DS magazine
Bertrand Russell

"Brick Lane" Monica Ali

W 1967 w bangladeskiej (ówcześnie wschodni Pakistan) wiosce na świat przychodzi Nazneen (dzieląca z autorką tej debiutanckiej powieści z roku 2003 datę i miejsce urodzenia, ale tylko tyle - Monica Ali miała matkę Brytyjkę i do Londynu trafiła znacznie wcześniej). Jej matka jest bardzo zaskoczona, bo myśli, że to niestrawność. Dwa lata później urodzi się Hasina, której wyjątkowa uroda będzie powodem kłopotów. Szesnastoletnia młodsza z sióstr ucieka z bratankiem właściciela tartaku, a osiemnastoletnią Nazneen ojciec wydaje za mąż za Banglijczyka w Londynie. Dziewczyna trafia do ubogiej, hindusko-pakistańskiej dzielnicy wielkiego miasta (główną ulicą jest tytułowa Brick Lane), w kraju, którego języka nie zna. Mąż jest dla niej dobry, nie bije, nie ma specjalnych wymagań, ale nie widzi potrzeby, żeby uczyła się angielskiego, ani żeby szła do pracy. Jest sfrustrowany życiem imigranta, uważa się za wykształconego intelektualistę, ale w pracy nie dostaje awansu. To postaci wnikliwie naszkicowane bardzo subtelnym piórem, nie ma tu żadnego silenia się na okropności, choć zapewne dałoby się takie znaleźć, długo nie szukając. Jest tu samo życie. Bohaterka po prostu tęskni za domem i siostrą, z którą regularnie wymieniają listy (choć Hasina jest półanalfabetką) i która nie może sobie ułożyć życia. Tymczasem Nazneen rodzi syna.

Monica Ali bez uproszczeń pokazuje skomplikowaną sytuację imigranta, w pierwszym pokoleniu, kiedy się oskarża wszystkich wokół o rasizm - i w drugim, kiedy rodzice domagają się kultywowania tradycji i straszą powrotem do starego kraju, a urodzony i wychowany w nowym świecie człowiek jest tą perspektywą przerażony. Są tu również nieoczywiste rozważania na temat małżeństwa aranżowanego, zawartego między obcymi sobie osobami: jak to wygląda po wielu latach przyjmowania tego człowieka obok siebie za oczywistą część życia. I czy naprawdę się tak różni od związku, na początku którego było zakochanie. 

Pod koniec książki jest 11 września. Sytuacja muzułmanów w świecie zachodnim, w tym w Anglii, ulega zmianie. Wtedy pomyślałam, że Monica Ali napisała bardzo brytyjską książkę dla Anglików, która zapewne miała ich przekonać, żeby się nie bali sąsiada o ciemniejszej skórze i odmiennej kulturze. Tymczasem za rogiem już czaił się zalew przybyszy z Europy Wschodniej, czego nikt jeszcze wtedy nie przeczuwał. A teraz, kiedy to czytam po ledwie szesnastu latach, znowu nie wiemy, jak to koło obróci się za chwilę.


2019-07-16 07:37:04 Komentuj (1)

---


"Zachcianki"

Złapałam ten zbiór z roku 2012 odkrywszy, że są w nim prawie same znane nazwiska oraz przede wszystkim Dukaj, ale nie sprawdziłam, jakie jego opowiadanie. Okazało się, że znany mi już "Portret nietoty", co mi nie przeszkodziło przeczytać go ponownie, z niesłabnącym zachwytem. Jest tu i cudowny, oryginalny pomysł, i wspaniałe wykonanie, i dopracowany każdy drobiazg, i zachwycający styl. Zdaje się, że trochę zapomniałam, jaki to dobry pisarz, tylko dlaczego on nie pisze! (Pisze, właśnie wydał eseje.)
 
Zbiór otwiera opowiadanie Sylwii Chutnik o dwóch kobietach, które pocieszają się wzajemnie, jedna straciła męża, druga kota. Nieco karkołomne, ale bardzo dobrze napisane. Potem jest Łukasz Dębski (autor głównie książek dla dzieci) z oniryczną historyjką o nieśmiałym doktorze Motylu, filmoznawcy. Gretkowska daje pseudointelektualną i raczej wtórną opowiastkę o spotkaniu Marylin Monroe z Freudem. Krystyna Kofta natomiast stwarza bohaterkę pracującą w burdelu zorganizowanym na wzór korporacji, choć przyjemności cielesne zupełnie jej nie interesują. Ciekawa wizja, nieco satyryczna, acz nie tylko. Wojciech Kuczok oczywiście świetny stylistycznie, bardzo niesmaczny, i jest to opowiadanie z twistem. Miłoszewski próbuje sił w fantastyce bliskiego zasięgu: pornografia okazała się mieć świetny wpływ na ludzi, jest więc legalna i sprzedawana w sieciówkach, a narrator tworzy filmy porno na prywatne zlecenia. Niezłe, chociaż jak to Miłoszewski, raczej wysilone i nieco drewniane. Nie ma on lekkości pióra jednak. U Plebanek nieco podobnie: znudzone żony zakładają fuckclub i wszyscy są szczęśliwi. Zupełnie inne jest opowiadanie Magdaleny Tulli: żadnej tu dosłowności, po latach spotykają się dwie dawne koleżanki, przyjaciółki, kochające się, nienawidzące? Bardzo podobnie u zamykającego zbiór Twardocha, którego tematyką również jest wieloznaczna relacja między kobietami.

Dość interesujący zbiór, ale jestem jednak cokolwiek rozczarowana, że aż tylu pisarzom hasło zmysłowość kojarzy się wyłącznie z pornografią i seksem dla każdego, ewentualnie z parą lesbijek. Dukaj świeci na tym tle jak słońce. Choć przyznaję, że i u Kofty i u Miłoszewskiego jest drugie dno.


2019-07-14 09:49:00 Komentuj (0)

---


"Szwindel" Jakub Ćwiek

W prologu umiera Ferdynand Górski, mieszkaniec domu starości. Całkiem normalnie, na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc, po siedemdziesiątce. Zaprzyjaźniona z nim pielęgniarka ma do spełnienia ostatnią misję. W pierwszym rozdziale Olgierd Pychel wstępuje na chwilę do kawiarni i pada ofiarą wymyślnej kradzieży. W drugim Kaśka czeka na swojego partnera Mikołaja, kiedy pojawia się tajemnicza pani z wizytą, w sprawach osobistych. Jest to wszystko bardzo sprawnie napisane, lekkim piórem, wciąga od pierwszej chwili. Nie zdradzę tajemnicy mówiąc, że mowa o artystach przekrętu, co jest sygnalizowane przez autora licznymi nawiązaniami do "Vabanku", Żądła" czy nawet Sherlocka Holmesa, których bohater nieodmiennie nie widział, nie zna się, nie interesuje, ale to jedyne, co mnie lekko tu zirytowało. Córka Anki nazywa się najpierw Iga, potem Wisia, ale ponieważ jest imię, które można zdrobnić na oba sposoby, to może to jednak niekoniecznie pomyłka. Postaci dobrze nakreślone, przerzucamy się zręcznie między licznymi bohaterami, a w tle cały czas wisi pytanie, jaki będzie ten tytułowy szwindel, bo że autor nas zaskoczy, to pewne. Jest też nieoczekiwana brutalność, i w sumie historia okazuje się mroczniejsza, niż mi się zdawało na początku.

2019-07-12 10:19:34 Komentuj (0)

---


"Z miłości? To współczuję. Opowieści z Omanu" Agata Romaniuk

Miałam wrażenie, że to książka o dziewczynach, które wyjechały do Omanu za mężem, i nie skończyło się to dla nich dobrze. Od razu pierwszy zwięzły rozdział rozwiał to przeczucie. Autorka jest w nim w ciąży, w Omanie od dwóch miesięcy, przyjechała tam z polskim mężem i rozmawia z młodą Omanką. Ta jej tłumaczy o małżeństwach aranżowanych, drugich żonach, kontraktach ślubnych i zapisanych w nich prezentach za urodzenie dziecka. Słucha z kolei o Polki małżeństwie z miłości i konkluduje "Z miłości? To współczuję, musisz wszystko robić sama, rodzić wszystkie dzieci, i możesz zostać z niczym". Autorka zamyka te dywagacje suchym "dziewięć lat później przekonałam się, że miała rację". Podobny punkt widzenia pojawi się ponownie w rozdziale trzecim, gdzie Bożena, polska Omanka, powie, że wszystkie żony dziedziczą po mężu po równo i lepiej przecież być drugą żoną, niż kochanką, która zostaje z niczym. Podobno jej matka przyjechała kiedyś z wizytą, obejrzała tamtejsze życie i westchnęła, że sama by została czyjąś drugą żoną.

Historia Bożeny w ogóle jest bardzo ciekawa: jako osiemnastolatka w 1968 poznała we Włocławku przyszłego męża, Omańczyka. Wzięli ślub, urodziły się dzieci, zamieszkali w Polsce. Ona była oczywiście katoliczką, on muzułmaninem, ale to mu nie przeszkodziło w zaniesieniu dzieci do chrztu. Przekonywał, że to przecież ten sam Bóg (rzeczywiście dużo moich znajomych twierdzi tak samo). W roku 1970 do władzy w Omanie doszedł nowy sułtan (o nim można tu przeczytać w drugim rozdziale), który wezwał Omańczyków do powrotu i budowania nowego kraju. W 1976 Talib wyjechał, rok później wysłał zaproszenie Bożenie. Nie bez obaw pojechała - i została. Jej mąż był nowoczesnym Arabem, prosił, żeby się nie zakutała w szaty, zachęcał ją do pracowania, i nie zamierzał brać kolejnych żon.

To jedna strona medalu. Po drugiej jest to, że Omanki muszą mieć prawnego opiekuna - oczywiście mężczyznę. Bez niego nie mogą na przykład zajmować się handlem. Mąż może się rozwieść z żoną kiedy chce, nawet bez jej wiedzy (nowoczesna technologia pomaga, teraz kobiety dostają z sądu smsem informację o rozwodzie); kobieta o rozwód może co najwyżej prosić. W Omanie nie istnieje pojęcie gwałtu małżeńskiego ani przemocy domowej. Jedynym powodem do rozwodu jest zdrada męża.

Natomiast nieoczekiwanie wielożeństwo może sprzyjać lesbijkom. Agata Romaniuk dotarła do pary żon jednego mężczyzny: pierwsza wybrała tę drugą dla siebie. Jedyną niedogodnością jest konieczność spełniania obowiązków małżeńskich, poza tym żyją razem szczęśliwie, nikt nie się nie interesuje tym, że chodzą wszędzie razem, ani tym, co robią w łóżku za zamkniętymi drzwiami. Ba, nawet wizyty u ginekologa odbywają się pod nadzorem męża i pierwszej żony, którzy stoją za parawanem.

Mimo tak sprzyjającego mężczyznom klimatu, ci nadal wyprawiają się po młode żony do Indii, gdzie kwitnie handel dziewczynkami. Są podobno bardziej uległe niż Omanki, w co trudno mi uwierzyć, zważywszy wszystko powyższe. To najcięższy rozdział tej książki. I w ogóle tylko z trudem potrafię uwierzyć, że świat gdzieś tak może wyglądać w roku 2019. Ogromna część świata w dodatku.

2019-07-10 09:09:39 Komentuj (2)

---


"Fall; or, Dodge in Hell" Neal Stephenson

W pierwszym rozdziale Richard "Dodge" Forthrast, starzejący się multimilioner, który dorobił się na niezwykle popularnej grze sieciowej, budzi się i wstaje z łóżka, a w tym czasie rozmyśla. O drzemkach, ich nieodzowności dla ludzkiego umysłu, ich definicji, zrywaniu łącznika między ciałem i umysłem, różnicy między snem a śmiercią, mitologii greckiej i nordyckiej. W drugim rozdziale bohater jedzie autobusem i rozmyśla o naturze świadomości. Czyli wiemy, jakiej tematyki oczekiwać dalej, a klimat jest cokolwiek osiemnastowieczny, jak należało się tego spodziewać po tytule, chociaż czasy są zdecydowanie współczesne i ponieważ to Stephenson, wiadomo, że dalej będzie technothriller. Tymczasem jednak Richard umiera, a jego współpracownik i siostrzenica Zula stają przed pytaniem, co dalej, które w tym przypadku nie ma tak oczywistej odpowiedzi, jak zazwyczaj.

Mamy tu bardzo szczegółowy opis tworzenia świata, łączący mitologie i religie. Spójny i pomysłowy, czasem błyskotliwy, miejscami zabawny, miejscami dający do myślenia. Istotnie, trudno byłoby nam wymyślić coś zupełnie nowego, lepszego, odciąć się od starych idei i pragnień. Nawet w tej nowej formie ludzie pozostają ludźmi, jeśli zachowana ma być ciągłość świadomości - a z nią idą ograniczenia. Nie bardzo natomiast rozumiałam pomysł stylizacji narracji i dialogów: dlaczego nie mogliby rozmawiać normalnie, tak jak ostatnio to robili, tylko muszą koniecznie w ten archaiczny sposób?

Następnie jest trzy lata później, Dodge oczywiście dalej nie żyje, natomiast jego współpracownik Corvallis (nerd z aspergerem) wplątuje się w gigantyczny hoax internetowy, co daje autorowi punkt wyjścia do obfitego narzekania na internet, który Dodge określał mianem "the Miasma". Jest dość jasne, co autor "Zamieci" czuje patrząc na współczesne media społeczne, i dlatego tutaj podejmuje dość radykalne postanowienie - zniszczyć internet, żeby zastąpić go nowym lepszym rozwiązaniem. Wzruszające, bo chwilami czyta się to nieco jak stary dobry cyberpunk z początku lat 90. Oraz rozczuliłam się, kiedy Corvallis grzebał w bazie danych w cloud, żeby wyciągnąć z niej pewne wnioski, ponieważ część mojej pracy polegała akurat na analizowaniu bazy danych w cloud (i stwierdzaniu przy okazji, że Francuzi masowo oglądali dziecko Meghan Markle). Rozczuleniu towarzyszyło jednak pewne rozczarowanie, bo kiedyś fantastyka to był wizjonerski rozmach, infostrady, awatary, błyskotliwi hakerzy i guru komputerowi; jeśli dzisiaj mam czytać o tym, co robię w pracy, to jaki to ma właściwie sens? Naprawdę ciekawie zaczyna się robić w 62%, kiedy oglądamy wpływ tej nowej technologii na życie ludzi w Meatspace - to jest dobrze przemyślane. Doskonałym pomysłem jest brak komunikacji rebooted dead z żywymi, trochę na zasadzie sugerowanej już przez Silverberga w "Rodzimy się z umarłymi".

Część trzecia dzieje się 17 lat później, bohaterką jest Sophie, córka siostrzenicy Richarda, już teraz dorosła. Świat natomiast cokolwiek się zmienił, aczkolwiek nie poszliśmy tu w stronę katastrofy ekologicznej, co z jednej strony jest pewnym wytchnieniem po dziesiątkach głoszących to ostatnio powieści, a z drugiej strony wytrzeszczałam jednak oczy, zastanawiając się, czy Stephenson nie zna najnowszych przepowiedni na temat zmian klimatycznych, czy też ma je w nosie. Po pewnym czasie dowiedziałam się, że to ostatnie w grę nie wchodzi: są tu napomknienia sugerujące, że ludzie się opamiętali i zadbali o środowisko, ale temat nie jest poruszony bardziej.

Jest tu dość ciekawa diagnoza problemów z sieciami dostępnymi na okrągło - ludzie mogą żyć nieustannie w swojej własnej halucynacji, karmieni memami, nie mając styczności z rzeczywistością. Nie potrzebują nawet spójnych teorii spiskowych. To całkiem słuszna obserwacja również i we współczesnej Polsce. W każdym razie mamy tu rozwarstwienie Stanów na północ i południe, co daje również możliwość rozegrania nakazów Księgi Kapłańskiej. Owszem, zabawne i dobrze pomyślane, ale widziałam to ostatnio tyle razy, że o oryginalności trudno mówić. Są tu jednak również granice fraktalne, fundacja rodziny Shaftoe - Waterhouse, i Enoch Root. Ukrzyżowany. Tak, to niewątpliwie Stephenson, a w 30% powieści przechodzimy nawet do sedna, i jest bardzo wciągająco, chociaż miejscami - nadal - rozwlekle. I tak będzie do ostatniej ćwierci, która robi się znakomita. To prawdziwa heroiczna fantasy najwyższej klasy, z ogromnym rozmachem i niezwykle skomplikowanym światem, z mapami świata, wielkim gadającym krukiem, barbarzyńską księżniczką, olbrzymami, herosami, bogami i aniołami, oraz Questem. Są tu i elementy oryginalne: choćby ten rozdział na Sprung i Spawn, logiczny i doskonale pomyślany. I oczywiście niezliczone smaczki, dowcip miesza się tu z powagą, a niezwykłe jest tu, że nietypowo dla gatunku - czytelnik wie więcej, niż bohaterowie. I dopiero teraz docenia dotychczasową drobiazgowość w tworzeniu całej mitologii. Bez tego podłoża nie dałoby się docenić końcowego rezultatu.

Jaka jest ostateczna konkluzja, wiadomo właściwie niemal od początku, czym byłam nieco rozczarowana, ten autor nie do tego mnie przyzwyczaił. W połowie Enoch Root mówi otwartym tekstem, o co chodzi. Lecz przyznam, przez tydzień chodziłam myśląc, czy to jednak mogłaby być prawda.

Kolejny raz u Stephensona mam wrażenie, że przeczytałam cztery powieści skondensowane w jedną. Połączenie gatunków literackich, oraz religii i mitologii zrobione jest świetnie, doskonale logicznie, to zupełnie nowe wyżyny. Chylę czoła przed umieszczeniem Cryptocomiconu, Cyklu Barokowego i Reamde w tym samym świecie (i, jak zgaduję, borwemryvśzl jłnśavr wrtb xbavrp... xgóel olć zbżr oęqmvr chaxgrz jlwśpvn qb pmrtbś mhcrłavr vaartb). Dałoby się tu jednak wyciąć ze środka te początkowe etapy rozwoju świata, tego jest naprawdę chwilami za dużo i za monotonnie, i dlatego pierwwszy raz odkładałam książkę Stephensona z poczuciem, że być może ponownie jej już nie przeczytam. Nie rozumiem również, wnxvr jłnśpvjvr mnqnavr zvnł qb fcrłavravn Rabpu Ebbg v qynpmrtb j xbńpbjrw vqlyyv avr jvqmvzl Mhyv.


2019-07-08 09:49:51 Komentuj (0)

---


"Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL" Aleksandra Boćkowska

Luksus PRL-u kojarzy mi się z boazerią, którą mieliśmy w przedpokoju, a zwłaszcza z jej najbardziej zdumiewającym elementem - łukiem poniekąd gotyckim. Dlaczego Matka moja, dysponująca niezłym gustem i ceniąca raczej umiar, postanowiła zrobić sobie w domu coś takiego, pozostaje dla mnie teraz zagadką, w dzieciństwie bowiem przyjmowałam to oczywiście jako status quo. Zgaduję, że w planach miało to wyglądać inaczej, wyszło jak wyszło, to też znak rozpoznawczy tamtych czasów. Boazeria była lakierowana, i kiedyś wykonałam na niej długopisem napis "Lufthansa". Dlaczego, to druga nierozwiązywalna zagadka sprzed lat. Poza tym ówczesny luksus kojarzy mi się z kawiorem i łososiem wędzonym serwowanymi uparcie przez moją ciotkę, nawet jeszcze w czasach zupełnie współczesnych. Tak było kiedyś, i tak było elegancko, to po co zmieniać. Ponieważ u ciotki bywaliśmy często, a poza tym kawior dostarczał również i wujek pracujący za wschodnią granicą, to gdy kiedyś Mama zapytała mnie nieopatrznie w tramwaju, co życzyłabym sobie na kolację, ze zgrozą usłyszała w odpowiedzi wygłoszone stanowczo "kawiorek!". Usłyszała nie tylko ona, ale i cały tramwaj, gdyż głos miałam od urodzenia stentorowy. Nieraz wspominała spojrzenia, jakimi została wtedy obrzucona.

Aleksandra Boćkowska zaczyna od Gdyni powojennej, gdzie domki pobudowali sobie marynarze, ówczesna elita: pływali i mieli dostęp do dóbr świata, w przeciwieństwie do reszty narodu. Przywozili te dobra, i uważani byli za bogaczy. Autorka udowadnia, że w rzeczywistości było raczej przaśnie i siermiężnie. Jak i potem, za Gomułki, który krzyczał, że po co komu szynka, skoro można zjeść szczawiową z jajkiem. Z punktu widzenia dzisiejszej dietetyki można mu tylko przyklasnąć. Wszystko się zmienia. Gomułkę zastąpił Gierek, a ten jak wiadomo nabrał kredytów i nasprowadzał towarów, polskie pojęcie luksusu zaczęło wyglądać inaczej. 

Jest tu rozdział o Pile, która po reformie w 1975 roku stała się stolicą województwa, a jej nowy wojewoda Andrzej Śliwiński zapragnął, żeby miasto dorosło do tego statusu. Był ambitny i energiczny, stąd ówczesne "pilskie przyspieszenie". Dalej jest o niedobitkach polskich arystokratów, którzy po wojnie na przykład hodowali pieczarki, na szparagi w Polsce bowiem popytu nie było. Jest o górnikach, elitarnej Saskiej Kępie, hotelach w Zakopanem, hotelu Victoria, i producentach zegarków. Autorka ma dość publicystyczny, suchy styl, lubi wyliczenia i równoważniki zdań, i jest bardzo rzeczowa, co zabawnie kontrastuje z tematyką książki. 


2019-07-01 23:50:15 Komentuj (3)

---


"Przedrzeźniacz" Walter Tevis

Spofforth jest robotem, Marki 9, najdoskonalszym stworzonym przez człowieka. Nosi w sobie osobowość depresyjnego inżyniera. Chciałby umrzeć, ale nie może się zabić, bo celowo wbudowano mu ograniczenia. A teraz rządzi konającym światem za tysiąc lat, gdzie zostało parędziesiąt milionów ludzi, bezustannie ogłupiających się narkotykami, nieumiejących nawet czytać. A wręcz jest to zakazane, jako szkodliwe. Chyba, że ktoś jednak się nauczy, jak drugi bohater, Paul Bentley, którego poznajemy przez jego dziennik, w którym odkrywa prawdę o świecie.

Narracja i antyutopijny obraz świata bardzo w stylu lat 80, w czym nic dziwnego, bo powieść wydana została w roku 1980 (i nominowana do Nebuli). Pobrzmiewają tu oczywiście echa "Nowego wspaniałego świata" i "Czy androidy..." Dicka. Tak samo jak one, pozostaje aktualna. Nadal łatwo można sobie wyobrazić świat, w którym ludzie tak długo wymyślali coraz znakomitsze ułatwiacze życia, wytłumiacze emocji i inne ersatze wszystkiego, aż przesadzili i nie zostało już nic.


2019-06-24 13:50:11 Komentuj (0)

---


"The Tea Master and the Detective" Aliette de Bodard

Ogromne rozczarowanie, że Nebuli za minipowieść (novellę) nie dostał Murderbot, było tym większe, że dostała ją de Bodard. Czytałam kilkanaście jej opowiadań, bo z jakichś przyczyn Dozois ją ukochał, nie podobało mi się właściwie żadne. Z niejasnych przyczyn nie umiem zaakceptować rodzenia przez kobiety umysłów statków podróżujących przez deep spaces. Odległa przyszłość, niewyobrażalna technologia, a inkubatorów nie mają? Natomiast tutaj jest dość fajne otwarcie. Do statku kosmicznego przychodzi pani w interesach. Statek natomiast jest ubogi i przymierający głodem, ponieważ już nie chce zanurzać się w podprzestrzeń po strasznej traumie, której doświadczył jakiś czas temu (nie rozumiem, nie mają tam psychologów i terapii dla statków?) Musi się zgodzić na propozycję. Specjalizuje się poza tym w parzeniu mieszanek herbacianych pozwalającym ludziom funkcjonować w deep spaces. Long Chau zaś jest specyficzną wersją Sherlocka Holmesa, i razem będą prowadzić dochodzenie w sprawie dawnej śmierci. Odsuwając na bok środowisko, którego nie cierpię, są tu zupełnie niezłe postaci oraz relacje między nimi, na które mają wpływ tradycje azjatyckie. To dość oryginalne podejście, i w zasadzie żałuję, że nie podoba mi się to uniwersum bardziej.

2019-06-16 19:44:33 Komentuj (0)

---


"Ota Pavel. Pod powierzchnią" Aleksander Kaczorowski

Mogę sobie postanawiać do woli, że nie będę już czytać o Zagładzie, a ona mnie i tak znajdzie. Chociaż czego się spodziewałam. Wojna kładzie się cieniem na biografii każdego człowieka urodzonego w wieku XX. Jeśli nie dotknęła jego samego, to jego rodziców lub dziadków. A już na pewno, jeśli nosi w sobie ślad krwi żydowskiej. Ota Pavel urodził się zaś w roku 1930 jako Ota Popper, z matki Czeszki i ojca Żyda, ale niepraktykującego. Ten miał natomiast w Trieście bogatego stryja, Leopolda Poppera, który stał się pierwowzorem Leopolda Blooma, tego bohatera najsłynniejszej powieści XX-wiecznej, który pewnego czerwcowego dnia włóczy się ulicami Dublina. Jego córka - kuzynka zatem Oty Pavla - była natchnieniem dla postaci Molly, tej od monologu końcowego, James Joyce był bowiem w Trieście jej nauczycielem angielskiego. Świat jest mały i zaskakujący.

Wracając natomiast do kwestii żydowskiej, rozumiem - w żaden sposób niczego nie usprawiedliwiając - że w przedwojennej Polsce Żydzi byli wyraźnie widoczni, odmienni, kłuli w oczy odrębnością. Natomiast w Czechosłowacji sytuacja miała się zgoła inaczej: dzięki świeckości państwa już na początku wieku połowa Żydów uważała się za Czechów albo, o zgrozo, za Niemców. Nie bardzo nawet wiedzieli, że są w jakiś sposób inni. Nie było tam w związku z tym antysemityzmu, dopóki nie pojawił się w sąsiednich krajach około 1937. Wtedy zaczęto przebąkiwać o rozwiązaniu tej kwestii, a kiedy weszli Niemcy, nic już do gadania nie było.

Mieli matkę aryjkę, więc dwaj starsi synowie Leona Popppera trafili do getta dość późno. Dzięki temu przeżyli. Jiří do Auschwitz wywieziony zostali ostatnim transportem, jesienią 1944. Przeszedł przez selekcję doktora Mengele, potem trafił do Mauthausen. Wrócił, ale w strasznym stanie. W tym czasie nieletni Ota został z matką. Nie umiem sobie nawet wyobrazić, co musiał przeżywać nastolatek, odkrywający cierpienia braci i ojca z powodu pochodzenia, o którym wcześniej nawet nie myśleli. Kaczorowski podkreśla tę kwestię, w niej bowiem upatruje źródła późniejszej choroby psychicznej pisarza. Był leczony już w wojsku, mając 21 lat, ale katalizatorem późniejszych poważnych problemów było powiedzenie przez hokeistę "Do gazu, Żydzie". Nazwisko natomiast rodzina zmieniła w roku 1955. Wtedy pisarz poznał swoją przyszłą żonę (zresztą starszą o 6 lat i mającą już dwóch synów).

Jest tutaj przejmujący i zdumiewający fragment o tym, jak w getcie w Terezinie w czerwcu 1944 (!) roku nakręcono film propagandowy na użytek Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Niency chcieli udowodnić, że Żydom żyje się tam świetnie. Do końca roku większość aktorów zginęła w Auschwitz, a jedną z pierwszych ofiar był reżyser filmu.

Byłam przekonana, że Ota Pavel popełnił samobójstwo. Okazuje sie, że wprawdzie o tym często myślał, ale jego przedwczesna śmierć była wynikiem nieleczonych skutków ubocznych litu, który wtedy był nowym lekiem na dwubiegunówkę. Pomógł pisarzowi, pozwolił mu napisać "Śmierć pięknych saren" - ale ostatecznie odebrał mu życie.

Dobrze się czytająca, miejscami nieco chaotyczna biografia, w której - podobnie jak u Kostyrko - widać autora, czasami w reportażowym stylu relacjonującego, jak spotykał ludzi i oglądał miejsca związane z bohaterem. Podoba mi się ten chwyt, chociaż nieco bym to zredagowała, niekoniecznie musimy wiedzieć, że autor odwiedzał te miejsca z Mariuszem.


2019-06-13 09:26:51 Komentuj (5)

---


"Kult" Łukasz Orbitowski

To dziwne uczucie, kiedy się bierze do ręki nowego Orbitowskiego, a tam Myśliwski. Podział jest nie na rozdziały, tylko na taśmy, każda datowana na lipiec 1997, Oława. Narrator zwraca się do rozmówcy per "panie Łukaszu", i ze swadą opowiada o swoim życiu, choć głównym tematem jest jego brat. Henio zawsze był inny, dziwny i rozmodlony, a w latach osiemdziesiątych na działkach zaczęła mu się regularnie ukazywać Matka Boska. Co bratu, księdzu i miejscowej władzy przysporzyło nie lada problemów.

O tym, że to tylko stylizacja, przekonało mnie użycie określenia "ombre" przez Zbyszka, fryzjera. W 1997 tej techniki nie było jeszcze nawet w planach. Bohater mówi też parokrotnie "zadziało się", to też jest współcześniejsze wyrażenie. Poza tym Henio jest młodszy od Kazimierza Domańskiego, który w rzeczywistości był bohaterem tych wydarzeń, i ma inną biografię. Natomiast cała otoczka wokół nawiedzeń jest zgodna z faktami: Domański rzeczywiście twierdził, że Matka Boska kazała mu uzdrawiać ludzi, że musi na tym miejscu wybudować kaplicę, i rzeczywiście był problem z tłumami odwiedzającymi działki.

Jest to powieść o polskiej naiwnej, prymitywnej religijności, z tymi malowanymi figurami gipsowymi, z krwawymi łzami, z wizją matki Boskiej w niebieskich szatach, z kapryśnymi żądaniami wybudowania okazałych kaplic. Choć właściwie jaka inna miałaby być religijność? Z definicji jest przeznaczona dla maluczkich i ubogich duchem, ma nieść pocieszenie, a nie stanowić wyjście do rozważań intelektualnych. "– chcę być kochany / przez nieuczonych i gwałtownych / są to jedyni / którzy naprawdę mnie łakną" mówi Bóg do Barucha Spinozy w wierszu Herberta. Tu jednak mamy punkt widzenia narratora, który sam siebie uważa za mądrego starca, lepszego od innych. Wielokrotnie wyśmiewa się z niewidzialnego rozmówcy, pana Łukasza (Orbitowski w 1997 miał 20 lat), wytykając mu młody wiek, brak doświadczenia, brawurę młodości. Jest to w ogóle znakomicie napisany bohater, wielowymiarowy. Dobry ojciec, kochający mąż, troskliwy brat, jego pasją są kobiety, zdradza żonę bezustannie, ale zachowując dyskrecję. W młodości przyjaźnił się z Romkiem, późniejszym księdzem, i Waldkiem, późniejszym sekretarzem partii. Na początku pojawia się tu zresztą motyw ze "Szczęśliwej ziemi": nastoletni kumple podbierają ojcu jednego z nich auto, żeby się przejechać, oczywiście kończą w rowie.

Skojarzenie z Myśliwskim szybko mi przeszło, dalej to jest miejscami bardziej Hrabal. Brutalny i gorzko zabawny, szalenie trafny w obserwacjach, to zresztą zawsze była mocna strona Orbitowskiego. Coraz lepiej się czyta tę całą spowiedź, od pewnego momentu zadając sobie pytanie, co jest za kulisami: jak właściwie się dogadali, ten młodziutki pan Łukasz i ten mędrkowaty fryzjer, z którego emanuje ogromna, nietypowa dla Polaków, joie de vivre. Dlaczego tu i teraz zwierza się młodemu chłopakowi.

"Dziewczęta też uwielbiam i traktuję równo. Może być płaska albo gruba, jeśli fajnie się rusza. Wielu facetów wkurwia się na kobietki, ale ja nigdy. Kochałem je, gdy się śmiały i płakały, mogły na mnie krzyczeć i mnie okładać, ale nigdy nie było tak, żebym nie kochał kobiety. To wszystko bardzo piękne i dobre rzeczy są. Wódka. Dzieci. Taniec i dziewczęta. Ale nie ma nic piękniejszego niż golenie klienta na mokro."

Bohaterem tej powieści jest jednak przede wszystkim Polska, ta z lat 1983-1997, z obecnej perspektywy wyglądających paradoksalnie jak czas utraconej niewinności. Przy czym Orbitowski nie jest ani fałszywie nostalgiczny, ani gloryfikujący, ani potępiający. Obserwuje, ogląda, relacjonuje.

Jest to w końcu rzecz o wierze. Siła oraz czystość wiary Henia i jego pierwowzoru jest zaskakująca. Oszałamia to, co Kazimierzowi udało się osiągnąć własnymi siłami. Z mojej perspektywy nieco smutne jest, że ta energia i pieniądze nie poszły na lepszy cel. Orbitowski jednak nie wdaje się w te rozważania. Jeśli nawet brat Henia myśli mniej więcej to samo co ja, to nie daje temu wyrazu. Przede wszystkim ważny jest głęboki szacunek dla brata, bez względu na jego odmienność. Bardzo piękna, bardzo dojrzała, zaskakująca książka.


2019-06-07 09:43:29 Komentuj (4)

---


"Tancerka i zagłada. Historia Poli Nireńskiej" Weronika Kostyrko

Jest to biografia Perli Nirenstein, które to nazwisko nie należy do najbardziej znanych, ponieważ częściej używała nazwiska Pola Nireńska, a jeszcze bardziej znana była jako żona Jana Karskiego. Urodziła się w 1910 i mieszkała w Warszawie, w zamożnej rodzinie żydowskiej, w kamienicy przy Tłomackie. Teraz mieści się tam Żydowski Instytut Historyczny. Ze "Służących do wszystkiego" już wiedziałam, że w takich rodzinach bywały wówczas polskie służące, to mnie więc nie zaskoczyło. Bardziej mnie zaskoczyła informacja, że w Polsce było wówczas 160 kibuców, gdzie pracowały również żydowskie kobiety, syjonistki. I jak zwykle, moja wyobraźnia nie daje sobie rady, kiedy czytam o tym, jak żydowska była wówczas Warszawa, w tamtych właśnie rejonach, od Nalewek po park Krasińskich. Cała ta kultura bezpowrotnie zniszczona. Janusz Korczak ze swoimi sierotami chodził zbierać kasztany do parku Krasińskich, gdzie ja też chadzałam w dzieciństwie, pół wieku później. Ogród Saski (gdzie jeździłam na rowerze) był już polski, Żydzi nie mieli tam wstępu.

W roku 1923 doszło w Warszawie do masowych pobić Żydów (przyczyną była fałszywa propaganda - tak, wcale nie trzeba było w tym celu mieć internetu). Autorka przypomina potem, że w roku 1936 pojawił się pomysł wysłania polskich Żydów na Madagaskar (ówcześnie kolonia francuska), w 1937 pojechała tam nawet specjalna komisja badająca możliwości osiedleńcze, i sporządziła entuzjastyczny, szczegółowy raport. To jeszcze jedno dobitne przypomnienie faktu, że Żydzi dość powszechnie nie byli w Polsce mile widziani, a raczej uważani za problem. Wojna nic tu nie zmieniła, wspólny wróg wcale nie zjednoczył ofiar.

Inaczej niż zazwyczaj w biografiach, tu wyraźna jest obecność autorki, piszącej w pierwszej osobie o tym, że spędziła dzieciństwo na Muranowie (ja też), w jakich archiwach poszukiwała informacji, z kim się spotkała, gdzie była. Można to uważać za skażenie płynące z jej dziennikarskiego doświadczenia, ale podobało mi się, że widzimy tę część pracy nad książką, która na ogół jest ukryta przed okiem czytelnika. Ma się dzięki temu wrażenie obcowania z prawdą o bohaterce. Poruszył mnie zwłaszcza fragment, w którym to właśnie dziennikarka przynosi wiadomości o rodzinie w Polsce potomkom Nirensteinów mieszkającym w Izraelu.

2019-06-03 09:51:52 Komentuj (2)

---


"Kocie oko" Margaret Atwood

Czytałam ją w czasach tak dawnych, że teraz wydają się zmyślone, w czasach, kiedy nie było jeszcze niczego. Chyba niewiele z niej zrozumiałam, ponieważ wydawało mi się, że prawie nic nie pamiętam (podobnie zresztą jest z "Kobietą do zjedzenia", której na razie nie planuję czytać ponownie, aczkolwiek nie wykluczam tej możliwości). Co mnie dziwi, bo w tym samym czasie szalenie mi się podobała "Pani Wyrocznia", a to podobne książki ("Kocie oko" jest o 12 lat późniejsze). Leżała na kindlu cierpliwie, czekając na swój czas. Zaczęłam ją czytać i szeroko otworzyłam oczy, ze zdumieniem odkrywając, że pierwsza część nosi tytuł "Żelazne płuco". W takim właśnie przebywa żona jednego z bohaterów czytanej przedtem "The Calculating Stars", a chyba nigdy przedtem o tym nie słyszałam, w każdym razie nie pamiętam. Co za zbieg okoliczności.

Narratorka, rówieśnica autorki, malarka Elaine, wraca po latach do rodzinnego Toronto, z Vancouver, gdzie mieszka z drugim mężem, i dokąd uciekła, żeby być jak najdalej od tamtych okolic. W Toronto mają zrobić jej retrospektywną wystawę. Zatrzymuje się w kawalerce pierwszego męża i wspomina - tu jest podobieństwo do "Pani Wyroczni", niektóre motywy pojawiają się zresztą ponownie (mostek nad wąwozem, gdzie nie wolno było przechodzić samotnie, bo czaili się tam niebezpieczni mężczyźni). Elaine wychowywała się z bratem, w rodzinie prowadzącej koczowniczy tryb życia, więc kiedy osiedlili się w Toronto i odkryła dziewczęce przyjaźnie i zabawy, była to dla niej ogromna zmiana. Atwood w charakterystyczny dla siebie sposób opisuje dochodzenie do własnej tożsamości, poprzez konfrontację z innymi, których odmienność stanowi krzywe zwierciadło dla tego, co wydawało nam się oczywiste. Tę retrospektywę przerywają obrazki z powieściowej teraźniejszości (około połowy lat 80), w którym bohaterka odkrywa, jak zmieniło się Toronto. I wszędzie doszukuje się śladów Cordelii, swojej przyjaciółki z dzieciństwa. Oczywiście w wątku wspomnieniowym stopniowo dojdziemy do tej relacji.

O ile widać tu paralele z "Panią Wyrocznią", o tyle bohaterki są na zupełnie przeciwstawnych biegunach. Joan została ukształtowana przez oczekiwania innych, pozwoliła się unieść wiatrowi, przeglądała się w oczach otoczenia i do tej wizji usiłowała dostosować swój obraz. Elaine jest zupełnie inna, od początku dokonuje własnych wyborów. Od początku patrzy, jaką drogą poszły inne dziewczyny, wyciąga wnioski i nie popełnia ich błędów. W tej powieści nie ma metafory z poprzedniej, o balansowaniu na linie, ale również tutaj jest to głównym tematem: życie kobiety jest chodzeniem po linie, każdy nieostrożny krok może ją strącić w przepaść: być mądrą, ale nie za mądrą, zajmować się domem, ale pracować, być ładną i zadbaną, ale nie wyzywającą, być matką, ale nie rezygnować z własnych zainteresowań, i tak dalej, ta lista nie ma końca. Elaine się to udaje: ponieważ czujnie śledzi kroki innych kobiet. Tych, które spadły. A kiedy spadają, są jak na jej obrazie kobietami upadłymi, lecącymi bezradnie w dół na czyhające tam ciała mężczyzn. To oczywiście oni stworzyli ten świat, w którym oni mają przed sobą szerokie drogi, boczne ścieżki, możliwość skręcenia w każdej chwili, wybrania powolnego marszu albo biegu. Kobiety mają tylko linę rozciągniętą nad przepaścią. Przy czym jak zwykle u Atwood - pojedynczy mężczyźni są w porządku. Poczynając od brata Elaine, Stephena, błyskotliwego fizyka, przez jej ojca naukowca, do troskliwego drugiego męża: żadnemu nie można nic zarzucić. Jak to zatem właściwie stało, że żyjemy w takim świecie? I dlaczego 30 lat po napisaniu tej książki, pół wieku po opisywanych czasach, jest nadal aktualna?

Przemożny wpływ na Elaine miała Cordelia. Nieuchwytna Cordelia. Fascynujące, że bohaterka, dojrzała kobieta, która odniosła w życiu sukces na wielu płaszczyznach: jest uznaną malarką, ma udane córki i męża, nadal uparcie wspomina byłą przyjaciółkę, widzi ją na każdym rogu. Sama nie wie, czego pragnie. Być może zemsty. A może czegoś zupełnie innego, czego nigdy już nie będzie mogła mieć. "Właśnie tego mi brak, Cordelio. Nie tego, co minęło, lecz tego, co nigdy się nie zdarzy."

Okazało się w trakcie lektury, że pamiętam jednak z niej sporo scen. Na przykład tę, w której bohaterka na początku lat sześćdziesiątych siedzie w otoczeniu feminizujących znajomych i wstydliwie chowa ogolone nogi pod spódnicą, bo przecież golenie wynika wyłącznie z wypranego mózgu. Już wtedy o tym rozmawiały. Ze smutkiem myślę o tym miliardzie kobiet, które przez następne pół wieku wydały fortunę na depilatory, maszynki i woski (sama lepsza nie jestem i nie będę).

Ale to nie jest książka o feminizmie. Jest przede wszystkim o przemijaniu i pamięci, i nic dziwnego, że za młodu do mnie nie dotarła cała jej nostalgia. Bez względu na to czy kochani, czy znienawidzeni, ukształtowali nas ludzie, którzy odeszli. Czasy, które minęły. Bohaterka w roku 85 odwiedza bar zrobiony w stylu lat pięćdziesiątych, taki, w jakim bywała za młodu. Wspomina i myśli, jak inaczej żyją teraz młode dziewczyny, na co się uśmiechęłam, bo to "teraz" było trzydzieści lat temu, i ciekawe, co powiedziałaby o 2019 - a przecież tak naprawdę nie zmienia się nic. Nie to, co naprawdę istotne.

Przepiękna i wybitna powieść. Klarowna, dojrzała, wnikliwa, i doskonale napisana. Kolejna książka Atwood, przy której spoglądam na północny wschód z myślą "królu Karolu XVI Gustawie, przestań jednak im płacić pensje".

2019-05-29 09:33:26 Komentuj (0)

---


"The Fated Sky" Mary Robinette Kowal

W czasie pisania "The Calculating Stars" Kowal stwierdziła, że ma materiału na dwie książki, co mnie osobiście bardzo cieszy. (Bardziej by mnie ucieszyło pięć albo dziesięć; jedna w każdym razie ma nadejść w przyszłym roku). Tu odchodzimy nieco od prawdy historycznej, lecimy bowiem na Marsa, natomiast nadal jest to rok 1962, nie ma żadnych fantastycznych wynalazków, ba - nie ma przecież nawet komputerów ani internetu. Jest czysta żywa technika, inżynieria, mechanika orbitalna, i ludzie. Autorka świetnie odmalowuje problemy związane z interakcjami uczestników wyprawy. Parker jest znacznie bardziej wielowymiarowy, niż można było się spodziewać po pierwszym tomie, a nasza bohaterka Elma nie jest tak nieskazitelna, jak chcielibyśmy w to wierzyć. Jestem pełna uznania dla katastrofy kosmicznej, wynikającej z najbardziej przyziemnego powodu, jaki można sobie wyobrazić, a przecież bardzo realistycznej. Nie pamiętam, kiedy coś przeżywałam do tego stopnia, wielokrotnie ze łzami w oczach. Jest tu kawał solidnego researchu i wielkiej wyobraźni.

Za naciągany uważam pomysł wysyłania dwóch statków oddzielnie, zupełnie nie widzę sensu (wiem - oni widzieli), a już zupełnie nie ogarniam tego trzeciego, bezzałogowego. Po co trzykrotnie zwiększać konieczność manewrowania? Pomysł, że na statku będzie pralka i piekarnik, też wydaje mi się wątpliwy (acz uroczy). No i szyfr: nie mogli wymyślić czegoś nieco bardziej skomplikowanego, a przynajmniej pisać bez spacji? Ale to się jeszcze broni, po pierwsze bez komputera trudno coś innego zakodować i odczytać; po drugie, jak to zwykle ludzie ponadprzeciętnie inteligentni, nie doceniali inteligencji otoczenia; po trzecie autorka zadbała o to, żeby w tych okolicznościach nawet trudniejszy szyfr dało się złamać. Męczyło mnie trochę nieustanne dziwienie się Elmy zachowaniu Parkera, ale to też się broni psychologicznie. Oczywiście, że przebywając tyle czasu w ograniczonej przestrzeni z sześcioma osobami przypisuje się nadmierne znaczenie każdemu słowu i gestowi innych. W końcu innej rozrywki nie mieli.

*

Uzupełnieniem dylogii jest opowiadanie "The Lady Astronaut of Mars", chronologicznie pierwsze, i nagrodzone Hugo 2014 (w kategorii novelette). Opowiada o tym, co się wydarzyło trzydzieści lat później, kiedy Nathaniel był umierający, a sześćdziesięcioletnia Elma dostała propozycję ostatniej misji. Co prawda dwie powieści Kowal oswoiły mnie nieco z jej bardzo przyziemnym, pozbawionym ogródek podejściem do tematyki, ale i tak uważam, że fantastyka nie powinna tak wyglądać. Nie chciałam przeczytać tak bezpośredniego opisu umierania ukochanej osoby, zwłaszcza tej, do której zdążyłam się przywiązać przez dwa tomy. Ale to jest dobre opowiadanie, w którym mamy wnikliwy opis trudnego wyboru.

2019-05-23 09:38:40 Komentuj (0)

---


"The Calculating Stars" Mary Robinette Kowal

Zaczyna się mocnym uderzeniem, mianowicie meteorytu, który kompletnie niszczy Waszyngton i okolice. Pomysł nie całkiem oryginalny, ale w tym ujęciu i owszem, ponieważ jest 1952. Stany rządzone przez Thomasa Deweya (w naszej linii czasowej przegrał w 1948 z Trumanem) wyniosły właśnie na orbitę trzeciego satelitę. Zimna wojna trwa. Protagoniści, młode małżeństwo, pracują dla NACA, ówczesnego pierwowzoru NASA. Narratorka jest świetną matematyczką, ma doktorat z fizyki, i potrafi pilotować samoloty, podczas wojny była bowiem w Women Airforce Service Pilots. W obliczu tej straszliwej katastrofy czuje się jednak kompletnie bezradna. Obraz po zniszczeniach odmalowany jest tu bardzo precyzyjnie i realistycznie, z ogromną dbałością o szczegóły, z masą konkretnych obliczeń. Natychmiast gorąco pokochałam Elmę: "Give me an unpowered landing and I was fine. Addressing a roomful of people? Thank you, but no". Jest doskonale spójną bohaterką. Poza tym jest 1952, kobiety są kobietami, trwa segregacja rasowa, szaleje polio, a w tym wszystkim okazuje się, że apokalipsa dopiero się zaczęła.

Świetna, pomysłowa, oryginalna, wciągająca, znakomicie napisana rzecz, coś między "Hidden Figures" a "First Man": mimo otoczki fantastycznej zbudowana jest z prawd historycznych, i pokazująca pewne rzeczy bez ogródek. W 1944 kobiety były pilotkami samolotów, gdzie teraz są pilotki? W latach 1950 słowo "computer" oznaczało kobietę, powszechnie uważano, że matematyka to jest odpowiednie dla nich zajęcie (mężczyźni byli inżynierami), maszyny komputery zostały zaprojektowane dla nich i były przez nie programowane. Co się z tym wszystkim stało w roku 2019? Kto i kiedy uznał, że to nie jest odpowiednia dziedzina dla kobietek? A do tego Kowal wplata tu aluzje do obecnego powszechnego odbioru zagrożeń dla środowiska naturalnego. Zastanawiałam się tylko, skąd właściwie Stany po katastrofie brały pieniądze na program kosmiczny - ale w tamtej wersji świata zbrojenia nie były konieczne.

Świeżutka Nebula 2018, z której się cieszę, jakbym to ja osobiście ją dostała, gorąco jej kibicowałam. Nominacje do Hugo i Locusa.

2019-05-20 09:40:12 Komentuj (0)

---


"Córka zegarmistrza" Kate Morton

Jestem słabą kobietą, puchem marnym, miękką istotką bez silnej woli. I to mimo posiadania mózgownicy, która mówiła
- Nie czytaj tego, ja ci powiem, co tam jest: starzy ludzie z ukrywaną tajemnicą, dużo napomknień o tajemnicy, niewyjaśniona śmierć sprzed lat, a na końcu bohaterka okaże się wnuczką albo prawnuczką innej postaci. Nie czytaj, jest tyle innych książek. - Ale nie posłuchałam.

Po mglistym prologu, który ma nas wprowadzić w klimat, mamy rozdział pierwszy: Londyn, lato 2017. W drugim akapicie mózgownica prychnęła złośliwym śmiechem, kiedy się okazało, że "biuro z jego zapachem kurzu i toczącą swe wody Tamizą było niemal urocze". Nie każdy ma szczęście mieć w biurze Tamizę. W akapicie trzecim zgodnie doszłyśmy do wniosku, że nie lubimy głównej bohaterki, bo musi zaparzać herbatę dokładnie trzy i pół minuty. Pomyślałam, że na pewno jest męczącą starą panną, zasuszoną i zgryźliwą. Nie. Elodie Winslow jest archiwistką, ma 31 lat, za sześć tygodni wychodzi za mąż. Ślub organizuje jej przyszła teściowa, ponieważ Elodie nie sprawia wrażenia osoby, która mogłaby zorganizować cokolwiek poza pójściem do toalety. Narzeczony natomiast jest bankierem zajmującym się niejasnymi finansami (bo oczywiście jest zupełnie normalne, że wychodzi się za mąż nie wiedząc, co dokładnie kandydat robi w pracy, przecież oblubienica nie będzie sobie ślicznej główki zaprzątać takimi nieciekawymi drobiazgami, nawet w 2017), co natychmiast sytuuje go w kategorii podejrzanych, ale w akcji go w ogóle nie ma, bo akurat dogodnie wyjechał. To pozwala Elodie spokojnie zajmować się odkrytym właśnie pudłem zawierającym torbę należącą do niejakiego Jamesa Strattona, wiktoriańskiego reformatora, oraz szkicownik malarza Edwarda Radcliffe'a, również z tamtej epoki, który nigdy się nie otrząsnął po tragicznej śmierci swojej narzeczonej. Do tego mamy piękną fotografię wiktoriańskiej damy. Elodie natychmiast czuje niewytłumaczalny związek ze zdjęciem, oraz odkrywa, że zna dom ze szkicownika, choć nigdy go nie widziała. Poza tym ma starego ojca i dziadka ciotecznego, oraz nie ma matki, która zginęła w wypadku samochodowym, kiedy córka miała sześć lat, a była sławną i genialną wiolonczelistką. Niesłychanie wprost genialną. I piękną (co za zaskoczenie, i wyjątkowo doskonały zbieg okoliczności). Tak genialną, że ćwierć wieku później nadal jest powszechnie pamiętana. No co, nie pamiętacie wiolonczelistów sprzed 25 lat? Słabo. Ojciec Elodie strasznie kochał żonę i bardzo cierpiał po jej śmierci, a właściwie ciągle nie przestał.

Tę umieszczoną w teraźniejszości narrację przerywają pierwszoosobowe wspomnienia córki zegarmistrza, która obecnie znajduje się w domu, gdzie spędziła życie, a w wiktoriańskim dzieciństwie porzucona przez ojca wychowywała się u pewnej kobiety, i to są oczywiście kawałki z Dickensa. Morton wie, na kim się wzorować - tego jej odmówić nie można. Córka zegarmistrza miała jakieś powiązanie z Edwardem Radcliffe'em, i tak fabuła zaczyna się zawiązywać. Dalej jest kawałek "Tajemniczego ogrodu", szkoła dla panien, dwie wojny światowe, oryginalności niewiele, bohaterów za to mnóstwo - natomiast całość jest ostatecznie całkiem składna i wciągająca. Podoba mi się pomysł hpmlavravn aneengbexv qhpurz i to, że Morton nie domyka na siłę wszystkich wątków. Nie ma tu też bardzo irytujących wpadek, chociaż nadzwyczaj durnym pomysłem jest, że Nqn qnłn Ołęxvg Gvcbjv (n jpmrśavrw Yhpl Nqmvr). Wolałabym również, żeby Elodie nie zabierała wszystkiego pod wpływem niewytłumaczalnego impulsu, i czasem jednak odbierała telefony.

Po "Riverton" byłam bardzo ciekawa, czy w posłowiu będzie napisane, że Ch. Dickens istniał naprawdę i pisał książki nieco podobne do tej. Ale nie. Jest po pierwsze wyjaśnione, o czym jest ta powieść (nie przesadzam), a po drugie jest informacja, że istnieją muzea (nadal nie).

Z ciekawości zajrzałam do anglojęzycznych opinii o książce i nieco opadła mi szczęka. Przeważają rozczarowane głosy, że jest za skomplikowana, za dużo bohaterów i epok. Pisane są językiem poprawnym i każącym podejrzewać, że autor ma IQ w normie, więc zachodzę w głowę, co ci ludzie czytają. Wyłącznie powieści jednowątkowe o chronologicznej fabule? Wymieszane epoki i odkrywanie powiązań między bohaterami to jest tu w ogóle jedyne, co usprawiedliwia lekturę, inaczej byłaby to jakaś nuda śmiertelna. A kiedy czytam niektóre zadawane przez czytelników pytania, mam wrażenie, że albo czytali co drugi akapit, albo chińskie tłumaczenie.

2019-05-17 09:42:01 Komentuj (4)

---


"Raising the Stones" Sheri S.Tepper

"Trawa" robi takie wrażenie, że natychmiast poszłam kupić kolejną książkę autorki, opisywaną jako druga z "Trylogii Arbaiów", ale to tylko dlatego, że żyjemy w 2019 i wszystko musi być częścią cyklu. W rzeczywistości powiązanie jest tylko anegdotyczne: to jest samodzielna rzecz, a jej początek jest jeszcze bardziej oszałamiający i zbijający z tropu, niż w "Trawie". Jesteśmy w odległej przyszłości, w innym układzie słonecznym, na planetce zwanej Hobbs Land, skolonizowanej przez ludzi, którzy zastali tam niedobitki wymierającej rasy, oraz jednego ich boga. Nikt nie wiedział, czy ten jest rośliną, zwierzęciem, czy minerałem, nikt tego nie badał, bóg był sobie, aż umarł. To miało nieoczekiwane skutki dla miejscowej społeczności farmerów, żyjących w Settlement One, jednej z dwunastu tutejszych niewielkich osad. Ale nie przywiązujmy się nadmiernie do teraźniejszości, bo autorka natychmiast zaczyna opowiadać o przeszłości Sama, miejscowego Topmana. W ogóle zachowuje się tak, jakby nikt nigdy nie nauczył jej żadnych zasad pisania powieści: wrzuca nam od razu swobodnie kilkanaście dziwacznych imion i nazwisk (Sam jest skrótem od Samasnier; ziemskie imiona są dobre dla Ziemian), przenosi się w czasie i przestrzeni, czytelnikowi kręci się w głowie; i jakimś cudem z tej rozsypanej układanki wyłania się świat.
- Ty, ale to wcale nie jest fantastyka. To jest realizm magiczny... w sf - szepnęła do mnie część mózgownicy, wstrzymując oddech z zachwytu. Istotnie, Settlement One to jest właściwie Macondo na innej planecie, chociaż nie tylko i nie cały czas.

Matka Sama uciekła z rodzinnej planety z dziećmi, a kiedy przybyła na Hobbs Land, powiedziała z ulgą, że tu nie ma legend. Dorastający Sam chce się jednak czegoś dowiedzieć o baśniach, idzie więc do lokalnych Archiwów - i odkrywa przeszłość ludzkości. W tym mit o Tezeuszu. Ponieważ tęskni za swoim ojcem, zostawionym na tamtej planecie, wyobraża sobie od tej pory, że ten pod jakimś kamieniem zostawił mu sandały i miecz. Nawet rozumiejąc, że to tylko metafora, chodzi i podnosi kamienie - stąd tytuł, a za nim idący mocny, precyzyjny i plastyczny przekaz. Na Hobbs Land panuje matriarchat, dzieci nie mają ojców, tylko nieistotnych progies (progenitorów), wychowywane są przez matki wspierane przez wujów, Sam nie może więc zajmować się własnym synem. A chciałby. To, co opisałam, to nawet nie jest jeszcze początkowe 4% powieści, co daje pewne pojęcie o gęstości narracji Tepper.

W jednej trzeciej książki dostajemy podrozdzialik zupełnie odmienny w tonie od dotychczasowej solennej powagi: właściwie satyryczny, nieco w duchu Vonneguta. Byłam tym zupełnie zaskoczona, a potem autorka wykorzystuje to do wprowadzenia pewnej lekkości do swojej opowieści, co wychodzi jej częściowo na dobre, choć jednocześnie miałam nieco za złe nadmierną dosłowność paralel ze światem nam współczesnym. Potem wracamy do spraw poważnych. Od połowy już mniej więcej wiadomo, co dalej będzie, co zupełnie mi nie przeszkodziło czytać z zapartym tchem, a nawet dyskretnie otrzeć oko. Pod koniec rozwój wydarzeń znowu mnie nieco zaskoczył.

Można się tu czepiać wielu rzeczy; autorka chwilami bywa zbyt dosłowna, chwilami naiwna. Co wcale tej książce nie przeszkadza, jest to rzecz wyrastająca ponad fantastykę z zaskakującą łatwością. Jedna z tych, przy których człowiek myśli "ale dlaczego właściwie wszyscy tak nie piszą, przecież to wygląda na takie proste". Bohaterowie są wielowymiarowi, świat porywająco złożony i realistyczny.  

Sheri Tepper docenia moc opowieści, i daje przepiękne porównanie ich do pajęczyny. Jak jej nitki, tak mity łączą przeszłość z teraźniejszością, a potem splatają się ze sobą, tworząc oddzielną przestrzeń ułatwiającą zrozumienie siebie nawzajem i siebie samych. A z drugiej strony przypomina, że patrząc wstecz nie da się iść do przodu.

2019-05-14 10:06:46 Komentuj (0)

---


"Trawa" Sheri S. Tepper

Kolejna polecanka znajomego, przy której wpadłam w dół, nie mogąc pojąć, jakim cudem nawet nie słyszałam o tej powieści ani o jej autorce. Nic nie wiem o niczym, oto naga prawda (za to znajomych mam odpowiednich). Jest to coś w rodzaju Le Guin zmieszanej z Miéville'm, i to w zasadzie powinno już stanowić wystarczającą zachętę oraz wyjaśnić mój dół. 

Jesteśmy na planecie Trawie, która jest porośnięta tym, co z nazwy wynika. Wielobarwnym i w nader różnych rozmiarach. W posiadłościach mieszkają tu arystokraci, którzy właśnie wyruszają na Polowanie.
- Ale to jest chyba fanta...- zdążył zgłosić pół zastrzeżenia mój mózg. Ocknął się dwa rozdziały dalej, mówiąc, że żadne klasyfikacje gatunkowe go nie obchodzą, i proszę mu nie przeszkadzać, on teraz czyta.

Polowanie wygląda z nazwy jak to tradycyjne angielskie: są wierzchowce, ogary, i lis. Tylko nic tu nie jest tym, na co mogłoby wyglądać, drobiazg. Oglądamy je oczami piętnastoletniej Diamante, która uczestniczy w nim pierwszy raz, pod przymusem. Za chwilę dowiemy się, dlaczego. Impreza jest potwornie niebezpieczna i męcząca; pozostaje zagadką, dlaczego ludzie się w to w ogóle bawią. Nie mamy jednak czasu się tym zajmować, bo zmieniamy rejestr przenosząc się w świat polityki rodem z Diuny. Miejscowi zarządcy nie życzą sobie, żeby mieszała się do nich rządząca Terrą Świętość, i snują intrygi. Za chwilę obejrzymy Terrę z bliska. Logika homo sapiens pozostała tam niezmienna: nie wolno mieć więcej niż dwoje dzieci, ale Świętość nie zezwala również na aborcję ani antykoncepcję. Niech pospólstwo sobie to pogodzi, a jak nie może, to władza da radę. Nie pierwszy raz to na Ziemi i nie ostatni. Aha, Świętość nie ma związku z katolicyzmem. Przeciwnie, starokatolicy uważają tamtych za heretyków. To wszystko to jest dopiero sam początek powieści, w którym pojawia się jeszcze siedziba Świętości i umierający jej Hierarcha, i staje się jasne, że dopiero liznęliśmy z wierzchu tego powieściowego wszechświata, a już wszystko ulegnie zmianie. Chwyt typowy dla Miéville'a, jako się rzekło.

Tepper ma fantastyczny sposób wprowadzania w opisywaną rzeczywistość: to jedna z tych książek, przy których lekturze wierzę bez zastrzeżeń, że autorka tam była i wszystko widziała na własne oczy. Wymyślenie czegoś takiego wydaje się zwyczajnie mniej prawdopodobne. Natomiast czym dalej, tym bardziej mi to wyglądało na inną wersję "Mówcy umarłych", wydanego trzy lata wcześniej. Paralele są rozmaite, na przykład (nie ujawniając za wiele) sporą rolę odgrywa tu religia - katolicka oczywiście - i rozważania, jak ją przyłożyć do Obcych. Tak się pisało w latach 80, to prawda, i to są w pewnej warstwie ciekawe rozważania, poza tym autorka świetnie prowadzi psychologię postaci, ale mój początkowy zachwyt leciutko jednak zbladł. Ale nie tak bardzo, żebym natychmiast nie sięgnęła po następną


2019-05-11 22:13:17 Komentuj (0)

---


"Trup na plaży" Aneta Jadowska

Jesteśmy współcześnie w Ustce, narratorka pierwszoosobowa jest młodą dziewczyną, pochodzącą z tego miasteczka, a po śmierci ojca wyjechała do ciotki do Łodzi. Teraz po licencjacie wróciła, pomaga babci prowadzić pensjonat i pracuje w kawiarni. Jej wujek Marek, brat ojca, jak on jest policjantem, więc kiedy Magda wcześnie rano znajduje trupa w morzu przy plaży, wie, kogo zawiadomić. I wie też, jak prowadzić własne śledztwo, zwłaszcza że zwłoki okazują się ich byłym pensjonariuszem, który dwa dni wcześniej zniknął. W dochodzeniu pomaga bohaterce jej kuzynka, która za chwilę wychodzi za mąż, oprócz akcji dziewczyny są więc zajęte również przygotowaniami do wieczoru panieńskiego.

Autorkę odkryłam w "Hardej hordzie". Tutaj stwarza bardzo fajną bohaterkę, narracja jest klarowna i ozdobiona humorem, a przy tym akcja wciąga i pojawiają się całkiem poważne tematy. Będę czytać jej więcej i mam nadzieję na kolejne części o Garstce z Ustki.


2019-05-09 09:22:16 Komentuj (2)

---


"Storytellers" Bjørn Larssen

Blog Miłość po 30 czytam od kilkunastu lat. Na początku autor wyśmiewał się z porad okołozwiązkowych, potem przeszedł na tematy bardziej osobiste, pozakładał (i pokasował) inne blogi, oraz stronę na fejsie. Przez cały ten czas śledziłam jego losy wiernie, ponieważ lubię ludzi szczerych i ładnie piszących po polsku. Co podziwiam, ponieważ mieszka od lat poza krajem, i co prawda w dobie internetu oraz ebooków utrzymanie kontaktu z językiem nie jest specjalnie trudne, nie przychodzi jednak samo z siebie, coś o tym wiem. Następnie okazało się, już parę lat temu, że autor będzie pisał książkę, ucieszyłam się więc bardzo i natychmiast postanowiłam się w nią zaopatrzyć, o czymkolwiek by nie była. W postanowieniu utwierdzały mnie informacje o wykonywanym przez autora researchu (bowiem ten polski Holender piszący po angielsku zdecydował się zająć Islandią sprzed stu lat), i o reagowaniu na uwagi redaktorki. Byłam przekonana, że osoba zwracająca taką uwagę na szczegóły, wyposażona w poczucie humoru, i generalnie umiejąca pisać, nie może napisać złej książki. Miałam rację.

Marzec 1920, Islandia. Gunnar jest mrukliwym kowalem, cierpiącym na ciężką depresję, pomaga mu lekarstwo (na receptę, ponieważ panuje prohibicja, ale on wcale nie jest alkoholikiem, w każdej chwili mógłby przestać, gdyby chciał, tylko akurat nie chce) i praca. Pojawia się u niego dziwny gość - Sigurd, z Ameryki, który skręcił kostkę. Gunnar wcale nie chce się nim opiekować, ten jednak przekonuje go pieniędzmi, których ma sporą kwotę. Podobno to spadek. Nie wiemy, dlaczego woli się pozbyć zasobów finansowych, a w zamian za to upewnić się, że nikt nie dowiedział się o jego pobycie u Gunnara. Ta zagadka wciąga. Jest jeszcze Brynhildur, która koniecznie chce wyjść za mąż, potencjał komiczny został tu świetnie wykorzystany. A w drugim wątku jest snuta przez Sigurda opowieść, o Arnarze, któy pojechał do Ameryki, tam poznał Juanę, i przywiózł ją do swojego zimnego kraju. Dla dziewczyny to szok kulturowy. A jeszcze są bracia Arnara: jego bliźniak Ingvar, ambitny pastor, i cierpiący na wrzody żołądka Bjarni. Oraz zamożna Gullveig, którą podejrzewają o bycie czarownicą. I cała wioska postaci: najbliższe to chyba jest "Tortilla Flat", miejscami prześmieszne, czasem dramatyczne.

Obydwa wątki wciągają natychmiast. Postaci są świetnie skonstruowane. Wbrew wszelkiej logice lubimy Gunnara i mu współczujemy. Islandia z początku XIX wieku odmalowana jest doskonale, a całość okraszona fantastycznym poczuciem humoru. Stylistycznie irytowały mnie tylko zakończenia rozdziałów w stylu "a ja wiem, co będzie dalej", ale to drobiazg w porównaniu z tym, ile razy byłam uczciwie zaskoczona, i ile razy wybuchałam śmiechem w całkiem nieoczekiwanych miejscach. Zwroty akcji są przy tym przemyślane i prawdopodobne, a nie żadne naciągane siostry bliźniaczki rozdzielone przed urodzeniem, ani zasuszone staruszki, tu znacząco patrzę w stronę Kate Morton, która mogłaby się wiele nauczyć od autora. Miałam jedną wątpliwość: fxąq Neane jmvął grtb boprtb cemlfmłrtb gehcn? Ebmhzvrz, żr zhfvnł tqmvrś qnyrw, nyr wnx tb genafcbegbjnł? Autor bardzo uprzejmie udzielił mi wyjaśnienia, i teraz już wszystko mi się zgadza. 



2019-05-07 10:11:42 Komentuj (2)

---


"Dom w Riverton" Kate Morton

Wyszła nowa książka Morton, ale po "Domu nad jeziorem" wcale się do niej nie paliłam, tymczasem znajoma, której gustowi literackiemu bardzo ufam (zbieżny z moim - czyli znakomity) napomknęła, że najlepszy i tak jest "Dom w Riverton". Niezwłocznie zaopatrzyłam się więc w lekturę. Początek jest dość dezorientujący, z mnóstwem imion i dat wrzucanym w cokolwiek chaotyczną (celowo) narrację, ale dość szybko się dowiadujemy, że narratorką jest 98-letnia Grace, mieszkająca (współcześnie - czyli w 1998) w domu opieki, i wspominająca dawne czasy, kiedy w roku 1914 jako czternastolatka poszła na służbę do domu w Riverton. Był własnością lorda Ashbury, którego dwaj synowie przyjeżdżali w odwiedziny, jeden z nich z dziećmi. Błękitnoocy i jasnowłosi rówieśnicy Grace natychmiast ją zafascynowali. A dziesięć lat potem wydarzyło się tam coś tajemniczego, czego bohaterka nigdy nikomu nie zdradziła, ale teraz postanawia nagrać wyznanie dla swojego nieuchwytnego wnuka Marcusa.

Miałam nieco pretensji o wiek narratorki, choć pradziadek syna mego ma lat 92 i mieszka sam, a mój osobisty wujek w wieku 91 lat jest sprawny umysłowo oraz fizycznie. Poza tym tutaj Morton pamięta o przykrościach starości i nie szczędzi nam ich opisów, nie wymagając od bohaterki żadnych wyczynów poza wspominaniem. Lecz i tak zastanawiałam się, dlaczego akcja nie toczy się te 8 lat wcześniej. Usilniej jednakże rozważałam, co mi to właściwie przypomina, przekonana, że gdzieś już się natknęłam na taką wiekową narratorkę, wspominającą dla wnuka i przeplatającą wspomnienia aktualnością; gdzieś już była ta żona zamknięta w złotej klatce, ta niepokorna młodsza siostra, ten gentvpmavr mznełl xbpunarx... oczywiście, "Ślepy zabójca"! I Morton się do tego przyznaje otwartym tekstem w posłowiu, mówiąc, że gdyby jakiś czytelnik chciał coś podobnego, to istnieje ta właśnie książka. Otworzyłam oczy tak szeroko, że mi wypadły, a brwi poszybowały w stronę Księżyca. Doprawdy nie wiem, gdzie stałam, jak była kolejka po tupet, ale Morton z pewnością w pierwszej linii, a potem przyszła jeszcze trzy razy, albo piętnaście. Nie mieści mi się w głowie, jak w ogóle debiutująca autorka może radośnie rzec "a, podobna do mojej książki jest taka jedna Atwood". Może w takim razie napiszę powieść o małych ludkach mieszkających w norkach i wyruszających na spotkanie ze smokiem, a w posłowiu napomknę "gdybyście chcieli przeczytać coś podobnego, to niejaki Tolkien kiedyś tam napisał".


2019-05-05 10:20:17 Komentuj (4)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Anglik w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem