DS magazine
Bertrand Russell
"Les prénoms épicènes" Amélie Nothomb
Zaczyna się od rozmowy kochanków. 
- Kochamy się już od pięciu lat, i zobacz jak nam jest wspaniale - zachwyca się on.
- To już przeszłość - powiada na to ona, imieniem Reine. - Pojutrze wychodzę za Jean-Louisa.
- Ależ przecież my się kochamy! Kochasz mnie, nie jego! - głupieje on.
- Moi rodzice się szaleńczo kochali, a życie mieli przeciętne. Jean-Louis natomiast zabierze mnie do Paryża - odpowiada mu ukochana i wychodzi.
W następnym rozdziale jest rok 1970, a dwudziestopięcioletnią Dominique podrywa Claude. Pobierają się i mają dziecko. Ponieważ oboje noszą imiona nie zdradzające płci, co po francusku uczenie nazywa się prénom épicène (po ludzku mówi się raczej prénom mixte), dają córce na imię właśnie Epicène. Jest bardzo udana, ale ojciec się nią w ogóle nie interesuje, co dziwne, bo nalegał na posiadanie potomstwa. Aż pewnego dnia planuje intrygę, w wyniku której jego żona zaprzyjaźnia się z pewną elegancką panią imieniem Reine.

Jak to Nothomb: zwięzła (150 stron dużą czcionką), precyzyjna, przenikliwa opowieść, z mottem "Najsilniejszy jest ten, kto kocha". Porusza zwyczajowe tematy autorki, czyli relacje dzieci i rodziców, oraz podstawy konstruowania własnej tożsamości i życia. Można tu debatować, czy to decyzja Reine była odpowiedzialna za dalsze losy bohatera, czy jednak on sam. I pokazuje, jak można postąpić, kiedy cała życiowa konstrukcja rozwala się jak domek z kart. 

Słowo "pneus" jest obecne (jak we wszystkich dotychczasowych jej powieściach), a narracja jest oczywiście teatralna. W dodatku są tu nawiązania do renesansowej komedii "Epicoene or The Silent Woman" Bena Jonsona (rywala Szekspira). Zastanawiam się wobec tego, dlaczego Nothomb nie pisze sztuk. Ta opowieść by się doskonale sprawdziła na scenie, moim zdaniem.

-> Ubiegłoroczna Nothomb


2018-10-21 21:16:13 Komentuj (0)

---


Trakt morski
To w ogóle nie jest fantastyka, ale jest to niewątpliwie Le Guin ze swoją wyciszoną, subtelną narracją. Nie jest to również powieść, tylko zbiór rozdziałów połączonych między sobą miejscem akcji: fikcyjnym miasteczkiem Klatsand na wybrzeżu Oregonu. Kobieta, która w pierwszym rozdziale prowadzi podupadający motel, pojawi się później widziana oczami kolejnego bohatera. To samo zdarzenie będzie zrelacjonowane z punktów widzenia dwóch różnych osób. Przedziwna rzecz, jakoś między wierszami niepokojąca. Nie należy tu się spodziewać żadnych wyraźnych puent: po prostu toczy się życie, ludzie mieszkają, przyjeżdżają, wyjeżdżają, umierają, wchodzą ze sobą w interakcje. Nawet dramaty są tu stonowane.

Ostatni rozdział jest najdłuższy (zajmuje jedną trzecią książki) i jest to zdekomponowana saga rodzinna obejmująca 80 lat wieku XX, relacjonowana w niechronologicznie ułożonych fragmentach opowieści różnych kobiet z tej samej rodziny, a właściwie nawet linii (niektóre z nich pojawiły się przelotnie wcześniej). Ja wiem, że to nie brzmi w opisie dobrze, ale wyszła z tego bardzo ładna mozaika, wnikliwa, dyskretna i niespodziewanie wciągająca. Przyznam, zdarzyło mi się pomyśleć "ale ona umiała TAK pisać, i pisała fantastykę?". Oczywiście to ma sens: w fantastyce była (i nadal jest) niekwestionowaną królową, podniosła poprzeczkę bardzo wysoko, pokazała, jakie światy można tworzyć i jakimi tematami się zajmować. W głównym nurcie byłaby jeszcze jedną pisarką, dobrą czy bardzo dobrą, ale z dużo większą konkurencją.


2018-10-19 09:29:17 Komentuj (0)

---


Rogue Protocol (Murderbot Diaries 3)
Murderbot przemieszcza się na kolejną planetę, gdzie spotyka grupkę naukowców posiadającą bota do towarzystwa, który jest całkowitym przeciwieństwem bohatera. Mianowicie uwielbia ludzi i uważa ich za swoich przyjaciół. To musi być ciekawa interakcja - i jest. When I’d called it a pet robot, I honestly thought I was exaggerating. This was going to be even more annoying than I had anticipated, and I had anticipated a pretty high level of annoyance, maybe as high as 85 percent. Now I was looking at 90 percent, possibly 95 percent.

Wells trzyma poziom narracji, murderbot nadal jest sobą, akcja jest wartka, to w końcu jest SecUnit i musi prowadzić walkę, przy czym jest w stanie ją jednocześnie obserwować i relacjonować bez emocji. Jedyna moja nieustająca pretensja to, że te teksty są za krótkie. Czwarta część już wyszła, i zdecydowanie należałoby je wydać w jednym tomie. Heroic SecUnits were unrealistic, too, but like I had told ART, there’s the right kind of unrealistic and the wrong kind of unrealistic.

2018-10-17 09:16:49 Komentuj (0)

---


"Życie seksualne kanibali" Maarten J. Troost
Ponieważ czytałam jego twórczość od końca, już wiedziałam, że autor urodził się w Holandii z matki Czeszki, potem został Kanadyjczykiem, a studiował w Stanach. Wszystko to wyjaśnia na początku swojej debiutanckiej książki. Wspomina również o poznaniu swojej dziewczyny Sylvie, która po studiach otrzymuje propozycję pracy w Kiribati. I lecą na wyspę Tarawę. Maarten oczywiście z głową pełną wizji nieskażonego tropikalnego raju, tymczasem rzeczywistość skrzeczy. Jest bieda, rafa koralowa zaśmiecona, a miejscowi (I-Kiribati) bez skrępowania załatwiają potrzeby naturalne do malowniczej zatoczki, gdzie autor chciałby zażyć rozkosznej kąpieli. Oraz nie ma co jeść. Teoretycznie są ryby, ale na masową skalę wyławia je Japonia, nie bardzo za to płacąc. Oprócz tego jest trochę importowanych puszek, i to wszystko.

Mieszkańcy atolu bardzo się różnią od Europejczyków czy Amerykanów: kiedy autor woła ostrzegawczo "rekin", zamiast uciekać radośnie wskakiwali do wody, żeby zapolować. Słyną również z umiejętności gubienia się na oceanie (ponieważ na przykład zapomnieli zatankować benzynę) i odnajdywania się w dobrym stanie po tygodniach czy miesiącach.

Styl autora jest ten sam co w pozostałych książkach: zwierzenia osobiste, z dużą dozą poczucia humoru, przesady i autoironii, zmieszane z rzeczowymi informacjami na temat miejsca pobytu. Jest tu mnóstwo gorzkich obserwacji, jak bezsensowna jest pomoc płynąca ze świata, polegająca na organizowaniu rozmaitych konferencji przez i dla ludzi, którzy nie mają pojęcia o życiu na atolu koralowym. Całość w każdym razie bardzo wciągająca, chyba nawet bardziej niż pozostałe książki.

2018-10-15 09:29:44 Komentuj (0)

---


Mock. Pojedynek
Kolejna część nastąpiła, i patrzyłam na nią bardzo podejrzliwie, aż w końcu zdecydowalam się rzucić okiem na początek. 1916, front niemiecko-rosyjski, Feldwebelleutnant Eberhard Mock otrzymuje dziwny rozkaz. Sprawnie napisane. Potem przenosimy się do 1905, ubogi dwudziestodwuletni student filozofii Mock chodzi na uczelnię i ma zostać profesorem gimnazjalnym z wysoką państwową pensją. Jest również wśród studentów outsiderem. To dość zabawna odmiana po poprzednich tomach: poznajemy młodość bohatera, kiedy nie ma jeszcze pieniędzy na wykwintne potrawy. W tle pewien pan baron ma żonę zabawiającą się w ladacznicę, która zostaje pobita przez klienta. Poza tym niewiele się dzieje, jest debata filozoficzna przytoczona z masą szczegółów. A potem Mock w niezwykle naciągany sposób, za to w wielkiej ilości słów oraz starannie odmalowanych nieładnych obrazków zostaje asystentem prywatnego detektywa. Żeby chociaż miał coś ciekawego do znalezienia, ale nie: ma wrobić kolegę ze studiów, który jest z gruntu zły, co wiemy od początku. To niespełna połowa książki i zastanawiałam się poważnie, czy tu już nie porzucić lektury. Wiadomo w końcu, co się stanie: Mock wykryje, że Lotz jest sadystycznym zwyrodnialcem (musi być - przecież to Krajewski), w kulminacyjnej scenie porządnie od niego oberwie, a potem poczuje powołanie do kariery policyjnej. Że Natasza nie jest szlachetną dziewicą, też jest oczywiste od początku. Nie mogłam jednak wpaść na żadne powiązanie z prologiem oraz żoną barona, więc nolens volens czytałam dalej, niepotrzebnie.

Opisy życia studenckiego we Wrocławiu początku wieku, kiedy to jeszcze w modzie były pojedynki i honor, są całkiem fajne; bohater jest dość dobrze skonstruowany... i to koniec zalet tej powieści, która co prawda nie jest tak obrzydliwa i niesmaczna jak poprzednia, za to jest zwyczajnie nudna. Rozdzierająco, przeraźliwie nudna. Plus zawiera zdania, które każą mi podejrzewać, że pisał to jakiś gimnazjalista "Gdyby to, co miał zaraz zrobić, zostało spotęgowane przez furię, cała intryga, nad której misternością jego mentor aż się zadziwił, obróciłaby się wniwecz." Do tego nadużywanie wielokropków. Nie warto, naprawdę nie.

2018-10-11 09:02:32 Komentuj (0)

---


Lethal White
Czwarty tom kryminalnej sagi Roberta Galbraitha zaczyna się dwie godziny po końcu "Żniw zła", czyli weselem Robin i Matthew. Oglądamy to na przemian oczami panny młodej i obecnego tam Strike'a. Ona bardzo chce wrócić do pracy, on bardzo chce, żeby ona wróciła, tylko nie całkiem mogą się porozumieć, co jest zrozumiałe w tych okolicznościach. Potem przeskakujemy rok później. Nie zdradzę wielkiego sekretu pisząc, że Robin wróciła do pracy, i że jest młodą żoną pełną wątpliwości. Tymczasem do biura Cormorana wpada szaleniec bełkoczący o jakimś dokonanym lata wcześniej zabójstwie dziecka. Jest rok 2012 i Strike natyka się na grupę protestujących przeciwko olimpiadzie w Londynie, a potem zgłasza się do niego polityk, który jest szantażowany i prosi o pomoc. Następnie w akcji jest pewien zastój, skupiamy się na prywatnych życiach obojga bohaterów, w pewnym momencie nawet stwierdziłam, że trochę już nudą wieje. W tym momencie pojawia się trup, uzyskany metodą dość oryginalną i inspirującą, więc akcja z powrotem się ożywia. Druga połowa jest świetna, masa naprawdę dramatycznych scen, oraz nie miałam zielonego pojęcia, kto zabił. Ostatnie rozdziały czytałam nie oddychając, dobrze, że są krótkie. Po ochłonięciu mam do nich jednak pewne zastrzeżenia, o których w ostatnim akapicie.

Postaci są bardzo plastycznie przedstawione, a akcja szalenie wciąga, chociaż w pierwszej połowie męczyło mnie chwilami szczególarstwo: jak bohaterowie jedzą, to jedzą, wiemy dokładnie kto co spożywa, ile z talerza już zmiótł, jak kluski nawijał, i tak parę razy. To samo z paleniem, Strike zapala, gasi, wyrzuca, odpala jednego od drugiego, i w kółko, a jak nie pali, to go boli kolano na rozmaite sposoby. Nie lubię takiego zapychania stron. Każdy rozdział ma motto ze sztuki Ibsena "Rosmersholm". Występuje w niej polityk, którego żona popełniła samobójstwo. Pojawia się tam również biały koń symbolizujący przeszłość i nieumiejętność poradzenia sobie z przykrymi wspomnieniami. Łatwo zobaczyć, w jaki sposób Rowling wykorzystała ten motyw w swojej powieści, choć nie przybliża nas to do rozwiązania zagadki.

Znajduje się tu polski akcent, sprzedawczyni mówiąca do Polek na Camden "dziękuję ci", z poprawnymi ogonkami, bardzo mnie to ujęło. Oczywiście postać nauczyła się tego podobno od sprzątaczki, a jakże.

Zirytowała mnie postać Lorelei. Młoda ładna bystra kobieta: obsługuje, obskakuje, robi lody i obiady facetowi, który ewidentnie nie ma ochoty się odwzajemniać w najmniejszym stopniu i co najwyżej robi łaskę swoją rzadką obecnością. Burczałam pod nosem
- Tak, panie Robercie Galbraith, może gdybyś sam był kobietą, to byś nie tworzył takich durnych bohaterek!
Po czym przemyślałam sprawę. Niby czemu Rowling miałaby nie udawać, że takie kobiety nie istnieją, jak pełno ich wokół. Pomysł "jak się dobrze postaram, to on się na pewno w końcu zorientuje, że jestem idealna i mnie kocha" ma się świetnie w XXI wieku. Może właśnie ujrzawszy się w takim krzywym zwierciadle któraś przemyśli swoje postępowanie.

Olbrzymie zastrzeżenia i pretensje mam natomiast do innych rzeczy, w końcówce. Cb cvrejfmr Enss avr zótł zvrć crjabśpv, żr Ebova anqny zn mnoybxbjnal gryrsba Znggn (żr fnzn Ebova avr fcenjqmvłn nqerfh - wrfg gb tłhcvr, nyr gb wrfmpmr zbtę jlonpmlć j mjvąmxh m cbścvrpurz v hpmhpvnzv żljvbalzv qb zężn). Cb qehtvr, bxebcavr ebmpmnebjhwąpr: avr qbjvnqhwrzl fvę, wnx Fgevxr qbfmrqł qb ebmjvąmnavn, n j gerśpv avr zn żnqalpu jlfgnepmnwąpb jlenźalpu jfxnmójrx. Bx, qbść jpmrśavr zbżan fvę mbevragbjnć, żr Xvainen zhfvnłn zvrć jfcóyavxn, n wrtb gbżfnzbść zbżr jlwść mr movrżabśpv wrw mnłnznavn j ovhemr Qryyv benm jcnqxv Encunryn m Senaprfxą. Wrqanx xyhpmrz wrfg boenm, v Fgevxr cbjvavra qhżb jpmrśavrw mnclgnć, pb manpml "cvronyq". Ebov gb b jvryr mn cóźab, żrol gb zvnłb fraf. Cb gemrpvr, xvrql whż cemrłxavrzl, żr Pbezbena, j xbńph xhmla Uneel'rtb Cbggren, anwjlenźavrw manynmł ebmjvąmnavr mntnqxv j zntvpmal fcbfóo, gb pmrzh h yvpun cbmjbyvł Encunrybjv hpvrp, fgbwąp cbq qbzrz, j xgóelz gra fvę hxeljnł m boenmrz an tóemr?!! Cbjvaav j glz zbzrapvr mnjbłnć cbyvpwę mnzvnfg fcbxbwavr fvę bqqnynć, mjłnfmpmn cbqrwemrjnwąp zbżyvjbść xbyrwartb mnoówfgjn. Qynpmrtb Ebova zh an gb cbmjnyn mnzvnfg bq enmh mnżąqnć jlwnśavrń? Bpmljvśpvr, avr olłbol qenznglpmartb bfgngavrtb ebmqmvnłh, nyr ebovravr tłhcbg glyxb j glz pryh gb avrmjlxyr gnav pujlg, xgóertb wrqanx fvę cb Ebjyvat avr fcbqmvrjnłnz. V j xbńph qynpmrtb j bfgngavz zbzrapvr Enss avr ovremr Ebova wnxb mnxłnqavpmxv?

Do kolejnego tomu podejdę z dużym dystansem.

2018-10-09 10:14:21 Komentuj (0)

---


Na marginesie życia
Ostatni tom trylogii Grzesiuka wydany bez skreśleń z okazji jego setnej rocznicy urodzin. Tu też te przywrócone fragmenty są pogrubione, i robi to ogromne wrażenie, mam wrażenie, że wytłuszczona jest połowa książki. Znacznie więcej niż w przypadku poprzednich. Autor ukończył pisanie w 1961, świadom, że zostało mu już niewiele czasu, i dlatego na wszystkie usunięcia się zgodził. Bardzo dobrze, że podjęto decyzję o ponownym wydaniu. Dostajemy niezwykle barwną, ogromnie przejmującą opowieść o walce z chorobą. Wydaje się, że po "Pięciu latach kacetu" trudno napisać coś równie poruszającego, a jednak Grzesiukowi się udało. Może też ze względu na to, że przy tej pierwszej mamy świadomość, że nastąpi dobre zakończenie, a w przypadku "Marginesu" wiemy, że wprost przeciwnie. Najbardziej uderza nieustanny dobry humor autora, który jest autentyczny. Nawet pisząc o rzeczach gorzkich i bolesnych Grzesiuk potrafi je skontrapunktować wygłupem czy psotą. Nie ma tu natomiast żadnego epatowania przeszłością obozową: podświadomie spodziewałam się jakichś porównań, że nawet tam tak nie cierpiał; nic podobnego, to nawet nie przychodzi autorowi na myśl.

Poprzednie wydania były bardzo wygładzone i ugrzecznione. Tu widać wyraźnie agresję bohatera, do której przyznaje się bez dumy, ale i bez fałszywego wstydu. Jest wstrząsający fragment o chorobie dziecka, zarażonego zresztą przez samego Grzesiuka, który usiłował wypierać myśl o własnej gruźlicy. Synek spędził całe lata w sanatorium, a kiedy w którymś momencie jego ojciec myśli, że nie uda się go wyleczyć, postanawia zabrać go do domu skazując na śmierć. Tak będzie lepiej niż obarczać żonę ciężarem. Na szczęście synowi ostatecznie się udało przeżyć. 

Stasiek musiał być w sanatoriach absolutnie nieznośnym pacjentem, opisom dokuczliwych figli nie ma tu końca. Wielokrotnie zaznacza, że płynąca z tego zabawa wpływała dobrze na leczenie, inaczej zwariowaliby z nudów. Inni pacjenci niekoniecznie byli tego samego zdania. Jest tu też rozdział o alkoholizmie, też niezwykle żywo i szczerze napisany, choć kompozycyjnie sprawia wrażenie doklejonego do reszty. Grzesiuk twierdzi, że potem już pić przestał, nie wiem czy to cała prawda. Z wdzięcznością natomiast myślę o szczepionce na gruźlicę. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak straszliwą jest chorobą. Na zakończenie autor odnotowuje swoje uwagi na temat postrzegania gruźlików przez społeczeństwo i odwracania się od nich znajomych. Ze strachu przed zarażeniem nie pozwala im się pracować, nawet jeśli są już wyleczeni. Gruźlików już wprawdzie nie ma, są za to inne choroby, a przez pół wieku niewiele się w tej materii zmieniło. 

Najbardziej żałuję tych książek, na które podobno miał pomysły, a których już napisać nie zdążył. Gdybym się kiedyś przeniosła do alternatywnej rzeczywistości, to na pewno w pierwszym odruchu sprawdziłabym, czy ich tam nie ma.


2018-10-07 11:46:56 Komentuj (0)

---


Gardner Dozois "The Year's Best Science Fiction 32" (2014)
Ian McDonald "The Fifth Dragon". Jak 33, tę też otwiera McDonald z bardzo dobrym opowiadaniem księżycowym: eksploracja, górnictwo, trudne warunki, płacenie za wszystko, wymioty w hełmie w nieważkości. This was an ugly world. Hard and mean. It put a price on everything. Po pewnym czasie trzeba podjąć decyzję, czy się wraca na Ziemię, czy zostaje na Księżycu na zawsze, z powodu odwapnienia kości w zmniejszonej grawitacji. Podoba mi się namacalność wizji; nieco mniej zbyt oczywista końcówka.

Jérôme Cigut "The Rider". Autor jest Francuzem z polskimi korzeniami (dziadek był Polakiem i cukiernikiem, będąc w japońskim mieście Nara znalazł tam makowiec, pieczony prawdopodobnie według przepisu dziadka), pisze po angielsku i francusku, mieszkał wszędzie, ostatnio w HongKongu, gdzie rozgrywa się akcja opowiadania. Bohater uzbrojony w stingpen i bodyguarda "was to enter, check the merchandise, hand over a suitcase full of cash, and leave." Rządzi nim natomiast AI, nieco jak w Maneki Neko Sterlinga z 1998. Długo czekamy na puentę.

Aliette de Bodard "The Days of the War, As Red As Blood, As Dark As Bile". Kosmiczna fantasy, a co niby. Do planety zbliżają się źli rebelianci, mieszka tam dziewczynka z matką i ciotką drugiego stopnia, dziewczynka ma sny, rebeliantów trzeba powstrzymać, wszystko wiadomo.

Chaz Brenchley "The Burial of Sir John Mawe at Cassini". Steampunk w tym samym świecie, w którym rozgrywa się akcja "The Astrakhan, the Homburg, and the Red Red Coat" ze zbioru 33. Czyli skolonizowany przez wiktoriańskich Anglików Mars i pogrzeb tajemniczego dżentelmena obserwowany oczami grabarza. Narracja dopasowana stylistycznie.

Ken Liu "The Regular". Cyberpunkowy thriller w wykonaniu Kena Liu, mhm. W miarę niezłe, acz stereotypowe i niepozbawione głębokich uwag typu "Sometimes you help a friend even when you disapprove of their decisions. It’s complicated." Wiadomo - Ken Liu. Zakończenie po pierwsze oczywiste, a po drugie rozczarowujące, bo co właściwie hfznżlłb gnx b pnłą ryrxgebavxę?

Karl Bunker "The Woman from the Ocean". "Powrót z gwiazd" w innym wydaniu. Lądownik rozbija się na oceanie, kobieta dociera do wioski, i odkrywa prymitywny świat. Zwięzłe, bardziej szkic pomysłu niż opowiadanie.

Paolo Bacigalupi "Shooting the Apocalypse". Świat z "Wodnego noża", nieco wcześniej. Dziennikarka Lucy i fotograf Timo szukają niusa: czegoś jeszcze nieopisanego przez wielkich, to znaczy Google/NY Times, Facebook Social Now, Kindle Post.

Susan Palwick "Weather". Mocne i świetnie napisane. Nie podlega streszczeniu, clou wyjaśnia się powoli. Zaczyna się w każdym razie od tego, że jest bardzo zimny kwiecień, śnieg, gołoledź, i ta pogoda powstrzyma pewnego ojca od ostatniego spotkania z córką.

Elizabeth Bear "The Hand Is Quicker". Ludzie żyją w nakładkach na rzeczywistość, a bohater straciwszy całe pieniądze z nakładki wypada i widzi brudną realność, całkiem jak w "Kongresie futurologicznym". Długie opowieści o tym, jaki świat jest zły i brzydki, po czym nagłe zakończenie. Niegłupie.

Cory Doctorow "The Man Who Sold the Moon". Doctorow, czyli dość mocno techniczne. Czterdziestoletni narrator spotyka młodzieńca pracującego nad drukarką 3D mającą samodzielnie budować domki, i przewożącego bardzo cenną soczewkę. Następnie jedzie z nim i jego gadżetem na imprezę na pustyni. Dobrze się czyta, tylko nie wiadomo dokąd to zmierza (z drugiej strony, jak wiadomo dokąd, to źle, bo przewidywalnie), a zmierza dużo dalej, niż można sobie wyobrazić. Fajne.

Lavie Tidhar "Vladimir Chong Chooses to Die". Vlad spotyka the mortality consultant. Nosi w sobie wspomnienia wszystkich swoich bliskich. Nadmiernie poetyczne, taki trochę Bradbury dla ubogich.

D.J. Cockburn "Beside the Damned River". W zakurzonym i wyschniętym kącie Tajlandii kierowcy wiozącemu Europejkę oraz tajemniczy ładunek psuje się ciężarówka. Bohaterem jest miejscowy starzec, który wie o mechanice więcej, niż na to wygląda. I w ogóle jest tu więcej, niż widać w tekście.

Peter Watts "The Colonel". Było w ostatnich Krokach i od tego czasu pamiętałam o czym jest. To w ogóle jest świat ze "Ślepowidzenia".

Vandana Singh "Entanglement". Bohaterka, Kanadyjka, pływa sobie samotnie łódeczką po Oceanie Arktycznym i zbiera dane dla naukowców. A właściwie dane zbierają ai specjalnie dostosowane do warunków oceanicznych. Druga pani wraca z dżungli, gdzie badała środowisko. Potem pojawiają się kolejni bohaterowie, chodzi natomiast o to, że wszyscy i wszystko jest połączone ze sobą i powinniśmy zapobiegać zmianom klimatycznym. Dużo dobrych chęci, staranne wykonanie, naiwność bijąca po oczach.

Pavel Amnuel "White Curtain". Oryginał ukazał się po rosyjsku w 2007, autor jest doktorem astrofizyki. Żyjemy w multiversum, a przyjaciel narratora może ludzi przerzucać między rozgałęzieniami, więc ten się od niego domaga odzyskania nieżyjącej żony. Delikatnie mówiąc, nie jest to szczególnie oryginalny pomysł, a w wykonaniu więcej dramatyzmu i melancholii niż sensu.

Lauren Beukes "Slipping". Pearl przyjeżdża na jakieś wyścigi w Karachi. Coś wspólnego z nimi ma zapewne fakt, że ma sztuczne nogi. Potem się okazuje, że nie tylko nogi, i muszę przyznać, że to jest dość mocny kawałek, chociaż protetyka w sf występuje nie od dziś. Dalej też jest mocno, chociaż w co drugim rozdziale oglądamy niedawną przeszłość bohaterki, dość przewidywalną. Niezła rzecz.

Michael Swanwick "Passage of Earth". Bohaer wykonuje sekcję zwłok, kiedy przywożą mu ciało aliena. A dokładniej przywozi mu je była ukochana. Alien wygląda jak wielki robak. Dalej klasyczny Swanwick, cokolwiek makabryczny, cokolwiek melodramatyczny, oczywiście sprawny.

Ellen Klages "Amicae Aeternum".  Jedenastoletnia bohaterka budzi się przed świtem i biegnie oglądać ostatni zachód słońca oraz inne proste rzeczy z otoczenia. Szybko się wyjaśnia dlaczego: wylatuje z rodzicami na statku pokoleniowym. I wcale nie chce. Doskonała dawka wzruszenia i prostoty, znakomite.

Alastair Reynolds "In Babelsberg". Narrator jest świadomą AI eksplorującą Układ Słoneczny, ale aktualnie w sztucznym ciele występuje jako celebryta. Jest nieznośnie zarozumiały, a całość brzmi bardzo silverbergowo.

Timons Esaias "Sadness". Narrator przyjmuje przymusowego gościa, jednego z New People, którzy teraz rządzą Ziemią, a ludzi pozamykali w rezerwatach, ulepszywszy im kulturę. Narrator planuje również zabić swoją ukochaną. Intrygujące. Aluzja do Indian czytelna.

Jay Lake "West to East". Narrator się rozbił lądownikiem na planecie, na której są całkiem ziemskie warunki, z wyjątkiem jednego: nieustających potwornych wiatrów, powyżej półtora tysiąca km/h. Na orbicie co prawda jest statek macierzysty, ale co z tego. Bardzo klasyczna sf, bardziej 1950 niż 2014.

Rachel Swirsky "Grand Jeté (The Great Leap)". Stary dobry pomysł, technologia kopiowania świadomości w sztuczne ciało jest w powijakach i nieprzetestowana, ale dwunastoletnia bohaterka właśnie umiera, a jej ojciec w piwnicy ma małe laboratorium, więc spróbujmy. Babcia natomiast była baletnicą, a w ogóle bohaterowie są żydami (nazwiskiem Morawski), na czym zbudowany jest cały klimat. Oczywiście całość w trzech aktach, żeby pasowało do baletu, oraz liczne aluzje do Coppelii na podstawie "Piaskuna" E.T.A. Hoffmanna, baśni o automacie udającym dziewczynę.

Elizabeth Bear "Covenant". Bohater jest byłym psychopatycznym mordercą. Leczy się to teraz chirurgicznie. Dobry, realistyczny pomysł, bardzo interesujące, dobrze napisane, trzyma w napięciu.

Karl Schroeder "Jubilee". Kobieta z chłopakiem idą do twierdzy, gdzie od trzydziestu jeden lat śpią ludzie, którzy za dwa dni mają się przebudzić, a wtedy otworzą się bramy i list zostanie doręczony, po 28 latach od napisania. Przedziwne. Ni to sf, ni fantasy, może bardziej w ogóle satyra, pomysłowa i urocza. Oczywiście jest powieść osadzona w tym świecie, bo czemu nie miałaby być.

Paul Graham Raven "Los Piratas del Mar de Plastico (Pirates of the Plastic Ocean)". Hope Dawson, brytyjska freelancerka włócząca się od siedmu lat po Europie, jedzie do południowej Hiszpanii. Prawie teraz, plus "the price of oil had gone nuts and annihilated the cheap airline sector almost overnight", więc jedzie pociągiem. A w Almerii the legendary Plastic Ocean stretched out to the horizon, mile after square mile of solarised bioplastic sheeting shimmering beneath the relentless white light of the sun. I pojawa się bajecznie bogaty pan, który zamierza przeprowadzić eksperyment ekonomiczny. Bardzo gęste.

Gareth L. Powell "Red Lights, and Rain". Amsterdam w deszczu, pani usiłuje zabić pana, a właściwie wampira, tylko zabiera się do tego jakoś niemrawo. Dużo obrazowej akcji i przemocy, wszystko bardzo przewidywalne.

Jessica Barber "Coma Kings". Opowiada nastolatka, która gra w grę Coma, a na imprezie na czyjąś prośbę wkłada cudzy hełm VR i loguje się na na konto gościa. Ma również młodszą siostrę. Trochę wszystko wiadomo, a trochę jednak poruszające.

Allen M. Steele "The Prodigal Son". To jest jedno z cyklu opowiadań o rodzinie Arkwrightów, które potem zostały złożone w powieść "Arkwright". W tym opowiadaniu właśnie budują statek Galactique, a tytułowy marnotrawny syn przylatuje go obejrzeć. Bardzo dużo słów z mnóstwem stereotypów, żeby powiedzieć "His dreams—his lifelong obsession, really—wasn’t shared by his son, and never had been" - na co prawie wrzasnęłam "przez poprzednie dwie części już zrozumieliśmy!" Właściwie spokojnie można zacząć czytać od części VI (tak, szóstej), gdzie są technikalia, dość fajne: to jest chyba pierwszy pomysł wysyłania na odległą planetę po prostu zamrożonej spermy i jajeczek (żeby można było dokonywać modyfikacji genetycznych na etapie przedembrionalnym).

Rich Larson "God Decay". Bohater, Ostap Kerensky, jest Polakiem, bo czemu miałby nie być, za trudno odpalić gugla i sprawdzić typowe polskie imiona, oczywiście. Jest również supersportowcem bio-modyfikowanym, czyli to samo co w "Slipping" wcześniej, i też o cenie, jaką się za to płaci.
 
Robert Reed "Blood Wedding". Córka najbogatszego człowieka w systemie słonecznym wychodzi za mąż, goście są zieleni, nadzy i porośnięci kwiatkami. Czytelnik nie przepada za nimi, więc nie jest mu smutno, kiedy zaczynają masowo ginąć. Przedziwna rzecz, miejscami coś w rodzaju streszczenia komiksu, a miejscami w ogóle nie wiem co, new-wave'owa baśń chyba.

Ken Liu "The Long Haul, from the Annals of Transportation, The Pacific Monthly, May 2009". Dawno o sterowcach nie było. Narrator wybiera się w parodniową podróż sterowcem transportowym pilotowanym przez małżeństwo, w drodze przelatują przez burzę, a narrator ma obserwacje na temat związków międzyludzkich. Wszystko stylem reportażowym i niedostatecznie przemyślane: małżonkowie się żalą, że sie w ogóle nie widują, tymczasem nawet przy 6-godzinnych wachtach człowiek śpi 8 godzin, więc mogą ze sobą spokojnie spędzać kolejne osiem na dobę.

Greg Egan "Shadow Flock". Drony, drony wszędzie. Najpierw pani buduje most wiszący przy pomocy swoich studentów i dron, a potem inna drona przynosi jej paczkę zawierającą fragment palca. Bohaterka musi oprogramować jeszcze inne drony. Dobrze się czyta, kończy się niespodziewanie.

Adam Roberts "Thing and Sick". Narrator z kolegą Royem w 1986 siedzieli na Antarktyce przetwarzając dane z Proximy i Alpha Centauri. Świetnie napisane, filozofia Kanta zgrabnie połączona z klaustrofobicznym thrillerem - intrygujące. Zostało użyte jako pierwszy rozdział powieści "The Thing Itself".

Mary Anne Mohanraj "Communion". Chaurin, obcy, przybył na planetę Kriti po ciało swojego brata, a Amara, człowiek, sadzi tu jaśmin. Z początku bardzo gęsta narracja. Z tytułu wiadomo, o co chodzi, ale autorka błyskawicznie idzie znacznie dalej. Ciekawy pomysł "mating was never easy; if one took on the responsibility of making a match, surely it followed that one owed the pairing some guidance in the early years, some help going forward?".  Po tym obiecującym kawałku zakończenie jest pośpieszne i dość oczywiste, trochę szkoda.

James Patrick Kelly "Someday". Moje serce zawsze uderza mocniej na widok tego nazwiska, bo nieustająco mam nadzieję na coś miary genialnych "Dinozaurów", i za każdym razem jestem nieco rozczarowana. Koło wioski bohaterki wylądowali "the scientists from space", a ona ma zamiar mieć dziecko, dla którego wybrała tylko trzech ojców. Jednym z nich jest jej brat.  Nie jest jednak wyraźnie powiedziane, że nie jest człowiekiem, a kiedy wyciąga butelkę chardonnay, czytelnik odczuwa zagubienie. Mniej więcej o to tu chodzi.

Nancy Kress "Yesterday’s Kin". Bohaterka odkryła nieznaną wcześniej haplogrupę mitochondrialnego DNA. Z tej okazji uczestniczy w uczelnianym przyjęciu, które przerywają agenci FBI. W drugim wątku jej syn zostaje wyrzucony z domu przez byłą dziewczynę, bo nie chce przestać brać narkotyku zmieniającego osobowość. Przy okazji się dowiadujemy, że w Nowym Jorku od czterech miesięcy jest statek Obcych, którzy są przyjaźni, ale jeszcze się nie pokazali. Jak to Kress, bogate tło obyczajowe, "Relations between the United States and everybody were not good, as the country relentlessly pursued its new policy of economic isolationism in an attempt to protect jobs". Oczywiście wiadomo jak są powiązani Obcy i mitochondrialne DNA, i w ogóle cała ta otoczka wcale nie jest potrzebna (Bopl cemrpvrż jvrqmą, fxąq cbpubqmą), poza tym, że trzeba jakoś zawiązać akcję, a potem ratować świat. Bardzo dobrze napisane, bo to Kress, tylko nie opuszczało mnie pytanie "PO CO?". Choć zakończenie nieco wynagradza.

2018-10-05 09:23:32 Komentuj (0)

---


Early Riser
A gdyby ludzie mieli wspólnego przodka nie z małpą, lecz z niedźwiedziem, i zapadali w sen zimowy? A gdyby w dodatku trwała mała epoka lodowcowa, i zimy były bardzo ciężkie i długie? Łatwo sobie wyobrazić: technologia nastawiona na wsparcie zimowej hibernacji, specjalnie wybudowane dormitoria, leki wspomagające długi sen, telewizja nadająca powtórki seriali ułatwiające zaśnięcie tym przedwcześnie wybudzonym, i przede wszystkim tradycja tuczenia się na zimę oraz unikania wysiłku fizycznego. Na tych szczupłych patrzy się z politowaniem i współczuciem - nie dotrwają do wiosny. Chyba, że pełnią funkcję the Winter Consul, pozostającego na jawie zarządzającego tym światem o zminimalizowanych funkcjach życiowych. Uczniem takiego właśnie Konsula jest narrator, Charlie, wkraczający w swoją pierwszą świadomą Zimę. W towarzystwie pani Tiffen, ale to niespecjalna pociecha, ta jest bowiem martwa od kilku lat. Niektórzy z hibernacji wychodzą jako zombie, bez świadomości, jedynym instynktem jest głód. Łatwo sobie z nimi poradzić: wystarczy regularnie karmić. A kiedy zabraknie im troskliwych opiekunów, idą na przeszczepy.

Prześliczny pomysł, jak to Fforde, wykonanie błyskotliwe, jak to Fforde, dużo przypisów, rządząca lokalnym światkiem (Walią) potężna korporacja, dziwne dialogi - jak to Fforde. Początkowa spora dezorientacja czytelnika szybko ustępuje miejsca wciągnięciu w ten świat i akcję, a ta jest oczywiście nieprzewidywalna. Narrator jest wychowankiem zakonu, ale zupełnie niepodobnego do naszych, tamtejszych siostr powołaniem jest bowiem rodzenie dzieci. Przybierają imiona typu siostra Zygotia, Fallopia, czy Placentia, i szczycą się wydaniem na świat dwadzieściorga czy trzydzieściorga potomków. Ten pomysł, zasygnalizowany na początku, jest potem słabo rozwinięty, a od początku dręczyło mnie pytanie, jak pogodzić 9 miesięcy ciąży z czterema hibernacji. Ciężarne musiałyby w sen nie zapadać, ale to wymagałoby utrzymywania w Zimie porodówek. Nic o tym nie wiadomo, dowiadujemy się natomiast, że można w tym świecie handlować opcjami na swoje nienarodzone dzieci. Samochody jeżdżą na sprężone powietrze, broń również tak działa, a ograniczenie na ulicach dotyczy nie prędkości, tylko hałasu.

Miejscami jest to przyzwoita sf (wyglądająca jak historia alternatywna, mamy tu bowiem sławne osoby znane z naszego świata; jedno z dormitoriów nosi natomiast imię Melody Black), chwilami zaś mamy absurd typowy dla Fforde'a, na przykład osoba patrząca tylko lewym okiem widzi wyłącznie lewą stronę wszystkiego, prawej nie jest w stanie w ogóle zobaczyć. U innego autora czepiałabym się takich pomysłów, ale u tego wszystko jest możliwe i akceptowalne. Również zrobienie bohatera ze zdeformowanego nieudacznika.


2018-10-01 09:13:09 Komentuj (2)

---


"Byłem tu. Tony Halik"
Mirosław Wlekły poświęcił parę lat na dochodzenie reporterskie, które miało ujawnić prawdę o życiu Tony'ego Halika. Książka jest podzielona na części odwrotne chronologicznie. Najpierw widzimy końcówkę, lata 74-98, czyli od poznania Elżbiety Dzikowskiej do śmierci. To czas, kiedy bohater już był tym znanym z telewizji Tonym Halikiem, włóczącym się po świecie. Jest tu cały rozdział poświęcony listom od telewidzów: niektóre zabawne, niektóre żenujące. Są też listy samego Tony'ego do Elżbiety. To jest okres udokumentowany najlepiej, i chyba to dlatego autor wybrał taki układ. W kolejnej części bowiem próbuje odtworzyć powojenne losy Halika, wtedy jeszcze Mieczysława Sędzimira, i tu zagadek jest więcej. Pewne jest to, że swoją żonę Pierette poznał we francuskim rejonie Charentes (autor pije tam miejscowy trunek - pineau, którym się bardzo długo zachwycałam po pobytach we Francji, teraz uważam, że jest zbyt słodki) i że do Argentyny dopłynęli 16 maja 1948. Tam w dokumentach pojawiło się imię Antonio, i tam zaczęli się wypuszczać w coraz dalsze podróże. Trzecia część to opowieść o dzieciństwie Halika, a czwarta mówi o okresie 1942-45 i ujawnia, że Halik wstąpił do Wehrmachtu, z którego potem we Francji zdezerterował i przyłączył się do francuskiego ruchu oporu. Łatwo to oczywiście oceniać z dzisiajszej perspektywy, natomiast wtedy nie było to takie proste. Halik miał zakład fotograficzny i niemieckie obywatelstwo (pod imieniem Max), robił zdjęcia do ausweisów. Wcielenie do armii niemieckiej nastąpiło niejako naturalnie.

Halik z całą pewnością przez całe życie konfabulował, a co najmniej koloryzował. Właściwie nie da się bez tego stworzyć ciekawej, przykuwającej uwagę opowieści. W najbarwniejszej przygodzie trzeba zastosować pewne skróty czy uproszczenia, żeby relacja była wciagająca. Pytanie tylko, jak daleko można się posunąć, trudno znaleźć jasną definicję. Z całą pewnością Halik był również niezwykle odważnym uroczym szaleńcem. Nie bezpieczeństwa szukał przez całe życie. Jeśli nie wszystko naprawdę wyglądało dokładnie tak jak w jego opowieściach, to tylko przez przypadek. Nie unikał trudności, wprost przeciwnie, do ostatnich lat życia sam je sobie radośnie wynajdywał.

Ciekawostka: matka synowej Halika w marcu 1965 miała 35 lat, zostawiła męża z czworgiem małych dzieci (w tym przyszłą synową Halika), by odpowiedzieć na apel Martina Luthera Kinga  i przyłączyć się do marszu w Montgomery o prawa czarnoskórych, o czym napisała potem książkę. O tym marszu rozmawiają również bohaterki dziejących się w tym właśnie czasie "Służących", których słuchałam równolegle.


2018-09-28 09:19:17 Komentuj (0)

---


"Służące" Kathryn Stockett
Jesteśmy w 1962 w Jackson w stanie Missisipi. Mówi Aibileen, pięćdziesięcioparoletnia czarna, służąca u państwa Leefolt, opiekunka ich dwuletniej córeczki. Ocenia swoich państwa surowo, ale dziecko kocha, jest kobietą prostą, dobroduszną, ale i twardą, bez złudzeń oceniającą los swój i swoich pobratymców. Potem włącza się Minny Jackson, młodsza czarna, która właśnie zaczyna służbę u pani Celii Foote, odrzuconej przez miejscowe towarzystwo, bo pochodzącej z białej hołoty, choć udało jej się dobrze wyjść za mąż. Wszystko tu wygląda inaczej, niż Minny znała dotychczas, a jest osobą o niewyparzonym języku, ktora już 19 razy z tego powodu traciła pracę. I w końcu mamy narrację pokazanej poprzednio z punktu widzenia Aibileen panienki Skeeter, która po studiach wróciła do domu i zdaniem matki powinna szybko znaleźć męża. Wcale jej jednak do tego niespieszno - ona chce pisać. I znajduje temat: życie czarnych służących. Nie może z nimi jednak rozmawiać ot tak, to byłby skandal, a czarne też wcale nie chcą się zwierzać dziwnej białej pani. Nie pomaga fakt, że panienka Hilly, przyjaciółka Elizabeth i Skeeter, rozkręca kampanię na rzecz budowania dla czarnej służby osobnych toalet. Jak dowodzi z powagą i "naukowo", choroby kolorowych przenoszą się przez mocz, a biali nie są na nie odporni. Właściwie trudno się dziwić, że ulegano tej argumentacji, dziwi jedynie to, że tym potencjalnie tak groźnym czarnym bez namysłu ani specjalnych obaw masowo powierzano dzieci i kuchnie. W tle organizowany właśnie przez Martina Luthera Kinga marsz w obronie praw czarnoskórych.

A to dopiero początek tej szalenie wciągającej powieści, którą przyswajałam w formie bodaj najlepszego znanego mi audiobooka: świetnie czytanego przez trzy doskonale dobrane do ról aktorki. Stockett pewne rzeczy przerysowuje (drażniące jest na przykład ciągłe podkreślanie, jak złą matką jest Elizabeth; zbyt grubymi nićmi jest też szyta postać Celii), ale ciągle miałam w głowie, że to co pisze, to jest w zasadzie sama prawda, i jednocześnie nie mogłam w to uwierzyć. Był rok 1963, potem 1964, za chwilę ludzie mieli lądować na Księżycu, a równolegle istniała segregacja rasowa, bo przecież "jesteśmy równi, ale różni", jak z idiotyczną naiwnością głosiły białe panie, przekonane, że przecież czarna służba musi być zachwycona faktem posiadania własnej łazienki. I że czarni sami nie chcą iść do szkoły z białymi uczniami, bo jest im za trudno. A to i tak pół biedy; za tym przecież szły uchodzące na sucho rozmaite represje wobec czarnych.

Fantastycznie odmalowane i zróżnicowane są tu postaci (nawet jeśli Hilly jest może odrobinę zbyt demoniczna, a kolorowe z kolei jednak nieco wyidealizowane). Doskonale uchwycony skomplikowany stosunek czarnych do białych: zdominowany przez strach, bo są od nich beznadziejnie zależne. Jest w nim pogarda, ale jest i szczere przywiązanie, przynajmniej do dzieci, które wychowują całymi latami i które je kochają jak prawdziwe matki. Widać, jak kolorowe w odruchu obronnym tworzą sobie własny świat, do którego białe nie mają wstępu. Umiejętnie stworzone zostały tajemnice w tej książce, wcale nie oczywiste. Całość jest zachwycająco barwna, przygnębiająca, boleśnie prawdziwa, naprawdę wciągająca i warta przeczytania, a na pewno wysłuchania. Została również sfilmowana ze świetnie dobranymi aktorkami, ale film jest mocno wygładzony wobec powieści.

Książka pisana przez Skeeter ma tytuł "Help", co zostało przełożone jako "Pomoc", podczas gdy w oryginale powieść nazywa się "The Help". Zastanawiam się, czemu ta analogia nie zostało zachowana w przekładzie. Poza tym jedna z lektorek informuje nas o święcie nazywającym się "Czanuka", na co bardzo prychnęłam; ale innych uchybień nie zauważyłam. Ta debiutancka powieść z roku 2009 została odrzucona przez sześćdziesięciu agentów; ciekawe, po ilu ja bym się poddała. I ciekawe, ilu z nich zmieniło pracę po tym, jak przez dwa lata utrzymywała się na szczycie listy bestsellerów i sprzedała się w milionach egzemplarzy.

2018-09-26 10:41:37 Komentuj (6)

---


Trudności ze wstawaniem. Okna.
W 1987 w drugim obiegu ukazała się powieść Krall "Okna", a rok później zbiór reportaży "Trudności ze wstawaniem". Oficjalnie te dwie rzeczy wydała w jednym tomie Alfa w roku 1990, i czyta się to nadal znakomicie. Krall jest reporterką niezwykle uważną, i raczej stawiającą pytania niż dającą odpowiedzi. Nie ma u niej współczucia, jest pragnienie zapisania, dania świadectwa. Ta ocalona z Zagłady, świadomie lub nie, stosuje się do rabinicznego nakazu pamiętania. Jest tu między innymi reportaż o Annie Walentynowicz, która w 1965 zachorowała na raka. Lekarze obiecali jej 5 lat życia. Przyszedł 1970 i Grudzień, Walentynowicz była przekonana, że powinna coś zrobić, że w jakimś celu to życie zostało jej darowane. Zastanawiam się, czy Krall czuła z nią pokrewieństwo duchowe.

"Okna" nie są klasyczną powieścią. Autorka na początku zwraca się wprost do czytelnika informując o tworzeniu swojej bohaterki. Potem wymienia pozostałe postaci: są wśród nich ludzie żyjący naprawdę, a pozostali też mają rysy znajomych Krall. Urodzona w 37 Celina jest córką osoby, która przechowała za szafą żydowską kobietę z córką Paulą (jak przechowana została sama autorka). Celina w którymś momencie rozważa możliwy życiorys Pauli, gdyby wojen nie było. Zapewne to rozmyślania samej Krall. Matka trafiła do domu wariatów i tam zginęła - zapewne podobnie jak matka Tuwimów. Paula przeżyła, zaprzyjaźniona z Celiną zostawiła jej w spadku swojego byłego męża i swojego ojca, i wyjechała. Jej nieobecność jest centralną osią tej książki.

Drugą jest proces milicjantów, zabójców Grzegorza Przemyka. Celina zna jego matkę, Barbarę Sadowską. Pojawia się tu również doktor Edelman oraz przelotnie Jacek Kuroń, z którym jest związany jeden z najbardziej uderzających współcześnie fragmentów powieści: w czasie teraźniejszym, 1984, Celina zwraca sie do przyszłego czytelnika, mówiąc że w jego czasie, za 20-30 lat, Jacek Kuroń niewątpliwie trafi do podręczników historii. Gorzko się śmiałam myśląc, że 34 lata później już zdaje się znowu został z nich wykreślony, i że Krall nie mogła tego przewidzieć w żaden sposób. Chciałabym przeczytać współczesne wydanie tej książki, z jej komentarzem.

Nie wiem, czy pamięć może w czymkolwiek pomóc, ale to nas nie zwalnia z obowiązku zapisania - i wracania do tych lektur.

2018-09-24 09:12:51 Komentuj (2)

---


Boli tylko, gdy się śmieję
Wydawnictwo Literackie wydało listy Stanisława Lema i Ewy Lipskiej, pisane na przestrzeni 1983-2001. Jest to znowu wspaniała lektura, Lem był bowiem zapalonym epistolografem, a Lipska mu dzielnie sekunduje. Na początku twórcy są ze sobą na pan / pani, i zachowują pewien dystans. Potem przyjaźń się zacieśnia. Lem opowiada sporo o swoich problemach ze zdrowiem, ale są tu też cudowne, pełne specyficznego humoru, kawałki o "Imieniu róży" (był zachwycony, co więcej - informuje, że poleciwszy tę lekturę Mrożkowi dostał od niego entuzjastyczny list, jakiego nigdy przedtem nie otrzymał), o Heideggerze (jest przeciw), czy o pisaniu "Fiaska". Przy tej okazji napomyka, że nie wie, jak się jego teksty skończą, ponieważ gdyby wiedział, to byłoby mu nudno. Jednak przy "Fiasku" wydawało mu się, że zna zakończenie, a powieść postanowiła skończyć się inaczej. Teraz zachodzę w głowę, jak ona mogła się inaczej skończyć. Lem, który zazwyczaj krytykował wszystko, daje tu niespodziewanie przepiękną pochwałę wierszy Lipskiej, poruszającą w swojej szczerości i w cudownym ujęciu natury poezji jako takiej. Lipska natomiast wspomina często o Szymborskiej i Filipowiczu, z którymi się znają oboje, oraz o trudnościach stanu wojennego.

Listów jest mało (za mało). Druga część tomu zawiera listy Lipskiej i Tomasza Lema, pisane na początku lat 1990, kiedy dwudziestoletni syn Lema wyjechał na studia do Princeton. Opisuje studencką codzienność, ilustrując zabawnymi rysuneczkami. Na koniec natomiast mamy trzy rozmowy Lipskiej i Lema, z lat 2003 i 2004. Jak to Lem: jest o motoryzacji, marcepanach, czosnku i wieczności, a między wierszami o kondycji ludzkiej, o której nie miał dobrego zdania nigdy, a po osiemdziesiątce jeszcze mniej.



2018-09-22 09:11:38 Komentuj (0)

---


Wybrana
Miałam tę książkę na liście w ramach czytania powieści nagrodzonych Hugo i Nebulą (Nebula i Locus 2016, nominacja do Hugo, przegrana z "Piątą porą roku"), ale omijałam ją wzrokiem długi czas. Nie lubię fantasy, a to jest bardzo klasyczna baśniowa fantasy. Zwyciężyła w końcu ciekawość, jak Naomi Novik, autorka urodzona z matki Polki wykorzystała polski folklor.

Narratorka Agnieszka urodziła się w małej wiosce w królestwie Polnia, w bliskim sąsiedztwie strasznego i niebezpiecznego Boru. Za Borem jest natomiast wrogie królestwo Rusja, z którym Polnia nieustannie toczy wojny. Mieszkańcy wiosek w dolinie są jednak bezpieczni, chroni ich bowiem Smok, który w zamian za to co dziesięć lat zabiera stamtąd młodą dziewczynę. Oddaje ją, ale odmienioną, i te kobiety zawsze odchodzą z wiosek. Agnieszka czuje się jednak bezpieczna, Smok zabierze na pewno jej przyjaciółkę Kasię, która jest śliczna, mądra, wesoła, zorganizowana i umie gotować. Tymczasem Agnieszka ma wyjątkowe uzdolnienia wyłącznie w jednej dziedzinie: niezgrabności. Jest bez przerwy brudna, podrapana i poparzona. Przynajmniej Smok (który nie jest naprawdę smokiem, tylko czarodziejem o tym imieniu) jej nie zabierze... chyba że jednak wybierze.

Książka jest bardzo sprawnie napisana i błyskawicznie wciąga wbrew wszelkiemu nielubieniu fantasy oraz young adult. Obok polskich nazw miejscowości i bohaterów pojawia się tu Baba Jaga w ładnym ujęciu. Agnieszka jest sympatyczna. Reszta to oczywiście kalki. Heroina jest podejrzanie podobna do Harry'ego Pottera ze swoją szczątkową znajomością magii i zapałem powodującym katastrofy. Smok wiadomo - skrywa dobre, lecz zranione serce w wysokiej wieży i za fasadą grubiaństwa. Od czasów Heathcliffa, a bliżej czasowo i gatunkowo Snape'a, nie jest to odkrywcza konstrukcja postaci - to mi chyba przeszkadzało najbardziej. Podobały mi się natomiast różnice w rodzajach magii, coś w rodzaju Pratchettowego rozdziału na czarodziejów i wiedźmy, ale bez rozróżnienia według płci. Bór jest solidnie przerażający, zastanawiam się czy to słowiańskie baśnie tak wpłynęły na wyobraźnię autorki. Za to pomysł, że siedemnastoletnie wiejskie dziewczyny nie będą miały pojęcia o seksie, przyprawiał mnie o spazmy śmiechu jeszcze przez tydzień. Ale wiadomo, to na amerykański rynek.


2018-09-20 11:18:27 Komentuj (0)

---


Opowiadania bizarne
Bizarre oznacza dziwny, zaskakujący w swojej inności. To świetny tytuł dla tego zbioru opowiadań, w którym fantastyka (czysto sf "Transfugium") łączy się z kafkowskim metafizycznym niepokojem ("Przetwory" czy "Szwy") albo z klasyczną opowieścią niesamowitą (prześliczne stylistycznie "Zielone dzieci"). Światy Tokarczuk zawsze mają bardzo spójną logikę wewnętrzną, ich zwodniczy precyzyjny realizm jest umiejętnie skontrapunktowany zbijającym z tropu elementem dziwności. Może najbardziej emblematyczna w tym zbiorze jest najprostsza, minimalistyczna "Prawdziwa historia", w której najzwyklejszy bohater poprzez zbieg okoliczności zostaje nagle wyrzucony na margines swojego świata. A raczej świata, który całe życie uważał za swój, i którego reguły znał, zdawałoby się, na wylot. To jest powracające pytanie Tokarczuk: czy rzeczywiście znamy zasady. Zmierzyliśmy świat, opisaliśmy rządzące nim prawa, czy to wystarczy? Czy aby na pewno mamy gwarancję, że jutro będą obowiązywać identyczne? Lektura tych opowiadań wytrąca z utartych ścieżek myślenia, przypomina, że życie będzie potrafiło nas zaskoczyć.

Czystym sf (ku mojej radości) są również "Wizyta" i "Góra Wszystkich Świętych". To pierwsze ma ładny pomysł, fajne wykonanie językowe i bardzo oczywistą puentę. W tym drugim szybko domyśliłam się rozwiązania fabularnego. Natomiast w każdym przypadku podziw budzi dopracowanie świata przedstawionego.

Na osobny akapit zasługuje natomiast ostatnie opowiadanie zbioru "Kalendarz ludzkich świąt". Również sf, a nawet bardziej: to jest opowiadanie Huberatha. Obracałam to natrętne skojarzenie w głowie, nie mogąc pogodzić tych dwóch nazwisk, a przecież jest to doskonale logiczne. Oboje mają niezrównaną wyobraźnię, ogromny humanizm, i kochają przekraczanie granic surrealnej dziwności. A jednak wyjątkowo niepokojące uczucie budziło we mnie czytanie tego bardzo dobrego opowiadania Huberatha napisanego przez Tokarczuk. Bardzo pragnęłabym wiedzieć, czy to było celowe i świadome, czy też niechcący doszli do tego samego miejsca innymi drogami.


2018-09-17 09:12:52 Komentuj (0)

---


Jak zawsze
Zaplanowałam nieczytanie najnowszego Miłoszewskiego, bo "Gniew" i "Bezcenny" jakoś mnie jednak rozczarowały, a opinie o "Jak zawsze" też widziałam słabe. Potem pani w zamierzchłych czasach bloga zwana Khem napisała, że bardzo fajne, do czego się dołączyło parę innych szanowanych przeze mnie czytelniczek, i musiałam natychmiast zabrać się za lekturę. 

Zaczyna się obrazowym opisem porannego wstawania z łóżka pana lat 83, który jeszcze trzyma się nieźle, ale starość nie radość. Tymczasem jego żona lat 78 idzie kupić seksowną bieliznę, bo właśnie mają pięćdziesiątą rocznicę pierwszego pożycia (jak to ujmował niezapomniany Kałużyński). Było to w styczniu 1963. Dzięki bieliźnie i współczesnemu wspomaganiu chemicznemu wszystko się udaje, a nazajutrz... budzą się jako młodzi ludzie, w styczniu 1963, ale alternatywnym. Na brzegu Wisły stoi paskudztwo pomalowane w kolory flagi francuskiej, ludzie wtrącają w wypowiedzi słowa francuskie, a prezydentem jest Eugeniusz Kwiatkowski. W tej Warszawie nie zabudowano placu Konstytucji, zostawiono tam Rezerwat: ruiny budynków takie, jak były po wojnie. Przejmujący opis.

Jak łatwo się domyślić, byłam zachwycona pomysłem, który sam w sobie do oryginalnych nie należy, ale jest to zrobione bardzo solidnie, poczynając od całego dobrze zbudowanego sztafażu i przemyślanych zmian w historii polskiej, po bohaterów i ich relację. Rzecz jest opowiadana na przemian z punktu widzenia Ludwika, trzecioosobowo, i Grażyny - w pierwszej osobie, do czego Miłoszewski najwyraźniej pilnie czytał Chmielewską, w licznych momentach rozpoznałam jej stylistykę, ale to nie jest zarzut. Nieprzemijający sentyment do miasta Warszawa wpłynął na moje urzeczenie lekturą, choć i bez tego czyta się po prostu dobrze. Element komiczny płynie z zestawienia postaci książkowych ze znanymi z rzeczywistości, na przykład Gierek występuje w nieco innej roli niż ta znajoma. Poza tym jednak jest tu masa naprawdę ciekawych rozważań polityczno-historycznych, widać rzetelnie przemyślane podłoże. Oraz zakończenie wcale nie jest oczywiste, co ujęło mnie dodatkowo.

Książka zawiera lokowanie języka francuskiego i próby wymyślenia jak codzienny z nim kontakt wpłynąłby na polszczyznę, są tu na przykład twory takie jak "iperszłetnie" czy "sawa" - szkoda, że Miłoszewski nie odnotował rzeczywiście używanej przez Polaków we Francji uroczej formy "sawaszka". Pojawia się tu poza tym Lem dający autografy na targach książki, a jeden z bohaterów zachwyca się "Powrotem z gwiazd" (wydanym dwa lata wcześniej), co daje Grażynie możliwość porównania przewidywań ze stanem faktycznym z 2013, chociaż nie zauważa niestety czytnika ebooków. Na występy uświetniające uroczystość przyjeżdżają z Francji młode gwiazdy, Johnny Hallyday i Sylvie Vartan.

Wielokrotnie czytając rzeczy anglojęzyczne oparte na takim pomyśle chciałam zobaczyć coś podobnego na gruncie polskim. To już jest. Miłoszewski stanął na wysokości zadania.


2018-09-15 09:18:54 Komentuj (4)

---


The Wild Dead
Inwestygatorka Enid rok po wydarzeniach z "Bannerless" udaje się ze swoim partnerem w odległą okolicę The Coast Road, żeby tam rozstrzygnąć spór o stary dom. Właściciel chce go zachować jako pamiątkę dawnych czasów, reszta lokalnej społeczności nie widzi sensu. Nie ma tam jednak komitetu, stąd wezwanie inwestygatorów. Enid myśli, że uda jej się szybko wrócić do domu, do którego bardzo tęskni, sprawy się jednak szybko komplikują, kiedy mieszkańcy znajdują zwłoki młodej dziewczyny. Miejscowi regularnie handlują z ludźmi żyjącymi w dzikim obozie niedaleko, co będzie miało istotne znaczenie dla akcji.

Tym razem to kryminał pełną gębą: jest trup, jest dochodzenie. Niestety już na samym początku nieprzyjemnie zdumialo mnie, że Enid nie sprawdza od razu absolutnie podstawowej i oczywistej rzeczy, i odkrywa ją dopiero przypadkiem. To ma być inteligentna, długo szkolona osoba, już z pewnym doświadczeniem? Następnie błyskawicznie domyśliłam się tożsamości Elli (i idącej za tym osoby mordercy). To był ten przypadek, kiedy przez pół książki czytelniczka (ja) się męczy mówiąc w kółko do bohaterki "przecież to jest tak i tak, kiedy w końcu na to wpadniesz albo przynajmniej zadasz właściwe pytanie, którego unikasz tylko po to, żeby była akcja!"

Pomijając te drobiazgi dokuczliwe jak drzazgi, życie na Coast Road skontrastowane z życiem dzikim jest nadal odmalowane fajnie i konsekwentnie - tylko wszystko to już widzieliśmy w poprzedniej części. Nie wspominając o opowiadaniach, w których ten świat sprawdza się lepiej. Nadal nie rozumiem pomysłu, żeby kobietom zezwalać na maksymalnie jedno dziecko - w ciągu tych 80 lat od upadku, czyli trzech pokoleń, populacja, już i tak mocno przerzedzona, zmniejszyłaby się przecież ośmiokrotnie! Jak społeczność The Coast Road miałaby w takich warunkach prosperować, i niby skąd konieczność budowania nowych domów (jak zrobiła Enid) - wydaje się, że starych powinno być aż nadto?

Sprawne, realistyczne, ze żwawą akcją, jak to Vaughn, ale po kolejną część niekoniecznie sięgnę. Chyba, że będzie obiecywać wyjaśnienie moich wątpliwości.


2018-09-13 15:10:19 Komentuj (0)

---


Miasto i miasto
Zaczyna się jak przyzwoity kryminał. Policjant z Brygady Najpoważniejszych Zbrodni znajduje trupa młodej kobiety, NN, być może profesjonalistki, próbuje ją zidentyfikować, szuka punktu zaczepienia. Jesteśmy gdzieś w Europie Wschodniej, jakieś Bałkany, niedaleko Rumunii i Bułgarii. Wytrzeszczyłam oczy "Miéville napisał kryminał? To nie jest fantastyka? Ale jak to?" Otóż jest. Miasto Besźel, gdzie toczy się akcja, jest silnie topograficznie powiązane z miastem należącym do wrogiego państwa. To brzmi jak Berlin przed zburzeniem muru, tylko znacznie bardziej: oba zajmują tę samą przestrzeń. Dzielą się ulicami, a nawet budynkami, fizycznej bariery nie ma, psychiczna jest nieprzenikniona: ludzi i samochody z drugiego miast należy staranie przeoczać, inaczej zajmie się nami Przekroczeniówka, a tego byśmy nie chcieli. Cudowny pomysł, znakomite wykonanie. Tym niemniej marudziłam dość długo, że to nie zdaje testu brzytwy Lema, mogłoby się dziać właśnie w tamtych Berlinach choćby. Miéville jest jednak za starym wyjadaczem i za dobrym pisarzem. To zdecydowanie jest fantastyka, jest to również świetny kryminał, i obłędnie dobra książka (Hugo 2010, ex aequo z "Nakręcaną dziewczyną" Bacigalupiego). A motto ma ze "Sklepów cynamonowych".

Jest również krótki serial na podstawie tej książki, co najpierw przyprawiło mnie o zachłyśnięcie powietrzem, ponieważ nie wyobrażałam sobie, jak można na ekranie zrealizować ten świat: otóż można. I to całkiem wiernie, oraz bardzo pięknie. Inspektor Tyador Borlú dostał w tej wersji zaginioną żonę, co mu przydaje mrocznej tajemniczości. Byłam absolutnie pewna, jak tę kwestię rozwiążą na koniec, i bardzo się zdziwiłam.

2018-09-11 10:03:59 Komentuj (2)

---


Amerykaana
Ifemelu, Nigeryjka z ludu Igbo, od trzynastu lat w Ameryce, prowadząca popularny blog o problemach rasowych w Stanach, postanawia wrócić do Nigerii, gdzie dostała pracę. Mieszka tam również jej były chłopak, Obinze, z którym od wielu lat nie miała kontaktu. W drugim rozdziale oglądamy właśnie Obinze, któremu powodzi się świetnie: ma śliczną żonę, udane dziecko, liczne nieruchomości i dużo pieniędzy. A potem jest część druga, w której cofamy się w czasie do młodości Ifemelu, czasów poznania z Obinze, a potem jej początków w Ameryce. Zaprosiła ją tam ciocia Uju, która wyjechała po tym, jak utrzymujący ją Generał zginął w katastrofie samolotowej. Ameryka okazuje się dziwnym miejscem, ale Ifemelu dzwoni często do Obinze i usiłuje jakoś przetrwać. W tle nadciągają wybory prezydenckie roku 2008.

W trzeciej części widzimy młodego Obinze, który po odrzuceniu wniosku o wizę amerykańską wyjeżdża do Anglii i usiłuje tam znaleźć legalną pracę. Inteligentny wykształcony chłopak pracuje na czarno przy myciu toalet i próbuje załatwić sobie fałszywe małżeństwo. Niby znamy to i my z naszego kraju, bohater zresztą w którymś momencie pracuje z Polką sprzątającą biura w tym samym budynku (czyli stojącą szczebel wyżej na drabinie społecznej), ale różnica jest ogromna. Zdałam sobie z niej sprawę kiedyś rozmawiając z którymś arabskim kolegą o załatwianiu papierów na prefekturze: ja psioczyłam na kolejki nie mając świadomości, że ja tam stałam co prawda długo, ale z pewnością załatwienia uciążliwości biurokratycznej, on natomiast tej pewności bynajmniej nie miał, nawet będąc specjalistą w swoim zawodzie, o co Obinze jest uboższy. Zresztą dalej w powieści są uwagi na ten temat: "Rdzenni czarni na całym świecie są zawsze gorzej traktowani od nierdzennych białych. Moja przyjaciółka, która urodziła się i wychowywała we Francji, a której rodzice są z Togo, kiedy jedzie na zakupy do Paryża, udaje, że jest z Anglii, bo sprzedawczynie są milsze dla czarnych, którzy nie mówią po francusku". (Mogłabym oczywiście dorzucić, że paryska obsługa jest ogólnie milsza dla ludzi, którzy nie mówią po francusku, czyli są zapewne turystami).

Niesłychanie wciągająca, bardzo sprawna i szczera narracja jest ogromną zaletą tej powieści. Drugą oczywiście pełnowymiarowe postaci (główna bohaterka ma życiorys pokrywający się w wielu miejscach z życiem autorki), i cały sztafaż, który brzmi egzotycznie - i jednocześnie znajomo. Jestem imigrantką, nie różniącą się kolorem skóry, i może nie aż tak bardzo kulturą, a jednak świetnie wiem co to znaczy, że szufladkują mnie, kiedy tylko powiem bonjour. Z zachowaniem wszelkich proporcji: Francuzi wiedzą, gdzie jest Polska, połowa z nich ma polską żonę, babkę czy pradziadka, nie dopytują się, co znaczy moje egzotyczne piękne imię pochodzące z cudownej bogatej kultury, co spotyka bohaterkę. Jak cierpko i słusznie zauważa Ifemelu, o kulturze norweskiej interlokutorka nie wyraziłaby się w ten sposób. Nie ma również przepaści ekonomicznej. Spotykani przez bohaterkę zamożni Amerykanie z fascynacją opowiadają o swoich działaniach dobroczynnych w Afryce, przekonani o wdzięczności Nigeryjki, tymczasem ona "zapragnęła nagle i rozpaczliwie pochodzić z kraju ludzi, którzy dają, a nie dostają, należeć do tych, którzy mają, i dlatego mogą pławić się w łasce dawania, być między tymi, którzy mogą sobie pozwolić na bezgraniczne współczucie i empatię".

Adichie w prosty, realistyczny sposób pokazuje przepaść kulturową, imigranckie rozdarcie między dwoma krajami, oraz skomplikowane kwestie podejścia do rasy. W którymś momencie czarna kobieta mówi, że spotkała na lotnisku Francuza, i że we Francji mężczyźni widzą w kobiecie kobietę, w Stanach natomiast czarną. To też nie do końca jest prawda. Związki mieszane znam ze dwa między czarną kobietą i białym mężczyzną oraz dwa między Francuzem i Marokanką, zresztą wbrew gwałtownym protestom rodzin tych kobiet. Ten Francuz z powieści zapewne czuł, że w podróży może sobie pozwolić na więcej. 

Końcowa część powieści opowiada o powrocie Ifemelu do Nigerii, na co czekałam niecierpliwie. Rodzinny kraj bohaterki ma wiele wad, zwłaszcza w porównaniu z Ameryką, a jednak: "Tutaj rasa się nie sprawdza. Mam wrażenie, że wysiadłam z samolotu w Lagos i przestałam być czarna", stwierdza rzeczowo Ifemelu, i to jest chyba najlepsze podsumowanie tej znakomitej, wnikliwej, precyzyjnej, odważnej i szczerej książki.


2018-09-07 08:35:40 Komentuj (3)

---


"Bannerless" Carrie Vaughn
Nastawiałam się na tę powieść po osadzonych w tym świecie opowiadaniach (jak opowiadanie pod tym samym tytułem u Dozois oraz nominowane do Hugo Amaryllis), które bardzo mnie ujęły. Dystopijne post-apo: kilkadziesiąt lat po upadku cywilizacji przetrzebiona ludzkość żyje w gospodarstwach rolnych bez prądu ani bieżącej wody, wymieniając się skromnymi towarami. Z przeszłości zachowali jedynie implanty antykoncepcyjne, wszczepiane wszystkim bez wyjątku dziewczynkom, gdy tylko zaczynają menstruować. Nadrzędnym bowiem przykazaniem jest tu umiar w rozmnażaniu. Na banner oznaczający pozwolenie na dziecko należy sobie zapracować: udowodnić, że gospodarstwo wyżywi kolejną osobę. "Wouldn't want anyone to get more that they'd earned, because that was what doomed the old world". Bannery przyznają rządzące lokalnie komitety (jak wspominałam przy okazji któregoś opowiadania, czytelnikowi z Europy Wschodniej natychmiast ciarki chodzą po plecach, ale autorka tych skojarzeń nie ma). Poza nimi są tu również niezależni inwestygatorzy w specjalnych brązowych strojach, i bohaterka powieści Enid jest właśnie kimś takim. Zajmuje się głównie nieplanowanymi (bannerless) ciążami, ale tym razem należy rozwikłać sprawę podejrzanej śmierci. Morderstwa się tu zdarzają bardzo rzadko, ludzi jest i tak mało, a w zasadzie nie ma się niczego, czego mogliby pragnąć inni; a jednak. Emocje nadal rządzą ludzkością.

W połowie książki mamy nieco więcej wyjaśnień, jak wyglądał Upadek. Nie było jednej wielkiej katastrofy: była epidemia, która zdziesiątkowała ludność, i kiedy nadeszły huragany, nie było komu naprawiać i ratować. To bardzo prawdopodobna wizja. Zastanawiam się tylko, co z resztą świata: mamy aby pewność, że Chińczycy albo Europa nie przetrwali lepiej, nie rozmnażają się na potęgę, nie rozwijają technologii i nie spadną nam za chwilę na kark? Nikt się tym jakoś nie martwi. Poza tym nawet przy zwykłym zastępowaniu pokoleń każda kobieta powinna mieć właściwie pewność, że swoje dwa bannery otrzyma. Skąd ta ciągła powszechna obawa, że nawet na jeden nie zasłuży?

Oglądamy tu dwutorowo Enid, w jednym wątku powieściowe "teraz", w którym prowadzi dochodzenie w sprawie śmierci, w drugim jej przeszłość jako nastolatki, a potem wchodzącej w życie dziewczyny. Już w opowiadaniach i w cyklu o Kitty Vaughn interesowała się głównie ludźmi, ich relacjami i odnajdywaniem się w nieidealnym świecie. Tutaj to też jest główny temat i kolejny raz jest to zrobione świetnie. Vaughn ma dar konstruowania niezwykle plastycznych światów. To jest ten przypadek, kiedy odkłada się książkę i ze zdumieniem patrzy na świat z elektrycznością i asfaltem: przez ostatnią godzinę tego przecież nie miał. Jest coś niezwykle pociągającego w tej wizji pokornego, oszczędnego życia w harmonii z naturą. Wchodzę do sklepu, staję oszołomiona nadmiarem wszystkiego i świadomością, że on nie oznacza braku ludzi głodnych na tej planecie. To się z całą pewnością źle skończy. Czy Vaughn zmieni mnie w ekoterrorystkę? 

W powieści pojawia się postać ciotki Kath, już bardzo wiekowej, kiedy Enid jest nastolatką. Jako młoda dziewczyna była bohaterką opowiadania "Where would you be now" opowiadającego o pierwszych latach po Upadku.


2018-09-05 17:21:18 Komentuj (0)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Angol w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem