DS magazine
Bertrand Russell

"Luna: Moon Rising" Ian McDonald

McDonald wyciąga tu królika z kapelusza, ale nie można mieć o to pretensji, bo albo chcemy ciekawy i zaskakujący trzeci tom trylogii, albo idą, idą i idą wrzucić Pierścień, a Oko na nich patrzy, a oni idą. Jestem niesprawiedliwa, bo Tolkien ani nie napisał, ani nawet nie chciał napisać trylogii, ale to jest odwieczny problem, kto ma rację: czytelnik czy pisarz. Ja raczej stoję po stronie czytelnika.

Wracając na Lunę, okazuje się, że istnieje tam jeszcze jedna siła, o której nie było wcześniej wzmianki, ponieważ lepiej udawać, że ona nie istnieje. Doprawdy? Po pierwsze skąd oni właściwie mają pieniądze, po drugie już widzę, jak te ścierające się bezpardonowo potęgi Smoków pominęłyby zgodnie milczeniem tak smaczny kąsek. Ale cóż, w odpowiednim momencie pojawia się reprezentantka wszystkomająca: albo się kocha to rozwiązanie fabularne i wybacza, albo nie czyta dalej, na co oczywiście nie było mnie stać. Poza tym startujemy w tym miejscu, w którym skończyliśmy tom drugi, i będziemy oglądać, co robią nasi bohaterowie. Marinę oczywiście przewidziałam, ale to właściwie jedyne oczywisty tutaj pomysł. Przykro mi tylko, że gra jągrx avr mbfgnł ebmjvąmnal, gnx oneqmb pupvnłnolz mbonpmlć wrw ernxpwę an mzvnal an Xfvężlph, n Nevry an wrw cbjeóg. Zvnłnz grż cergrafwr, żr pv m qnpuh śjvngn avr ebmcbmanwą Nyrkvv - frevb, znwąp jlzlśyaą NV v onml qnalpu avr znwą antyr ebmcbmanjnavn gjneml? Bx, avr znwą xnfl an qbfgęc qb qnalpu, gb gebpuę głhznpml, npm avr qb xbńpn. Nyrkvn j qbqngxh wrfg punenxgrelfglpman, gnx śjvrżlpu mvryhavnxój avr zn jvryh.

Potem już żadnych pretensji nie miałam, ponieważ przyznaję, zakochałam się durną szczenięcą miłością. Racjonalna i trzeźwa część mózgu mówiła "ale on tu taki raczej egzaltowany jest, nie lubisz egzaltacji przecież" na co reszta z błogim uśmiechem odpowiadała "nie lubię, ale ten McDonald jest taki uroczo egzaltowany! Niech tu jeszcze sobie tak fajnie poegzaltuje, a ja się pozachwycam!". Ale nawet trzeźwa część mózgu musiała przyznać, że labirynt powiązań jest doskonały, że do końca nie wiemy, kto jest złym i komu należy kibicować (no dobra, poza Bryce'em), że wilki są tak dobrze pomyślane, że miasta z kwadrami to taki fajny i inteligentny pomysł. Że w 80% nadal nie miałam pojęcia, co dalej. Że jest tu sąd Claviusa i księżycowe prawo (należało to wymyślić), parkur na Księżycu (to też), Długi Bieg, malandragem, urocze nawiązania do Heinleina, King Dong, portugalski, "The Eagle has landed", żadnych Amerykanów, i Luna Corta. I że scena kulminacyjna jest taka dobra. W ogóle prosi się to o kontynuację, będę żyła nadzieją na kolejne tomy.

Spis postaci tu jest na końcu, nie wiem czy to różnica między tomami, czy specyfika polskiego tłumaczenia, podejrzewam to ostatnie. Na początku jest natomiast streszczenie poprzednich wydarzeń.


2019-10-23 09:40:24 Komentuj (0)

---


"Luna: Wilcza pełnia" Ian McDonald

Z dachu świata spada chłopiec. No, nie świata, tylko komory mieszkalnej, wysokiej na trzy kilometry, i nie spada na ziemię, tylko na księżyc. Ale nawet w tej grawitacji to będzie upadek co najmniej bolesny, a może i śmiertelny. Chłopiec to obecnie trzynastoletni Robson Corta-MacKenzie, a na Księżycu trwa wojna. Klan MacKenzie zgarnął wszystko, a Lucas upiera się, że musi udać się na Ziemię porozmawiać z możnymi tamtego świata. Urodzony na Lunie człowiek nie może oczywiście ot tak wylądować na błękitnym globie, grawitacja to surowa pani, a jego kości zupełnie nie są do niej przystosowane. A jeśli bardzo się uprze? A jeśli uważa, że to jedyny ratunek dla resztek jego rodziny? Tymczasem Marina Calzaghe staje przed wyborem ostatecznym: albo wraca na Ziemię, albo zostanie na Księżycu na zawsze. Nienawidzi Księżyca, oraz tego, jak traktuje ją Ariel. A wojna trwa.

Autor wprowadza nową postać w połowie książki, i samo to mnie zupełnie nie dziwi, natomiast miałam ze złe pomysł "pracuj dla mnie i pomóż mi uratować imperium, w tobie moja jedyna nadzieja" do osoby, którą poznało się wczoraj (i która nie jest Obi-Wan Kenobim). Na nieodwracalną decyzję daje się jej natomiast dwa dni. Tak, zauważyłam, że to fantastyka, i w dodatku materiał na serial, ale trochę umiaru by się przydało. Zirytowało mnie też natarczywe podkreślanie, jakim paskudnym złym jest Oelpr - nie wiem, dlaczego pisarze czasem tak uparcie przeginają, jakby czarny charakter nie mógł być miły i lubić zwierzątek. Nie, czytelnik musi koniecznie wiedzieć, kogo ma nienawidzieć, trzeba mu to podkreślić grubą kreską siedem razy.

Wszystko jednak wybaczyłam w drugiej połowie książki - dawno nie czytałam czegoś tak porządnie dramatycznego, zapominając o oddychaniu. Dalej zaś jest sześć stron o pieczeniu ciast, i to był moment, w którym wciągnęłam McDonalda (a przypominam, że znam go od lat i nigdy nie byłam jego fanką) na elitarną listę pisarzy, którzy mogą napisać WSZYSTKO. Potem w dodatku okazuje się, że żadne przypuszczenia czytelnika się nie sprawdzają, autor zaskoczy nas parę razy, a krajobraz księżycowy pod koniec drugiego tomu nabierze nieoczekiwanych kształtów.
 
To jest zdecydowanie jeden z najlepszych środkowych tomów trylogii, jakie znam. Do tego bardzo dobre tłumaczenie Próchniewicza ("człowiek zadłużony to człowiek mniej awanturujący się").

2019-10-21 09:49:18 Komentuj (0)

---


"Luna: Nów" Ian McDonald

Lunę polecał mi kolega już dawno temu, i czytałam zresztą z satysfakcją opowiadania McDonalda z tego świata (w tym fragmenty tej właśnie powieści, na przykład u Dozoisa), ale jak to ja, odkładałam ewentualną lekturę na bliżej nieokreślone kiedyś tam, bo taka fantasy księżycowa - czy ja wiem, pewnie mi się nie spodoba. Po czym przeczytałam - zresztą ponownie - "Wisznu w kocim cyrku" (ostatnie w "The Best" Dozoisa) , i znienacka opanowało mnie przeświadczenie, że cokolwiek McDonald by nie napisał, może nie będzie to olśniewająco oryginalne, ale będzie napisane znakomicie. Wobec czego natychmiast potrzebowałam Luny (dlaczego nie "Rzeki bogów", z której niczego nie pamiętam, nie podejmuję się zrozumieć).

Zaczyna się mcdonaldowo, mocnym obrazem: sześcioro nagich nastolatków płci obojga siedzi w śluzie księżycowej, czekając aż wypompuje się powietrze, a wtedy wybiegną na zewnątrz, żeby przebiec 20 metrów do drugiej śluzy. W próżni i po rozgrzanym regolicie, bo na Księżycu warunki są nadal takie same jak dzisiaj - to jest świat za niespełna sto lat. Mają 15 sekund na zrobienie 10 kroków, potem śmierć. Taki sport. Robi wrażenie i jest kompletnie bez sensu, ponieważ to są dzieci najbogatszych księżycowych rodów, pięciu Smoków rządzących tym światem twardą ręką. Już widzę, jak rodziny w nich inwestują latami, indoktrynują i płacą za tlen oraz edukację, żeby ot tak wystawić na śmiertelne niebezpieczeństwo. Ale to po pierwsze poetyka tego autora, a po drugie wprowadzenie w księżycową kulturę. To nie jest Ziemia. I zresztą słusznie, jak Ameryka to nie Anglia, i tak dalej. Oczywiście, że pionierzy wymyśliliby własne prawo i zasady, ostentacyjnie inne, choćby dlatego, że mogą. Na Księżycu prawa w naszym rozumieniu nie ma, są wyłącznie umowy i negocjacje, co zobaczymy w drugiej scenie powieści, też widowiskowej. A potem już przepadło i wciąga, chociaż długo wędruje się bez ustanku do początkowego spisu postaci, bo te defilują tłumnie przed oczami czytelnika. Jednym z głównym bohaterów jest w każdym razie nastoletni złoty młodzieniec Lucasinho Corta, syn Corta Hélio, potentatów helu-3, który sprzeciwia się ojcu i zaczyna życie na własny rachunek. Drugą bohaterką jest Marina, zieluniaczka (w oryginale Jo Moonbeam) przybyła z Ziemi ledwie dwa miesiące temu, z trudem wiążąca koniec z końcem w tej niełaskawej rzeczywistości. Ale to oczywiście migiem się odmieni, bo Marina przypadkiem trafi w sam środek wielkiej polityki. A takiej polityki jak McDonald nikt nie robi. Diuna może się schować. To już nie są finty w fintach w fintach, to cały labirynt powiązań, podstępów, przewidywań na 10 kroków do przodu, tajemniczych organizacji, ukrytych celów, starannie skrywanych sekretów.

Nie ma tu natomiast fizyki, czego się zresztą po tym autorze spodziewałam. Urodzeni na Księżycu czy jego stali mieszkańcy są do grawitacji przyzwyczajeni i przyjmują ją za coś normalnego, my z nimi. Natomiast Marina zasadniczo powinna miewać problemy z poruszaniem się - tak, jasne, szkolili ją tygodniami, ale nadal, to jest kompletnie inne otoczenie niż to, co znała całe życie. Trudno mi uwierzyć, że tak normalnie sobie biega po Księżycu i używa mięśni tylko wtedy, kiedy się przydają. Ale ponownie - to McDonald, śmiertelnie poważny, farsy tu nie będzie, od tego są inne książki. 

Cała ta powieść jest polemiką z "Luna to surowa pani", która z całą pewnością stanowiła natchnienie dla McDonalda. Kontrakty małżeńskie i swoboda seksualna niewątpliwie są odpowiedzią na heinleinowe małżeństwa grupowe, chowańce (familiars) to Mike (oraz trzej dostojni), a parokrotnie wzmiankowane pragnienie uzyskanie niepodległości od Ziemi jest żywcem z pierwowzoru. McDonald wytrzymuje wszystkie porównania, co przyznaję z pewną niechęcią, bo zawsze uwielbiałam Lunę Heinleina, ale jest XXI wiek i świeżego na nią spojrzenia nic nie zastąpi. I jest to doskonale napisane (chociaż kompletnie nie rozumiem, o co chodzi autorowi z modą, mógł sobie to darować - ale to też część kultury). Autor jakoś potrafi połączyć szalone rozbuchanie wyobraźni z prawdopodobieństwem psychologicznym, solidną ekonomią, niezbędną brutalnością, niedwuznacznymi opisami seksu (jest tu pewna naprawdę oryginalna scena, co rzadko zdarza mi się powiedzieć), i zaskakującą zwięzłością. Oglądamy tylko te sceny, które naprawdę są potrzebne. Większość innych pisarzy zrobiłaby z tego materiału ze trzy tomy. Oczywiście w dalszych częściach będzie zapewne z tego rozpędu korzystał. 


2019-10-19 09:33:22 Komentuj (0)

---


"Jutro będzie Zemsta. Dzienniki 1984-2005" Andrzej Łapicki

Spodziewałam się typowej aktorskiej minoderii, przemądrzałości i powiewów nudy. Nic bardziej mylnego. Ten dziennik przynajmniej na początku wciąga, jak dawno nic mnie nie wciągnęło. Łapicki zaczyna go pisać w przededniu swoich 60 urodzin, właściwie bez specjalnego powodu, o czym sucho informuje na wstępie. Okazuje się kronikarzem regularnym, rzeczowym, szczerym, zaangażowanym. Jest rok 1984 i jeśli nawet aktor nie interesuje się polityką, to ona interesuje się rektorem PWST. Łapicki musi lawirować, a potem zbliża się do władzy coraz bardziej. Jeszcze w 87 usiłują układać się z nią, na co najpierw wytrzeszczywszy oczy rzekłam "ależ panie Andrzeju, za dwa lata wybory, komuna zginie" po czym się zreflektowałam, że przecież nie mogli wiedzieć. Jakież to teraz wydaje się nieprawdopodobne. Ba, jeszcze w 88 kompletnie nie wiedzą, dokąd to doprowadzi. Łapicki przyjmuje propozycję kandydowania do Sejmu, nie wierząc w wygraną, to wszystko jest chaotyczne, zmienia się z godziny na godzinę. Wygrana budzi ogromne niedowierzanie i entuzjazm, który błyskawicznie umiera. Solidarność się dzieli, niedawni wspólnicy kłócą się z Wałęsą, o którym aktor będzie pisał coraz gorzej. Zniechęca się do polityki, jedyną miłością pozostaje teatr - oraz wnuczka Weronika. Wspomina mimochodem, że wyszedł z jubileuszu Kobuszewskiego, żeby po nią pojechać - on, prezes ZASP. Wzbudził tą wzmianką mój ogromny szacunek.

Jestem bardzo negatywnie nastawiona do KK, byłam zawsze, i radykalizuję się coraz bardziej, straciwszy do nich ostatnio wszelki respekt. Natomiast Łapicki sprawia tu wrażenie człowieka autentycznie związanego z wiarą i Kościołem (oczywiście to aktor, może być, że taką osobę tylko gra, ale jeśli tak, to bardzo konsekwentnie i całym sobą). Czego by tu nie wynajdywać, to nie jest na pokaz. Od początku w Kościele upatruje siły zdolnej przeciwstawić się komunie - i zresztą przecież ma rację.

Poza tym jest tu oczywiście i przede wszystkim teatr. Podskakiwałam na łóżku przypominając sobie, że ja przecież widziałam te "Damy i huzary", te "Śluby panieńskie" w Polskim, byłam na "Letycji i lubczyku" chyba w tym samym momencie, w którym on. Pamiętam dokładnie wszystkie te przedstawienia i nazwiska. Ba, Łapicki nawet zaszczyca swoją obecnością pierwszy polski musical "Metro" (komentuje, że dobre piosenki, ale dyskoteka), przy którym z miłości pracowała wtedy moja siostra. Aktor niczego nie robi na pół gwizdka, ma już 65 lat, narzeka na zdrowie, ale chodzi na wszystkie sztuki, gra w teatrze, gra w filmach, bezustannie lata po świecie; jest oszałamiający. Owszem, bywa nieprzyjemnie pogardliwy wobec ludzi, regularnie pojawiają się tam jakieś "przekupki" i niskie oceny inteligencji otoczenia (ze strony człowieka, który spotkanie z Mrożkiem podsumował "miło sobie porozmawialiśmy. Dobry łosoś."), ale no cóż, jest w końcu Andrzejem Łapickim, czołowym amantem sceny polskiej, rektorem, byłym posłem, i tak dalej. I tak jest skromniejszy, niż się spodziewałam po tym nazwisku i tak prywatnych zapiskach. Zaskoczyło mnie natomiast bardzo, że ten zawodowy aktor, po całym życiu spędzonym na scenie, przy wystąpieniach politycznych ma ogromną tremę. Najwyraźniej łatwiej mu mówić cudzym tekstem niż własnym. Ciekawe.

Zapiski poprzedzone są wyjaśnieniami córki aktora Zuzanny, która się w nich regularnie pojawia, na początku bowiem rozwodziła się ze swoim ówczesnym mężem, Danielem Olbrychskim zresztą. Przyznam, że dziwiła mnie nieco decyzja o pozostawieniu dotyczących ich fragmentów, bo Łapicki bywa bardzo jednoznaczny w swoich ocenach i sugeruje, że rozstanie nie przebiegało bynajmniej gładko. Co zresztą nie przeszkodzi mu za chwilę z Danielem współpracować. Zuzanna zresztą uprzedza, że ojciec taki był, żadnych umiarkowanych uczuć, miłość albo nienawiść, czasem zmieniające się błyskawicznie. Wierny jest tylko Tadeuszowi Konwickiemu, którego wielbi i szanuje.  Czym dalej w lekturę, tym bardziej widać tę dwoistość uczuć: raz kocha i widzi sens tylko w tym, tydzień później nienawidzi i już nigdy nie będzie tego robił. Schodzi ze sceny, żeby zaraz na nią wrócić. Narzeka na prezesowanie ZASPowi, po chwili znowu daje się wybrać i cieszy go ta popularność.

Ostatnie lata to już narzekanie na starość, domaganie się śmierci, znudzenie światem, nieustanne powtarzanie, że nie będzie robił teatru, bo teatr to dla głupków albo młodych (po czym oczywiście ten teatr robi). Zabawna, chociaż chwilami bardziej żenująca, jest ciągnąca się dekadami zawiść wobec Holoubka. Nie ma tygodnia bez nienawistnej wzmianki o tym, jak Gucio świetnie się trzyma, jeździ, pali, pije koniak i będzie żył wiecznie. Z przykrością też odbiera się narastającą pogardę wobec władz wybranych pod koniec XX wieku oraz ich wyborców. Nie wiem, czy tu starość tłumaczy wszystko, czy były inne czynniki, ale z pewnością to symptom obecnego rozdwojenia. Jest natomiast koło 2001 wzmianka o tym, że Kościół broni pedofili.

Dziennik kończy się w dniu śmierci żony. Drukowanymi literami widnieje słowo "KONIEC". Wzruszające, jeśli prawdziwe. Żałuję, że nie pisał do końca (albo, że nie zostało to ujawnione), bo jednak jestem ciekawa, czy młoda żona pozwoliła mu przestać się nudzić pod koniec życia i czy dodała mu nieco energii i chęci do życia. I jak widział przepaść między nimi. Raczej się już nie dowiemy - nawet jeśli te zapiski istniały, to niechętna nowej żonie rodzina je z pewnością zniszczyła.

Drugą połowę książki zajmują obszerne biogramy wszystkich wzmiankowanych postaci opracowane przez Jacka Szczerbę, indeks nazwisk i zdjęcia z archiwum Zuzanny.

2019-10-17 09:19:37 Komentuj (2)

---


"Love etc" Julian Barnes

Po francusku ta książka nosi tytuł "10 lat później" (ponieważ tytuł "Love etc" nosi pierwszy tom, brawo Francuzi) i dokładnie tym jest: po dziesięciu latach wracamy do bohaterów "Pomówmy szczerze", ponownie wypowiadających się w wielogłosie zwierzeń nie wiadomo dla kogo przeznaczonych. Najsłabszym fabularnie pomysłem jest to, że bohaterowie spotkali się ponownie, co jest mało prawdopodobne i pozbawione sensu. Nie wraca się do starych przyjaźni ani miłości, zwłaszcza po takim obrocie spraw. Ale tutaj tak się stało, i dalej Barnes wygrywa na tych strunach przejmująco smutną (aczkolwiek miejscami oczywiście szalenie zabawną) opowieść o miłości, braku miłości, życiu i życiowych wyborach. Do you run your life, or does your life run you? Być może najwnikliwszy jest tutaj jest passus Mme Wyatt, kiedy już przestaje udawać. A może porażająco szczera wypowiedź nieobecnego ojca Gillian, który rozważa możliwość spotkania się z córką, ale rezygnuje z tego w imię świętego spokoju. Jakież to typowe.

Angielski tytuł natomiast pochodzi od tak zatytułowanej teorii Olivera: "the world divides into people for whom love is everything and the rest of life is a mere ‘etc.,’ and people who don’t value love enough and find the most exciting part of life is the ‘etc.’". Można to rozważać na wiele sposobów, ale jedno jest absolutnie jasne: miłość bynajmniej nie prowadzi do szczęścia. Można też debatować, który z bohaterów zawinił najbardziej, a który został słusznie ukarany, lecz pamiętając, że autor będzie zawsze co najmniej krok przed nami. Być może bowiem nie o winę i karę tu chodzi, tylko zwyczajnie o życie. To, które się wydarza wbrew planom i postanowieniom, w czasie kiedy akurat nie patrzymy.

"It’s that unanswered, unanswerable question about the lives we could have led and didn’t; the abandoned alternatives, the forgotten choices. What do you think?"

2019-10-15 10:27:49 Komentuj (0)

---


"Pomówmy szczerze" Julian Barnes

Ona, on, i jego przyjaciel, nic bardziej banalnego pod Słońcem, nic prostszego - i nic bardziej skomplikowanego, jak się okazuje w trakcie lektury. Kiedy Stuart, nudny finansista, który nie ma wyglądu, elokwencji, fantazji ani śmiałości do kobiet, lecz za to umie zarządzać pieniędzmi, poznaje Gillian, z początku wszystko układa się znakomicie. Przyszła żona akceptuje Olivera, najlepszego przyjaciela Stuarta, jego całkowite przeciwieństwo: radosnego lekkoducha, erudytę i podróżnika, zawsze gotowego do wygłupów i obracającego wszystko w żarty. A potem Stuart i Gillian biorą ślub, a Oliver odkrywa, że jest w niej zakochany. Czy odsuwa się na bok, jak powinien zrobić najlepszy przyjaciel? Nie, zaczyna dziewczynę zdobywać. Czy ta lojalnie mówi o wszystkim mężowi lub chociaż stanowczo odcina Olivera? Też nie (ale to wszystko naprawdę nie takie proste). Ich wzajemne powiązania wikłają się coraz bardziej, ale lektura nie byłaby tak wciągająca, gdyby nie to, że oglądamy sytuację jednocześnie z kilku punktów widzenia. Każdy z głównych bohaterów, plus kilkoro postaci pobocznych, zwierza się szczerze tajemniczemu odbiorcy - można się domyślać, że samemu autorowi. Z biegiem lektury odkrywamy, że nic tu nie jest jasne ani oczywiste. Że żadne motywy nie wyjaśniają wszystkiego, co się wydarza. Że to, co zachowujemy w pamięci, ma niewiele wspólnego z tym, co wspomina druga osoba.

To książka z 1991 roku, lżejsza niż późniejsze tego autora, ale Barnes prowadzi nas przez ten wielogłos z właściwą sobie maestrią i poczuciem humoru. Pozwala nam wierzyć, że przejrzeliśmy jego zamysły i wiemy lepiej, żeby potem te odkrycia delikatnie wyśmiać. Protagoniści okazują się bardziej skomplikowani, niż wydawać by się mogło na początku.

Powieść zadedykowana jest oczywiście żonie Barnesa Pat, w czym dopatrywać się można drugiego dna, bo ta krótko po ślubie opuściła go dla Jeanette Winterson, żeby potem wrócić do męża. Czy coś z tego znalazło się w książce, nie wiadomo. 


2019-10-13 14:04:04 Komentuj (0)

---


"Lampart" Giuseppe Tomasi di Lampedusa

Ta powieść wisiała nade mną jak miecz Damoklesa od czasu, gdy usiłowałam ją przeczytać jako nastolatka, i poległam szybko. Zupełnie zresztą nie wiem czemu, bo byłam fanką na przykład "Trzech muszkieterów", którzy może są bardziej przygodowi, ale językowo i fabularnie też zawikłani. W każdym razie od tamtych odległych czasów gdy tylko myślałam, że wypadałoby to w końcu przeczytać, to stara blizna w mózgu się odzywała mówiąc "o nieee, to nudziarstwo? Nie!". Wpadłam więc na pomysł użycia tego jako audiobooka na drogę (w starym tłumaczeniu, jest nowsze pod tytułem "Gepard"), co okazało się strzałem w środek tarczy. Di Lampedusa natychmiast podbił moje serce.

Wszyscy wiedzą: bohaterem jest sycylijski książę Fabrizio Salina, w 1860, kiedy rozpoczyna się opowieść, pod pięćdziesiątkę, ale jeszcze pełen sił witalnych, pasjonujący się astronomią. Ma żonę i dzieci, ale od swojego syna zdecydowanie woli siostrzeńca, Tancrediego Falconeri, cynicznego młodzianka. Na wyspie lądują Czerwone Koszule Garibaldiego i rozpoczynają się przemiany obyczajowe, którym książę przygląda się ze spokojem. Di Lampedusa bywa zabawny, miejscami śmiałam się na głos z rozmaitych złośliwostek. A o tym, że jest to powieść pełna rozmachu, nikogo nie trzeba informować, to nawet ja wiedziałam. Teraz wiem również, że bynajmniej nudna nie jest.

2019-10-10 11:03:55 Komentuj (0)

---


"Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz" Filip Springer

To jest książka o duńskich mostach, których jest bardzo dużo, ponieważ Dania jest archipelagiem.
To jest książka o prawie Jante, fikcyjnej małej miejscowości z przedwojennej powieści "Uciekinier przecina swój ślad" Aksela Sandemosego, Duńczyka, który uciekł do Norwegii, i który spisał obowiązujące w jego miasteczku rodzinnym prawa w następującym brzmieniu

1. Nie sądź, że jesteś kimś.
2. Nie sądź, że nam dorównujesz.
3. Nie sądź, że jesteś mądrzejszy od nas.
4. Nie wyobrażaj sobie, że jesteś lepszy od nas.
5. Nie sądź, że wiesz więcej niż my.
6. Nie sądź, że jesteś kimś więcej niż my.
7. Nie sądź, że się do czegoś nadajesz.
8. Nie wolno ci się z nas śmiać.
9. Nie sądź, że komuś na tobie zależy.
10. Nie sądź, że możesz nas czegoś nauczyć.
aż do jedenastego "Myślisz, że nic o tobie nie wiemy?".
Oprawione w ramki prawo Jante wisi na ścianach w duńskich domach. Albo nie wisi, zależy kogo zapytać. I kto pyta.

Przybyłemu z Polski reporterowi Duńczyk rano przy śniadaniu mówi "Zauważyłem, że zasłoniłeś na noc okno".

To jest książka o pogoni za nieuchwytnym Olem. Może nieistniejącym.
To jest książka o pewnym egzemplarzu "Uciekiniera" z dopiskami na tylnej wyklejce, które zdradzają, kto był pierwowzorem postaci powieściowych, bynajmniej nie przedstawionych w pozytywnym świetle przez Sandemosego.
To oczywiście nie jest książka o Danii, niby jak jeden cały kraj mógłby się zmieścić w jednym reportażu. Nawet nieliniowym, „ponieważ życie nie jest linią”.

2019-10-08 11:57:53 Komentuj (1)

---


"The Testaments" Margaret Atwood

Popularnym motywem w opowiadaniach z gatunku rzeczywistości alternatywnej jest odnajdywanie rozmaitych dzieł, które w naszej linii nie zostały stworzone, na przykład książek czy utworów muzycznych. Czuję się jak bohaterka takiego opowiadania, przeniesiona do świata, w którym istnieje druga część "The Handmaid's Tale". Dopisywanie ciągów dalszych w znanym mi 2019 nie jest wprawdzie niczym zaskakującym, wręcz ostatnio trudniej znaleźć rzeczy istniejące wyłącznie w jednym tomie, ale akurat "Opowieść podręcznej" znam prawie całe życie. Ze wszystkimi swoimi skazami jest dziełem skończonym i kompletnym, i do chwili wzięcia w rękę kontynuacji nie bardzo w nią wierzyłam, nawet jeśli wiedziałam, że powstaje, a poza tym zawsze chciałam wiedzieć, jak Gilead upadł. Otóż to.

Atwood zachowuje logikę swojej pierwszej powieści: czytamy relacje trzech kobiet. Pierwsza spisuje swoją własnoręcznie, co w Gileadzie było oczywiście surowo zabronione, ale nie jej. Jest Ciotką i to jedną z najważniejszych. Może łamać zasady, które sama tworzyła i których przestrzegania przez innych pilnuje obsesyjnie. Jej opowieść będzie o tym, jak to się stało, że kobieta będąca w poprzednim świecie sędzią, wykształcona i niezależna, została Ciotką. Inaczej jest w przypadku pozostałych dwóch wątków: tu ktoś inny, ewidentnie już po upadku reżimu, nagrywa zeznania dwóch narratorek. Jedna była wychowywana w Gileadzie od wczesnego dzieciństwa, nie pamięta innego świata. Była w dodatku córką ważnego Komendanta, przeznaczoną na Żonę kogoś równie ważnego. Druga natomiast w wieku 16 lat jest zwykłą kanadyjską nastolatką, widującą tylko gileadzkie misjonarki. Jej tożsamość jest błyskawicznie oczywista, i nie ukrywam tego, ponieważ i w książce wyjaśnia się dość szybko. Gorzej, że oczywiste są również poczynania Lydii - muszą, jeśli mamy dowiedzieć się prawdy, ale przez to całość robi przynajmniej na początku wrażenie szytej bardzo grubymi nićmi. Trudno sobie wyobrazić, że Judd, który nie mógł być tak całkiem głupi, bez zastrzeżeń jej wierzył. Również oglądanie świata oczami młodej Agnes urozmaicone jest prawdami objawionymi, żeby przypadkiem nam nie umknęło, jak zły jest Gilead. Jest zły, ale doceniłabym nieco więcej subtelności, choć oczywiście czyta się doskonale, i do końca nie wiedziałam, jak wygląda plan Lydii. Zaskoczyło mnie również cbjvąmnavr Qnvfl v Ntarf.

Zazdroszczę tym, którzy odłożywszy książkę westchną z ulgą, że to tylko fikcja literacka. Niestety nie, wystarczy spojrzeć na niektóre kraje arabskie - może nie jest tam aż tak źle, może kobiety potrafią przynajmniej czytać, ale to niewielka pociecha. Ba, wystarczy spojrzeć na własny kraj macierzysty. Tak, dziewczynki mogą tam iść do szkoły i uczyć się tego co chłopcy, za to nie mogą nie urodzić dziecka. Poza tym licznym obywatelom odmawia się prawa do poślubienia ukochanej osoby, w majestacie prawa. Zastanawiałam się, czy gorsze jest odebranie praw, które się już miało - jak w Gileadzie - czy można tłumaczyć, że przecież nigdy tych praw nie mieli - jak w Polsce. Uważam, że nie ma różnicy: to nadal jest odbieranie możliwości obywatelowi, który absolutnie niczego nie zrobił, żeby zasłużyć na taką karę. Tylko dlatego, że jest się silniejszym. Prawo dżungli udające cywilizację.


2019-10-06 12:59:27 Komentuj (2)

---


"To Be Taught, If Fortunate" Becky Chambers

To jest prawie tak śliczne, jak "The Calculating Stars", a kojarzy się z nią, ponieważ opisana jest tu niezwykle realistycznie i szczegółowo podróż kosmiczna: za sto lat i poza Układ Sloneczny, do układu odległego o 14 lat świetlnych. Trwa 28 lat, lecimy z 0.5c, a załoga jest w stanie letargu, w którym się starzeje przez ten czas o 2 lata subiektywne, czyli rosną im włosy i paznokcie. Inne niedogodności tego stanu też są, wszystko starannie opisane, co jest nadzwyczajną odmianą od zwyczajowej magicznej hibernacji czy stazy, na które od strony technicznej nikt nie ma bladego pomysłu. Owszem, taki letarg, w którym organizm starzeje się sporo wolniej, też nie istnieje, ale wynalezienie go jest nieco bardziej prawdopodobne. Niewątpliwie nieco przesadzam, gdyż mnie entuzjazm poniósł, w każdym razie tak szczegółowego i realistycznego opisu problemów z wychodzeniem z hibernacji jeszcze nie widziałam. Dalej jest podobnie: mamy niesłychanie namacalną eksplorację innej planety i jej fauny, z solidnymi naukowymi podstawami.

Tymczasem narratorka zwraca się do Ziemian, nie mając oczywiście pojęcia, kto tam to odbierze, z jakąś prośbą, ale zanim przejdzie do rzeczy, relacjonuje wszystko ab ovo.  Od wylotu poczynając: miała rodzinę. Rodziców, siostry, siostrzeńców. Wylatywała ze świadomością, że owszem, wróci. Po osiemdziesięciu latach. To jest to, co w "Powrocie z gwiazd" jest ujęte jednym suchym zdaniem, i co jest na ogół tak traktowane: milcząco się zakłada, że astronauci będą sierotami bez rodzin, albo że jakoś przejdą nad tym do porządku dziennego. Nie żeby Chambers się nad tym długo rozwodziła, ale bynajmniej nie są to suche zdania.

Miałam nieco za złe pominięcie tematyki środowiska, uważam bowiem, że nic pisanego w roku 2019 nie może sobie na to pozwolić. Autorka napomyka tylko, że huragany nawracały i zniszczyły liczne miasta. Trochę za mało. Tytuł natomiast wzięty jest z przemówienia Jimmy'ego Cartera nagranego na pozłacaną płytę wysłaną sondą Voyager w 1977.

2019-10-04 09:28:49 Komentuj (2)

---


Gardner Dozois "The Year's Best Science Fiction 27" (2009)

Robert Charles Wilson "Utriusque Cosmi". Carlotta podróżuje w czasie i przestrzeni, aby sobie szesnastoletniej dać dobrą radę i opowiedzieć o swoim życiu. Problem w tym, że przeszłości oczywiście nie da się zmienić, a na pewno nie może tego zrobić niematerialna Carlotta. Zaskakująco, są tu pomysły używane przez późniejszych Stephensona, Wattsa i Cixina Liu. Oszałamiające. Opowiadanie trafiło do "The Very Best of the Best", wyboru ze wszystkich 35 antologii.



Steven Gould "A Story, With Beans". Turyści, studenci, zwiedzają zonę - chyba Nowy Meksyk - gdzie żyją bugs zjadające każdy metal i przegryzające się przez wszystko, co stanie im na drodze. Bardzo zwięzłe, wymaga uważnej lektury, perfekcyjna kompozycja, budowa szkatułkowa. Trudno zakwalifikować jednoznacznie, ale chyba post-apo.



Karl Bunker "Under the Shouting Sky". Saunders i Robeson jadą saniami po Enceladusie, ale sanie się psują. Siedemdziesiąt osiem kilometrów od bazy. Najklasyczniejsze otwarcie świata, a przynajmniej sf. Dalej też klasycznie i zwięźle. Mogłoby być napisane w 1960.



John Kessel "Events Preceding the Helvetican Renaissance". Narrator okradł the Imperial Archives i ucieka w stronę portu kosmicznego, a przemawia do niego the protector god Bishamon. Dalej w zasadzie thriller, ale dziwny. Nie umiałam polubić bohatera ani przejąć się jego poczynaniami. Opowiadanie jest w "The Very Best of the Best".



Maureen F. McHugh "Useless Things". 16 sierpnia 2022 (opowiadanie jest oczywiście z 2009), okolice Albuquerque (czyli znowu Nowy Meksyk), załamanie gospodarki, susze. W domu narratorki pojawia się hobo, a narratorka wytwarza lalki reborn. Nic tu się nie dzieje, to prawie w ogóle nie jest fantastyka, doskonale napisane. Również wybrane do "The Very Best of the Best".



Bruce Sterling "Black Swan". Narrator, dziennikarz, spotyka się ze swoim tajnym informatorem, hackerem. Przykuwa uwagę od pierwszej chwili. “Maybe you were a ‘journalist’ when they still printed paper ‘journals.’ But your dot-com journals are all dead. Nowadays you’re a blogger.” - a że blogi też umrą, tego już Sterling nie przewidział. Jak zwykle. Dalej równoległe rzeczywistości włoskocentryczne, raczej satyra, mocno AD 2009 (pojawia się tu Nicolas Sarkozy), nieco się więc zestarzało, chociaż dość zabawne.



Paul J. McAuley "Crimes And Glory". Narratorka leci statkiem, który właśnie rozpoczął decelerację z 1,6 g, i rozmawia telefonicznie z bandytą Nilesem Sarkką, który jest na statku przed nią, i zadaje pytanie Fermiego. W odpowiedzi na nie pojawiają się Jackaroo, wysoko rozwinięta rasa z innych opowiadań tego autora. Potem cofamy się nieco w czasie i czytamy, co się wydarzyło, kiedy przybysze dali ludziom możliwość wyprowadzki z Ziemi. "People think that by relocating themselves to another planet, the ultimate in exoticism, they can radically change their lives, but they always forget that they bring their lives with them." Akcja kręci się wokół Elder Culture technology, czyli nic oryginalnego, ale realizm tego autora jest zdumiewający. Bardzo skomplikowana fabuła.



Alexander Irvine "Seventh Fall". Stary Varner, aktor, jeździ konno po opustoszałym świecie, bezskutecznie szukając w spalonych bibliotekach "Hamleta", z którego zna tylko fragmenty. Nauczył ich go ojciec w dzieciństwie, pięćdziesiąt lat po Upadku. "Varner lived only for the day when he could bring together the text, assign parts, find a theater far from Missionaries and hear the words spoken again as they were meant to be." Po kawałku oglądamy życie Varnera w czasach postapo, zderzone z fragmentami sztuk Szekspira. Pomysłowe.



Dominic Green "Butterfly Bomb". Stary Krishna jest jedynym mieszkańcem planety, kiedy porywają mu z niej wnuczkę. Wyrusza w podróż, żeby ją odnaleźć. Kawałek obłędnej wyobraźni i nieco satyry, odrobinę w duchu "Autostopem przez Galaktykę".



Vandana Singh "Infinities". Abdul Karim, pan od matematyki, ojciec dwóch dorosłych synów, mieszka gdzieś w Indiach, i pragnie ujrzeć nieskończoność. Następuje wykład z matematyki, do hipotezy continuum, przy czym cokolwiek ziewałam, bo trudno to nazwać nowością. Dalej podobnie, w tle natomiast konflikt muzułmańsko-hinduski. Karkołomne połączenie, nie do końca jestem przekonana.



John Barnes "Things Undone". Narrator posługuje się głównie liczbami, a wpadamy w sam środek rozmowy o jakimś kontrakcie, prawie zupełnie niezrozumiałej. Wiemy jednak, że wraz z partnerką pracują dla FBI (Federal Bureau of Isotemporality) i zajmują się tropieniem time jumpers. Podróże w czasie są w ujęciu dość klasycznym - zmiany się propagują powoli - natomiast interesujące jest to obecne społeczeństwo, które poznajemy głównie z niejasnych wzmianek. Choć jest tu i nader oryginalne podejście do kota Schrodingera. Zdążyłam pomyśleć, że może trochę za dużo drobiazgów, kiedy wciągnęło mnie na amen.



Jay Lake "On the Human Plan". Niewyobrażalnie odległa przyszłość, umierająca Ziemia, i próba wymyślenia, jak mogliby wyglądać odlegli potomkowie homo sapiens. Niewielu ich już pozostało on the human plan. Natomiast narrator jest kopaczem. What I do is dig. For bodies, for treasure, for the rust-pocked hulks of history, for the sheer pleasure of moving what cannot be moved and finding what rots beneath. Zaskakujące, dość poetyczne.



Peter Watts "The Island". (Po polsku, ale w słabym tłumaczeniu "Wyspa"). Hugo 2010 (novelette). Jesteśmy na Eriophorze, czyli tam, gdzie dzieje się również akcja późniejszej "Poklatkowej rewolucji" i dwóch pozostałych opowiadań z cyklu "Sunflowers". Narratorką jest Sunday, budownicza portali podprzestrzennych. Na swojej drodze napotykają inteligentną sferę Dysona. Znakomite, oryginalne i wieloznaczne, jak to Watts.



Lavie Tidhar "The Integrity of the Chain". Początki Stacji Centralnej, czyli podboju kosmosu przez wielokulturową mieszaninę ludzi, w świecie całkiem bliskim naszemu, co oglądamy oczami kierowcy tuk-tuka. Jesteśmy w Laosie, a na Księżycu właśnie przyszło na świat pierwsze dziecko urodzone w chińskiej kolonii. Jak zwykle można bez zastrzeżeń uwierzyć w wizje tego autora, i jak zwykle - nic tu się nie wydarza.



Mary Rosenblum "Lion Walk". The Pleistocene Preserve, a w nim trup kobiety zeżartej przez lwy. To nie pierwszy raz. Bohaterka prowadzi dochodzenie. W migawkach świat, który stał się raczej niefajnym miejscem. Sprawne.



Jo Walton "Escape to Other Worlds with Science Fiction". Około 1960, w świecie, gdzie Stany nie włączyły się do wojny i Hitler w Europie ma się świetnie. Migawki z życia.



Rand B. Lee "Three Leaves Of Aloe". Amrit Chaudhury pracuje w call center, Mumbai-Astra Telecom. Wzywa ją przełożona, jest u niej wicedyrektor szkoły córki. Mówi, że wolał przyjść do niej do pracy, zamiast wzywać ją do szkoły - dość dziwaczny pomysł, ale może w Indiach tak jest? W każdym razie niegrzecznej córce należy wszczepić nannychip. Dość oczywiste, ale ładnie napisane.



Elizabeth Bear and Sarah Monette "Mongoose". Opowiadanie dziejące się w tzw. Boojumverse, boojum to żywe statki przemierzające deep spaces. Liczne nazwy z "Jabberwocky", bo czemu by nie, tytułowa Mongoose to Cheshire cat. Trzeba upolować toves, które założyły na statku kolonię, bo za nimi mogą przyjść raths, a potem oczywiście bandersnatch.



Albert E. Cowdrey "Paradiso Lost". Były żołnierz opowiada historię ze swojej pierwszej misji, dziejącą się na statku kosmicznym lecącym z misją odzyskania kolonistów z odległej planety, gdyż trwa wojna z alienami. Ogromnie dużo szczegółów. Klasyczna historia wojenna.



Nicola Griffith "It Takes Two". To dość zabawne, że ledwie dziesięć lat temu jeszcze było takie poczucie: But computers were the alien glue that made all kinds of odd limbs stick together and work in ways never intended by nature. Dwoje ludzi specjalizuje się w odmiennych dziedzinach, ale spotykają się regularnie, a potem Cody musi służbowo iść do klubu ze striptizem, co jest opisane z bardzo licznymi szczegółami. Dobrze napisane, ale nieco przegadane. Nominacja do Hugo (novelette).



Geoff Ryman ""Blocked"". Kambodżanin opowiada swój sen, w którym ma żonę, czwórkę dzieci i kasyno, a do Ziemi zbliżają się alieni oraz inne końce świata, i trzeba uciekać. Hipnotyzująca narracja, wieloznaczne, jak to Ryman.



James Van Pelt "Solace". Trwająca 4 tysiące lat podróż do Zeta Reticula, bohaterka budzi się z hibernacji raz na sto lat, za drugim razem jej wyświetlacz ścienny nie działa. W równoległym wątku jest bohater pogrzebany w domu pod warstwą śniegu. Ponure, acz z obowiązkowym światełkiem w mroku, na granicy sentymentalności.



Nancy Kress "Act One". Narrator - karzeł - oraz znana, acz już niemłoda aktorka odwiedzają grupę terrorystyczną, która genetycznie modyfikuje dzieci. Nie wiemy, na czym modyfikacja polega, ale oczywiście się dowiemy. Świetna narracja, niezły pomysł, jak to Kress. Prawdziwie dramatyczne, bez łatwych odpowiedzi. Nominacja do Nebuli oraz Hugo 2010 (novella).



John C. Wright "Twilight Of the Gods". Jeden Pierścień, który kontroluje wszystkie komputery, i dziedziczny Acting Captain statku kosmicznego, który siedzi na tronie. Wszystko było już parę razy. Zamysł niby interesujący, ale nadęte strasznie, wypełnione głównie walką na miecze, zupełnie nie w moim guście.



Ted Kosmatka and Michael Poore "Blood Dauber". Bell pracuje w zoo. Zwierzęta gryzą, ponieważ są nieprzewidywalne. Czy świat, w którym żyjemy, jest przewidywalny? Czy zarabianie mało, ale kochanie swojej pracy, jest ok? A potem Bell znajduje olbrzymią larwę, a w zoo pojawia się skazany Dale. Świetnie napisane.



Damien Broderick "This Wind Blowing, And This Tide". Cóż za niefajny narrator, tłuścioch o mocach paranormalnych, co pozostaje w kontraście do reszty - klasycznej sf kosmicznej, jesteśmy bowiem na Tytanie. Coś tu z Dicka, albo z "Człowieka w labiryncie" Silverberga. Narator doskonale wie, że jego umiejętności wymykają się nauce, i wzrusza ramionami. Doskonała narracja. A w ogóle chodzi o to, że w Układzie Słonecznym pojawił się bardzo stary statek pokryty żywymi kwiatami, a z nim pytanie, czy mogły go skonstruować dinozaury. Owszem, karkołomne, szalone i staroświecko poetyczne, ale ze świetnie skonstruowanym światem.



Adam Roberts "Hair". Świat za kilkadziesiąt lat, nadal rozwarstwiony na skrajnie biednych i bogatych. Narrator jest prawnikiem zaprzyjaźnionym z niewiarygodnie bogatym wynalazcą, który nagle znika. I odnajduje się w Mumbaju z nowym pomysłem, który ma wyeliminować głód (dzięki włosom). Sprawne, pomysłowe, wieloznaczne.



Robert Reed "Before My Last Breath". Geolog odkrywa przypadkiem przedziwną skamielinę, niewątpliwie aliena. Początkowo tym odkryciem się nikt nie interesuje. Jak to Reed, to bardziej streszczenie niż opowiadanie.



Paul Cornell "One of Our Bastards Is Missing". Nominacja do Hugo 2010 (novelette). Drugie z serii czterech opowiadań o Hamiltonie. Wszechświat alternatywny, ale trzeba się bardzo uważnie wczytywać, żeby zrozumieć, że Newton odkrył zupełnie co innego niż w naszej historii, w związku z czym nauka wygląda inaczej, mamy dostęp do fałd czasoprzestrzeni oraz skolonizowaliśmy Układ Słoneczny, ale przy tym są tu dziewiętnastowieczne mocarstwa i skomplikowane układy sił. To wszystko należy wyczytać między wierszami, koncentrujemy się bowiem na Hamiltonie, tamtejszym Jamesie Bondzie, tu uczestniczącym w ślubie królewskim. Mam pretensję, uważając, że świat przedstawiony powinien sam się tłumaczyć, a nie wymagać przeczytania innych opowiadań oraz wypowiedzi autora - a z drugiej strony jest w tych niedopowiedzeniach coś pociągającego. Niby czemu wszystko miałoby być zawsze jasne. Fabuła natomiast banalna. Mam wrażenie, że autor odczuwał przemożne pragnienie napisania Bonda, ale jak to tak po prostu Bonda pisać w XXI wieku, więc dołożył efekty sf-magiczne plus wystrój dziewiętnastowieczny. A z drugiej strony jest to jednak odświeżająco INNE.



Chris Roberson "Edison’s Frankenstein". Ameryka, początek XX wieku, ale równoległy. Prometheum świeci i napędza maszyny, a główny bohater jest opiekunem algierskiej trupy cyrkowej. Niektórzy uparcie próbują inwestować w nikomu niepotrzebną elektryczność, jak niejaki Tom Edison, ale kończy się to źle. Trochę to satyra. Chyba celowo zestawione z poprzednim: doskonale widać, jak różne efekty można osiągnąć na kanwie rzeczywistości alternatywnych.



Ian Creasey "Erosion". Zmodyfikowany narrator wyrusza kolonizować i żegna się z Ziemią. Bardzo oczywiste, ale nieźle rozegrane, aczkolwiek zbyt wyraźna nuta sentymentalizmu. Zupełnie nie wiem, dlaczego przywodzi mi na myśl "Obłok Magellana".



Ian McDonald "Vishnu at the Cat Circus". Nominacja do Hugo (novella - wygrał "Palimpsest" Strossa, a nominowane były też "Boże napędy" Scalziego, które uważam za genialne opowiadanie), tłumaczenie ukazało się w "Krokach w nieznane" z 2010. To oczywiście cyberpunkowe Indie przyszłości, jak w wielu opowiadaniach i powieściach McDonalda. "Sit, sit and I will tell you a story, my story. I am Vishnu, and I was designed to be a god." To już klasyka, trudno uwierzyć, że to tylko 10 lat. Można by narzekać, że w zasadzie nic nowego: ai oraz modyfikacje genetyczne, ale jak to jest napisane!



-> 28

2019-10-02 09:23:33 Komentuj (0)

---


"Pokój" Emma Donoghue

Takie książki powinny być zakazane. W pierwszej osobie opowiada Jack, który właśnie skończył pięć lat, i szybko stałoby się to nużące, a co najmniej minoderyjne, gdyby nie to, że Jack z matką mieszka w jednym niewielkim pokoju, z którego nie mogą wyjść. Jack od urodzenia, jego matka od siedmiu lat. Co parę dni matkę odwiedza Stary Nick, który również dostarcza im podstawowe pożywienie i ubrania. W drzwiach jest zamek szyfrowy. Matkę bolą zęby, chociaż ma tylko 26 lat. Sposób wychowywania dziecka w takich warunkach natychmiast wciąga straszliwie, a po przedstawieniu sytuacji bohaterowie podejmują próbę ucieczki. W żaden sposób nie mogłam się oderwać od lektury, chociaż godzina była już bardzo późna, ponieważ autorka w przerażająco realistyczny sposób pokazuje postrzeganie świata przez dziecko, które go nigdy przedtem nie widziało i właściwie do niedawna nie wiedziało o jego istnieniu. A potem się okazuje, że nie wystarczy po prostu wyjść na wolność. Że jest ojciec matki i jego opinie. Że jest babcia, która mimo dobrych chęci nie jest w stanie pojąć przeżyć swojej córki i wnuka. Że zresztą właściwie nikt nie jest w stanie, nawet specjaliści, bo niby skąd - nikt z nich nie miał do czynienia z takim przypadkiem. Straszna książka, a przecież niestety oparta na prawdziwych wydarzeniach.

2019-09-30 09:49:08 Komentuj (6)

---


"Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julia Boyd

W 1919 międzynarodowa opinia publiczna sprzyja tym biednym Niemcom, którzy wyszli z wojny zubożeni i przygnieceni traktatem wersalskim, a nie tym okropnym Francuzom, którzy żądają reperacji wojennych i w 1923 zajmują zagłębie Ruhry. Anglicy, Amerykanie i mnóstwo innych nacji wysyłają swoje dzieci do niemieckich szkół i na studia. Jest tam tanio, a kultura trzyma się mocno. Tak będzie aż do końca; jeszcze w lecie 1939 mozna znaleźć w niemieckiej prasie ogłoszenia typu "dwudziestoletnia Angielka szuka pracy jako opiekunka do dziecka".

Chronologicznie obserwujemy pojawianie się faszyzmu, i reakcje na to ludzi, często zwykłych turystów, albo cudzoziemców przebywających w Niemczech czasowo, w tym bodaj tu najdziwniejszego, Chińczyka, który przeżył w Niemczech całą wojnę. Nie umiem sobie tego nawet wyobrazić, ale takich niewyobrażalnych tu jest więcej. Czarny sportowiec Archie Williams, afroamerykański złoty medalista na czterysta metrów, który przybył do Berlina na olimpiadę, i pytany potem o nazistów odparł, że spotkał jedynie miłych Niemców i nie musiał jechać z tyłu autobusu. Poza tym wachlarz reakcji jest niezwykle bogaty. Autorka zresztą regularnie się dziwi, że w tak wielu przypadkach ci inteligentni obyci ludzie decydowali się nie dostrzegać nasilającego się faszyzmu, a nawet pod koniec właściwie już całkiem jawnych przygotowań do wojny. To zresztą wiem od czasu dziennika Virginii Woolf (jest tu też wspomniana, podróżowała z mężem po Niemczech, mąż jako Żyd z pochodzenia miał specjalny glejt, którym nie miał jednak okazji się posłużyć, nosił bowiem na ramieniu oswojoną małpkę, i to interesowało wszystkich znacznie bardziej niż pochodzenie właściciela zwierzątka). Wielu myślało tak jak Virginia Woolf - że wystarczy dać Hitlerowi tereny wschodnie i tym się zadowoli. Wielu sądziło, że wojna już przecież była, kolejnej nie będzie, a że Niemcy się zbroją, to przecież tylko dla obrony. Tak, z naszego punktu widzenia niesłychanie naiwne, ale oni nie z naszego punktu widzenia patrzyli. Zresztą sam Hitler też przecież sądził, że Anglicy go poprą. Jest też przytoczona opinia dwudziestodwuletniego nowozelandzkiego studenta uniwersytetu w Heidelbergu, który w 1932 mówił, że Niemcy w ciągu pół roku zaatakują Polskę.

Największe wrażenie robi tu chyba obraz propagandy. Czarne przedstawiane konsekwentnie jako białe, i tysiące ludzi, którzy się na to nabierali. Albo nawet nie całkiem nabierali, ale nie mogli głośno tego powiedzieć. Znamy to doskonale z własnej niedawnej historii.

2019-09-26 09:19:06 Komentuj (2)

---


"The City in the Middle of the Night" Charlie Jane Anders

January, planeta w obrocie synchronicznym: blask słońca zabija, w ciemności natomiast jest przeraźliwy mróz, i tylko wąski pasek między tymi dwiema skrajnościami pozwala przetrwać ludziom. Miasto Xiosphant na skraju strefy zmierzchu, z jaśniejszą i ciemniejszą stroną - stamtąd pochodzi nastoletnia narratorka Sophie, która ciężko pracowała na stypendium w Gimnazjum, bo alternatywą był bardzo szybki ślub. W szkole przyjaźni się z Biancą i to przez tę fascynację zaprzepaszcza swoją przyszłość, pod wpływem impulsu biorąc na siebie przewinę przyjaciółki. Szybka, niemal gorączkowa narracja w czasie teraźniejszym, świat oglądany jedynie w przebłyskach, państwo policyjne, przymusowa cisza nocna z obowiązkowo zamykanymi zasłonami.

W drugim wątku do tego samego miasta przybywa przemytniczka Mouth, której informatorką jest Bianca. Dowiadujemy się, że na planecie istnieje inne miasto ludzkie, z zupełnie innymi zasadami i nawet własnym językiem. To Argelo, the City that Never Sleeps. Mimochodem również wzmiankowana jest Ziemia, z której przybył statek macierzysty, ufundowany przez rodziny pochodzące z siedmiu miast - państw, z których największym był Zagrzeb.

Gatunkowo jest to podobne do "Piątej pory roku". Coś tu można dostrzec z "Piątej głowy Cerbera": atmosfera skolonizowanej planety, na której kultywuje się niektóre stare obyczaje, przerobione nie do poznania, nie bardzo wiedząc dlaczego. Mouth jest zszokowana tym, że w Xiosphant ludzie bezustannie mierzą czas, że są potrawy jadane zaraz po opadnięciu zasłon, a inne tuż przed, że te nieuzasadnione w obecnych warunkach zasady są obsesyjnie pilnowane przez policję. To jeden z głównych tu tematów. Drugim są zaszłości z Mothership, gdzie ludzie z różnych kultur podróżowali w osobnych przedziałach, i nadal jedni drugim wypominają niedostateczny wkład w budowę statku i kolonizację. We wspomnieniach przewijają się wojny - jak się domyślamy, również toczone z tego powodu. Zatem ludzkość na nową planetę zabrała wszystkie swoje przywary, oczywiście. To samo widać w ich stosunku do krokodyli, które zresztą żadnymi krokodylami nie są. Anders wykorzystuje pomysł Tepper z "Trawy" i nadaje miejscowej faunie nazwy wywodzące się z Ziemi, zapewne idąc za pierwszym skojarzeniem, mamy więc kocie mleko czy drapieżne bizony. To jest oczywiście bardzo słuszny pomysł, ale przeczytawszy "Trawę" na świeżo miałam jednak wrażenie wtórności.

Pomysł farmwheels jest cokolwiek wątpliwy, nie wszystkie rośliny potrzebują cyklu dobowego, zwłaszcza że zostały genetycznie przystosowane do składu tutejszej ziemi, więc niby dlaczego nie do stałego oświetlenia. Zresztą w Argelo dają radę bez nich. Poza tym czyta się to świetnie, motywacje bohaterek uzasadnione, świat plastyczny, ale po "All the Birds in the Sky" odczuwałam na początku pewien niedosyt. Bardzo to klasyczna fantastyka - jeszcze jedna skolonizowana planeta, a obrót synchroniczny trudno uznać za oryginalny, choć nader trafne jest spostrzeżenie, że pojęcia dzień i noc oznaczają tu kierunki w przestrzeni, a nie czas. Zderzenie obyczajowości dwóch miast nieco naciągane: w jednym mierzenie czasu to obowiązek i świętość, jest obecne nawet w języku, w drugim z kolei nikt nie ma zegarka i trudno się na cokolwiek umówić (gdyby to była miejscowa kultura, to pomysł jest uzasadniony i interesujący, ale to są przecież ludzie). Nie rozumiem też, skąd dwa zupełnie różne języki, w dodatku inne od używanego na statku macierzystym. Założyciele Argelo wyszli przecież z Xiosphantu, musieli wtedy używać tej samej mowy, a w ciągu kilkunastu pokoleń nie było szansy na aż taką jej ewolucję. Brakuje tu poza tym jasnej intrygi, oglądamy raczej ewolucję bohaterek. Naprawdę wciągająco i dość zaskakująco robi się w okolicach ostatniej ćwiartki, gdzie się okazuje, że zmiennych w tej powieści jest więcej, niż na to wyglądało (choć oczywiście jasny od początku jest jcłlj yhqmv an Tryrg, gnx fnzb wnx bfgngrpmar cynal Ovnaxv). Pod koniec z każdym zdaniem ta powieść robi się lepsza. Jestem bardzo ciekawa, co Anders napisze dalej.

Interesujący jest tu również pomysł różnych walut przeznaczonych na różne cele, np. food dollars, trochę jak punkty różnego koloru w "Limes Inferior". Interesująco byłoby sobie wyobrazić to rozwiązanie w naszym świecie: choćby takie 500+ wypłacane w food dollars, żeby nie można było za nie kupić alkoholu.

2019-09-24 11:17:10 Komentuj (0)

---


„Księga dla starych urwisów” Krzysztof Varga

To nie jest prawdziwa biografia, ponieważ Niziurski był nudziarzem. Całe długie życie pisał książki, uwielbiał to, i niczego poza tym nie robił. Podstawowe informacje o jego życiu i twórczości, rozważania o książkach, oraz rozmowy z żoną, dziećmi, i czytelnikami, którzy sami zostali pisarzami (Pilch, Miłoszewski, Grzegorz Kasdepke) przeplatane tu są katalogami postaci z jego książek (w tym lista bohaterów o nazwiskach zakończonych na "-łło"), co czyta się z niespodziewanym wzruszeniem. Nie spodziewałam się, że tyle z nich pamiętam. A powinnam, bo jak to mówi Varga, wszyscy dorośli Polacy pamiętają fabułę "Sposobu na Alcybiadesa", choć chwilę dalej zaznacza, że dla pokolenia 1980 Niziurski nie był już tak ważny. Wszyscy bohaterowie jego powieści mają dwie siostry, ponieważ autor miał trójkę dzieci: syna i dwie córki. 

Zupełnie nie pamiętam, kiedy odkryłam jego książki i od której zaczęłam (choć wydaje mi się, że to była "Awantura w Niekłaju"), za to dokładnie pamiętam, gdzie stały w szkolnej bibliotece. I ten pełen niedowierzania zachwyt, kiedy pierwszy raz czytałam to charakterystyczne zastosowanie języka wysokiego do opisu codzienności: zaskakujące i sztuczne, lecz w jakiś sposób znajome i naturalne. W tej chwili uświadamiam sobie, że to przecież od Niziurskiego właśnie musiałam wziąć zamiłowanie do pisania, a i mówienia, z emfazą, przesadą, komplikowaniem rzeczywistości. Moje odkrycie jest nader mało oryginalne, Miłoszewski przyznaje, ze jego sposób tworzenia wyrazistych bohaterów drugoplanowych wcale nie jest z Dickensa, jak twierdził, tylko właśnie z Edmunda Niziurskiego. Varga nie kryje swojego nadal aktualnego zachwytu tą twórczością, i nie przemawia przez niego tylko sentyment młodości, podobno kryminały dla dorosłych też są bardzo dobre. 

Z ciekawostek, pisarz najwyraźniej miał prozopagnozję, bo jego rodzina opisuje charakterystyczne dla tej przypadłości zachowania, ale nikt tego nie nazywa po imieniu, łącznie z Vargą. 


2019-09-22 19:34:36 Komentuj (0)

---


"Dynia i jemioła" Aneta Jadowska

Thornverse. W pierwszym opowiadaniu Nikita świętuje Halloween, po swojemu oczywiście i w upragnionej samotności. Ale jeśli komuś już uda się przedostać przez jej doskonałe bariery ochronne, to zostanie doceniony.

Narratorką drugiego jest Dora Wilk, już po szóstym tomie cyklu , prawie rok przed "Dzikim dzieckiem miłości". Chciałaby spędzić spokojne święta z wilkami, ale pilne sprawy wzywają ją do Thornu. Tym razem więcej tu polityki niż walki.

Trzecie jest o rodzinie Koźlakow, zielonych magów. Malina była narratorką pierwszego przeczytanego przeze mnie opowiadania Jadowskiej ("Harda horda") i od razu podbiła moje serce. To inne spojrzenie na magię niż w przypadku Dory, Nikity czy Witkacego, bardziej przyziemne i ludowe, a Malina się mocno różni od tamtych narratorów.

Czwarte opowiadanie jest tutaj jedynym spoza znanych cykli, jego narratorką jest wilkołaczka i strażaczka, mieszkająca w domu obok rysia, z ktorym nieustannie robią sobie psikusy.

W kolejnym wracamy do Nikity sprzed jej cyklu: tu poznaje Karmę, magiczkę cyfrową. Przyznaję, że tę znajomość w powieściach miałam za nieco deus ex machina, ale opowiadanie ją tłumaczy.

Następnie mamy znów Malinę Koźlak, którą nawiedza prababcia, by się pochwalić odkryciem internetu, a w nim licznych durniów.

W siódmym opowiadaniu wraca Nikita, tropiąca w Warsie mafię Makarego.

Dalej jest Dora w trzeciej osobie i Baal. To jedno z tych opowiadań, w których należy wiedzieć, kim są bohaterowie. Tu też tematem jest zderzenie magicznych z internetem. Domyśliłam się migiem i kto jest sprawcą i jaka będzie kara, ale jest to zabawne.

W kolejnym znów Nikita, i tego nie należy czytać przed jej pierwszym tomem, bo otwartym tekstem przywołuje zakończenie, oraz stanowi łącznik z drugim tomem. Tu bohaterka wybiera się do Sawy w święto Samhein, czego normalnie nie uczyniłaby za żadne skarby, ale jest bardzo skutecznie szantażowana. Folklor japoński gra tu główną rolę.

Zbiór zamyka tekst, którego narratorem jest duch. Postanawia się z nim zaprzyjaźnić mała, ale bardzo rezolutna dziewczynka. Przelotnie pojawia się Witkacy.


2019-09-20 10:02:47 Komentuj (0)

---


"Ropuszki" Aneta Jadowska

Można czytać ten zbiór przed Witkacym, ale raczej po całym cyklu o Dorze, bo o ile pierwsze dwa dzieją się przed "Złodziejem dusz"  - w pierwszym w ogóle Dora ma 19 lat - o tyle dalej są już wzmianki o następnych wydarzeniach. Mamy tu nie tylko Dorę, ale i Witkacego nadal przed inicjacją, oczywiście Romana, nieco więcej o nekromanckiej magii Katii, i o tym, skąd się wzięła Sally pojawiająca się przelotnie w "Dzikim dziecku miłości". Czytało się na wakacjach przyjemnie, natomiast żadnych tu zaskoczeń, większość tematów została już wyraźnie zasygnalizowana w cyklu, i nic tu nowego. Ostatnie, o latarniku, jest mocno przesłodzone i nic się w nim nie dzieje, to już naprawdę tylko dla zagorzałych fanów Dory.

Tak jak w przypadku Harry'ego Pottera, którego ostatnio oglądałam ponownie w całości, zastanawiam się nad możliwością całkowitego ukrycia magii przed światem mugoli. Nie wydaje mi się to możliwe, skoro magiczni rodzą się również w zwyczajnych rodzinach. U Rowling samo to, że Dursleyowie wiedzą, daje do myślenia: nie wierzę, żeby Dudley był w stanie nie wygadać kolegom. Jadowska załatwia to czyszczeniem pamięci, co też może działać jakiś czas, ale na dłuższą metę musi się znaleźć parę osób, u których zapomniano o tym lub nie do końca zadziałało. Plus rodziny mające magiczne dzieci.

Zupełnie inną sprawą jest kwestia etyki. Czy na przykład takim "expelliarmusem" mozna by rozbroić zamachowca - logicznie powinno się dać, skoro Hermiona naprawia zaklęciem całkiem niemagiczne okulary Harry'ego. A w takim razie nieużywanie do tych celów magii to świństwo. U Jadowskiej jest nieco inaczej, magia zajmuje się zasadniczo sama sobą, i Dora używa na złych magicznych broni typu glock. Ale i tu można się zastanawiać, czy Dora lub Bogna nie powinny częściej używać swoich talentów do na przykład znajdowania również tych niemagicznych morderców. Dora oczywiście podkreśla wielokrotnie, że nie może tego w raporcie umieścić, ale w przypadku nadprzyrodzonych ostatecznie jakoś sobie z tym radzi. Tak sobie to zresztą wyobrażałam na samym początku lektury i byłam nieco rozczarowana, że tak nie jest.

Chętnie zobaczyłabym jakieś lepsze uzasadnienie dla ukrywania istnienia magii i magicznych stworzeń, niż "bo tak". Nawet nie jest to "zawsze tak robiliśmy", bo clou polega przecież na korzystaniu z rozmaitych wierzeń i podań ludowych, czyli sugestii, że kiedyś ta wiedza była powszechnie znana. Dlatego bardzo podobał mi się pomysł Jemisin, u której magami się gardzi i ich boi. To bardziej wiarygodne podejście niż pomysł, że przez wieki da się coś skutecznie ukryć.

2019-09-18 11:15:49 Komentuj (0)

---


"Szamańskie tango" Aneta Jadowska

Logiczny ciąg dalszy opowieści o Witkacym, który niedawno zaakceptował, że jest szamanem. Odmawia przejścia inicjacji, bo go nastraszono, że jest niebezpieczna i bardzo bolesna, więc działa na pół gwizdka i nieco po omacku. Centrum akcji jest oczywiście Kurczaczek, też odkrywająca swoje zdolności magiczne. W tle przemiany w policji: znanej z cyklu o Dorze Anity i właśnie Witkacego chcą się pozbyć. Świetną postacią jest Sęp, zresztą w ogóle dużo tu dobrych bohaterów. Akcja bardzo wciągająca, nadal logiczna, ujmuje mnie to, że u tej autorki zasady rządzącym światem magicznym nie są jasne i ściśle określone, jak wszystko w życiu. Bardzo ładnie też rozegrane świeże ojcostwo Witkacego, może nieco zbyt idealistycznie, trudno mi sobie wyobrazić, żeby postawiony w tej sytuacji facet rzeczywiście tak to zaakceptował, ale jest tu sporo sensownych i nawet miejscami wzruszających spostrzeżeń na temat rodzicielstwa i rodzicielskiego poświęcenia. Podobało mi się chyba nawet bardziej niż książki o Dorze, Witkacy nie jest takim zabijaką jak ona. Zakończenie pozostawia nadzieję na dalszy ciąg, chyba że jego rolę pełni "Dzikie dziecko miłości".

2019-09-16 09:38:24 Komentuj (0)

---


"Skafander i melonik"

Antologię wydała Sekcja Literacka Śląskiego Klubu Fantastyki „Logrus”, w postaci elektronicznej można ją pobrać bezpłatnie. Zawiera dziewięć opowiadań.


Anna Hrycyszyn „Detektyw Fiks i sprawa mechanicznego skafandra”. Śliczna, konsekwetnie steampunkowa rzecz, znakomicie obmyślony świat, świetna bohaterka, pomysłowe i wciągające. Aż się prosi o rozwinięcie w powieść.

Aleksandra Sokólska „La Estrella”. Loty kosmiczne i space wrestling w niskiej grawitacji, wykonywany przez cholitas w tradycyjnych strojach. Bohaterkę zmuszają do tej pracy względy ekonomiczne. Ładny pomysł, bardzo dobre wykonanie.

Marta Magdalena Lasik „Zwierciadło w dziurce od klucza”. Ogromną wyobraźnię widać, męczący autorkę talent też. Jest tu pomysł, oraz pragnienie pisania jak Dukaj, ozdobione dawką straszliwego dramatyzmu. Jest potencjał.

Karolina Fedyk „Ślady w popiele”. Dość oczywiste fantasy, a właściwie dziewiętnastowieczna opowieść niesamowita. Bohaterka przywozi ze sobą kogoś kto jest, lub nie jest, jej bratankiem.

Anna Łagan „Ekonomia to dolina niesamowitości”. AI na Marsie pasie lamy. Lekkie, świetnie napisane.

Krystyna Chodorowska „Jeden spalony rzut”. Kobieta była strażakiem w świecie, w którym osoby nie pełniące przypisanej sobie roli są niewidoczne dla otoczenia. Bardzo interesujący pomysł.

Alicja Tempłowicz „Matki płaczą solą”. Boliwia, bohater pracujący w wydziale nauk paranormalnych przybywa badać, dlaczego rozgniewane bóstwo rzuca gradem i nie da się wydobywać litu.

Marta Potocka „Flaun”. Mogłoby być napisane w roku 1950: załoga na obcej planecie stopniowo popada w szaleństwo współistniejąc z miejscową floro-fauną, która rozumu nie ma, za to się błyskawicznie adaptuje. Nie tylko mogłoby być napisane, ale nawet parę razy już było.

Michał Cholewa „Pościg”. Załoga "Lewiatana" goni skradziony przez piratów strumieniowiec. Statki latają, jesteśmy w czymś w rodzaju alternatywnego XIX wieku. Bardzo sprawne, nie mogłam tylko przejść do porządku dziennego nad sposobem latania tych statków.

2019-09-12 10:10:10 Komentuj (2)

---


"Szamański blues" Aneta Jadowska

Niestety zaspojlowałam sobie tę książkę "Dzikim dzieckiem miłości", co w sumie wyszło może i na dobre, bo mogłam prześledzić prawdopodobieństwo psychologiczne Konstancji, które jest całkiem niezłe. Przyjemne zaskoczenie - Witkacy to zdecydowanie nie Dora Wilk. Obawiałam się tego, widząc pierwszoosobową narrację, ale Jadowska radzi sobie świetnie w skórze policjanta, który całe życie borykał się ze swoją innością, wspomgając się rozmaitymi substancjami psychoaktywnymi. Dopiero od niedawna wie, kim jest, ale po pierwsze nadal nie do końca to akceptuje, a po drugie dopiero się uczy, jak z tych mocy korzystać. Tymczasem na jego progu staje była ukochana, z czasów wczesnej młodości, i prosi o pomoc. W szpitalu, gdzie pracuje, doszło do dziwnych zgonów trzech noworodków. Witkacy bada, kto za tym stoi, a przy okazji odkrywa ślady zbrodni sprzed lat, z nadmiernie makabrycznymi szczegółami. Doznaje też najwyraźniej jakiegoś niewielkiego zaćmienia umysłowego, od pierwszej chwili było jasne, że jfcóyavxvrz wrfg oeng.

To nie jest jednolita powieść, tylko najwyraźniej dwa długie opowiadania, pierwsze kończy się wyjaśnieniem sekretu Konstancji. Kolejne, "Bossa nova dla szamana", zaczyna się tam, gdzie skończyliśmy poprzednie, ale z krótkim wprowadzeniem w temat. Można to było delikatnie przeredagować przy wydawaniu w jednym tomie.

2019-09-10 09:28:23 Komentuj (0)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Anglik w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem