DS magazine
Bertrand Russell
"Moc srebra" Naomi Novik
W pierwszej osobie opowiada nastoletnia córka lichwiarza. Jesteśmy w bezimiennym miasteczku między Wyżnią a Minaskiem, car w Koronie się zupełnie tym miejscem nie interesuje, a lichwiarz ma zbyt miękkie serce i jego rodzina przymiera głodem. Kiedy matka zaczyna chorować, to Mirjem bierze sprawy w swoje ręce, twardo żądając spłaty długów. Tak trafia do mieszkającego na odludziu wieśniaka, który mówi, że nie ma czym zapłacić. Ma jednak wysoką, silną, jasnowłosą córkę Wandę. Merjem żąda, żeby ta przychodziła do nich do domu odpracować dług. W drugim rozdziale przemawia właśnie Wanda, również w pierwszej osobie (ten sam zabieg stylistyczny, co w "Królestwie"). Okazuje się, że bardzo jej odpowiada praca u rodziny lichwiarza: unika w tej sposób pięści ojca, oraz zagrożenia, że sprzeda ją jakiemuś facetowi. Dostaje też jeść, co jest miłą odmianą po domu rodzinnym.

Wspaniała jest ta narracja, cudownie pomyślany, niesamowicie plastyczny świat, choć przecież zbudowany rzeczowo i skromnie: z zimy, śniegu, i biedy. Od pierwszego akapitu się tam przenosimy w całości. Zaskoczyło mnie, że rodzina lichwiarza to Żydzi, z wszelkimi płynącymi z tego konsekwencjami, po czym przypomniałam sobie o "Związku żydowskich policjantów". O tym, że to fantasy, przypomina kilka wzmianek o Starzykach. Nic o nich nie wiadomo, poza tym, że mają własną drogę "lśniącą jak rzeka w zimie, gdy wiatr zwieje z niej śnieg", czasem napadają na podróżnych zabierając złoto, a ich przejściu towarzyszy przenikliwy mróz.

W tej książce dziewczyny są niewiele więcej niż tylko przedmiotami zależnymi od woli męskiej. Na los wszystkich bohaterek mają wpływ ich ojcowie: alkoholizm, ambicja, czy przeciwnie, brak woli. Klasycznym ratunkiem byłaby oczywiście ucieczka w małżeństwo. U Novik jednak nie jest ono bynajmniej chciane, i jest to zmiana ze złego na dużo gorsze. Dziewczyny muszą ratować się sprytem, nic więcej im nie pozostało.

Po tej baśniowej konwencji nie spodziewałam się specjalnej oryginalności. Błąd. Kraina i zasady Starzyków są doskonale obmyślone, łącznie z barierą uniemożliwiającą porozumienie. Novik z lodowatą precyzją pokazuje, jak się gra w grę, której reguł nikt nie zamierza nam ujawnić, ponieważ w jego oczach jesteśmy z założenia istotą niższą, bezwartościową. Jak spełnianie przez bohaterki stawianych im wymagań nie prowadzi bynajmniej do nagrody, tylko do spiętrzenia kolejnych zadań, aż do nieuchronnego końca. A do tego koronkowo spleciona narracja, przemyślana akcja, i polityka rodem wcale nie z baśni. Oraz Stepon, który robi wrażenie kogoś z innej bajki, a przecież doskonale wkomponowuje się w całość.

Nie jestem całkiem przekonana do zakończenia, bo pachnie flaqebzrz fmgbxubyzfxvz, mimo postawionych przez Mirjem warunków. Choć z drugiej strony jej wybór daje się uzasadnić i zrozumieć. Przykro mi też z powodu polskiego tytułu, znacznie banalniejszego niż oryginalne wieloznaczne "Spinning Silver", choć przyznaję, że na "Wirujące srebro" bym się nie odważyła. Książka w oryginale ukazała się w ubiegłym roku i ma nominację do tegorocznej Nebuli powieściowej.


2019-03-21 09:53:35 Komentuj (1)

---


"Genialni" Eric Weiner
Trafiłam na tę książkę przypadkiem, szukając "Genialnych" Urbanka, i od razu ją też kupiłam, ponieważ bardzo mi się podobały poprzednie książki Weinera.

W "Genialnych", których oryginalny tytuł to "Geografia geniuszu", autor usiłuje zrozumieć, co sprawiało, że w pewnych epokach i miejscach zdarzała się koncentracja osób wybitnych. Niestety przedwojennego Lwowa pod uwagę nie bierze, a potwierdzał on tę regułę. Startujemy oczywiście w Atenach, z którymi w czasach filozofów mieszkańcy byli niezwykle związani. Stąd dotkliwość kary ostracyzmu. Weiner utożsamia geniusz z kreatywnością i stara się dojść do tego, jakie są sprzyjające jej warunki. Nie można żyć w raju, to na pewno. Okazuje się również, że amatorom perspektywa nagrody przeszkadza, profesjonalistom natomiast pomaga. Zgodnie z intuicją odkrywamy też, że potrzebna jest iskra talentu, ale jeszcze bardziej pracowitość.

Weiner jednak wyjeżdża z Aten bez jasnych konkluzji i udaje się do Chin. To było pewne zaskoczenie. Niby pamiętam Marco Polo, ale przywykłam jednak w dzisiejszych czasach, że Chińczycy są raczej sprawnymi odtwórcami pomysłów innych. Tymczasem za czasów dynastii Song było całkiem odwrotnie. To przecież Chińczycy wynaleźli wszystko - dosłownie wszystko. Miasto Hangzhou, opisane przez Marca Polo w XIII wieku, miało co najmniej milion mieszkańców. Kiedy w Europie nurzano się w brudzie i umierano na rozmaite choroby, Chińczycy mieli świetną medycynę i dbali o higienę. Co się z tym stało potem, oto zagadka.

Po Chinach, gdzie autor odkrył genialną herbatę, wraca do Europy: tym razem Florencja i wspomnienie szesnastowiecznych malarzy. Tu sprawa jest jasna: wynaleziono pieniądz i banki, banki miały pieniądze, zwłaszcza jeden, de Medici. Ci oprócz bogactwa lubili piękno, więc zamawiali obrazy i rzeźby. Po śmierci Michała Anioła odkryto, że pod łóżkiem zgromadził małą fortunę, choć za życia z niej nie bardzo korzystał. To stoi w jaskrawej sprzeczności z wcześniejszym stwierdzeniem, że do kreatywności potrzeba, żeby było w życiu trudno.

Z Florencji jedziemy na północ: Edynburg. Komu się wydaje, że geniuszy tam nie było (a może się wydawać, epoka osiemnastowiecznego Scottish Enlightement nie ma nawet swojego hasła w polskiej wikipedii), niech pomyśli o rowerze, lodówce, znieczuleniu przy operacji, higienie: wszystko tam. Bez filozofa Davida Hume'a nie byłoby Darwina. A bez Szkotów nie byłoby być może Kalkuty, gdzie przenosimy się następnie. Potem Wiedeń, dwa razy: najpierw Mozart z Beethovenem, a potem Freud. W Wiedniu były wspaniałe kawiarnie, gdzie genialni się spotykali, co natychmiast każe nam pomyśleć o lwowskiej Szkockiej. A na koniec współczesna Dolina Krzemowa. Czy Steve Jobs był geniuszem? Czy w ogóle Dolinę Krzemową można postawić obok Wiednia, Florencji, Aten?

Żeby geniusz miał sens, musi trafić w swój czas. Łódź podwodną skonstruował w 1620 Holender Cornelis Drebbel. Działała. Wyśmiano go, uznano, że to nieprzydatna zabawka, i nikt o nim nie pamięta. Takich przypadków w historii oczywiście jest o wiele więcej.

Weiner jest Amerykaninem, i to książka dla Amerykanów, autor czasem więc tłumaczy rzeczy oczywiste, a czasem udaje głupszego niż jest - trudno mi uwierzyć, że oczytany dziennikarz nie zna muzycznego terminu "adagio". Do tego dochodzi nienadzwyczajne tłumaczenie. Bardzo dosłowne, często widać składnię angielską. Tłumacz najwyraźniej nie wie, że de Medici po polsku to Medyceusze, a Galleria degli Uffizi jest jego zdaniem "ikoniczna". Ale i tak czytało się świetnie.


2019-03-19 09:10:15 Komentuj (0)

---


"Once Upon a River" Diane Setterfield
Koniec XIX wieku, brzegi Tamizy, jesteśmy w miasteczku Buscot, 35 km na zachód od Oxfordu. Życie toczy się w pubach, z których każdy ma swoją specjalność. Pod Łabędziem opowiadają historie. Aż sami staną się częścią jednej z nich, kiedy pewnej nocy w drzwiach stanie bardzo poraniony mężczyzna trzymający w ramionach martwe dziecko. Nieoczekiwanym gościem zajmuje się miejscowa pielęgniarka Rita. A potem poznajemy innych bohaterów opowieści. Jest wśród nich małżeństwo Armstrongów, on jest czarny, co budzi strach w nieznających go ludziach, ale ma dobre życie i byłby bardzo szczęśliwy, gdyby nie jego pierworodny syn. Jest małżeństwo Vaughanów: kiedy poprosił Helenę o rękę, postawiła warunek, że musi móc zabrać ze sobą swoją łódkę. Ci też byliby całkiem szczęśliwi, gdyby nie straszna strata, która ich spotkała dwa lata wcześniej. Łabędzia natomiast prowadzi Margot, która urodziła 12 córek, a na koniec syna Jonathana, który nie jest zwyczajnym chłopcem. Jest jeszcze Lily White, która pracuje u proboszcza, wcale się tak nie nazywa naprawdę, i ukrywa dużo więcej, niż swoje nazwisko. Wszystkich ich połączą wydarzenia w Łabędziu. I rzeka.

Narracja jest tu bardzo niespieszna, nie dzieje się wiele. Fabuła meandruje jak Tamiza, która jest główną bohaterką. Czasem płynie bardziej wartko, czasem zatrzymuje się w rozlewisku, czasem nieoczekiwanie skręca. To oczywiście powieść wiktoriańska, bardzo starannie zrobiona, z nutką niesamowitości. Miejscowa legenda głosi, że niegdysiejszy przewoźnik, Quietly, utopił się w rzece i od tego czasu w niej mieszka. Ratuje tych, których na rzece spotyka niebezpieczeństwo, chyba że nadszedł ich czas - wtedy przeprowadza ich na drugą stronę. 

Jednym z bohaterów jest fotograf, zamierzający wydać książkę ze zdjęciami Tamizy. Robione przez niego portrety są opisane bardzo realistyczne i szczegółowo, byłam pewna, że Setterfield musiała je widzieć. Owszem, jest wzorowany na postaci istniejącej rzeczywiście, a autorka oglądała jego zdjęcia, posługując się metodą tworzenia fabuły podobną do stosowanej przez Riggsa Ransoma. Szkoda w takim razie, że w książce nie ma ilustracji. Mam natomiast przeczucie, że zaraz zrobią z niej serial. 


2019-03-17 09:21:28 Komentuj (0)

---


"Siedem śmierci Evelyn Hardcastle" Stuart Turton
Podkusił mnie opis napomykający, że to współczesna Agatha Christie, co zgodnie z moimi przeczuciami okazało się nieprawdą. Ani Christie, ani współczesna. Ale to zupełnie nieźle się czytająca mieszanka kryminału, thrillera i fantastyki, coś w stylu "Neverworld Wake". Zaczynamy od zaproszenia na bal maskowy w posiadłości Hardcastle'ów. Pierwszoosobowy narrator się ocyka w lesie. Nie ma pojęcia kim jest, gdzie jest, o co chodzi, wie tylko, że poszukuje jakiejś Anny. Po chwili wraca do domu Hardcastle'ów, tam odkrywa, że jest Sebastianem Bellem, lekarzem, i stopniowo dowiaduje się coraz więcej. Ma osiem dni i osiem różnych wcieleń na odkrycie zabójcy Evelyn. Nie ułatwia mu dochodzenia fakt, że wszyscy tutaj zachowują się jak szaleńcy, albo znikają - nikt na przykład nie wie, gdzie jest pani domu. Nie pomagają mu też umysłowe albo fizyczne ograniczenia jego kolejnych wcieleń. Tajemniczy Doktor Dżuma daje mu natomiast mgliste wskazówki, które bardziej zaciemniają, niż pomagają. Generalnie wygląda to trochę jak gra komputerowa, raczej męcząca i chaotyczna, ale nawet dość wciągająca, im dalej, tym bardziej. Logika chwilami nawala, jak to w przypadku pętli czasowych. Oczywiście mam wątpliwości: cb pb j btóyr Ybxnw? B żnqarw erfbpwnyvmnpwv avr zbżr olć zbjl, n zvryv cemrpvrż pupvrć hłngjvć Nvqnabjv jlwśpvr, gb cb pb zh hgehqavnć? 


2019-03-13 19:51:54 Komentuj (0)

---


"Record of a Spaceborn Few" Becky Chambers
Akcja zaczyna się w tym samym momencie, co "A Closed and Common Orbit", tylko w innym miejscu. Jesteśmy we Flocie Exodan, którzy uciekli z Ziemi. Słyszeliśmy o nich wielokrotnie w pozostałych dwóch książkach, ale dopiero teraz poznajemy z bliska. W prologu, cztery lata wcześniej, jeden ze statków Floty się rozbija i tu jest jeden z tych mistrzowskich szczegółów Chambers: nie są w stanie zająć się czterdziestoma trzema tysiącami ciał i martwią się, jak ustalić kolejność. Ciała są bowiem kompostowane. Od osiemdziesięciu lat pisarze wzmiankują, że na statkach pokoleniowych będzie obieg zamknięty, aż przyszła Chambers i opisała szczegóły, odważnie i subtelnie. W problemie pomogą Aeluoni, a czytelnik przy tej okazji pozna bohaterów, w tym Sawyera mieszkającego na Mushtullo, który potem przyleci na Flotę, żeby tam rozpocząć nowe życie. Na wchodzącej w jej skład Asterii mieszka natomiast z dziećmi Tessa, siostra Ashby'ego znanego z "The Long Way". Isabel pracuje tam w Archiwach i podejmuje u siebie Harmagianina, co pozwala autorce na infodump wyjaśniający, jak zbudowane są statki wchodzące w skład Floty. Ale to jedyna tutaj niezgrabność (chociaż Chambers mylą się czasem lata ze standardami). Postaci zbudowane są znakomicie, bardzo realistyczna jest i matka dzieci, z których jedno chciałoby mieszkać na planecie, i nastolatek Kip szukający dla siebie przyszłości, i Eyas zajmująca się kompostowaniem ciał, i wielu innych. Ich relacje i decyzje życiowe są centrum tej książki, w której znowu nie ma akcji. Odrobinę żałuję, byłaby to rzecz doskonała, ale i tak jest bardzo dobra i przyjemnie odmienna od przeciętnej fantastyki.


2019-03-11 09:28:37 Komentuj (0)

---


"Dwanaście fałszywych tropów" Jeffrey Archer
Przyjemny zbiorek dwunastu mniej lub bardziej sensacyjnych opowiadań z mniej lub bardziej zaskakującymi zakończeniami, który czytałam już albo w całości (jest z roku 1994), albo przynajmniej znaczną ich część, brzmią bowiem bardzo znajomo. W wielu wracamy do rozkosznych lat siedemdziesiątych. Bohaterowie Archera są dość stereotypowi, ale czyta się to dobrze.

Najdłuższe i najbardziej skomplikowane jest pierwsze, w którym narrator objaśnia, dlaczego siedzi w więzieniu i jak się zemścił na swoim byłym wspólniku. W kolejnym piękna Consuela postanawia się zabezpieczyć materialnie naciągając męża na naszyjnik wart milion funtów, a w następnym amerykański student Cambridge na pożegnanie postanawia ofiarować swojemu klubowi wioślarskiemu odlew z brązu ramienia słynnego wioślarza. Te dwa są podobno oparte na prawdziwych wydarzeniach, jak i kolejne, gdzie były minister Saddama Huseina urządza się nieźle w Ameryce, ale ma pechowo nieprzewidziane międzylądowanie w Bagdadzie, gdzie jako uchodźca polityczny zostanie w okrutny sposób zabity, jeśli go tam odkryją. W następnym opowiadaniu oglądamy autora jedzącego w Nowym Jorku kolację ze swoim przyjacielem w ekskluzywnej francuskiej restauracji, wprasza się tam jego niemal była dziewczyna (to jest najbardziej naciągane). Dalej jest wizyta lorda Mountbattena w kolonii angielskiej (oficjalne określenie brzmi "terytorium zależne") na Bermudach. Następne niestety kompletnie traci sens w tłumaczeniu (anyrżnłb mzvravć vzvę an pbś j fglyh Yhpn nyob Zvxn). W kolejnym, trzymającym w napięciu, Diana jedzie do wiejskiego domu przyjaciół, goni ją podejrzana furgonetka. "Nie na sprzedaż" opowiada o debiucie młodziutkiej zdolnej malarki. W "Timeo Danaos" skąpy i niesympatyczny bankier wybiera się na wakacyjny rejs statkiem pasażerskim wokół wysp greckich, a jego żona ma obsesję na punkcie nowej zastawy stołowej (swoją drogą, serio dało się wtedy przewieźć samolotem komplet talerzy i półmisków dla 32 osób?) W przedostatnim adwokat ma bronić kobiety oskarżonej o zamordowanie męża, ale chce jednak dowieść, że rzeczywiście to zrobiła, w tym celu posłuży się tajną bronią w postaci swojego asystenta, choć ten nie grzeszy ni urodą ni rozumem.

Zbiór zamyka "Co jednemu wyjdzie na zdrowie, drugiemu zaszkodzi", w którym narrator ujrzawszy na schodach teatru prześliczną dziewczynę idzie za nią na spektakl, poznaje, a następnie mamy do wyboru cztery możliwe zakończenia. Trzecie jest przepisanym pierwszym à rebours, a czwarte jest przesłodzone. Najbardziej mnie zdziwiło, że w 1994 w Anglii były już telefony komórkowe.

2019-03-08 10:30:13 Komentuj (2)

---


"A Closed and Common Orbit" Becky Chambers
Nazywa się to cyklem "Wayfarers", więc byłam przekonana, że druga część będzie opowiadać o dalszych losach statku kosmicznego. Spore zaskoczenie. To właściwie jest standalone, chociaż zaczyna się pod koniec "The Long Way". Podejmujemy temat dwóch pobocznych bohaterek pierwszej części i zamiast na statku jesteśmy na planetach. W teraźniejszości Pepper opiekuje się świeżo wcieloną w androida AI (jest to absolutnie nielegalne i surowo karane), która musi przyzwyczaić się do posiadania ciała, a nie bycia częścią statku kosmicznego. To jest bardzo ładnie pomyślane. Musi również zachować w tajemnicy swoją tożsamość, co jest trudne, ponieważ ma wbudowany niehakowalny moduł wymuszający prawdomówność oraz posłuszne wykonywanie bezpośrednich poleceń. Jest to bardzo przemyślany i wciągający wątek. Przy okazji odkrywamy, że część ludzi uważa AI za świadome istoty, część nie. Nie wiadomo, jak jest wśród innych gatunków.

Pepper tłumaczy Sidrze, że zajmuje się nią, ponieważ została wychowana przez AI. Jakoż i w drugim wątku, dziejącym się około 20 lat wcześniej, poznajemy dziesięcioletnią Jane, mieszkającą i pracującą w fabryce, gdzie dziewczynki zajmują się odzyskiwaniem, oczyszczaniem i naprawianiem wyrzuconych części elektronicznych. Nadzorują je w tym metalowe roboty zwane Mothers. To nie brzmi fajnie, ale oglądamy to oczami małej Jane, która nie widzi w tym nic nadzwyczajnego, zawsze tak było, tak urządzony jest świat. Dopiero kiedy przypadkiem widzi niebo, i zdaje sobie sprawę, że poza fabryką jest jeszcze jakiś inny świat, o którym nic nie wiedziała, sytuacja się zmienia. Kiedy narracja dziesięciolatki nas nudzi, dostajemy bunt nastolatki, napisany równie dobrze, jak cała reszta.

Moje wątpliwości budzi rozmnażanie Aeluonów: kobiet jest prawdopodobnie mniej niż połowa populacji (ponieważ są cztery płcie), a płodne są dwa-trzy razy w życiu. To niewystarczające dla utrzymania liczebności. Albo powinny rodzić kilkoro dzieci za jednym razem, albo powinny dominować w społeczeństwie, czego z książki nie widać, spotykamy różne płcie po równo. Drugim problemem są numery identyfikacyjne - jeśli mają być unikalnym oznaczeniem istoty rozumnej, to są o wiele za krótkie. Poza tym wszystko tu wciąga i zaskakuje do końca.

2019-03-06 10:12:04 Komentuj (0)

---


"Małżeństwo doskonałe" Wojciech Karolak, Krystyna Pytlakowska
Nie mam zielonego pojęcia, co mnie podkusiło, żeby sięgnąć po to dzieło, ani niczego na swoje usprawiedliwienie. Jakoś mgliście mi przeszło przez głowę "Karolak to przecież nie Czubaszek, może ma coś miłego albo zabawnego do powiedzenia, jeśli już niekoniecznie mądrego". Niestety. Jeśli ma, to skrzętnie to ukrył, jak i niestety wszystkie pozostałe wypowiadające się tu osoby, książka ma bowiem formę rozmowy z Wojciechem Karolakiem przeplatanej wspomnieniami znajomych o Marii Czubaszek. Mąż tejże powiada to, co już było wielokrotnie mówione, na przykład, że seksu nie uprawiali, ponieważ pies im się przyglądał. Mówi też, jak poznał Marię, przy okazji zarzekając się, że nie był - przepraszam, ale dosłownie cytuję lepszych i dostojniejszych od siebie, "jebaką". Nie jest to przypadkowe, rzuca bowiem podobnej jakości mięsem jeszcze nieraz. Niewątpliwie używanie takiego słownictwa ma na celu pokazanie, jacy to autorzy są młodzieżowi, nowocześni i na luzie, a ja jestem starą sztywną ciotką, którą to razi.

Pomijając jednak formę, mamy tu i treść, z której dowiadujemy się, że Maria była pełna wdzięku, paliła papierosy, jadła wyłącznie parówki, oraz miała wyjątkowe, finezyjne poczucie humoru, że Anglicy z Monty Pythonem wysiadają, i tylko ona na całym świecie tak umiała. Na poparcie tego twierdzenia dostajemy po oczach dowcipasem, którego nie przytoczę, ponieważ nie powtórzyłabym go nawet po trzech drinkach i nawet gdyby potencjalny słuchacz był głuchy od urodzenia. Podobno Czubaszek natomiast tak się spodobał, że natychmiast opowiedziała go ze sceny. Albo mamy diametralnie odmienne definicje finezyjności, albo... był to zabieg celowy mający zrobić czytelnika w balon. Drugi raz pomyślałam to samo, czytając jak Karolak zabawnie przekomarzał się z małżonką i nabierał ją subtelnie, a ona przyjmowała to za dobrą monetę. Otóż na przykład mówił jej, że nie ma akurat banknotu 27-złotowego. W ogóle oboje pragnęli najwyraźniej uchodzić za uduchowione istoty, które nie jedzą, żyją nocą, a na przyziemnych kwestiach typy brudne pieniądze się zupełnie nie wyznają. Może bym i w to uwierzyła, gdyby pod koniec pan Karolak nie oznajmił mimochodem, lecz bardzo precyzyjnie, że za mieszkanie płaci trzy tysiące sześćset, w tym rachunki za prąd, wodę i internet. Tak prysł mit bezradnego intelektualisty bujającego w obłokach.

Drugim mitem, który Karolak chciałby podtrzymać, jest ich wielka miłość. Błyskawicznie okazuje się, że się kłócili, były nawet jakieś rękoczyny - ale pono to wszystko zupełnie nieistotne, bo mieli tyle wspólnego. Pytlakowska zadaje pytanie, co mianowicie, na co pan Wojciech powiada, że oboje kochali zwierzątka, ale poza tym tyle ich łączyło, tak dużo, takie mnóstwo, że gdyby chciał wyliczyć, to by zajął dwieście stron! Niestety Pytlakowska też chce na tej książce zarobić i powstrzymuje się przed poproszeniem, żeby wyliczył na początek może chociaż dziesięć rzeczy, więc się nie dowiadujemy niczego więcej.

Najuczciwszy jest tutaj Jan Osiecki, który figuruje jako redaktor książki "Nienachalna z urody", a który zdaje się odegrał większą rolę przy jej tworzeniu. W każdym razie spotykał sę z Czubaszek pod koniec życia, i mówi, że miała dwadzieścia dyżurnych anegdot. Potrafiła je opowiedzieć tymi samymi słowami ze trzy razy w ciągu spotkania. Trudno mieć jej to za złe, a przynajmniej raz czytamy coś innego niż papierosy, parówki, pieski i śliczne nóżki na szpileczkach. Zaskoczył mnie też pozytywnie Jan Pietrzak. Oczywiście nie darował sobie wstawki o złym wpływie złych feministek, ale przynajmniej nie odmówił wypowiedzi.

Czymś tę przestrzeń między okładkami trzeba było wypełnić, więc książkę ozdabiają zdjęcia. Liczne. Możemy na nich odkryć, że to doszczętnie wyeksploatowane przez wszystkich określenie o nienachalnym wyglądzie było jednak kokieterią. W młodości Czubaszek była naprawdę ładna (choć wierzę, że sama nie była o tym przekonana). Niestety musimy też ujrzeć jej męża w slipkach, rozwalonego na kanapie. Zapewne to kolejny sposób na udowodnienie, jakim jest fajnym młodzieżowym luzakiem. Przepraszam, zającem jest.
 
To jest pierwszy raz, kiedy się zupełnie poważnie zastanawiam, czy brukać ten blog (który przecież rozmaitego pokroju lektury już widywał) przyznaniem się do czytania tej książki.


2019-03-04 09:47:25 Komentuj (4)

---


"The Long Way to a Small, Angry Planet" Becky Chambers
Osoba czytająca Leckie, Jemisin i Martę Kisiel wymieniła tę książkę jako "podobną do Firefly", a to jedno z tych rzadkich słów kluczy, które powodują, że podskakuję na krześle jak ukłuta szpilką i biegnę się zaopatrzyć w lekturę. Nie pożałowałam.

W pierwszym rozdziale bohaterka leci przez próżnię w deepodzie, bardzo tanim i ciasnym środku podróżowania, pod wpływem usypiaczy, które nie są najlepszej jakości i nie bardzo działają. Rozmyśla o tym, że leci do pracy i że musi tę szansę koniecznie wykorzystać. W drugim rozdziale jesteśmy na statku kosmicznym, trochę niezgrabnym i poskładanym z materiałów z odzysku, ale działającym. Z rozmowy kapitana ze specjalistą od glonów dowiadujemy się, że czekają na przybycie nowej pracownicy, specjalistki od wypełniania formularzy. Jakoż i deepod dokuje, wyciągają z niego oszołomioną Rosemary, i oprowadzają po statku. Teraz się dowiadujemy, że załoga składa się z ludzi, ludzi modyfikowanych genetycznie, oraz innych istot rozumnych. Statek natomiast tuneluje. Podróż z prędkością szybszą niż światło jest możliwa, ale zabroniona - w tym miejscu pomyślałam, że trochę mi się to kojarzy z "Autostopem przez galaktykę", ale "The Long Way" jest jednak znacznie bardziej serio, i przy tym starannie przemyślana. Kizzy, mechaniczka, jest niewątpliwie siostrą bliźniaczką Kaylee z z Firefly, u kapitana też od razu widać rysy charakteru Mala, ale reszta jest bardziej oryginalna. Jenks jest zakochany w pokładowej AI, Lovey. Asbhy ma romans z istotą innego gatunku, do czego nie mogą się otwarcie przyznać, czyli ta Galaktyka nie jest taka znów otwarta i tolerancyjna. Rosemary natomiast pochodzi z Marsa, z bardzo bogatej rodziny, i wyraźnie coś ukrywa przed resztą załogi i przed czytelnikiem.

Ja jestem wrażliwa raczej na ustawienie słów obok siebie, zazwyczaj świat przedstawiony wyobrażam sobie bardzo szkicowo; natomiast tutaj wyjątkowo miałam wrażenie, że jestem na "Wayfarerze", widziałam dokładnie każdy szczegół i każdą osobę. Zaskakujące i bardzo przyjemne, choć przez pierwsze 30% nie dzieje się dość dokładnie nic, i zaczęłam się już zastanawiać, czy tak to będzie dalej - następnie pojawia się akcja i okazuje sie, że Chambers jednak umie również uzyskać dramatyzm. Trochę nam go dawkuje, ale w drugiej połowie książki dzieje się już znacznie więcej, i każdy członek załogi ma swoje pięć minut.

2019-03-01 09:47:20 Komentuj (0)

---


Krótkie opowiadania nominowane do Nebuli 2019
"Interview for the End of the World" Rhett C. Bruno (w antologii "Bridge Across the Stars"). 142 godziny do zderzenia z Ziemią wielkiej asteroidy... Gdzieś dopiero co widziałam ten pomysł - w rok wcześniejszym "Waiting Out the End of the World in Patty’s Place Cafe" Naomi Kritzer. Nawet tytuł podobny, chociaż dalej zupełnie co innego. Tu narator jest jednym z najbogatszych ludzi na Ziemi (albo był, zanim pieniądze straciły sens), ma statek kosmiczny, i przeprowadza rozmowy z kandydatem do Titan Project, który daje szansę ucieczki przed końcem świata. Mocne, plastyczne, początek serii Titanborn.

"The Secret Lives of the Nine Negro Teeth of George Washington" Phenderson Djèlí Clark. Realizm magiczny. Jak tytuł zapowiada, opisane są tu tajemne moce drzemiące w dziewięciu zębach z kolekcji George'a Washingtona. Autor jest historykiem. Bardzo piękna rzecz, oryginalna i wychodząca z utartych kolein, coś tu z Susan Clarke (zbieżność nazwisk przypadkowa, przypuszczam).

"Going Dark" Richard Fox (w antologii "Backblast Area Clear"). Wojna światów trwa, Naroosha bombardują ludzi blastami energii, sergeant Hoffman i jego ekipa maszyn bojowych nie pozostają im dłużni. Unosiłam brew z niedowierzaniem zastanawiając się, cóż to robi na liście finalistów Nebuli, nawet dwa razy sprawdziłam, czy to na pewno ten tytuł, i mając jednak nadzieję, że pod koniec się wyjaśni. Zazwyczaj nie zdradzam zakończeń, tu jednak zrobię wyjątek: otóż maszyny bojowe muszą zakończyć swój żywot, a sierżant Hoffman bardzo nad nimi płacze. Serio, nie przesadzam. Autor kończył akademię wojskową i walczył w Iraku, więc najpewniej wie co pisze, i to tylko ja jestem sarkastyczna i nieczuła. A w ogóle rozumiem, że to narracja komiksowa, ale to też mi nie pomaga się zachwycić.

"And Yet" A.T. Greenblatt. Masz świeży doktorat z fizyki kwantowej i stoisz na progu nawiedzonego domu swojego dzieciństwa, ponieważ podejrzewasz, że są w nim bramy do równoległych wszechświatów. Dość ładny pomysł, ale ostatecznie dość oczywiste i wcale nie chodzi o równoległe wszechświaty, jak zwykle.

"A Witch’s Guide to Escape: A Practical Compendium of Portal Fantasies" Alix E. Harrow. Czarny nastolatek w kółko czyta "The Runaway Prince", one of those low-budget young adult fantasies from the mid-nineties, before J.K. Rowling arrived to tell everyone that magic was cool. Narratorką jest bibliotekarka, tego drugiego rodzaju: czarownica, która od razu wie, czego czytelnik potrzebuje. Naprawdę potrzebuje. A książki chcą być czytane. Zakochałam się w tym opowiadaniu śmiertelnie i nie jestem obiektywna, chcę, żeby dostało wszystkie nagrody. Oczywiście jest nieco w stylu "Wśród obcych" (która owszem, dostała nagrody).

"The Court Magician" Sarah Pinsker. Chłopiec jest iluzjonistą i marzy o poznaniu prawdziwej magii, jako młodzieniec marzy o poznaniu prawdziwej magii, w końcu zostaje the court magician i zdradzają mu słowo. Za użycie słowa płaci cenę, a używa go po to, żeby Regent nie miał problemów. Żadnych. Bardzo subtelna, bardzo piękna przypowieść.

*

Trzy doskonałe opowiadania, dwa bardzo dobre i jedno, którego najwyraźniej nie rozumiem. Wybór między Pinsker, Harrow i Clarkiem byłby bardzo trudny (sercem jestem oczywiście z Harrow, ale niewykluczone, że Pinsker jest bardziej uniwersalna). Zwłaszcza, że wszystkie trzy są podobne, z gatunku low fantasy (nie jestem pewna, jakie jest rozróżnienie między tym i realizmem magicznym, tak to jest z określaniem gatunków).



2019-02-27 09:19:24 Komentuj (0)

---


"Neverworld wake" Marisha Pessl
Podskoczyłam z wrażenia usłyszawszy, że jest nowa książka Marishy Pessl, ponieważ po "Nocnym filmie" miałam poczucie, że przeczytam cokolwiek jej autorstwa. Nie byłam rozczarowana, chociaż nie jest tak imponująca, jak ta poprzednia. Bohaterka po pierwszym roku studiów wraca do rodzinnego miasteczka pomagać w lodziarni rodziców, i chce się spotkać ze swoją szkolną paczką. Cieniem między nimi kładzie się tajemnicza śmierć jej chłopaka Jima. W końcu jedzie na imprezę u swojej niegdysiejszej przyjaciółki, jadą w piątkę na koncert, wracają do jej posiadłości - i w trzecim rozdziale okazuje się, że to w zasadzie fantastyka. Wpadają mianowicie w pętlę czasową, jak w "Dniu świstaka" przeżywają w kółko ten sam dzień, i tak będzie, dopóki nie podejmą zbiorowo pewnej decyzji. W tym wszystkim Beatrice nadal nie potrafi zdobyć się na odwagę i zapytać o Jima, ale ostatecznie dochodzenie do prawdy okaże się centrum akcji, niejednokrotnie zaskakując czytelnika.

To oczywiście nie jest pomysł oryginalny, natomiast jest to wszystko wspaniale realistyczne, jednocześnie odpowiednio szczegółowe i minimalistyczne, bohaterowie są bardzo plastyczni, miałam duże problemy z wyrwaniem sobie kindla z ręki, żeby iść spać. Oczywiście występują tu bardzo bogaci ludzie, najwyraźniej to wymóg w thrillerach (amerykańskich przynajmniej). Zapewne dramatyczne wydarzenia wśród biedoty nie byłyby w połowie tak interesujące. Kompletnie natomiast nie rozumiem pomysłu (zapewne wydawnictwa) z zostawieniem angielskiego tytułu, "Neverworld" w tekście tłumaczony jest na Nieświat. Niewątpliwie był jakiś powód pekuniarny.

2019-02-25 09:26:08 Komentuj (6)

---


"Arystokratka i fala przestępstw na zamku Kostka" Evžen Boček
Czwarta część z serii o czeskiej arystokratce Marii, która z rodzicami przyleciała z Ameryki, by zamieszkać na zamku rodowym Kostka i oprowadzać po nim turystów. Zaczyna się od oświadczyn Maksa, który jednak zapewne tego nie pamięta, bo ma boreliozę i natychmiast potem ląduje w szpitalu. Maria wraca do Kostki, gdzie zastaje przedziwne zbiorowisko oraz policję. Jak potem się okazuje, dwie niezależne grupy przestępców postanowiły się włamać do Kostki, w różnych celach. Sprawy skomplikowało im to, że był to dzień śmierci Diany i zamek został zamknięty z powodu żałoby. Książka odtwarza ich działania (w formie opowiadającej o tym Marii), czyli mieszkańców zamku widzimy tu niewiele. To dobry pomysł, ponieważ niewiele już by się udało wyciągnąć ze skąpstwa ojca, hipochondrii ogrodnika, amerykańskości matki oraz szaleństwa dogów. Zaśmiałam się dwa razy, to całkiem sporo na tę objętość, jak zwykle niezbyt imponującą. Jak poprzednio, ostatnie 6% to reklamy czeskich powieści. Tym razem jednak jest zakończenie i dowiadujemy się nawet, czy mieszkańcy Kostki się w końcu wzbogacą, skoro odkryli na jej ścianie autentycznego Rembrandta.  

2019-02-23 11:50:52 Komentuj (0)

---


"Durrellowie z Korfu" Michael Haag
Durrellowie urodzili się w Indiach, wszyscy, łącznie z rodzicami. Ci pobrali się w 1910 roku, rok później urodził się Larry. Następnie córeczka Margery, która jednak wkrótce potem zmarła na dyfteryt. Matka, Louisa, bardzo to przeżyła, i dlatego całe życie chuchała na następnego syna, Lesliego. Potem na świat przyszła Margaret i w końcu najmłodszy Gerry. Wkrótce przed jego trzecimi urodzinami nagle zmarł ojciec, Lawrence Samuel, prawdopodobnie miał guz mózgu. Z Indii wrócili do Anglii, a tam dorosły już Larry stwierdził, że matka zaczyna za dużo pić, i cała rodzina wyjechała na Korfu. Niestety autor nie tłumaczy, dlaczego Larry uważał, że w Grecji matka nie będzie piła. Następnie skupiamy się na korfijskim życiu Durrellów, i mamy mnóstwo cytatów z "Mojej rodziny", co trochę mnie irytowało, gdyż gdybym chciała ponownie czytać "Moją rodzinę", to bym ją czytała. Dowiedziałam się, że Larry był już żonaty z Nancy, która w książkach Gerry'ego nie występuje, tak samo zresztą jak żona i córka doktora Teodora Stephanidesa. Larry musiał w ogóle być niezwykle czarującym mężczyzną, ponieważ mimo wyjątkowo mizernego wzrostu (około 158 cm!) całe życie był otoczony kolejnymi prześlicznymi (są zdjęcia) kobietami. Z dwiema z nich miał córki.

Potem wybucha wojna, Durrellowie wyjeżdżają z Grecji, i następuje dość pospieszna końcówka. Z ciekawostek, Leslie pod koniec wojny zrobił dziecko ich greckiej służącej Marii, ale zupełnie się tym nie przejął, i musiała sobie radzić sama, co autor podsumowuje jednym współczującym zdaniem o jej ciężkim życiu. Następnie ten sam Leslie zdefraudował jakieś pieniądze. Cóż, ktoś musiał być czarną owcą w rodzinie. Niestety nie ma tu wiele więcej. Autor raz wspomina, że bracia już więcej się nie spotkali, nie wyjaśnia dlaczego. Nie próbuje też wniknąć na przykład w charakter Margo, jest tu tylko jedna jej wypowiedź skrótowo komentująca książki Gerry'ego, która nie wnosi niczego nowego - raczej żaden ich czytelnik nie spodziewał się, że jest w nich zawarta sama prawda i tylko prawda. Nie ma żadnych rozmów z dziećmi Margo, nie dowiadujemy się, co o braciach i swojej młodości na Korfu opowiadała im matka; jakoś trudno uwierzyć, że kompletnie nic.

Najlepsze kawałki tej biografii to właśnie fragmenty "Mojej rodziny". Praca tłumaczki, redaktorki i korektorek też niestety pozostawia sporo do życzenia. Żadna najwyraźniej nie umie odmieniać przez przypadki. Na pociechę jest tu natomiast zdjęcie gołego Henry'ego Millera, długo nie mogłam się otrząsnąć z wrażenia.


2019-02-21 10:00:39 Komentuj (3)

---


"La possibilité d'une île" Michel Houellebecq
Całe szczęście, że zaczęłam czytać Houellebecqa od innych książek, bo gdybym zaczęła od tej, to chyba rzuciłabym ją w kąt po paru pierwszych stronach, choć nigdy tego nie robię. Dawka mizoginii jest tu paraliżująca. Całe zło świata bierze się, zdaniem narratora jasno wyrażonym już w pierwszych akapitach, stąd, że kobiety już nie zajmują się codziennie domem. Co w ogóle brzmi trochę jak jakiś teksański plantator narzekający, że durny rząd zakazał niewolnictwa, i jak tu teraz bawełnę uprawiać, a przecież tak fajnie było, niewolnik miał cel życia, pan miał zrobione, a teraz wszystko na głowie stoi. Nie wiem, czy są jacyś ludzie wypowiadający głośno takie rzeczy, i wiedzieć nie chcę, ale znając możliwości homo sapiens jestem pewna, że przynajmniej myślą. Tak jak Houellebecq i jemu podobni o kobietach. Wszystko było fajnie, jak znały swoje miejsce i przeznaczenie, jasne.

Wracając do książki, nawet jak na możliwości tego autora bohater jest wyjątkowym palantem. Jest cynicznym, zarozumiałym mizoginem, oraz wziętym komikiem, który karierę i kasę zrobił na antyfemistycznych i rasistowskich żartach. Jest poza tym pierwszą wersją siebie. Opowiada nam swoje życie w rozdziałach zatytułowanych "Daniel1, numer rozdziału", które są przeplatane relacją Daniela24. Ten, kiedy umrze, zostanie zastąpiony klonem, który przeczyta jego autobiografię. Osobowość bowiem równa się pamięci. Ziemia, na której żyje Daniel24, nie przypomina już naszego globu, nie ma na przykład mórz. Neoludzie mieszkają osobno w samowystarczalnych rezydencjach, nie potrafią się śmiać ani płakać, sporadycznie kontaktują się ze sobą przez sieć (używając liczb, które autor określa jako adresy IP; kiedy to pisał, fejs był w powijakach, aczkolwiek były już komunikatory) wymieniając enigmatyczne wiadomości. W pozostałym czasie obserwują powolne wymieranie niedobitków homo sapiens.

Daniel1 spotkał i poślubił Isabelle. Małżeństwo się rozpadło, kiedy ta zaczęła się starzeć, czyli tuż po czterdziestce. Autor najwyraźniej ma gerontofobię, tylko tym mogę wytłumaczyć te peany na cześć młodego ciała oraz wyrażane na wielu stronach obrzydzenie starzejącym się. Daniel24 natomiast rozmawia przez sieć z Marie22, która przed śmiercią prosi go o pokazanie członka, bo to taki nader istotny widok przecież. Wywracałam oczami tak, że zaczęło mi się kręcić w głowie. Michel, może byś wyjął głowę z miejsca, w którym ją trzymasz, i przyjął do wiadomości, że... a zresztą nieważne. Podejrzewam, że ma ją tam przyrośniętą na stałe. (Utożsamiam narratora z autorem, ponieważ to jego piąta książka, którą czytam, i w żadnej nie ma niczego innego.)

W połowie książki narrator spotyka artystę, który mu mówi, że rewolucjonista musi na brutalność świata odpowiadać większą brutalnością. Daniel wyciąga z tego wniosek, że on przecież też, jak taki rewolucjonista, odpowiada dosadnym dowcipem na brutalność świata(i, jak się domyślamy - dlatego ta powieść jest również taka). Nie zauważa niestety, że głoszenie ze sceny (lub pisanie czarno na białym) tekstów seksistowskich i rasistowskich to bynajmniej nie ośmieszanie przemocy, tylko właśnie jej generowanie.

Wcześniej Daniel trafia do sekty elohimitów, co jest książkową nazwą istniejących w naszej rzeczywistości raelian. Ci wierzą, że ich prorok otrzymał wskazówki od pozaziemskiego ludu Elohim, twórców homo sapiens, którzy wrócą na Ziemię. Do tego czasu należy się klonować i odmładzać. Jak się domyślamy, to właśnie elohimici stworzyli neoludzi. Pozostaje pytanie, jak do tego doszło. Tymczasem nasz bohater spotyka młodziutką i piękną Esther i się w niej zakochuje, ponieważ jest młoda i piękna (z tych samych powodów Esther nie odwzajemni miłości, i złamie serce narratorowi, co ten będzie jej miał za złe, kompletnie nie rozumiem dlaczego). Przy tej okazji raczy nas swoimi przemyśleniami, jak to wszystkie młode i piękne dziewczyny nie nadają się do niczego oprócz seksu i nawet zakupów komuś nie umieją zrobić, bo tak są egoistyczne. Ech, Danielu czy Michelu, niczego na tym wielkim szerokim świecie nie widzieliście. Niczego. Długo również płakałam ze śmiechu nad pomysłem, że elohimici zrobili reklamy nieposiadania dzieci i one okazały się skuteczne. Nie pojmuję, jak można być znanym pisarzem tak kompletnie niczego nie wiedząc o bliźnich. Gdyby to tak działało, że wystarczy logiczne stwierdzenie, że rozmnażanie się to głupi pomysł, ludzkość wyginęłaby już bardzo dawno temu. Nie pojmuję również pomysłu, że niedobitkom homo sapiens zaniknie mowa. Nie sądzę - mogła się okazać przydatna do przeżycia. Wzruszający poza tym jest dwuzdaniowy opis, jak to w Irlandii i Polsce wiara katolicka ot tak wymarła w ciągu mniej niż jednego pokolenia. Bo tak - bo autor tak sobie wymyślił.

Pod koniec swojej relacji Daniel1 wyznaje, że jednak wierzy w miłość, na co oczami już nie wywróciłam, bo nie miałam siły, i tylko zapytałam cicho i uprzejmie, od kiedy on niby wie, czym jest miłość. Przez 400 stron nie nie zauważyłam, żeby miał choćby najbledsze na ten temat pojęcie. Daniel25 zresztą to stwierdzi chwilę później - przeczytał całą opowieść swego protoplasty, i nadal nie rozumie, na czym to mogło polegać.

Nawybrzydzałam niebezpodstawnie i przyznaję, że czytało się to nadzwyczaj ciężko. Jest jednak coś poruszającego w tym świetnie pokazanym zderzeniu sterylnie i niezmiennie żyjących (wegetujących) bez emocji ani kontaktu fizycznego neoludzi, z naszą współczesnością. Z naszym niezwykle niedoskonałym światem ludzi szukających miłości, stawiających seks na piedestale, złośliwych, cynicznych, pokonanych, walczących, przerażonych, pragnących zmiany.

Zaskakująca jest końcówka. Neoludzkość okazuje się jednak nie być cudownym rozwiązaniem wszystkich problemów. Neoludzie najwyraźniej nadal mają te same skazy, które mieli homo sapiens. Daniel25 odrzuca całkowicie ludzkość we wszystkich jej odmianach. W ostatecznym rozrachunku będzie tak samo samotny jak jego genetyczny pierwowzór, tylko już bez fałszywej nadziei, że mogłoby być inaczej.

2019-02-19 09:45:50 Komentuj (0)

---


"Nie otwieraj oczu" Josh Malerman
Obejrzałam film "Birdbox" nie wiedząc, o czym jest, i okupiłam to intensywnym stresem, bo nie mogę oglądać rzeczy, w których może się stać krzywda dzieciom. Tu zaś bohaterka, Malorie, płynie łódką w dół rzeki, mając ze sobą dwójkę pięciolatków, wszyscy mają zawiązane oczy, bo tylko w ten sposób mogą uniknąć zobaczenia tajemniczych istot, które powodują natychmiastowy obłęd i samobójczą śmierć. Ten wątek przeplatany jest wspomnieniami, zaczynając od momentu, kiedy Malorie dopiero jest w ciąży, a na świecie zaczyna się koszmar. 

Książka Malermana (2014), na której podstawie nakręcony został film, jest zbudowana dokładnie tak samo. Zgadzają się również bohaterowie (nieco mniej ich fizyczność). Różnic jest mało, właściwie tylko szczegóły. Napisane jest to bardzo dobrze, wciągająco - oczywiście już wiedziałam, co się wydarzy, więc nie było takiego suspensu, jak w przypadku filmu, ale i tak potrafiłam dokładnie się wczuć w sytuację Malorie. Doskonałe jest tutaj, że zła nie widzimy. Najstraszniejsze, najostrzejsze, największe szpony czy zęby są nadal tylko szponami albo zębami, po pewnym czasie człowiek zwyczajnie przestaje na to reagować, dlatego zresztą zazwyczaj nie czytam horrorów, bo mnie nudzą lub śmieszą. U Malermana jest niewiadome, przeraża sama myśl, że wystarczyłoby tylko spojrzenie.

Film pozbył się książkowych niespójności. Znacznie prawdopodobniejszy jest sposób, w jaki Malorie trafia do domu Toma (w filmie Douglasa). W powieści jest zasugerowane, że istoty mogą dotykać ludzi, co nie trzyma się kupy, wersja filmowa jest lepsza. Poza tym pod koniec książki masowo giną ptaki: gdyby rzeczywiście ginęły na widok istot, to po pięciu latach musiałoby już w ogóle ich nie być, zważywszy, że istoty tam chodzą bezustannie. Nie wspominając o tym, że cały system ostrzegawczy oparty na ptakach nie miałby większego sensu. 


2019-02-17 10:08:59 Komentuj (0)

---


Gardner Dozois "The Year's Best Science Fiction 35" (2017)
To ostatni zbiór pod redakcją Dozoisa, który zmarł w ubiegłym roku.

Indrapramit Das "The Moon Is Not a Battlefield". "I was born in the sky, for war" mówi narrator, ale tak naprawdę urodził się na Ziemi, w Kalkucie i został sprzedany rządowi indyjskiemu, żeby zostać żołnierzem, asurą. Teraz natomiast jest żebrakiem ze slumsów koło windy kosmicznej (takie nadzwyczaj oryginalne i symboliczne zderzenie światów ma to być, najwyraźniej). Indie były pierwszym narodem, który założył na Księżycu stałą bazę, za to nie jedynym, który chciał zagarnąć dla siebie więcej terenu. Stąd księżycowe wojny, opisane z dużym realizmem. Poza tym nuda. W połowie żbłavrem bxnmhwr fvę żbłavrexą, zupełnie nie zrozumiałam po co ani dlaczego.


R.S. Benedict "My English Name". Tingting wchodzi do pokoju 414 w podłym chińskim hoteliku, żeby tam dokonać przemiany w Thomasa Majorsa, który zatrudnia się jako nauczyciel angielskiego. (Autorka faktycznie nauczała angielskiego w Chinach). Cała reszta opowiadania pokazuje nam Chiny z perspektywy ekspata, każąc jednocześnie zastanawiać się, kim właściwie jest narrator. Bardzo dobre.



Rich Larson "An Evening with Severyn Grimes" Girasol podłącza swój system nerwowy do sieci, żeby śledzić bio-biznesmena Severyna Grimesa, który ma 146 lat, ale zamieszkuje młode atrakcyjne ciało. Girasol go śledzi, kiedy wychodzi z walk bokserskich neuralnych marionetek, żeby za chwilę go porwać. Świetny pomysł “You know, if it weren’t for people like you, puppeteering might have never developed. Religious zealots are the ones who axed cloning, after all. Just think. If not for that, we might have been uploading to fresh blank bodies instead of those desperate enough to sell themselves whole.” Sprawne, fajne.



Carter Scholz "Vanguard 2.0". Sergei Sergeiivitch Ivashchenko patrzy w dół na Petersburg, byłyby to 60 urodziny jego ojca, który był nastolatkiem w czasie Czernobyla, czyli jest rok mniej więcej 2030. Sergei ended up in Uber’s NSLAM Division: Near Space Logistics and Asset Management i pracuje jako zbieracz śmieci z orbity. Pojawia się tam szef szefów, który życzy sobie, żeby dostarczyć mu Vanguard 1. Ma też inne plany.



Michael Swanwick "Starlight Express". Flaminio mieszka w starożytnym Rzymie odwiedzanym przez turystów z czterech planet. Ludzie kiedyś budowali międzygwiezdne transmittery, teraz nawet nie wiedzą, jak je wyłączyć. Tymczasem Flaminio spotyka kobietę z bardzo daleka. Dość ładna wizja.



Linda Nagata "The Martian Obelisk". Nominacja do Hugo 2018.


Kelly Robson "We Who Live in the Heart". Ośmioro ludzi żyje w czymś w rodzaju żywego balonu w górnych warstwach helowej atmosfery (nie jesteśmy na Ziemi), przychodzi do nich nowa. “It’s not perfect but it’s better than down below ground. Down there, you can’t move without stepping on someone. Every breath is measured and every minute is optimized for resource resilience. That might be viable, but it’s not human.” Tych, którzy mieszkają stłoczeni pod powierzchnią planety, określa się tu pogardliwym mianem "moles". Świetnie obmyślony świat.



Ray Nayler
"Winter Timeshare". W zimowym Istambule spotykają się dwie zaprzyjaźnione kobiety, noszące nieznane sobie ciała, zwłaszcza Regina, która nosi ciało męskie i tłumaczy używając mnóstwa niezrozumiałych terminów, że na zwyczajową distro nie mogła sobie tym razem pozwolić. Przez chwilę wygląda, jakbyśmy byli w VR, ale autor podkreśla, że to się dzieje naprawdę. Potem orientujemy się, że są to wskrzeszone zmarłe w cudzych ciałach. W zasadzie nic nowego, ale świetnie napisane, z umiejętnie naszkicowanym bogatym zapleczem. Nie zrozumiałam tylko, dlaczego w symulacjach muszą koniecznie uczestniczyć ludzie.



Nancy Kress
"Dear Sarah". Narratorka ma dwóch kuzynów w więzieniu i generalnie niefajną rodzinę, a zaczyna od tego, że nie widziała innego wyjścia. Za chwilę dowiadujemy się, że jakiś czas temu pojawili się alieni i "gave us the Q-energy. Only they didn’t really give it to us, they gave it to the rich guys in Washington and San Francisco and Seattle and Oklahoma City, who just got a whole lot richer selling it back to the country. “A trade partnership” they called it, but somehow people like us got left out of all the trading. We always do." Czyli typowa Kress używająca fantastyki do wycieczek socjologicznych. Bohaterka, która świetnie strzela, właśnie wstąpiła do wojska. Only this time, the army was on the wrong side. Broni bowiem alienów przed terrorystami, a rodzina MaryJo alienów nie lubi. Oczywiście znakomicie napisane, świetna bohaterka, zabawne. "Once somebody suggested sniper school, and I was kinda interested until I found out it involved a lot of math. No way". Zwięzłe, proste, wzruszające.



Alastair Reynolds "Night Passage". Narratorką jest kapitan statku międzygwiezdnego. Opowiada, jak wybudzona z hibernacji odkryła, że statek jest uszkodzony w wyniku sabotażu the Conjoiners, nie ma silników, i za parę dni zderzy się z tajemniczym czarnym obiektem nie posiadającym grawitacji. Interesujące jest i to, jak sobie radzą z problemami, i to, co było później. Bardzo precyzyjnie obmyślone.



Aliette de Bodard "The Dragon That Flew Out of the Sun". Tytułowa historia jest opowiadana dzieciom, żeby wyjaśnić, dlaczego pewien układ planetarny został zniszczony. Ale Lan dorasta i dowiaduje się prawdy. Jej lud, Khiet, i Ro toczyli wojnę. A wojny nigdy nie są proste. Kolejne opowieści kolejnych osób ładnie to pokazują.



Naomi Kritzer
"Waiting Out the End of the World in Patty’s Place Cafe". Narratorce się skończyła benzyna, świat ma się skończyć za 24 godziny, na stacjach benzynowych nie ma już paliwa. Za chwilę się dowiadujemy, że ma w Ziemię walnąć asteroida. Dalej jak w tytule. Subtelne i doskonale realistyczne, niespodziewanie wciągające. Ale nie fantastyka.



James S.A. Corey "The Hunger After You’re Fed". Bohater jedzie w okolice Madrytu, żeby odnaleźć swojego idola, tajemniczego pisarza posługującego się pseudonimem Hector Prima. Jest bliska przyszłość, wszyscy mają zagwarantowany dochód minimalny, co bynajmniej nie rozwiązało wszystkich problemów, a być może nawet stworzyło nowe. Ciekawe.



Jack Skillingstead and Burt Courtier "Assassins". Sonia jest zabójczynią, ale w wirtualnym świecie, co nic nie zmienia, bowiem zabita przez nią postać ginie na dobre. Tu nie mogłam w żaden sposób odwiesić niewiary, nie rozumiem bowiem nijak, dlaczego nie można jej odtworzyć z backupu. Reszta mocno Dickowska w klimacie.



Jaine Fenn
"The Martian Job". "My name is Lizzie Choi, and this is the story of how I became the most wanted person in the Solar System". A wcześniej dostaje wiadomość od swojego brata przyrodniego, zaczynającą się od słów "jeśli tego słuchasz, to jestem martwy". Następnie z więzienia na Księżycu dzwoni matka, która nb nazywa się Maria Kowalski, i bohaterka decyduje się udać na Marsa, żeby doprowadzić dzieło brata do końca. Amerykanów już na świecie nie ma. Fajny świat, fajna narratorka, bardzo sprawna akcja, gatunek heist, mam do tego słabość. Świetne uzasadnienia starych chwytów, na przykład "On Mars, where you need to circulate a manufactured atmosphere to a lot of people living in sealed, confined spaces, you really do need some person-sized ducts". Bardzo fajne.



Lavie Tidhar
"The Road to the Sea". Post-apo ekologiczne. Narratorka nie widziała dawnego (naszego) świata, ale starzy ludzie jej o nim opowiadali. Teraz sama opowiada swoim wnukom. Króciutkie, rzewne.



Greg Egan "Uncanny Valley". W pierwszej części bezimienny bohater wspomina z niezwykłą dokładności różne rzeczy, na przykład maszynę do pisania. W drugiej Adam wybiera się na pogrzeb the old man choć ten przestrzegał go przed tym. Niedługo okazuje się, że jest spadkobiercą, ku niezadowoleniu rodziny. I nie tylko spadkobiercą: posiada 70% wspomnień the old man, i jest androidem, czyli w świetle prawa nie osobą. Nie może latać samolotem, chyba że ze zdezaktywowaną świadomością i w kawałkach (pomijając kawałkowanie, reszta brzmi nawet dość kusząco). Opowiadanie jest natomiast o tym, jak Adam stara się dociec, co ukrywają luki w jego pamięci. Interesujące coś w rodzaju kryminału.



Indrapramit Das "The Wordless". NuTay sprzedaje chai podróżnikom w gwiezdnym porcie. "The starship. The sky. The dun hills. The port plain. They knew this, and this only." Przedziwna rzecz, to wizja zdecydowanie bardziej poetyczna niż realistyczna, zwłaszcza podróżowanie na zewnątrz statku gwiezdnego, ale jakoś to wszystko razem się sprawdza, choć pierwsza połowa nudna, oraz ciężko przywyknąć do konsekwentnego braku płci. Każdy bohater jest "they".



Jessica Barber and Sara Saab "Pan-Humanism: Hope and Pragmatics". Autorki to Amerykanka i Libanka mieszkająca w Londynie, które najwyraźniej poznały się na Clarion Writers’ Workshop w 2015. Jesteśmy w Bejrucie cierpiącym na brak wody. Szesnastoletni Amir mydli się w misting rooms, czyli publicznej łaźni, i tam poznaje Mani. To nowy świat, pełen humanizmu, ekologii, i nieustannego rozwoju osobistego, co jest fantastycznie odmalowane. Poza tym mocno naiwne, aż chwilami się zastanawiałam, czy to nie ironia. Irytują mnie również pomysły, że w świetlanej przyszłości wszyscy będą biseksualni i poliamoryczni, bo przecież wystarczy, że odrzucą błędne stare zahamowania i już.



Harry Turtledove "Zigeuner". Hauptsturmführer Joseph Stieglitz znajduje się po zachodniej stronie Balatonu. Po wschodniej Wehrmacht, Waffen-SS i armia węgierska walczą z Armią Czerwoną. Jesień 1944, już wiadomo, że wojnę przegrają. Esesman Stieglitz natomiast zajmuje się łapaniem Cyganów, przewożonych do obozów koncentracyjnych w Polsce. Nie brzmi jak fantastyka. Dużo wyjaśniania, że w obozach ludzie ginęli, co polskiemu czytelnikowi wydaje się niepotrzebne, ale to nie dla niego przeznaczone. Sama końcówka uświadamia nam, że to historia alternatywna.



Alec Nevala-Lee "The Proving Ground". Grupa ludzi żyjących na morzu, na platformach, chce ustawić na plaży farmę wiatrową, żeby mieć własną energię, ale po ustawieniu w wiatraki tłumnie wlatują rybitwy. Bardzo szczegółowa technika połączona z eko-post-apo oraz "Ptakami"; niezłe.



Tobias S. Buckell
"Zen and the Art of Starship Maintenance". Na statku kosmicznym, który właśnie stoczył wielką bitwę, o pomoc prosi narratora niejaki Armand, człowiek. Narrator jest robotem i odrobinę przypomina Murderbota - oba opowiadania ukazały się niemal jednocześnie. Znakomite do końca, bardzo starannie przemyślane, dowcipne, z inteligentnymi mrugnięciami okiem. Nie pojmuję braku nominacji do nagród (do Sturgeona miało).



Sean McMullen "The Influence Machine". "With the Twentieth Century only months away, education for police is becoming important", wiktoriański narrator więc naucza konstabli o elektryczności i odciskach palców, jest bowiem policjantem naukowcem. A potem wzywają go, żeby zbadał poczynania pewnej pani, która zbudowała przedziwną maszynę. Będę nudna, znowu doskonale napisane do nieoczywistego końca.



Nancy Kress "Canoe". "After this, there will never again be a very first approach to an alien star system by humans. The four of us are human, and we often treat Reuben like one, although personally I have my doubts about Peter." Układ gwiezdny to Luhman 16, w opowiadaniu mający 6 planet. Jest też napęd Yi, właśnie testowany po raz pierwszy. To poza tym chyba pierwszy raz, kiedy widzę u Kress bohaterów w kosmosie, ale ludzie nadal są ludźmi. "The pool of dark in each human being, under the thin exterior, can be terrifying." Ładne, tylko astronomia zupełnie tu nie daje rady.



Kelly Jennings "The History of the Invasion Told in Five Dogs". Dokładnie to, co w tytule. Krótkie i trochę łamiące serce.



Silvia Moreno-Garcia
"Prime Meridian". Bliska przyszłość, Amelia mieszka w Mexico City, w Europie jeżdżą automatyczne taksówki, ale tu nie, bo nie dają sobie rady z ruchem. Są również kolonie na Marsie, o których bohaterka marzy. Na razie mieszka kątem u siostry i jest zawodową przyjaciółką (w Japonii już takie rzeczy istnieją), i wynajmuje ją były facet, który ją rzucił bez słowa. Bardzo piękne, znakomicie odmalowana atmosfera, tylko to w ogóle nie fantastyka.



Ian McHugh "Triceratops". Narrator leci z Australii do "the Athabasca-Slave Conservation Park in Canada, where modern science has resurrected the Pleistocene." Są tam mamuty oraz Neandertalczycy, ale ci są nielegalni w 150 krajach świata i obłożeni fatwą. Styl reporterski, bardzo realistyczny kawałek świata.



Eleanor Arnason "Mines". Narratorka szkicowo opowiada, jak była żołnierką w czasach, w których podróż szybsza niż światło okazała się możliwa, znaleziono planetę z odpowiednią atmosferą, i dwa mocarstwa światowe (EurUsa i RuChin) nie mogły się dogadać, jak ją między sobą podzielić, więc wybuchła wojna. Przeniesiona do rezerwy z powodu PSTD narratorka zostaje na planecie i używa wielkoszczura gambijskiego (importowanego z Ziemi) do wykrywania min zrzucanych przez wroga na pola. Zaskakujące opowiadanie, bardzo rzeczowe, niemal przyziemne.



Rich Larson "There Used to Be Olive Trees". Valentina o poranku czeka prueba. Czwarta. Nikt przed nim nie zdawał więcej niż trzykrotnie. Ucieka z Miasta, nosząc wspomagający go nanoshadow, i spotyka dzikusa, który zabiera mu wyposażenie. Valentin ma na głowie implant pomagający mu rozmawiać z bogami, ludzie jak on zwani są prorokami (tyle, że on nadal nie zdał egzaminu). Klasyczna zapomniana technologia nieodróżnialna od magii. Dość nieoczekiwany obrót spraw pod koniec.



Bill Johnson "Whending My Way Back Home". W poprzednim zbiorze (34), jest "When the Stone Eagle Flies" tegoż autora, razem z dwoma innymi stanowią serię Martin & Artie, o niefortunnym podróżniku w czasie, który musi pilnować właściwego obrotu spraw. Tu się wyjaśnia, dlaczego Kartagina przegrała z Rzymem.



Madeline Ashby "Death on Mars". Do ekipy kobiet na Phobosie (na Marsie ludzie jeszcze nie wylądowali) przylatuje specjalista z Ziemi i wręcza im prezenty od rodzin. Donnie truciznę. Z Phoboas kierują maszynami na Marsie, żeby tam zbudować pomieszczenie mieszkalne przed przylotem załogi z Ziemi, ale zepsuły się wiertła, samo życie. Cudownie realistyczne, bardzo przejmujące.



Bruce Sterling
"Elephant on Table". Ostatni włoski premier, w świecie, w którym Włochy już nie istnieją, ma 104 lata i dom na Sardynii. Przedziwna rzecz, fantastyczna satyra, miejscami zabawna, ale ogólnie nudnawa.



Suzanne Palmer "Number Thirty-Nine Skink". Jesteśmy na pustynnej planecie o dwóch słońcach. Narratorka drukuje jaszczurkę i tęskni za Mikiem. Jest maszyną z AI porzuconą tutaj i kontynuującą swoje instrukcje. Wzruszające, choć trochę na siłę.



Vina Jie-Min Prasad "A Series of Steaks". Nominacja do Nebuli i Hugo 2018, jeden z moich faworytów.


Finbarr O’Reilly "The Last Boat-Builder in Ballyvoloon". Narrator w Ballyvoloon (Cork, Irlandia) spotyka pana rzeźbiącego kałamarnice. Potem ma przelecieć nad wodą. Tam zaś żyją gigantyczne kałamarnice, stworzone przez ludzi w szczytnym celu. Nieco chaotyczne zakończenie, ale pomysł bardzo fajny.



Robert Reed "The Residue of Fire". Znowu the Great Ship, ciekawe czemu Dozois się tak na to uparł. Nieśmiertelny człowiek siedzi i pije herbatkę z alienem, który porusza się tylko między alternatywnymi rzeczywistościami (wybierając tę, w której siedzi i pije herbatkę, oczywiście). Następnie człowiek wysyła aliena na poszukiwanie innego człowieka. Bardzo dziwne, niestety nieco się ugina pod ciężarem własnej dziwności. To jest ten klasyczny problem pisania o obcej fizyce, kulturze i świadomości językiem ludzkim. Nie da się (chyba, że się jest Dukajem, ale to nie ten przypadek).



Maureen F. McHugh "Sidewalks". Narratorka zjawia się w klinice psychiatrycznej, żeby dokonać badania. Jest specjalistką od mowy. Próbuje się porozumieć z pacjentką. Ładne, świetni bohaterowie, ale trochę mi się nie zgadzało, fxbeb Znyav wrfg m eójabyrtłrw yvavv pmnfbjrw, gb fxąq zójv j Byq Ratyvfu?



Michael F. Flynn "Nexus". W elokwentnym wstępie jest mowa o tym, że zbiegi okoliczności są tylko zbiegami okoliczności, nie ma w nich głębszego sensu, chance is not a cause, no matter how nearby she lurks. Następnie poznajemy Siddhara Nagkmura, który siedzi w barze i pije, a potem z niego wychodzi i widzi, jak trzech typków usiłuje się włamać do jego maszyny czasu. Dalej jest więcej zaskoczeń, sporo więcej. Niesłychanie zabawne i lekko odurzające, ponieważ jest tu podróżnik w czasie, wielopłciowy obcy, android, bogowie akadyjscy, I Ching, i mnóstwo innych rzeczy, wszystko zmieszane w perfekcyjny amalgamat pełen aluzji. Fantastyczne w licznych znaczeniach tego słowa.


-> 34


2019-02-15 09:45:09 Komentuj (0)

---


"Sérotonine" Michel Houellebecq
Po publicystycznej "Uległości" "Sérotonine" zaczyna się potoczyście. Narrator sprawia wrażenie kogoś, kto bardzo chce nam opowiedzieć swoją historię, słowa się z niego wylewają. Dla odmiany miał też świetnych rodziców. Jedyne, co zrobili źle, to wybór imienia: Florent-Claude. Teraz bohater ma 46 lat, bierze antydepresanty, i opowiada o swoich wakacjach w Hiszpanii. Ma pracę, która go nudzi i męczy, ma atrakcyjną partnerkę Japonkę, która go nudzi i męczy, i najchętniej by się zabił, ale jakoś tak jednak nie.

Długo się męczyłam usiłując sprecyzować, z kim mi się kojarzy ten styl, te długie na całą stronę zdania, ten gorączkowy sposób narracji, i kiedy w końcu sobie uświadomiłam, zdumienie nie opuszczało mnie jeszcze przez cały następny dzień. Pilch. Ciekawe, czy polski tłumacz to zauważy. Znakomicie zrobiony jest narrator. Antypatyczny w swojej pogardzie dla ekologii, mizoginii (oczywiście), przekonaniu o własnej wyższości (bo ma 700 tysięcy na koncie, zostawione mu przez rodziców).  

Po wyprowadzeniu się z mieszkania, które dzielił z Yuzu (gdyż odkrył, jak go nieprzyjemnie zdradzała), Florent przenosi się do hotelu, rzuca pracę, zaczyna brać antydepresant, i rozpaczliwie szukać pomysłu na życie. W ramach tego szukania spotyka się z byłą dziewczyną, jedzie odwiedzić dawnego przyjaciela, i planuje spotkanie z dawną, największą, miłością. Przekonany jest, że z nią miał szansę być szczęśliwy, i wspomina ją jak Adaś Miauczyński swoją Elę. Naprawdę ciekawe jest na tym tle to, że rozstali się z powodu jego bezsensownej zdrady, i że nawet nie próbował Camille odzyskać. Cóż, jest tylko facetem, i w dodatku produktem wieku XXI: czego się po takich spodziewać.
 
W połowie książki mamy publicystykę, w postaci przyjaciela, który jest arystokratą rolnikiem, i którego wykańczają obniżki cen skupu mleka (żeby je zastąpić importowanym z Polski oraz Irlandii). Będzie dramatycznie, to nie może się skończyć dobrze. Zwłaszcza, że narrator jest inżynierem agronomem. W kwestii życia osobistego też jest ciekawie. Florent doradza przyjacielowi, żeby się nie przejmował, że żona zabrała córki, zawsze może zrobić nowe. A w kwestii kobiety dobrze, żeby się zaopatrzył w Mołdawiankę, taka i krowy wydoi sprawnie, i śniadanie zrobi, i loda.
 
To Houellebecq, więc bohater czyta "Martwe dusze" i "Czarodziejską górę", ale są tu oczywiście i momenty niesmaczne. Jest też odpowiednia dawka mizoginii: z Camille się nie udało (w tej wersji, w której jeszcze nie wiemy o jego zdradzie), bo Florent nie mógł jej poprosić o zostanie jego żoną i "femme au foyer", bo przecież współczesne czasy wymagają od mężczyzny poszanowania dla kobiet robiących przymusowo kariery zawodowe. Wzniosłam tylko oczy do nieba. Głośniej marudziłam przy innej bohaterce, która robi sobie dziecko metodą przespania się z przypadkowym facetem na koncercie.
- Czy ktoś mógłby Michelowi powiedzieć, że współczesne kobiety może i są nieco bardziej samodzielne niż kiedyś, ale poza filmami o Bridget Jones nie robią sobie jednak masowo dzieci w ten sposób? - poprosiłam uprzejmie otoczenie. Potem natomiast zorientowałam się, że nie czepiałam się rodziców Florenta, których los jest mniej więcej równie prawdopodobny co zachodzenie w ciążę z przygodnym mężczyzną. A jednak przyjęłam to z dobrodziejstwem inwentarza: czyżby dlatego, żę to nie moje pokolenie? Uwierzyłam bez zastrzeżeń, że kiedyś ludzie tak mogli?
 
Im bardziej zbliżamy się do końca, tym bardziej ta gorączkowa narracja spowalnia, choć fraza pozostaje doskonała w każdym zdaniu. Namacalnie odczuwamy rezygnację bohatera. Jest przekonany, że nie udało mu się życie. Wzdycha, że mógł był dać szczęście kobiecie. Jęknęłam "sam sobie nie umiesz dać szczęścia, a miałbyś uszczęśliwić jeszcze drugą osobę?!". Poza tym Aymeric miał żonę i dzieci, i w niczym mu to nie pomogło. To Houellebecq, nie ma tu łatwych odpowiedzi, ani prostych postaci. Narrator bywa żałosny, irytujący w swojej bezradności i swojej mizoginii; a jednak ostatecznie mu współczułam. W ostatecznym rozrachunku jedynie to nam pozostaje. Jedynie współczucie.

2019-02-13 09:33:43 Komentuj (0)

---


"Chrobot. Życie najzwyklejszych ludzi świata" Tomasz Michniewicz
Kolumbia, tropikalna Buenaventura. Japonia, przedmieścia Tokio. Finlandia, miasteczko na granicy z Rosją. Czarna Uganda. Białe Zimbabwe. Springfield w stanie Missouri. Kalkuta w Indiach. Rok 1992, 4 dziewczynki, 3 chłopców, mniej więcej sześcioletnich. Nic ich nie łączy, nigdy się nie poznają; najzwyklejsze dzieci świata. Najprostszy pomysł świata: pokazać równolegle ich dorastanie. Niesłychanie wciągająca lektura.


W Zimbabwe biali rodzice siedmioletniego Reilly'ego wyrzucają go z dziesięcioletnim bratem z samochodu, 40 kilometrów od domu (południowoafrykańskiej farmy). To kara za rozrabianie. Mają wrócić sami do domu, na bosaka. Rodzice myślą, że synowie rozbiją obóz w buszu albo znajdą nocleg u gościnnych Afrykanów. Oczywiście wszystko kończy się dobrze, tylko ja czytając mam ze dwa stany przedzawałowe. Tymczasem fiński ojciec Miki idzie grzecznie porozmawiać z rodzicami chłopaków, którzy zaczepiali jego syna. Nie sprawiają więcej problemów. W tym czasie w Japonii siedmioletnia Kanae myje sedes w szkole: nie ma tam ekip sprzątających, uczniowie robią to sami. Madhuri ma przed domem studnię, ludzie czekają tam w kolejce po wodę godzinę czy dwie, "przez cały dzień łańcuch chrobocze po cembrowinie." Ugandyjska matka Marggie, siódmej z dziesiątki rodzeństwa, bije dzieci kijem, tak długo, aż kij pęknie. W Afryce wszyscy tak wychowują dzieci, nikt nie ma traumy ani żalu. To samo opowiada mi moj kolega Benińczyk (parę lat starszy od opisywanych dzieci), który twierdzi, że tylko regularne lanie pasem albo kijem stworzyło z niego dobrego człowieka. Rodzice Kanae jej nie biją, ale również od przedszkola nie przytulają. W Japonii fizyczne okazywanie uczuć uważane jest za oznakę niedojrzałości, a uczeń nie jest już przecież dzieckiem.

Rodzice Caseya się rozwodzą, rodzice Miki również, to samo z Juanitą. Marggie od początku mieszka tylko z matką, która pewnego razu zostawia pięcioro dzieci same na miesiąc, jedzie zarabiać do miasta. Najstarsze z dzieci ma 12 lat. Ale to nic nowego, nawet jak matka jest na miejscu, to i tak one się zajmują domem, wróciwszy ze szkoły, do której chodzą 12 km w jedną stronę. Boso. Madhuri w wieku 12 czy 13 lat (nie zna swojego dokładnego wieku) zostaje wydana za mąż za syna sąsiada, co zostało ustalone, kiedy była jeszcze w łonie matki. Mieszka z mężem i jego ojcem w jednej izbie. Reilly w tym wieku uzbiera pieniądze na bilet lotniczy i poleci sam do Londynu, pierwszy raz w wielkim mieście. Marggie mając 15 lat zachodzi w ciążę, ciotki, u których mieszka, wyrzucają ją z domu, dziecko bierze na wychowanie jej matka - ta sama, która tłukła ją kijem. Dziewczyna wraca do domu, bo chce być z synkiem. Nadal chodzi do szkoły 12 km w jedną stronę, przez dwa lata.

Pada pytanie o 11 września: Amerykanin (oczywiście), Fin i Japonka dokładnie pamiętają, gdzie wtedy byli, gdzie oglądali informacje. Afrykanie i Kolumbijka pytają, co to za data. Hinduska mówi, że datę zna, ale lepiej pamięta trzęsienie ziemi w Gudżaracie.

Przy tym wszystkim Michniewicz ani przez moment nie próbuje nas przekonać do wyższości jakiejkolwiek kultury nad drugą, jednego sposobu życia nad drugim. Opisuje rzeczowo i rzetelnie. Tam jest tak, a gdzie indziej inaczej. Nie wyobrażasz sobie tego? Świat jest pełen ludzi, dla których niewyobrażalne jest twoje życie codzienne.

2019-02-11 09:29:47 Komentuj (2)

---


"Piorun kulisty" Cixin Liu
Świeżo wydane tłumaczenie powieści z 2004 roku (wtedy ukazała się po chińsku, tłumaczenie angielskie pochodzi z ubiegłego roku). W prologu rodzice narratora, wówczas czternastoletniego, giną od pioruna kulistego. Bohater poświęca swoje życie badaniu tego zjawiska. Spotyka major Lin Yun, którą to też interesuje, chociaż zamierza wykorzystać fenomen jako broń. Ma kontakty wśród najwyższego szefostwa wojskowego i może wymusić przeprowadzanie niebezpiecznych eksperymentów, w czym narrator dość biernie jej asystuje. 

Są tu smaczki obyczajowe: bohaterzy lecą do Nowosybirska, odmalowanego ze zdumiewającą dokładnością, łącznie z piciem samogonu do upadłego. Czyżby Cixin Liu (rocznik 1963) zwiedzał te rejony? Na pewno w każdym razie co najmniej czytał sporo literatury faktu, bo cała organizacja tajnych eksperymentów w radzieckich latach sześćdziesiątych wygląda nader realistycznie. Poza tym fascynujące jest to, że Lin Yun bezwstydnie wykorzystuje fakt bycia kochanką prominenta. Sam narrator zaś jest zaskakująco pasywny i bezradny, co w dodatku sam podkreśla. Zastanawiam się, czy tak ma wyglądać chińska moralność, czy może to znak szczególny autora. Dalej mamy dużo szczegółów technicznych, chociaż rzecz się nieco zestarzała przez te kilkanaście lat. Teraz wiadomo już, że pioruny kuliste są z plazmy, co Liu odrzuca wdając się w znacznie bardziej fantazyjne hipotezy. Pojawia się też wykorzystanie SETI@home, co mnie szalenie rozczuliło. Kiedy to było... Dalej natomiast jest o moralności naukowców, których odkrycia mogą być wykorzystane do stworzenia broni, oraz bardzo nowatorskie i sprzeczne ze stanem współczesnej wiedzy podejście do mechaniki kwantowej.


2019-02-09 20:05:44 Komentuj (0)

---


"Uległość" Michel Houellebecq
Narrator zrobił doktorat z twórczości Huysmansa, pracuje jako adiunkt na Sorbonie, jest czterdziestoletnim intelektualistą - i maczo, co mu wypomina była dziewczyna, on nie zaprzecza. Tu jest sprzeczność. Dlaczego wymoczkowaty pięknoduch, który nie zamierza zakładać rodziny ani wiązać się na stałe, jednocześnie twierdzi, że kiedyś było lepiej, małżeństwa były trwalsze, i rodziło się więcej dzieci? Być może dlatego, że jest to punktem wyjścia do dalszych rozważań. Podobno od tradycji rodzinnych się nie odchodzi (polemizowałabym), osoby wychowane w religijnej rodzinie przekazują te wartości dalej, a ponieważ jednocześnie lepiej się rozmnażają, długofalowo musi nastąpić powrót do religii. Państwo świeckie jest tylko chwilowym zachwianiem rzeczywistości. W dalszym ciągu książki mamy wybory w 2022, do drugiej tury przechodzi kandydatka Frontu Narodowego (jak rzeczywiście było w 2017, chociaż piszący to w 2014 autor prognozował wygraną Hollande'a) i kandydat założonego w 2017 Bractwa Muzułmańskiego (to na razie tylko w świecie powieściowym). Wygrywa ten ostatni, uzyskując poparcie między innymi katolików, ponieważ muzułmanie szanują chrześcijaństwo. Wielokrotnie o tym z nimi rozmawiałam, potrafią cytować Biblię, i mówią, że wolą katolika od ateisty - ten pierwszy musi tylko zmienić religię, a wierzą przecież w tego samego boga.

Nowy prezydent robi z Sorbony uczelnię islamską i odsyła narratora na przedwczesną emeryturę, płacąc mu bardzo wysoką rekompensatę. Podnosi również kwoty świadczeń na dzieci, żeby kobiety zrezygnowały z pracy, dzięki czemu natychmiast zmniejsza się bezrobocie. Za to obniża nakłady na szkolnictwo, jest teraz obowiązkowe tylko do 12 roku życia, a kobiety na pewno nie powinny edukować się dalej, mają się przecież zajmować domem i rodziną. Jest to wszystko napisane bardziej publicystycznie niż powieściowo, ale jest to bardzo ciekawa wizja.

Kolejna niewątpliwie inteligentna (choć "Mapie i terytorium" nie dorasta do tylnej okładki), starannie obmyślona i miejscami błyskotliwa książka, do której mam parę zarzutów. Po pierwsze, autorze, jak chcesz pisać powieść futurystyczną, to dobrze, żebyś nadążał za teraźniejszością. Co w 2022 robią taksówki, Meetic, i papierowe książki? Już w 2015 były passé. Po drugie, pomysł płacenia strasznych pieniędzy wykładowcy specjaliście od Huysmansa jest całkiem absurdalny. Po trzecie, nie przekonało mnie nieszczere płakanie nad losem kobiet sprowadzonych przez islamską władzę do roli kucharek i kochanek (oraz w domyśle matek, ale to Houellebecq jakoś zupełnie pominął, co też jest swoją drogą ciekawe), ponieważ narrator (i zdaje się, że autor też) jest mizoginem i tego nie ukrywa. W ogóle nie przekonuje mnie straszenie upadkiem świata zachodniego opartego na chrześcijaństwie, bo uważam, że to naturalna kolej rzeczy. Jedne kultury przemijają, inne powstają, każda ma wady i zalety. Jak wygląda kraj rządzony przez katolików, akurat wiem, i to nieco lepiej niż Houellebecq. Wyjechałam stamtąd.


2019-02-07 09:54:04 Komentuj (0)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Anglik w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem