


James Patrick Kelly "One Sister, Two Sisters, Three". Planetary romance. Mówi jedna z sióstr bliźniaczek, urodzonych na planecie jednej z Tysiąca Światów, wyznawczyni the Divine Moya, do której modli się liczbami Fibonacciego. Ta druga siostra była tą ładną, i chciała się nauczyć Anglic, języka turystów, grzesznych ludzi. Matka natomiast, śmiertelnie chora, wyjechała do Skytown, odcinając sobie tym samym drogę powrotu, bo zdradziła religię i zdecydowała poddać się replikacji, czyli przeniesienia umysłu do nowego ciała. Ograne realia, ale historia jest jednak całkiem świeża i miejscami zaskakująca.


Ken Liu "Dispatches from the Cradle: The Hermit—Forty-Eight Hours in the Sea of Massachusetts". Przeczytałam tytuł i już jęknęłam ze zmęczenia. Ludzkość rozrzucona między trzema planetami, księżycem, i asteroidami, ma inwestować w terraformowanie Marsa i Ziemi. Tak, to nie pomyłka. Ziemię trzeba terraformować po skutkach globalnego ocieplenia, na razie można po niej wyłącznie pływać, co czyni bohaterka, która przyleciała tu z Wenus. Na Marsie jest natomiast Watney City, co mnie rozbawiło. Następnie mamy długi opis życia na zalanej Ziemi, przetykany melodramatycznymi rozważaniami kursywą, a "Wodny świat" to już był parę lat temu chyba (ale musi tak być, bo to z antologii "Drowned Worlds").


Eleanor Arnason "Checkerboard Planet". Bohaterka przylatuje do systemu słonecznego z żółtym karłem, sześć planet, w tym gazowe giganty, nic niezwykłego, jeśli nie liczyć jednej kamiennej planety, która ma tlen, wodę, i roślinność. Układającą się w perfekcyjną szachownicę. Jest tam również miasto z ludźmi, a bohaterka z Ai w głowie ma zbadać sytuację. W tle zwalczające się korporacje z sekretami, oczywiście. Przegadane, nic oryginalnego.


Karl Bunker "They Have All One Breath". Na pierwszej stronie bohater przywołuje klasyczne opowiadanie E.M.Forstera "The Machine Stops", w którym ludzkość żyje pod powierzchnią Ziemi w Maszynie zapewniającej komunikację Skype'm, fejsem i innymi social mediami (bez tych nazw, ale opis jest zdumiewająco dokładny jak na rok 1909). U Bunkera natomiast ludzkością rządzą/rządzi oczywiście wszechmogąca AI. Oglądamy w retrospektywie nadejście Singularity, trochę za dużo tu z "Ptaków czujników" Sheckleya, ale to opowiadanie robi się coraz lepsze, aż do przejmującego końca. Zastanawiam się tylko, dlaczego fxbeb NV qbpravnłl mqbyabśpv gjóepmr obungren, avr qbfgnł mrmjbyravn an cemrxnmnavr traój qnyrw. Natomiast w ogóle daje do myślenia. Widać, że jeśli kiedyś pojawi się inteligencja zdecydowanie przewyższająca naszą, to jedynym możliwym logicznym pomysłem będzie pozbycie się ludzkości. (Idąc dalej widać, że hipotetyczny bóg wszechmogący również nie mógłby się posługiwać logiką, skoro w ogóle zezwala nam na istnienie. Swoją drogą to też poniekąd widać w opowiadaniu Chianga "Piekło to nieobecność Boga").


Paolo Bacigalupi "Mika Model". Opowiada detektyw Rivera, do którego przychodzi Mika model, sexbot, i żąda adwokata, ponieważ zabiła właściciela. Tematyka nienowa, ale z interesującej perspektywy. Całkiem fajny klimat noir, drugi tutaj po Tidharze.

Carrie Vaughn "That Game We Played During the War". Pisałam o nim przy okazji nominacji do Hugo.


Charlie Jane Anders "Because Change Was the Ocean and We Lived by Her Mercy". To moje pierwsze zetknięcie z autorką powieści nagrodzonej Nebulą 2017, którą mam w kolejce do przeczytania. Świat post-apo, po Great Decimation i Dataclysm (to kolejny tekst z antologii "Drowned Worlds"). Narratorka mówi, że jest pierwszym pokoleniem, które przyjmuje za naturalne, że ludzkość przeżyje. Jej rodzice i dziadkowie spodziewali się końca świata w każdej chwili. Nic nowego: zalany świat, martwy ocean, zanieczyszczenia, próby stworzenia hipisowskiej komuny: ale znakomicie napisane, chociaż nic się tu nie dzieje.


Ted Kosmatka "The One Who Isn’t". Dziecko zamknięte w pokoju odwiedza kobieta. Wygląda na to, że dziecko jest chore, być może śmiertelnie. Dość szybko domyślamy się prawdy, pozostaje pytanie dlaczego. Nie jestem przekonana, niewiele z tego wynika.


Mercurio D. Rivera "Those Brighter Stars". Narratorka zwraca się do znienawidzonej matki, żeby ją poinformować o śmierci ojca, i żeby dotrzymując danej mu obietnicy opowiedzieć o swoim życiu. Pięć lat wcześniej z Obłoku Oorta wyłoniła się dziwna kometa, nadająca nieprzypadkowe sygnały i kierująca się w stronę orbity ziemskiej. Bohaterka ma pracować dla koalicji NASA i ESA przy badaniu potencjalnych Obcych. W tym celu porzuca dwunastoletnią córkę. Po pierwsze nie rozumiem, dlaczego w ogóle informacja o statku została ujawniona publicznie. Po drugie, dlaczego wszyscy podchodzą do pojawienia się statku hurraoptymistycznie, a nikt jakoś nie zakłada, że przylatują podbić Ziemię. Po trzecie narratorka ma szczególne zdolności, które pozwalają jej czytać emocje zwierząt, stąd pomysł, że będzie w stanie odczytywać Obcych. Tylko skąd niby wiadomo, że zwierzęta odczytuje prawidłowo? W tym momencie miałam już w zasadzie ochotę przestać czytać dalej. Poza tym jest to oczywiście historia o stosunkach matka-córka, która mogłaby być dobra, gdyby była dobra.


Maggie Clark "A Tower for the Coming World". Kiedy na szczycie budowanej windy kosmicznej wybucha zbiornik z ciekłym tlenem, Stanley Osik jest w Polsce, pod Lublinem, na pogrzebie swojego ojca Henryka. Autorka (Kanadyjka) zapewne ma jakieś polskie korzenie, bo w ogóle są tu wtrącenia polskich wyrażeń. Kolejni ludzie umierają, są grzebani, i w końcu poleci statek do gwiazd - wszystko w bardzo skromnej, niemal reportażowej, relacji.


Melissa Scott "Firstborn, Lastborn". Teoretycznie to świat z Finders , ale nie widzę oczywistego powiązania. Międzyplanetarna fantasy, ludzie dzielą się na Firstborn, Secondborn i Faciendi, budują plazmowe serca statków. Bohaterka, której umysłem i działaniami rządzi AI, przychodzi do swojej przyjaciółki powiedzieć jej, że znalazła statek kosmiczny jakoś powiązany z rodziną tamtej.


Ian McDonald "Women’s Christmas". Tytułowe święto it’s a thing from Cork and Kerry, chodzi o 6 stycznia, a obchodzi je pięć sióstr, Irlandek. W ogóle nie wygląda to jak fantastyka, chociaż pojawia się nieobecna ciotka, która poleciała na Księżyc (gdzie mieszka i pracuje pół miliona ludzi), i przysyła stamtąd pieniądze. Ale to mogłaby być równie dobrze osoba, która z Irlandii wyjechała do Stanów. Poza tym nie zrozumiałam sensu.


Alastair Reynolds "The Iron Tactician". Międzygwiezdna fantasy. Merlin (bohater znany z innych opowiadań autora, np. "Minla's Flowers") natyka się na wrak statku i zamierza go zbadać, choć obawia się, że to pułapka. Był to swallowship, pożerający interstellar gas, przetwarzający go na paliwo, i wiozący całe pokolenia ludzi. Następnie przemieszczamy się do układu planetarnego, gdzie toczona jest wojna lokalna, która jest jednak niczym wobec tej wielkiej w tle. Poza tym są tu księżniczki i królowie oraz coś z Kultury Banksa.

-> 33


2018-12-06 09:07:44 Komentuj (0)

---


"Pokój pełen liści" Joan Aiken
Podsunęła mi ten tytuł dawna blogowa znajoma, która się specjalizuje w literaturze dla dzieci, i której ufam tak bardzo, że kupiłam w ciemno (zresztą było nas więcej i wyrywałyśmy sobie wzajemnie używane książki na portalu, gdzie takie są sprzedawane). Żałuję tylko, że nie znałam tego zbiorku, kiedy byłam dzieckiem, ale nawet czytanie go teraz własnemu potomkowi dostarczyło mi wiele radości.

Aiken korzysta ze znanych pomysłów, ale je uwspółcześnia (to lata 60-70) i ożywia własną narracją i wyobraźnią. Jest tu chłopiec mieszkający w ogromnym zamku, gdzie przypadkiem odkrywa komnatę, w której rośnie gigantyczne drzewo. Jakby to nie wystarczyło, w jego gałęziach żyją ludzie. W innym opowiadaniu bohater daje ogłoszenie o zamianie pokoju na wsi na pokój w mieście. Zgłasza się pani, która tę zamianę traktuje dosłownie, i bohater odkrywa, że jego sypialnia zamieniła się w pomieszczenie z widokiem na egzotyczne miasto. W dodatku znajduje się tam tajemnicze jajo. W kolejnym tekście domokrążny handlarz jajek ma ze sobą stado oswojonych gołębic, które na zawołanie składają jajka, ale to dopiero wstęp do historii, w której bohater odkrywa tajemniczy dom z wystraszoną gospodynią. Jeszcze dalej jest była tancerka baletowa, która pośliznęła się na skórce od banana, straciła nogę, i rzuciła klątwę, żeby nikt już nie mógł wystawić tego baletu. Odwiedza ją dziennikarz proszący o zdjęcie klątwy. I tak dalej, wyobraźnia autorki nie zna granic, a postaci są realistyczne i barwne. Wszystko kończy się dobrze, co sprawia, że można te opowieści bezpiecznie czytać dziecku. Zło jest ukarane rzeczowo i bez zbędnego okrucieństwa.

2018-12-04 09:04:48 Komentuj (0)

---


"Profesor Andrews w Warszawie. Wyspa" Olga Tokarczuk
Tomik wydany przez WL w sierpniu zawiera dwa długie opowiadania. Pierwszym, krótszym, jest "Profesor Andrews w Warszawie", i jak tytuł wskazuje, profesor Andrews, przedstawiciel jednej z ważnych szkół psychologicznych, leci z Londynu do Warszawy. Jest grudzień, na lotnisku odbiera go dziewczyna o imieniu Gosha, zawozi do mieszkania. Nazajutrz jest niedziela, profesor budzi się, widzi na ulicy czołg, telefony nie działają, nie zna polskiego, nie wie o co chodzi i co się dzieje, w sklepie są wyłącznie słoiczki z musztardą i butelki przezroczystego płynu, który okazuje się octem. Jego wyobcowanie jest totalne, a czytelnik doświadcza swoistego rozdwojenia: z jednej strony wczuwając się w sytuację bohatera, zagubionego w egzotycznym niezrozumiałym miejscu, a z drugiej strony doskonale wiedząc, o jakiej niedzieli mowa, i co się wtedy wydarzyło.

Dłuższym tekstem jest "Wyspa", poprzedzona wstępem, z którego wynika, że narrator wysłał swoje zwierzania autorce z prośbą, alby zrobiła z tej "opowieści fikcję: wystarczy umieścić ją w tomie jakichś opowiadań, możliwie najbardziej fantastycznych". W 1944 dotarł do Grecji i miał płynąć do Palestyny, ale ich statek został storpedowany. Ratuje się tylko bohater, dopływający do wyspy. Następuje długi opis życia Robinsona. Potem pojawia się z pozoru pusta łódź. Jak zwykle Tokarczuk: subtelne i niepokojące.


2018-12-02 09:40:58 Komentuj (0)

---


"Królestwo" Szczepan Twardoch
Wyznam, że pierwszą informację o dalszym ciągu "Króla" potraktowałam jako głupi dowcip, niewczesny prima aprilis. Wydawało się, że Twardoch nie zostawił żadnej możliwości kontynuacji, wszak wiemy dość dokładnie, co się zdarzyło. Narrator relacjonuje wydarzenia pół wieku później, więc już jest jasne, kto zginął, kto przeżył, i za jaką cenę. Kiedy się okazało, że ta książka wychodzi naprawdę, oczywiście ją kupiłam, i otworzyłam - spodziewając się, że będzie tam napisane "ha ha, czytelniku, dałeś się nabrać". Nawet nie byłabym zła. Ale nie.

Ryfka mówi "jednak wcale nie chciałam umierać, i dlatego żyję, przeżyłam, chociaż wszyscy umarli" i relacjonuje, jak przetrwali z Jakubem (a właściwie jego strzępem) koniec wojny, ukrywając się w spalonej, opustoszałej Warszawie. Narracja Twardocha od pierwszej chwili jest hipnotycznie wciągająca. Urzekło mnie zwłaszcza jednoczesne używanie czasu przeszłego i teraźniejszego. Jakby Twardoch doskonale wiedział, co czuję za każdym razem czytając o getcie i szlochając nad tą lekturą: że mówię sobie "przecież to było dawno, oni wszyscy obrócili się w proch tak dawno, i tak byliby już dzisiaj martwi ze starości", i jak bardzo to nie ma żadnego znaczenia, ponieważ to wszystko dzieje się teraz, w każdej chwili, oni giną, konają z głodu, są zabijani, zdradzani, wywożeni, męczeni. "W przeciwieństwie do czterystu tysięcy Żydów i Żydówek z getta, żyję. Żyłam."

Drugim narratorem jest Dawid, syn Jakuba, opowiadający o życiu przed wojną, o wydarzeniach z końcówki "Króla" i o tym, jak jego ojciec w 1939 poszedł na wojnę. Tak samo jak w pierwszej powieści, narratorzy tutaj są wszechwiedzący, co tam dawało się uzasadnić realistycznie, tu już nie. Oboje używają identycznego neologizmu "wteraz", jako przeciwieństwa "wtedy". Wteraz znajduje się w głowie Szczepana Twardocha, w czarnych literach na białym tle i w wyobraźni czytelnika. To nie jest nowy pomysł, ale zachwyca mnie wykonanie autora. Mamy tu opowieść o różnych aspektach wojny: o Żydzie walczącym za Warszawę, o Ślązaku wcielonym być może przez pomyłkę i walczącym przeciwko naszym bez żadnego zastanowienia. I o przetrwaniu oraz tym, czego ono wymaga. Jest tu też drobny, ale przejmujący fragment o szmalcownikach. Polskie dzieciaki czatowały przy tajnych wyjściach z getta. Nic nie robiły, nie atakowały, szły obok wołając "Żyd idzie, Żyd idzie", po to, żeby uciekinier się wykupił, tracąc tym samym środki na dalsze przeżycie. Z pewnością nikt nie uważał tego za zabijanie.

Przede wszystkim jest to powieść o tym, czym jest Zło. Ryfka i Dawid zaczynają swoje relacje od tego, że Jakub był złym człowiekiem. A potem zderzają to z dalszą opowieścią, i staje się jasne, że autor przekornie zachęca nas do jakiejś niemożliwej arytmetyki zła. Czy zły był rzeczywiście ten żydowski bandyta i morderca, czy może zmuszony do zastrzelenia Żydówki Jorg Konopka, czy ten wspomniany przelotnie śląski strażnik getta, dobry człowiek, który miał tylko jedną jedyną słabość. Czy zło się w ogóle porównuje i stopniuje. Czy można je wymazać albo odkupić. Czy opiekująca się złym człowiekiem Ryfka staje się automatycznie dobra. Ona sama pod koniec mówi że nie, że winy pozostają na zawsze. "Każdy czyn jest wieczny, nic nie znika, nic się nie unieważnia, nic nie zostaje wybaczone, bo nawet gdy znajdzie się ktoś, kto zapomni albo nie zapominając wybaczy, to nie sprawi, że zmieni się chociaż jedno ziarnko piasku w tym, co już nastąpiło, co się już wydarzyło, w tym niczego zmienić się nie da największym nawet, najszlachetniejszym sercem."

Wspaniała powieść. Zupełnie inna od "Króla", a jednak będąca konsekwentnym jej dopełnieniem. Podejrzewam, że autor wykorzystał materiały zebrane do "Morfiny", i rozumiem. Z tą wiedzą trzeba coś zrobić, skoro nie da się jej już pozbyć.

2018-11-30 09:12:27 Komentuj (0)

---


"The Labyrinth Index" Charles Stross (The Laundry Files #9)
Czekałam na dziewiąty tom jak na szpilkach, co chwila sprawdzając, czy aby nie przesunęli daty wydania (raz przesunęli). W końcu się doczekałam... i od razu zirytowałam widząc, że narratorką jest Mhari. Mogłam się tego spodziewać, Stross lubi zmieniać punkty widzenia, ale w dodatku nie ma ani słowa o tym, co z Bobem i Mo. Ani słowa.
- Stross, jeżeli napiszesz mimochodem o ich śmierci, to przysięgam, że kupię tę książkę w papierze, tylko w celu rytualnego jej spalenia!- wrzasnęłam. Niewykluczone, że mam czasem nieco za mało dystansu do postaci powieściowych. Mhari niczego takiego jednak nie wtrąca, przeciwnie - robi aluzje, z których wynika, że ukochani bohaterowie żyją (przynajmniej z grubsza), ale chciałam wiedzieć więcej, czego autor nie zamierzał mi dać.

Tymczasem w Londynie premierem jest Przedwieczny. Wprowadził kary śmierci, na czym korzystają PHANGi. Generalnie nie jest tak źle, jak mogłoby się zdawać, problemem jest natomiast USA, gdzie najwyraźniej wszyscy zapomnieli, że istnieją jakieś władze, a zwłaszcza prezydent. Czyżby obudzony został Śpiący w piramidzie? Premier stawia Mhari na czele nowej agencji, ma lecieć do Stanów i tam zbadać sprawę, towarzyszą jej postaci znane z poprzednich tomów, tylko gdzie są Bob i Mo - muszę to wiedzieć. Aha, referendum w sprawie Brexitu się nie odbędzie, bo PM postanowił o wyjściu z Unii. Im dalej, tym bardziej mnie wciągało, zwłaszcza że Stross rezygnuje z Mhari-centrycznego punktu widzenia i relacjonuje inne wydarzenia jako narrator wszechwiedzący. Poza tym nawet Mhari ma w sobie mnóstwo z Boba, gdyż autor nie umie inaczej, i na ogół jest to zarzut, ale w tym wypadku mnie niezwykle cieszyło, ponieważ uwielbiam jego sarkastyczny styl.

Intryga jest starannie obmyślona, przechwytywanie przez Concorde bardzo mi się podobało, i tylko się zastanawiam, czy w Tolkien Camp się nie zorientowali, że uciekła im psychopatyczna elfka mag? Szczególnie podoba mi się tu logika "nasz Przedwieczny jest lepszy od waszego Przedwiecznego", w sumie niezwykle ludzka. Oraz połączenie biurokracji z horrorem, znak szczególny cyklu. Oczywiście jestem nieodmiennie zachwycona postaciami, zwłaszcza kobiecymi. Natomiast ten tom w ogóle nie popycha akcji do przodu, a kolejny nie wiadomo czy będzie, gdyż autor zajął się pracą nad powieścią wprawdzie z uniwersum, ale bez Laundry ani znanych bohaterów.

2018-11-28 09:39:20 Komentuj (0)

---


"Na fałszywych papierach w Chile" Gabriel García Márquez
Chilijski reżyser Miguel Littín został wygnany z kraju przez Pinocheta, bez prawa powrotu. Po dwunastu latach na wygnaniu postanowił wrócić i nakręcić tam film, ale w przebraniu urugwajskiego biznesmena. Jest rok 1985 (książka ukazała się rok później, a w Chile 15 tysięcy jej wydań zostało spalonych), relacja zaczyna się od zmiany wyglądu. Reżyser musi schudnąć 10 kg, przefarbować włosy, dostaje również fałszywą żonę, Elenę - działaczkę ruchu oporu. Problemem jest tylko jego śmiech, podobno tak charakterystyczny, że musi zachować kamienną twarz przez cały pobyt w ojczyźnie. Na miejscu odnajduje kraj pod dyktaturą oraz trzy całkowicie legalne ekipy filmowe, które będą kręcić materiał według wskazówek Littína. Rzecz się czyta jak najlepszą sensację, to zupełnie nie jest styl Marqueza znany ze "Stu lat samotności", raczej reportaż, zwięzły, sprawny i precyzyjny. Wciąga bardzo.

2018-11-26 10:27:40 Komentuj (0)

---


"#To o nas" Piotr C.
30 czerwca 2018, są trzydzieste urodziny Krzysztofa. Jego kumpel Suchy wyciąga go do klubu, gdzie natyka się na przecudnej urody dziewczynę i natychmiast postanawia ją zdobyć, solenizant zaś wraca do domu i trzeźwieje w samotności. W drugim wątku oglądamy Agatę, która okazuje się tą właśnie dziewczyną z pierwszego rozdziału, jej trzydzieste urodziny są z kolei 1 lipca, a nazajutrz w pracy spotka nowego kolegę. Oboje protagoniści są prawnikami, mieszkają obok siebie, rzecz dzieje się oczywiście w Warszawie w ciągu miesiąca, i jest bardzo zabawna, parę razy śmiałam się głośno. To zdecydowanie nie jest zbiór anegdotek z wątkiem centralnym, tylko porządna powieść, z pełnowymiarowymi bohaterami. Krzysztof użala się nad sobą, że go kobiety nie chcą, ale na wszelki wypadek nie robi niczego, żeby go jakaś choćby zauważyła. Agata jest oczywiście cyniczna, ale równie oczywiście daje się uwieść facetowi, który jej wysyła kosz kwiatów i staje pod pracą (swoją drogą w 2018 faceci już zdaje się takich rzeczy nie robią, i bez tego mają wokół siebie wystarczająco dużo chętnych lasek), a potem nieco żałuje wbijając wzrok w sufit podczas niespecjalnie porywającego seksu. Bardzo ładna scena, i nie jest tu jedyna (badanie prostaty ją przebija, a jeszcze lepsze jest spotkanie z panną z tindera). 

Znakomicie, choć tylko w tle, pokazana jest relacja Krzysztofa z ojcem. Gorzko zauważa, że w celu naprawienia swoich kontaktów musieliby oboje wzajemnie się zaakceptować. Szkoda, że jednocześnie pomija to, że gdy trwoga, to właśnie do ojca natychmiast zadzwonił, mimo intymności sytuacji, i błyskawicznie otrzymał pomoc. Jeśli to nie jest znak doskonałych kontaktów z ojcem, to nie wiem, co mogłoby nim być. Możemy się domyślić, że Krzysztof zamiast rozwiedzionego protoplasty dziwkarza chciałby ojca supermana, nieskazitelnego, doskonałego: takiego, jakiego widział mając lat 3. Przede wszystkim musiałby zaakceptować, że takich nie ma i być nie może. Tak samo zresztą, jak wszyscy bohaterowie musieliby zaakceptować, że płeć przeciwna to też ludzie. 

Ujęła mnie postać Igi. Początkowo zdawało się, że to będą sceny pełne złośliwości wobec durnej instagramowej panienki. Nie. Iga jest osobą, która dokonała własnych świadomych wyborów i należy jej się za to szacunek. Swoją drogą to jest scena z "Maga". Zabawne, że przez ponad pół wieku nic się nie zmieniło. A z drugiej strony Agata jest o wiele lepszą postacią kobiecą niż bohaterki Fowlesa, więc może jednak właśnie zmieniło. Ciągnąc porównanie dalej, Brunona nie dałoby się nawet postawić obok Conchisa, co też jest symptomatyczne. Nie żyjemy w czasach autorytetów, a imponować może ewentualnie kasa. (Conchis swoją drogą też jest dziwkarzem z kasą, ale jak jej używa!)
  
Dodatkowe punkty za scenę z Sieradzkim (oraz wiadomo - za kota, acz to wzruszenie innego rodzaju). Bardzo wciągająca lektura. Chyba chciałabym zobaczyć, co będzie z bohaterami dziesięć lat później, aczkolwiek to już musiałoby być albo nudne albo smutne.


2018-11-24 08:29:36 Komentuj (0)

---


"Bezpański" Jakub Ćwiek, Adam Bigaj
Emerytowany wrocławski gliniarz po długiej karierze w sekcji kryminalnej opowiada o blaskach i cieniach swojego zawodu. Jest bardzo szczerze, miejscami dosadnie, wręcz wulgarnie - ale oczywiście nie jest to praca dla delikatnych. Adam Bigaj urodził się zresztą w miejscu, z którego większość wyrastała raczej na gangsterów niż na strażników prawa. Wraca do tego parokrotnie, wspominając na przykład, jak podejrzewał o kradzież kolegę z dzieciństwa. Miejscami opowieść jest makabryczna. Nie mam najmiejszego problemu z krwawymi opisami w kryminałach, gdzie stoi za nimi pomysłowy morderca, natomiast zupełnie inaczej reaguję wiedząc, że to wydarzyło się naprawdę, i że sprawca nie był geniuszem zła, tylko osobą ze straszliwymi zaburzeniami psychicznymi. Tam, gdzie nie jest przerażająco, bywa za to zabawnie. Narrator w opowieści stosuje język policyjny, dowody rzeczowe są więc ujawniane, a policjanci idą na realizację. Wciągająca lektura.


2018-11-22 09:20:50 Komentuj (0)

---


"Sendlerowa. W ukryciu" Anna Bikont
Ta biografia musiała sobie poleżeć, bo ja nadal potrzebuję dojrzewać do tej tematyki. Niby czytam coraz więcej, ale wcale się coraz bardziej nie uodparniam. I słusznie zaopatrzyłam się w zapas chusteczek, bo pierwsze dwa rozdziały są jak walec. Dziewięcioletnia Margarita stała się Marysią i z getta została przeszmuglowana na zewnątrz, do mieszkania pani Borcińskiej, która brała za nią pieniądze podwójnie (od Sendlerowej i od żydowskiego komitetu) i traktowała ją bardzo źle. Ale to właśnie dzięki niej i jej chciwości Margarita przeżyła wojnę i mogła to potem opowiedzieć Bikont. Jej mąż, znacznie bardziej po ludzku się odnoszący do dziewczynki, nie zdobyłby się na tyle szlachetności, żeby przechować Żydówkę. Za bardzo się troszczył o własną córkę. Marysia, która czuła, że "umarła w środku", spisała swoje wspomnienia, ale Sendlerowa nie chciała ich włączyć do swojej biografii. Powiedziała "ważne, że przeżyłaś". 

Książka rzuca trochę światła na polski antysemityzm. Po pierwsze, i to już wiem, "żydków" się opluwało przed wojną dość machinalnie, nie było w tym na ogół specjalnych uczuć, to była przyjęta forma przekazu, coś jak występujące jeszcze do dzisiaj epitety typu "baba za kierownicą". Stąd potworne z dzisiejszego punktu widzenia "recenzje" plugawiące Tuwima, które były właściwie rodzajem folkloru. Po drugie: w drugim rozdziale występuje Renata Skotnicka, która ukrywała się w obozie przejściowym na Skaryszewskiej. Żeby dobrze udawać Polkę, musiała manifestować swój antysemityzm. I robiła to tak dobrze, że otrzymała przezwisko "Kryśka antysemitka". Natychmiast zaczęłam się zastanawiać, ilu z tych najgłośniej krzyczących robiło to (robi nadal - obecnie na przykład również w przypadku gejów), żeby odsunąć od siebie wszelkie podejrzenia. Po trzecie, Bikont przytacza Renatę relacjonującą rozmowę przypadkowych kobiet w pociągu, omawiających kupowanie zwłok Żydów, żeby wydobywać z nich złoto. Jest to tak straszne, że wahałam się, czy potrzebuję chusteczek, czy raczej miski. Tego się oczywiście nie da w żaden sposób usprawiedliwić, ale potem rozmyślałam na ten temat. Trwała ta nieopisanie potworna wojna; te kobiety, i nie one jedne przecież, zapewne jakoś się cieszyły, że przynajmniej nie są Żydami. Że duża część aktywności wroga skierowana jest gdzie indziej. A poza tym chciały przeżyć, oczywiście. Nie jestem pewna, czy ja na ich miejscu umiałabym inaczej i wzdragam się przed myśleniem o takiej możliwości. Bikont to potem podkreśla jeszcze parokrotnie. Walka o ratowanie Żydów prowadzona była głównie z Polakami, szmalcownikami. Niemców na ulicach Warszawy było mało i nie umieli rozpoznawać żydów. Szmalcownicy umieli doskonale. Z drugiej strony ratowanie to też był intrantny, nawet jeśli bardzo ryzykowny, biznes. Szlachetnych było niewielu, jak zwykle.

Potem robi się bardziej chronologicznie, dowiadujemy się o przedwojennej przeszłości Sendlerowej, a następnie o konkretach jej działań w getcie. Kiedy ta tematyka staje się już naprawdę nie do zniesienia, wojna się kończy. I nie jest wiele lepiej. Bohaterce nikt za działania nie dziękował, wprost przeciwnie. Ludowa władza Żydów oczywiście nie lubiła, a sami uratowani byli w szoku i chcieli o przeżyciach zapomnieć. Jeśli w ogóle udało się ich odnaleźć, duża część dzieci zniknęła bowiem bez śladu. Zostały tak dobrze schowane, że wyparły całkowicie swoje pochodzenie.

Sendlerowa lubiła się żalić, że traktują ją źle jako opiekunkę Żydów, twierdziła na przykład, że jej dzieci z tego powodu nie przyjęto na studia. Bikont sprawdziła, że to nie była prawda - zwyczajnie nie zdali egzaminów, i to pisemnych. W ogóle autorka wykonała olbrzymią mrówczą pracę docierając do wszelkich możliwych źródeł; tu jest 981 przypisów. I zachowała obiektywizm wobec swojej bohaterki, co musiało być trudne. Za każdym razem, kiedy wracam myślą do tej pomocy, udzielanej kompletnie obcym ludziom, rośnie we mnie bałwochwalczy podziw. W Polsce to było karane śmiercią. Ryzykowała w każdej chwili przez te wszystkie miesiące i lata. Tymczasem władze PRL odmówiły Sendlerowej paszportu, kiedy dużo później została zaproszona przez Yad Vashem na uroczystość. Logicznie mogłoby się wydawać, że walka z tym najgorszym wrogiem, Niemcami, była ważniejsza niż antysemityzm, ale homo sapiens prlensis był od logiki daleki (nie żeby jego potomkowie się jakkolwiek poprawili).

W końcowych rozdziałach odbiegamy od bohaterki, żeby poczytać o jej współpracownikach i znajomych. Jednym z nich był Jan Dobraczyński. Przedwojenny antysemita, powojenny działacz katolicki wspierający władze komunistyczne, w stanie wojennym przewodniczący PRON. Oportunista, konformista? Uważany przez wszystkich znajomych za wspaniałego, dobrego człowieka. Antysemita ratujący żydowskie dzieci: podpisywał skierowania do placówek religijnych. Tylko podpisywał, jak sam to skromnie relacjonował, ale oczywiście w 1943 Niemców by w ten sposób nie przekonał. Bikont pisze, że robił to z powodu romansu (podobno platonicznego) z Jadwigą Piotrowską, przyjaciółką Sendlerowej. Też ciekawa postać.


2018-11-19 20:37:44 Komentuj (4)

---


"Szafa" Olga Tokarczuk
Malutki zbiorek zawierający trzy teksty, z czego dwa krótkie. Pierwszy, tytułowy, to miniatura, w której bohaterzy kupują szafę o dziwnej zdolności przyciągania. Raczej surrealistyczny. Kolejne, znacznie dłuższe opowiadanie, to relacja pokojówki hotelowej z dnia pracy. Odwiedza zazwyczaj puste pokoje i opowiada, kto w nich mieszka. Na koniec jest historia informatyka konstruującego w komputerze światy, pod koniec dość oczywista. Subtelne i ładne, ale po zachwycających "Opowiadaniach bizarnych" byłam jednak rozczarowana.

2018-11-16 09:08:36 Komentuj (0)

---


"Kłamczucha" E. Lockhart
"Byliśmy łgarzami" to całkiem przyjemne i nieoczywiste czytadło z twistem, miałam nadzieję na to samo w przypadku "Kłamczuchy". Jule przebywa w luksusowym hotelu w Kalifornii, gdzie poznaje kobietę, której przedstawia się innym imieniem, a po chwili stamtąd ucieka, jak w filmie sensacyjnym. Następnie cofamy się nieco w czasie i odkrywamy, że Imogen to imię jej najlepszej przyjaciółki, która nie żyje. Chronologicznie poruszać się wstecz będziemy dalej, dowiadując się co wydarzyło się wcześniej. Jule od bardzo dawna kłamała, kręciła, udawała, podszywała się pod inne osoby, stwarzała sobie inne tożsamości. W połowie książki wychodzi, że ma na sumieniu znacznie więcej. Mniej więcej też już wiadomo, co się dzieje, nadal natomiast pozostaje zagadką jak i dlaczego. Dowiemy się w drugiej połowie, dość monotonnej. Okazuje się też, że niejaka Lita Kruschala jest Polką. Naprawdę, czy pani literat nie umiała skorzystać z gugla? Bardzo naiwne nawet jak na sensacyjkę dla młodych. Już widzę osiemnastolatkę bez szkoły, której się daje miliony i nie sprawdza, co robi. To ja już wolę uczciwą sf.


2018-11-14 08:58:46 Komentuj (0)

---


"Ucho Igielne" Wiesław Myśliwski
W tym mieście są schody do doliny, tej dawnej dzikiej, zielonej doliny, w których połowie znajduje się Ucho Igielne: wąska brama, gdzie spotykają się ludzie, bo trudno się tam minąć. Na początku narrator napotyka tam starszego człowieka, którego skądś zna, tamten jednak go nie poznaje. Schodzi o lasce, z trudem. Zamieniwszy parę słów z narratorem chce iść dalej, potyka się o laskę, spada. Narratora zabierają na posterunek milicji, i dalej płynie jego opowieść o życiu, pełna dygresji. Fascynujące jest, jak autor potrafi zapanować nad materią swojej opowieści. Wydawało mi się, że jestem zmęczona tym ciągłym wybieganiem w przeszłość czy przeszłość, pomieszaniem czasów, zdarzeń, i ludzi - bo kiedy Myśliwski pisze "on" bardzo często nie od razu wiemy, o którego onego chodzi. Odłożyłam książkę i skonstatowałam, że jakimś cudem mam w mózgu życie bohatera. Wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce. Drugą wspaniałą umiejętnością autora jest perfekcyjne opanowanie języka potocznego, z niezgrabnościami i skrótami. Zachwyca mnie, jak mówią jego bohaterowie, słyszy się ich w głowie.

Jest to rzecz o starości i śmierci, młodości i przemijaniu, wojnie i rodzicach, powojennej rzeczywistości polskiej; ale przede wszystkim o wspomnieniach. Lejtmotywem jest tu dziewczyna, na którą w młodości bohater czekał w parku, kiedy wracała ze szkoły, i odprowadzał ją potem do domu. Co z nią stało się potem, nie wiemy. Jest to rzecz o pamięci ludzkiej: jak Modiano, Myśliwski pokazuje jej zawodność, a przecież niczego innego nie mamy. Powtarza, że młody nie wyobraża sobie, że będzie stary, a stary nie wierzy, że był kiedyś młody. Z czasem coraz mocniej dziwimy się swoim wspomnieniom, niemal poddając w wątpliwość ciągłość własnego istnienia: czy to na pewno byłam ja, wtedy?

2018-11-12 09:16:52 Komentuj (0)

---


"Lockstep" Karl Schroeder
Siedemnastoletni Toby mieszka z rodziną w malutkiej kolonii na planecie karłowatej za orbitą Plutona (11 godzin świetlnych od Słońca), i leci na małym statku zbadać pobliską kometę. Ma jednak awarię. Budzi się z hibernacji, żeby odkryć, że ma w pojeździe dziury i jest na orbicie jakiejś ewidentnie wymarłej planety, więc hibernuje się ponownie, tym razem z myślą, że już na zawsze. Oczywiście nie - budzi się w jakimś wspaniałym świecie, i odkrywa, że minęło 14 tysięcy lat. Ludzka cywilizacja rozprzestrzeniła się aż do Alfy Centauri. Latamy co prawda nadal z ułamkiem prędkości światła, ale jest jeden świetny trick. Wszystkie światy hibernują się globalnie na 30 lat i budzą na miesiąc (synchronicznie - to właśnie tytułowy lockstep). W ten sposób leci się 12 rzeczywistych lat na inną planetę (odległą o pół roku świetlnego, jesteśmy nadal w przestrzeni międzygwiezdnej między Układem Słonecznym a Alfą Centauri), spędza tam nieco czasu, wraca kolejne 12 lat, a na naszym rodzinnym świecie upłynął w tym czasie miesiąc czasu subiektywnego. Dylatacja czasu też nie sprawia problemu przy tych ułamkach c. To jest pomysł zwyczajnie genialny w swojej prostocie. Po tylu latach w końcu mamy świat Star Wars, ale absolutnie zgodny z fizyką! 

Co prawda natychmiast zaczęłam myśleć, że może lepiej byłoby się budzić na jeden dzień w roku. Wtedy po pierwsze komunikacja jest lepsza: ze świata odległego o pół roku świetlnego nie dostaniemy odpowiedzi w ciągu naszego miesiąca aktywności, dopiero w następnym. W przypadku dnia mamy odpowiedź nazajutrz w czasie subiektywnym. Po drugie tracimy mniej czasu na dostosowywanie się do cyklu planety, którą odwiedzamy. No właśnie. Synchronizacja wcale nie jest konieczna: komunikacja zajmuje masę czasu rzeczywistego, a podróże międzygwiezdne jeszcze więcej. Nie ma żadnego powodu, żeby światy nie miały własnych cykli, zachowując jedyne identyczne ratio (miesiąc na 30 lat czy dzień na rok). Jak się okazuje, narzucają to natomiast korporacje, co właśnie jest tematem powieści. 

Po początkowym oszołomionym zachwycie zaczęłam podejrzewać, że skoro tak świetny pomysł nie zasłużył nawet na nominacje do nagród, to pewnie akcja jest słaba. Nie jest. Toby jest znakomitym protagonistą, jest młody i początkowo zagubiony, więc bardzo naturalnie odkrywa otoczenie razem z czytelnikiem. Jest też bardzo istotny dla wydarzeń, i to naciągane nie jest. Dodatkowe punkty za mruczące wydrokoty. Czym dalej w powieść, tym bardziej klimat przypomina cykl Endera, i zapewne nieprzypadkowo odgrywający tu istotną rolę brat ma na imię Peter. Jest tu też siostra oraz ważna dla rozwoju bohaterów gra.

W tym świecie jest osadzone opowiadanie "Jubilee", ale od zupełnie innej strony: widzimy tych, którzy żyją w czasie normalnym i obserwują lockstepowe twierdze. 


2018-11-10 15:53:08 Komentuj (0)

---


"Piąta głowa Cerbera" Gene Wolfe
Czytałam to pół życia temu (nawet nie przesadzam) i w ogóle nie pamiętałam o jej istnieniu, ale przypomniał mi Swanwick, który napisał w 2013 opowiadanie lustrzane do pierwszej części "Piątej głowy Cerbera". Poczułam, że muszę to przeczytać natychmiast, a z pragnieniem tym nie było dyskusji. Doskonale wiedziałam, że Wolfe jest jednym z najbardziej intrygujących współczesnych pisarzy, waham się, czy dodać tu przymiotnik "fantastycznych", ale zapomniałam, jakiego dreszczu niepokojącej przyjemności potrafi dostarczyć. Nikt inny nie pisze tak realistycznie i zagadkowo - jeden Miéville osiąga mniej więcej ten klimat, ale i u niego jest ostatecznie mniej tajemnicy, więcej logiki. U Wolfe'a nic nie wiadomo na pewno, co mnie irytuje i zachwyca jednocześnie, nigdy nie wiem co bardziej.

Ta książka składa się z trzech zupełnie (albo niezupełnie) odrębnych części. W pierwszej bezimienny (wolfiści mają dającą się uzasadnić hipotezę, że nazywa się Gene Wolfe) narrator opowiada o swoim dzieciństwie spędzonym w Port-Mimizon na planecie Sainte Croix, która ma bliźniaczą planetę Sainte Anne, i które zostały skolonizowane przez ludzi nie tak dawno temo. Pierwotnie przez Francuzów, dlatego językiem urzędowym był francuski. Narrator miał brata Davida, opiekował się nimi Pan Million, robot, być może obdarzony świadomością. Ojciec braci praktycznie ich nie widywał, a mieszkali w dużym domu, w którym mieścił się burdel, co nikogo nie dziwi ani nie szokuje. W ogrodzie stał duży żelazny pies z trzema głowami, stąd część tytułu (a jego reszta sugeruje, że u Wolfe'a istotniejsze jest to, czego w tekście nie ma, niż to, co w nim jest). Technologicznie są tu statki latające z prędkością bliską c, Pan Million i hologramy, natomiast poza tym jeździ się powozami albo lektykami, ewentualnie chodzi na piechotę. Jest tu również targ niewolników, a dzieci można sprzedawać. To zaledwie początek. Dowiadujemy się następnie, że na Sainte Anne byli aborygeni. Kim byli, co się z nimi stało: nie wiadomo. Istnieje hipoteza mówiąca, że zabili osadników z Ziemi, a następnie się do nich upodobnili, narrator zatem byłby jednym z nich.

Czuję się teraz, jakbym nieudolnie opowiadała o obrazie impresjonistycznym, ponieważ u Wolfe'a najistotniejszy jest efekt zanurzenia w tym świecie, znajomym i fantazyjnym jednocześnie - choć przecież właściwie wiele z tego istniało w historii ludzkiej: francuscy kolonizatorzy, burdele, targi niewolników, czy powozy, a skomputeryzowany robot i szybki statek kosmiczny to nie są bynajmniej nowe ani zaskakujące pomysły. Zatem to ich niezwykłe połączenie i plastyczność opisywanego świata są tu główną zaletą. Do tego dochodzi sposób opowiadania: narratora nic w otoczeniu nie dziwi, tak samo jak nas nie dziwi nasza rzeczywistość, z logicznego punktu widzenia nieraz przecież kompletnie absurdalna. Dopiero kolejne wydarzenia zaczynają być dla niego niezrozumiałe, dla czytelnika też.

Pod koniec pierwszej części pojawia się doktor Marsch, podobno antropolog z Ziemi. Druga część nosi tytuł „'Opowieść' Johna V. Marscha”, ale to czysta fantasy, dziejąca się w nieznanym miejscu i czasie. Początkowo - potem zaczynamy rozumieć gdzie jesteśmy i kim prawdopodobnie są bohaterowie. Nie wiemy też, czy tytułowy Marsch to ten sam człowiek, który pojawiał się wcześniej, a w ogóle kwestia ludzkiej tożsamości jest tu mocno wątpliwa. Kwestia człowieczeństwa zresztą też. Trochę jak w "Słońcach": bohater jest kimś, idzie gdzieś, spotyka kogoś, nic tu właściwie nie daje się jasno sprecyzować czy przyłożyć do naszych własnych doświadczeń: chociaż nie. Uniwersalny jest głód, opieka nad dzieckiem, opieka nad inną osobą, nawiązanie kontaktu z innymi istotami, późniejsze dramatyczne wydarzenia. Czy to jest jeden z celów Wolfe'a: odkryć podstawy wzajemnego zrozumienia, a być może człowieczeństwa? I dlaczego tytułowe słowo "Opowieść" jest w cudzysłowie?

Trzecia część, "V.R.T", składa się z chaotycznych notatek czytanych przez oficera na Sainte Croix. Zapiski stworzone zostały przez badacza tubylców z Sainte Anne, logicznie powinien nim być doktor Marsch, który przez jakiś czas jeździł po planecie z miejscowym chłopcem (tytułowy V.R.T), synem osadnika podającego się za aborygena. Ojciec na pewno nim nie był, ale być może chłopak rzeczywiście jest półkrwi. Są tam też fragmentaryczne protokoły z przesłuchań Marscha.

Po poskładaniu tego dziurawego puzzle, w którym niektóre kawałki są od innego kompletu, a inne to w ogóle klocki lego, domyślamy się niektórych rzeczy, acz mnóstwo pozostaje niejasne. Zazwyczaj takie książki mnie irytują, mamroczę pod nosem "autorze, jak sam nie wiesz o co ci chodzi, to ja ci nie powiem", ale dla Wolfe'a robię wyjątek. To jest ten rzadki przypadek, w którym nie ma sensu szukanie "co autor miał na myśli". Jest tu pokazanie inności, drobnych przesunięć, które wszystkie razem składają się na wielką różnicę. Bardzo często fantastyka dąży do pokazania, że bez względu na otoczkę nadal jesteśmy ludźmi, że zachowania i motywy działań pozostają zrozumiałe. Wolfe stoi na przeciwnym biegunie: jak niewiele trzeba, żeby sens nam się wymknął.


2018-11-08 09:18:38 Komentuj (0)

---


Gardner Dozois "The Year's Best Science Fiction 31" (2013)
Ian R. MacLeod "The Discovered Country". Bohater jest martwy i znajduje się w Farside, czymś w rodzaju raju dla bardzo bogatych. Świetna, gęsta narracja, dodatkowe punkty za "Rozencrantz and Guildenstern Are Dead" Stopparda.

Lavie Tidhar "The Book Seller". Bohater dostaje pudełko starych książek i jest zachwycony, jest to bowiem towar deficytowy w tych czasach, w których ludzie żyją na Marsie i asteroidach. A potem ratuje dziewczynę, która nie całkiem jest dziewczyną. Przedziwny świat, intrygujący sposób narracji.

Nancy Kress "Pathways". Pierwszoosobowa naratorka mówi slangiem, ma 19 lat, i zgłasza się do kliniki, żeby być obiektem eksperymentu. Dla pieniędzy. Eksperyment ma też wyleczyć ją z rodzinnej bezsenności prowadzącej do szaleństwa i śmierci.

Sunny Moraine "A Heap of Broken Images". Przewodniczka nie jest człowiekiem i oprowadza ludzi po miejscu zbrodni, pokolenie później. Nadal leżą tam szkielety i jest na ścianach wyblakła krew. Zdecydowanie wykraczające poza fantastykę, bardzo poruszające.

Jay Lake "Rock of Ages". Jak w opowiadaniu są rozdziały z długimi tytułami, to nigdy nie wróży dobrze, ale nie jest tak źle. Pogłoski o śmierci Bashara są przesadzone, ma co prawda 120 lat, ale nadal jest one of the hardest of hard men. Tymczasem na świecie w wieku XXII szaleją the island plagues: pandemie i epidemie uśmiercające jedynie konkretną grupę etniczną, a szykuje się taka, co uśmierci całą ludzkość, ale od czego nasz wiekowy twardziel. Technothriller. Jak się już rozkręci, to nawet wciąga.

Geoff Ryman "Rosary and Goldenstar". Do domu Squire Digges przychodzą goście, Duńczycy - Frederik Rosenkrantz i Knud Gyldenstierne. Rozmawiają o gwiazdach, wszechświecie, liczbach, poezji, nie całkiem się wzajemniej rozumiejąc, a czasem wcale. Digges na dachu ma soczewki, a rok jest 1592. Pojawia się młody Shakespere, marzyciel. Zabawna śliczność.

Karl Bunker "Gray Wings".  Pierwszoosobowa narratorka ma wypadek latając na skrzydłach z włókien węglowych, ląduje nieco połamana, ale wydaje się, że to niespecjalny problem, ma bowiem uzdrawiające nano i wbudowany bloker bólu. Wpadła przez dach do domu, gdzie spotyka starą kobietę i chłopaka. Są życzliwi i biedni. Bardzo zwięzłe, trochę marudziłam nad oczywistością, ale ładne zakończenie.

Carrie Vaughn "The Best We Can".  Cudownie pięknie, nieco Lemowe w wymowie. "The thing is, you discover the existence of extraterrestrial intelligence, and you still have to go home, wash up, get a good night’s sleep, and come up with something to eat for breakfast in the morning." Czyli co by zrobiła ludzkość, gdyby w pobliżu naszej orbity pojawił się ewidentnie sztuczny wytwór, i dlaczego nic. Rzeczowe i wnikliwe, a napisane na cztery lata przed pojawieniem się w Układzie Słonecznym obiektu ʻOumuamua.

Paul J. McAuley "Transitional Forms".  Ray jeździ i patroluje Zonę, przy czym zabawny jest kontrast między jego środkiem transportu - gniadym koniem, a najnowszymi technologiami, w które jest wyposażony. Napotyka panią w namiocie maskującym. W zonie natomiast rosną alife organisms, które wydobywają metale z ziemi, fajny pomysł. Hakerzy zaś chcą mutować je dalej. Nieoczekiwane zakończenie.

Robert Reed "Precious Mental". Port Beta, to tu pasażerowie wsiadają na Great Ship i tu reperuje się statki gwiezdne. "Bottling up suns and antimatter was considered the highest art". Czyli fantasy przebrana za sf. Kosmicznego mechanika porywają i żądają od niego naprawy tajemniczego statku, bardzo odległa przyszłość, bardzo skomplikowane, umęczyłam się. To część cyklu, jednak chyba niespecjalnie czytelna bez znajomości reszty.

Allen M. Steele "Martian Blood". Na Marsa właśnie przyleciał dr Omar al-Baz z Uniwersytetu Arizony, którego wita pierwszoosobowy narrator. Na Marsie jest zimno i powietrze jest rzadkie. Al-Baz natomiast chce spotkać aborygenów i dostać ich krew. Jesteśmy w rzeczywistości alternatywnej, w której pierwsze sondy zostały na Marsa wysłane w 1965. Tak czy owak natychmiast pojawia się pytanie, dlaczego przez co najmniej ćwierć wieku otadnictwa ludzi na Marsie nikt tej krwi jeszcze nie zbadał, na które Steele natychmiast odpowiada, że autochtoni nie chcą z ludźmi mieć nic wspólnego, i ich unikają. Dalej bardzo oczywiste.

Greg Egan "Zero for Conduct". Młoda Afganka w Iranie przeprowadza eksperymenty chemiczne, oczywiście potajemnie. Jak już dokonuje wynalazku, wtedy dopiero zaczynają się komplikacje.

Aliette de Bodard "The Waiting Stars". Zwyczajowe uniwersum Bodard z podróżami po Galaktyce w Mindshipach. Jedna pani zabiera z cmentarzyska statek będący jej prapraciotką, a druga była wychowana przez Instytucję, która wymazywała dzieciom wspomnienia. Usypiające.

Alastair Reynolds "A Map of Mercury". Bohater przyleciał na Merkurego z Jowisza, wszystkie planety są zamieszkane. Na Merkurym mieszkają artyści-cyborgi, podróżujący w karawanie. "Around Jupiter, you’re bound up in rigid hierarchies of wealth and power. Here we have no money, no legal apparatus, no government". Oleg natomiast chce porozmawiać z niejaką Rhawn. Duża doza wyobraźni.

Nancy Kress "One". Zack leży w szpitalu czekając na operację na mózgu. Maybe his brain wasn’t much, but it was the only one he had. Po operacji następuje u niego coś w rodzaju rozszerzenia świadomości, potrafi przewidzieć co czuje i co zrobi rozmówca. Jest początkującym bokserem, więc natychmiast jest jasne, co dalej, ale potem jest tu dużo więcej. Oczywiście coś tu z "Umierając żyjemy". Bardzo dobre.

Martin L. Shoemaker "Murder on the Aldrin Express". Aldrin jest wahadłowcem kursującym między Ziemią i Marsem (są na skomplikowanej orbicie słonecznej, więc chciałabym wiedzieć, skąd mają ćwierć g, skoro praktycznie nie używają paliwa). Nuda i straszny kapitan. Na wypadek, gdyby tytuł nie był dostateczną wskazówką, okazuje się, że statek oryginalnie należał do Holmes Interplanetary, a kapitan powiada do narratora "Elementary, my dear Carver." Następnie mamy trupa, a stylistyka utrzymuje się w konwencji, co bardzo mnie bawiło. Świetnie pomyślane i zrobione, bardzo fajne, fantastyka potrzebuje takich więcej.

Jake Kerr "Biographical Fragments of the Life of Julian Prince". Jak w tytule, notatki biograficzne, wywiady i fragmenty artykułów, wszystko dotyczące pisarza, zdobywcy Pulitzera i Nobla w 2031. Zasadniczym tematem jest tu jednak Impact, uderzenie meteorytu, które zniszczyło całe USA. Części ludzi udało się wyemigrować do Afryki, dzięki Expatriation Lottery - obłędny pomysł, a dzięki zwięzłej rzeczowej narracji jeszcze bardziej przejmujący. Więcej się domyślamy, niż jest tu powiedziane. Najlepsze opowiadanie tego zbioru, nagradzałabym.

Ken Liu "The Plague". Czytałam to po francusku, w zbiorze "Papierowa menażeria" . Pod Kopułą żyją ludzie, którzy po tytułowej Pladze nie są w stanie przetrwać na zewnątrz, jeden z nich wychodzi w skafandrze i spotyka tych, którzy się przystosowali do środowiska (czyli diseased people scrabbling out an existence in the wildernes... everyone seems content to see them as no longer human). Dwoisty punkt widzenia. Przyjemnie zwięzłe, dość oczywiste.

Sandra McDonald "Fleet". "When I officially became a girl, I took the new name of Isa. At the time I was nine years old. In the Umatac village records I’m still a male" Lubię takie otwarcia. Jesteśmy na wyspie Guam (Mikronezja) w czasie After Silence, czyi post-apo. Tylko że reszta świata odbudowała cywilizację. Tu nie. Narratorka jest The Bridge - "One foot rooted in the past. One planted in the future." Bardzo dobre.

Michael Swanwick "The She-Wolf’s Hidden Grin". Oryginalnie ukazało się w antologii "Shadows of the New Sun: Stories in Honor of Gene Wolfe" i jest to spin-off Wolfe'a "Piątej głowy Cerbera", którą czytałam pół życia temu i pamiętam tylko, że bardzo mi się podobała. Podeszłam zatem do opowiadania na świeżo. Narratorka wspomina nauczycielkę, którą miały z siostrą, rzecz nie dzieje się na Ziemi, tylko na Sainte Croix, która ma bliźniaczą planetę Sainte Anne, a narratorka widywała w snach gigantyczną wilczycę. Niewiarygodnie gęste, niby wiedziałam, że Swanwick potrafi, ale jednak zaskoczenie. Jest to paskudny świat, wspaniale nakreślony.
Następnie wróciłam do Wolfe'a, i to nie tyle jest spin-off, co wersja beta pierwszej jego części. To nie są analogie, tylko niemal żywe kopie, z drobnymi zmianami (co swoją drogą ma sens, zważywszy na tematykę).
 
Alexander Jablokov "Bad Day on Boscobel". Dunya ma pod opieką uchodźców z Marsa, a jesteśmy na asteroidzie Boscobel, gdzie żyje się na gigantycznych drzewach. Jeden z uchodźców sprawia kłopoty. Polityka jest bardzo skomplikowana i nie opuszczało mnie poczucie, że międzyplanetarne otoczenie nie jest tu wymagane.

Val Nolan "The Irish Astronaut". Amerykanin Dale jest na wybrzeżu irlandzkim na czymś w rodzaju urlopu. Jest byłym astronautą. Astronautą zastępczym, który nigdy nie poleciał w Kosmos. Za to jego przyjaciel był na Księżycu i zginął w drodze powrotnej. Subtelnie ładne. Ale to zupełnie nie fantastyka.

Neal Asher "The Other Gun". Tu fantastyka zdecydowanie jest. Narrator ląduje w batyskafie, czując się bardzo mało ludzko po spotkaniu z Klientem, co jest o tyle dziwne, że jego towarzyszka Harriet jest kolorowym dinozaurem z mezozoiku, z pomalowanymi paznokciami. Batyskaf natomiast jest opuszczany na kablu ze statku na orbicie, właściwie dlaczego nikt o tym nie pomyślał wcześniej (chyba że winda orbitalna się liczy)? Dalej wojny gwiezdne, masa wymyślnego zabijania, broń w udzie, ziew.

Lavie Tidhar "Only Human". Polyphemus Port na Tytanie, Shereen pracuje jako sprzątaczka. Rządzą tam Sisterhoods, których umysły połączone są w matryce. Shereen zakochuje się w nowicjuszce, która ma stać się częścią takiej matrycy. Uśpiło mnie.
 
Ian R. MacLeod "Entangled". Na zmianę w trzeciej i pierwszej osobie oglądamy Marthę Chauhan, jej ojciec Hindus przyjechał do Anglii po zamachu w Kalkucie i pracował przy wzmocnieniach neuralnych. Aktualnie natomiast wszyscy ludzie żyją w komunach i połączeni są w sieć telepatyczną albo kwantową, oprócz Marthy, która jest pod tym względem upośledzona. Ale to nie jest opowiadanie o telepatach, jest tam dużo więcej. Doskonałe.

Stephen Baxter "Earth 1". Ludzie żyją na Urthen i uważają, że są częścią wielkiej Symulacji. Bohaterowie wybierają się do gwiazd w poszukiwaniu miejsca, skąd pochodzi cała ludzkość. Pierwsza część to masa dywagacji i objaśnień. Następnie odwiedzamy rozmaite planety usiłując wykombinować, czy to faktycznie stąd pochodzi ludzkość. Strasznie długie, przegadane, naiwne, bezsensowne, albo sens mi kompletnie umknął.

Sean McMullen "Technarion".  "As monsters go, I am not at all typical. (...) In the spring of 1875 I was a bright and innocent young man with good prospects". Fabrykę, w której ten narrator pracuje, wykupuje pan, który chce zbudować maszynę elektryczną zaglądającą w przyszłość. Dalej sądziłam, że wiem co będzie, okazało się, że wcale nie, i tak dwa razy. Zaskakujące.

Melissa Scott "Finders". Ludzie wydobywają ze starych statków kosmicznych, należących do nieznanych Ancestors, kolorowe Elementy, które są techniką tak zaawansowaną, że nieodróżnialna od magii. Bohaterka z trudem wiąże koniec z końcem, i w dodatku jest śmiertelnie chora. All salvage could do was find a few more pieces of the Ancestors’ wreckage, and keep the systems going a little longer. Dobrze obmyślone (pomysł jest co prawda rodem z "Gateway" Pohla, ale zupełnie inaczej rozegrany), świetnie napisane, pełnowymiarowi bohaterowie, trzyma w napięciu, zostało rozwinięte w powieść, która ma się ukazać w grudniu.

Ian McDonald "The Queen of Night’s Aria". Skolonizowany Mars, a na nim podstarzały śpiewak, Count Jack Fitzgerald, i narrator - jego akompaniator, a właściwie i służący. Trwa również wojna z Marsjanami, którzy oczywiście mają gigantyczne trójnożne machiny bojowe. To drugie obok "Martian Blood" opowiadanie z antologii "Old Mars", retro-fantastyka, barwne, urocze i zabawne. Poczułam, że chyba do tej pory nie doceniałam należycie McDonalda.

Brendan DuBois "Hard Stars". Jakaś koszmarna wojna, niedobitki oddziału chowają się w zrujnowanym domu gdzieś w stanie Nowy Jork i wyciągają sobie chipy, żeby nie można było ich namierzyć. Po chwili się okazuje, że mają ze sobą kogoś bardzo istotnego, i o tym jest opowiadanie. Thriller, nie sf.

James Patrick Kelly "The Promise of Space". Czytamy nagrania ze szpitala z roku 2051. Dwoje ludzi najwyraźniej prowadzi bardzo dziwną rozmowę. Wygląda na to, że żona próbuje przyponieć swojemu cierpiącemy na amnezję mężowi, kim jest i jak się poznali. Mąż jest pierwszym człowiekiem na Fobosie, a poznali się w 2042. Potem się okazuje, kto nagrywa, i kto jest kim. Bardzo dobre.

Damien Broderick "Quicken". Zbiór zamyka ta sama tematyka, która otwierała: bohater jest martwy. "Po Silverberga 'Rodzimy się z umarłymi' doprawdy mogliby już przestać wysilać" wymamrotałam, po czym raptownie drgnęłam zauważywszy, że bohater nazywa się Klein i ma żonę Sybille... otóż tak, to jest sequel Silverberga. W pewnym sensie ten tekst o to prosił. Desperacko wtedy pragnący odzyskać żonę Klein jest teraz zatem sam martwy i pozbawiony uczuć. His obsession with her was expunged, their obliterated decade, their lost Jorge-and-Sybille. Wasn’t it? Mamy tu szczegóły na temat współegzystencji żywych i nieumarłych. Klein ma otrzymać na swojej uczelni status Professor mortuus. Pojawia się bulla papieska skazująca bluźnierczo ożywionych na potępienie, są też obłożeni skazującą na śmierć fatwą. A potem jest fantastyczna przejażdżka na fali wyobraźni, Broderick zabiera nas dużo dalej, niż zrobiłby to Silverberg, inkrustując tę szaleńczą wizję cytatami z klasyki. Oszałamiające.


-> 32

2018-11-06 09:38:51 Komentuj (0)

---


"Dziewczyna, którą nigdy nie byłam" Caitlin Moran
Zuzanka mnie zachęciła do przeczytania tej książki, jakkolwiek długi czas marudziłam pod nosem "nie mogę czytać narracji czternastolatki, nie dam rady, nie chcę, jestem za stara, nie mogłam". Niespodzianka: mogłam. Jest początek lat 1990, jesteśmy w Wolverhampton, robotniczym mieście w centralnej Anglii (niedaleko Birmingham, 250 tys mieszkańców), opowiada czternastoletnia Johanna. Ma czwórkę rodzeństwa (w tym świeżo urodzone bliźniaki), niepełnosprawnego ojca pijaczynę, który zamierza zostać gwiazdą rocka, matkę w depresji poporodowej, żyją z zasiłku, a narratorką rządzą hormony i bezustannie myśli o seksie. Jest też bystra, oczytana, cyniczna i chce zmienić swoje życie. Zostaje więc dziennikarką muzyczną. 

Widzieliśmy to wszystko milion razy, ale Caitlin Moran przyjemnie mnie zaskoczyła świeżością. Udaje jej się uniknąć stereotypów. Ojciec oczywiście jest zachlanym nieudacznikiem, ale potrafi też okazać się niespodziewanie mądry i ciepły. Sama Johanna, oparta na postaci autorki (która miała rodzeństwa siedmioro), ma do siebie spory dystans i jest zabawna. Bywa oczywiście męcząca, ale bez tego nie dałoby się zachować nawet minimalnej wiarygodności tej postaci.


2018-11-04 21:46:38 Komentuj (2)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Anglik w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem