DS magazine
Bertrand Russell

"The Fated Sky" Mary Robinette Kowal

W czasie pisania "The Calculating Stars" Kowal stwierdziła, że ma materiału na dwie książki, co mnie osobiście bardzo cieszy. (Bardziej by mnie ucieszyło pięć albo dziesięć; jedna w każdym razie ma nadejść w przyszłym roku). Tu odchodzimy nieco od prawdy historycznej, lecimy bowiem na Marsa, natomiast nadal jest to rok 1962, nie ma żadnych fantastycznych wynalazków, ba - nie ma przecież nawet komputerów ani internetu. Jest czysta żywa technika, inżynieria, mechanika orbitalna, i ludzie. Autorka świetnie odmalowuje problemy związane z interakcjami uczestników wyprawy. Parker jest znacznie bardziej wielowymiarowy, niż można było się spodziewać po pierwszym tomie, a nasza bohaterka Elma nie jest tak nieskazitelna, jak chcielibyśmy w to wierzyć. Jestem pełna uznania dla katastrofy kosmicznej, wynikającej z najbardziej przyziemnego powodu, jaki można sobie wyobrazić, a przecież bardzo realistycznej. Nie pamiętam, kiedy coś przeżywałam do tego stopnia, wielokrotnie ze łzami w oczach. Jest tu kawał solidnego researchu i wielkiej wyobraźni.

Za naciągany uważam pomysł wysyłania dwóch statków oddzielnie, zupełnie nie widzę sensu (wiem - oni widzieli), a już zupełnie nie ogarniam tego trzeciego, bezzałogowego. Po co trzykrotnie zwiększać konieczność manewrowania? Pomysł, że na statku będzie pralka i piekarnik, też wydaje mi się wątpliwy (acz uroczy). No i szyfr: nie mogli wymyślić czegoś nieco bardziej skomplikowanego, a przynajmniej pisać bez spacji? Ale to się jeszcze broni, po pierwsze bez komputera trudno coś innego zakodować i odczytać; po drugie, jak to zwykle ludzie ponadprzeciętnie inteligentni, nie doceniali inteligencji otoczenia; po trzecie autorka zadbała o to, żeby w tych okolicznościach nawet trudniejszy szyfr dało się złamać. Męczyło mnie trochę nieustanne dziwienie się Elmy zachowaniu Parkera, ale to też się broni psychologicznie. Oczywiście, że przebywając tyle czasu w ograniczonej przestrzeni z sześcioma osobami przypisuje się nadmierne znaczenie każdemu słowu i gestowi innych. W końcu innej rozrywki nie mieli.

*

Uzupełnieniem dylogii jest opowiadanie "The Lady Astronaut of Mars", chronologicznie pierwsze, i nagrodzone Hugo 2014 (w kategorii novelette). Opowiada o tym, co się wydarzyło trzydzieści lat później, kiedy Nathaniel był umierający, a sześćdziesięcioletnia Elma dostała propozycję ostatniej misji. Co prawda dwie powieści Kowal oswoiły mnie nieco z jej bardzo przyziemnym, pozbawionym ogródek podejściem do tematyki, ale i tak uważam, że fantastyka nie powinna tak wyglądać. Nie chciałam przeczytać tak bezpośredniego opisu umierania ukochanej osoby, zwłaszcza tej, do której zdążyłam się przywiązać przez dwa tomy. Ale to jest dobre opowiadanie, w którym mamy wnikliwy opis trudnego wyboru.

2019-05-23 09:38:40 Komentuj (0)

---


"The Calculating Stars" Mary Robinette Kowal

Zaczyna się mocnym uderzeniem, mianowicie meteorytu, który kompletnie niszczy Waszyngton i okolice. Pomysł nie całkiem oryginalny, ale w tym ujęciu i owszem, ponieważ jest 1952. Stany rządzone przez Thomasa Deweya (w naszej linii czasowej przegrał w 1948 z Trumanem) wyniosły właśnie na orbitę trzeciego satelitę. Zimna wojna trwa. Protagoniści, młode małżeństwo, pracują dla NACA, ówczesnego pierwowzoru NASA. Narratorka jest świetną matematyczką, ma doktorat z fizyki, i potrafi pilotować samoloty, podczas wojny była bowiem w Women Airforce Service Pilots. W obliczu tej straszliwej katastrofy czuje się jednak kompletnie bezradna. Obraz po zniszczeniach odmalowany jest tu bardzo precyzyjnie i realistycznie, z ogromną dbałością o szczegóły, z masą konkretnych obliczeń. Natychmiast gorąco pokochałam Elmę: "Give me an unpowered landing and I was fine. Addressing a roomful of people? Thank you, but no". Jest doskonale spójną bohaterką. Poza tym jest 1952, kobiety są kobietami, trwa segregacja rasowa, szaleje polio, a w tym wszystkim okazuje się, że apokalipsa dopiero się zaczęła.

Świetna, pomysłowa, oryginalna, wciągająca, znakomicie napisana rzecz, coś między "Hidden Figures" a "First Man": mimo otoczki fantastycznej zbudowana jest z prawd historycznych, i pokazująca pewne rzeczy bez ogródek. W 1944 kobiety były pilotkami samolotów, gdzie teraz są pilotki? W latach 1950 słowo "computer" oznaczało kobietę, powszechnie uważano, że matematyka to jest odpowiednie dla nich zajęcie (mężczyźni byli inżynierami), maszyny komputery zostały zaprojektowane dla nich i były przez nie programowane. Co się z tym wszystkim stało w roku 2019? Kto i kiedy uznał, że to nie jest odpowiednia dziedzina dla kobietek? A do tego Kowal wplata tu aluzje do obecnego powszechnego odbioru zagrożeń dla środowiska naturalnego. Zastanawiałam się tylko, skąd właściwie Stany po katastrofie brały pieniądze na program kosmiczny - ale w tamtej wersji świata zbrojenia nie były konieczne.

Świeżutka Nebula 2018, z której się cieszę, jakbym to ja osobiście ją dostała, gorąco jej kibicowałam. Nominacje do Hugo i Locusa.

2019-05-20 09:40:12 Komentuj (0)

---


"Córka zegarmistrza" Kate Morton

Jestem słabą kobietą, puchem marnym, miękką istotką bez silnej woli. I to mimo posiadania mózgownicy, która mówiła
- Nie czytaj tego, ja ci powiem, co tam jest: starzy ludzie z ukrywaną tajemnicą, dużo napomknień o tajemnicy, niewyjaśniona śmierć sprzed lat, a na końcu bohaterka okaże się wnuczką albo prawnuczką innej postaci. Nie czytaj, jest tyle innych książek. - Ale nie posłuchałam.

Po mglistym prologu, który ma nas wprowadzić w klimat, mamy rozdział pierwszy: Londyn, lato 2017. W drugim akapicie mózgownica prychnęła złośliwym śmiechem, kiedy się okazało, że "biuro z jego zapachem kurzu i toczącą swe wody Tamizą było niemal urocze". Nie każdy ma szczęście mieć w biurze Tamizę. W akapicie trzecim zgodnie doszłyśmy do wniosku, że nie lubimy głównej bohaterki, bo musi zaparzać herbatę dokładnie trzy i pół minuty. Pomyślałam, że na pewno jest męczącą starą panną, zasuszoną i zgryźliwą. Nie. Elodie Winslow jest archiwistką, ma 31 lat, za sześć tygodni wychodzi za mąż. Ślub organizuje jej przyszła teściowa, ponieważ Elodie nie sprawia wrażenia osoby, która mogłaby zorganizować cokolwiek poza pójściem do toalety. Narzeczony natomiast jest bankierem zajmującym się niejasnymi finansami (bo oczywiście jest zupełnie normalne, że wychodzi się za mąż nie wiedząc, co dokładnie kandydat robi w pracy, przecież oblubienica nie będzie sobie ślicznej główki zaprzątać takimi nieciekawymi drobiazgami, nawet w 2017), co natychmiast sytuuje go w kategorii podejrzanych, ale w akcji go w ogóle nie ma, bo akurat dogodnie wyjechał. To pozwala Elodie spokojnie zajmować się odkrytym właśnie pudłem zawierającym torbę należącą do niejakiego Jamesa Strattona, wiktoriańskiego reformatora, oraz szkicownik malarza Edwarda Radcliffe'a, również z tamtej epoki, który nigdy się nie otrząsnął po tragicznej śmierci swojej narzeczonej. Do tego mamy piękną fotografię wiktoriańskiej damy. Elodie natychmiast czuje niewytłumaczalny związek ze zdjęciem, oraz odkrywa, że zna dom ze szkicownika, choć nigdy go nie widziała. Poza tym ma starego ojca i dziadka ciotecznego, oraz nie ma matki, która zginęła w wypadku samochodowym, kiedy córka miała sześć lat, a była sławną i genialną wiolonczelistką. Niesłychanie wprost genialną. I piękną (co za zaskoczenie, i wyjątkowo doskonały zbieg okoliczności). Tak genialną, że ćwierć wieku później nadal jest powszechnie pamiętana. No co, nie pamiętacie wiolonczelistów sprzed 25 lat? Słabo. Ojciec Elodie strasznie kochał żonę i bardzo cierpiał po jej śmierci, a właściwie ciągle nie przestał.

Tę umieszczoną w teraźniejszości narrację przerywają pierwszoosobowe wspomnienia córki zegarmistrza, która obecnie znajduje się w domu, gdzie spędziła życie, a w wiktoriańskim dzieciństwie porzucona przez ojca wychowywała się u pewnej kobiety, i to są oczywiście kawałki z Dickensa. Morton wie, na kim się wzorować - tego jej odmówić nie można. Córka zegarmistrza miała jakieś powiązanie z Edwardem Radcliffe'em, i tak fabuła zaczyna się zawiązywać. Dalej jest kawałek "Tajemniczego ogrodu", szkoła dla panien, dwie wojny światowe, oryginalności niewiele, bohaterów za to mnóstwo - natomiast całość jest ostatecznie całkiem składna i wciągająca. Podoba mi się pomysł hpmlavravn aneengbexv qhpurz i to, że Morton nie domyka na siłę wszystkich wątków. Nie ma tu też bardzo irytujących wpadek, chociaż nadzwyczaj durnym pomysłem jest, że Nqn qnłn Ołęxvg Gvcbjv (n jpmrśavrw Yhpl Nqmvr). Wolałabym również, żeby Elodie nie zabierała wszystkiego pod wpływem niewytłumaczalnego impulsu, i czasem jednak odbierała telefony.

Po "Riverton" byłam bardzo ciekawa, czy w posłowiu będzie napisane, że Ch. Dickens istniał naprawdę i pisał książki nieco podobne do tej. Ale nie. Jest po pierwsze wyjaśnione, o czym jest ta powieść (nie przesadzam), a po drugie jest informacja, że istnieją muzea (nadal nie).

Z ciekawości zajrzałam do anglojęzycznych opinii o książce i nieco opadła mi szczęka. Przeważają rozczarowane głosy, że jest za skomplikowana, za dużo bohaterów i epok. Pisane są językiem poprawnym i każącym podejrzewać, że autor ma IQ w normie, więc zachodzę w głowę, co ci ludzie czytają. Wyłącznie powieści jednowątkowe o chronologicznej fabule? Wymieszane epoki i odkrywanie powiązań między bohaterami to jest tu w ogóle jedyne, co usprawiedliwia lekturę, inaczej byłaby to jakaś nuda śmiertelna. A kiedy czytam niektóre zadawane przez czytelników pytania, mam wrażenie, że albo czytali co drugi akapit, albo chińskie tłumaczenie.

2019-05-17 09:42:01 Komentuj (4)

---


"Raising the Stones" Sheri S.Tepper

"Trawa" robi takie wrażenie, że natychmiast poszłam kupić kolejną książkę autorki, opisywaną jako druga z "Trylogii Arbaiów", ale to tylko dlatego, że żyjemy w 2019 i wszystko musi być częścią cyklu. W rzeczywistości powiązanie jest tylko anegdotyczne: to jest samodzielna rzecz, a jej początek jest jeszcze bardziej oszałamiający i zbijający z tropu, niż w "Trawie". Jesteśmy w odległej przyszłości, w innym układzie słonecznym, na planetce zwanej Hobbs Land, skolonizowanej przez ludzi, którzy zastali tam niedobitki wymierającej rasy, oraz jednego ich boga. Nikt nie wiedział, czy ten jest rośliną, zwierzęciem, czy minerałem, nikt tego nie badał, bóg był sobie, aż umarł. To miało nieoczekiwane skutki dla miejscowej społeczności farmerów, żyjących w Settlement One, jednej z dwunastu tutejszych niewielkich osad. Ale nie przywiązujmy się nadmiernie do teraźniejszości, bo autorka natychmiast zaczyna opowiadać o przeszłości Sama, miejscowego Topmana. W ogóle zachowuje się tak, jakby nikt nigdy nie nauczył jej żadnych zasad pisania powieści: wrzuca nam od razu swobodnie kilkanaście dziwacznych imion i nazwisk (Sam jest skrótem od Samasnier; ziemskie imiona są dobre dla Ziemian), przenosi się w czasie i przestrzeni, czytelnikowi kręci się w głowie; i jakimś cudem z tej rozsypanej układanki wyłania się świat.
- Ty, ale to wcale nie jest fantastyka. To jest realizm magiczny... w sf - szepnęła do mnie część mózgownicy, wstrzymując oddech z zachwytu. Istotnie, Settlement One to jest właściwie Macondo na innej planecie, chociaż nie tylko i nie cały czas.

Matka Sama uciekła z rodzinnej planety z dziećmi, a kiedy przybyła na Hobbs Land, powiedziała z ulgą, że tu nie ma legend. Dorastający Sam chce się jednak czegoś dowiedzieć o baśniach, idzie więc do lokalnych Archiwów - i odkrywa przeszłość ludzkości. W tym mit o Tezeuszu. Ponieważ tęskni za swoim ojcem, zostawionym na tamtej planecie, wyobraża sobie od tej pory, że ten pod jakimś kamieniem zostawił mu sandały i miecz. Nawet rozumiejąc, że to tylko metafora, chodzi i podnosi kamienie - stąd tytuł, a za nim idący mocny, precyzyjny i plastyczny przekaz. Na Hobbs Land panuje matriarchat, dzieci nie mają ojców, tylko nieistotnych progies (progenitorów), wychowywane są przez matki wspierane przez wujów, Sam nie może więc zajmować się własnym synem. A chciałby. To, co opisałam, to nawet nie jest jeszcze początkowe 4% powieści, co daje pewne pojęcie o gęstości narracji Tepper.

W jednej trzeciej książki dostajemy podrozdzialik zupełnie odmienny w tonie od dotychczasowej solennej powagi: właściwie satyryczny, nieco w duchu Vonneguta. Byłam tym zupełnie zaskoczona, a potem autorka wykorzystuje to do wprowadzenia pewnej lekkości do swojej opowieści, co wychodzi jej częściowo na dobre, choć jednocześnie miałam nieco za złe nadmierną dosłowność paralel ze światem nam współczesnym. Potem wracamy do spraw poważnych. Od połowy już mniej więcej wiadomo, co dalej będzie, co zupełnie mi nie przeszkodziło czytać z zapartym tchem, a nawet dyskretnie otrzeć oko. Pod koniec rozwój wydarzeń znowu mnie nieco zaskoczył.

Można się tu czepiać wielu rzeczy; autorka chwilami bywa zbyt dosłowna, chwilami naiwna. Co wcale tej książce nie przeszkadza, jest to rzecz wyrastająca ponad fantastykę z zaskakującą łatwością. Jedna z tych, przy których człowiek myśli "ale dlaczego właściwie wszyscy tak nie piszą, przecież to wygląda na takie proste". Bohaterowie są wielowymiarowi, świat porywająco złożony i realistyczny.  

Sheri Tepper docenia moc opowieści, i daje przepiękne porównanie ich do pajęczyny. Jak jej nitki, tak mity łączą przeszłość z teraźniejszością, a potem splatają się ze sobą, tworząc oddzielną przestrzeń ułatwiającą zrozumienie siebie nawzajem i siebie samych. A z drugiej strony przypomina, że patrząc wstecz nie da się iść do przodu.

2019-05-14 10:06:46 Komentuj (0)

---


"Trawa" Sheri S. Tepper

Kolejna polecanka znajomego, przy której wpadłam w dół, nie mogąc pojąć, jakim cudem nawet nie słyszałam o tej powieści ani o jej autorce. Nic nie wiem o niczym, oto naga prawda (za to znajomych mam odpowiednich). Jest to coś w rodzaju Le Guin zmieszanej z Miéville'm, i to w zasadzie powinno już stanowić wystarczającą zachętę oraz wyjaśnić mój dół. 

Jesteśmy na planecie Trawie, która jest porośnięta tym, co z nazwy wynika. Wielobarwnym i w nader różnych rozmiarach. W posiadłościach mieszkają tu arystokraci, którzy właśnie wyruszają na Polowanie.
- Ale to jest chyba fanta...- zdążył zgłosić pół zastrzeżenia mój mózg. Ocknął się dwa rozdziały dalej, mówiąc, że żadne klasyfikacje gatunkowe go nie obchodzą, i proszę mu nie przeszkadzać, on teraz czyta.

Polowanie wygląda z nazwy jak to tradycyjne angielskie: są wierzchowce, ogary, i lis. Tylko nic tu nie jest tym, na co mogłoby wyglądać, drobiazg. Oglądamy je oczami piętnastoletniej Diamante, która uczestniczy w nim pierwszy raz, pod przymusem. Za chwilę dowiemy się, dlaczego. Impreza jest potwornie niebezpieczna i męcząca; pozostaje zagadką, dlaczego ludzie się w to w ogóle bawią. Nie mamy jednak czasu się tym zajmować, bo zmieniamy rejestr przenosząc się w świat polityki rodem z Diuny. Miejscowi zarządcy nie życzą sobie, żeby mieszała się do nich rządząca Terrą Świętość, i snują intrygi. Za chwilę obejrzymy Terrę z bliska. Logika homo sapiens pozostała tam niezmienna: nie wolno mieć więcej niż dwoje dzieci, ale Świętość nie zezwala również na aborcję ani antykoncepcję. Niech pospólstwo sobie to pogodzi, a jak nie może, to władza da radę. Nie pierwszy raz to na Ziemi i nie ostatni. Aha, Świętość nie ma związku z katolicyzmem. Przeciwnie, starokatolicy uważają tamtych za heretyków. To wszystko to jest dopiero sam początek powieści, w którym pojawia się jeszcze siedziba Świętości i umierający jej Hierarcha, i staje się jasne, że dopiero liznęliśmy z wierzchu tego powieściowego wszechświata, a już wszystko ulegnie zmianie. Chwyt typowy dla Miéville'a, jako się rzekło.

Tepper ma fantastyczny sposób wprowadzania w opisywaną rzeczywistość: to jedna z tych książek, przy których lekturze wierzę bez zastrzeżeń, że autorka tam była i wszystko widziała na własne oczy. Wymyślenie czegoś takiego wydaje się zwyczajnie mniej prawdopodobne. Natomiast czym dalej, tym bardziej mi to wyglądało na inną wersję "Mówcy umarłych", wydanego trzy lata wcześniej. Paralele są rozmaite, na przykład (nie ujawniając za wiele) sporą rolę odgrywa tu religia - katolicka oczywiście - i rozważania, jak ją przyłożyć do Obcych. Tak się pisało w latach 80, to prawda, i to są w pewnej warstwie ciekawe rozważania, poza tym autorka świetnie prowadzi psychologię postaci, ale mój początkowy zachwyt leciutko jednak zbladł. Ale nie tak bardzo, żebym natychmiast nie sięgnęła po następną


2019-05-11 22:13:17 Komentuj (0)

---


"Trup na plaży" Aneta Jadowska

Jesteśmy współcześnie w Ustce, narratorka pierwszoosobowa jest młodą dziewczyną, pochodzącą z tego miasteczka, a po śmierci ojca wyjechała do ciotki do Łodzi. Teraz po licencjacie wróciła, pomaga babci prowadzić pensjonat i pracuje w kawiarni. Jej wujek Marek, brat ojca, jak on jest policjantem, więc kiedy Magda wcześnie rano znajduje trupa w morzu przy plaży, wie, kogo zawiadomić. I wie też, jak prowadzić własne śledztwo, zwłaszcza że zwłoki okazują się ich byłym pensjonariuszem, który dwa dni wcześniej zniknął. W dochodzeniu pomaga bohaterce jej kuzynka, która za chwilę wychodzi za mąż, oprócz akcji dziewczyny są więc zajęte również przygotowaniami do wieczoru panieńskiego.

Autorkę odkryłam w "Hardej hordzie". Tutaj stwarza bardzo fajną bohaterkę, narracja jest klarowna i ozdobiona humorem, a przy tym akcja wciąga i pojawiają się całkiem poważne tematy. Będę czytać jej więcej i mam nadzieję na kolejne części o Garstce z Ustki.


2019-05-09 09:22:16 Komentuj (2)

---


"Storytellers" Bjørn Larssen

Blog Miłość po 30 czytam od kilkunastu lat. Na początku autor wyśmiewał się z porad okołozwiązkowych, potem przeszedł na tematy bardziej osobiste, pozakładał (i pokasował) inne blogi, oraz stronę na fejsie. Przez cały ten czas śledziłam jego losy wiernie, ponieważ lubię ludzi szczerych i ładnie piszących po polsku. Co podziwiam, ponieważ mieszka od lat poza krajem, i co prawda w dobie internetu oraz ebooków utrzymanie kontaktu z językiem nie jest specjalnie trudne, nie przychodzi jednak samo z siebie, coś o tym wiem. Następnie okazało się, już parę lat temu, że autor będzie pisał książkę, ucieszyłam się więc bardzo i natychmiast postanowiłam się w nią zaopatrzyć, o czymkolwiek by nie była. W postanowieniu utwierdzały mnie informacje o wykonywanym przez autora researchu (bowiem ten polski Holender piszący po angielsku zdecydował się zająć Islandią sprzed stu lat), i o reagowaniu na uwagi redaktorki. Byłam przekonana, że osoba zwracająca taką uwagę na szczegóły, wyposażona w poczucie humoru, i generalnie umiejąca pisać, nie może napisać złej książki. Miałam rację.

Marzec 1920, Islandia. Gunnar jest mrukliwym kowalem, cierpiącym na ciężką depresję, pomaga mu lekarstwo (na receptę, ponieważ panuje prohibicja, ale on wcale nie jest alkoholikiem, w każdej chwili mógłby przestać, gdyby chciał, tylko akurat nie chce) i praca. Pojawia się u niego dziwny gość - Sigurd, z Ameryki, który skręcił kostkę. Gunnar wcale nie chce się nim opiekować, ten jednak przekonuje go pieniędzmi, których ma sporą kwotę. Podobno to spadek. Nie wiemy, dlaczego woli się pozbyć zasobów finansowych, a w zamian za to upewnić się, że nikt nie dowiedział się o jego pobycie u Gunnara. Ta zagadka wciąga. Jest jeszcze Brynhildur, która koniecznie chce wyjść za mąż, potencjał komiczny został tu świetnie wykorzystany. A w drugim wątku jest snuta przez Sigurda opowieść, o Arnarze, któy pojechał do Ameryki, tam poznał Juanę, i przywiózł ją do swojego zimnego kraju. Dla dziewczyny to szok kulturowy. A jeszcze są bracia Arnara: jego bliźniak Ingvar, ambitny pastor, i cierpiący na wrzody żołądka Bjarni. Oraz zamożna Gullveig, którą podejrzewają o bycie czarownicą. I cała wioska postaci: najbliższe to chyba jest "Tortilla Flat", miejscami prześmieszne, czasem dramatyczne.

Obydwa wątki wciągają natychmiast. Postaci są świetnie skonstruowane. Wbrew wszelkiej logice lubimy Gunnara i mu współczujemy. Islandia z początku XIX wieku odmalowana jest doskonale, a całość okraszona fantastycznym poczuciem humoru. Stylistycznie irytowały mnie tylko zakończenia rozdziałów w stylu "a ja wiem, co będzie dalej", ale to drobiazg w porównaniu z tym, ile razy byłam uczciwie zaskoczona, i ile razy wybuchałam śmiechem w całkiem nieoczekiwanych miejscach. Zwroty akcji są przy tym przemyślane i prawdopodobne, a nie żadne naciągane siostry bliźniaczki rozdzielone przed urodzeniem, ani zasuszone staruszki, tu znacząco patrzę w stronę Kate Morton, która mogłaby się wiele nauczyć od autora. Miałam jedną wątpliwość: fxąq Neane jmvął grtb boprtb cemlfmłrtb gehcn? Ebmhzvrz, żr zhfvnł tqmvrś qnyrw, nyr wnx tb genafcbegbjnł? Autor bardzo uprzejmie udzielił mi wyjaśnienia, i teraz już wszystko mi się zgadza. 



2019-05-07 10:11:42 Komentuj (2)

---


"Dom w Riverton" Kate Morton

Wyszła nowa książka Morton, ale po "Domu nad jeziorem" wcale się do niej nie paliłam, tymczasem znajoma, której gustowi literackiemu bardzo ufam (zbieżny z moim - czyli znakomity) napomknęła, że najlepszy i tak jest "Dom w Riverton". Niezwłocznie zaopatrzyłam się więc w lekturę. Początek jest dość dezorientujący, z mnóstwem imion i dat wrzucanym w cokolwiek chaotyczną (celowo) narrację, ale dość szybko się dowiadujemy, że narratorką jest 98-letnia Grace, mieszkająca (współcześnie - czyli w 1998) w domu opieki, i wspominająca dawne czasy, kiedy w roku 1914 jako czternastolatka poszła na służbę do domu w Riverton. Był własnością lorda Ashbury, którego dwaj synowie przyjeżdżali w odwiedziny, jeden z nich z dziećmi. Błękitnoocy i jasnowłosi rówieśnicy Grace natychmiast ją zafascynowali. A dziesięć lat potem wydarzyło się tam coś tajemniczego, czego bohaterka nigdy nikomu nie zdradziła, ale teraz postanawia nagrać wyznanie dla swojego nieuchwytnego wnuka Marcusa.

Miałam nieco pretensji o wiek narratorki, choć pradziadek syna mego ma lat 92 i mieszka sam, a mój osobisty wujek w wieku 91 lat jest sprawny umysłowo oraz fizycznie. Poza tym tutaj Morton pamięta o przykrościach starości i nie szczędzi nam ich opisów, nie wymagając od bohaterki żadnych wyczynów poza wspominaniem. Lecz i tak zastanawiałam się, dlaczego akcja nie toczy się te 8 lat wcześniej. Usilniej jednakże rozważałam, co mi to właściwie przypomina, przekonana, że gdzieś już się natknęłam na taką wiekową narratorkę, wspominającą dla wnuka i przeplatającą wspomnienia aktualnością; gdzieś już była ta żona zamknięta w złotej klatce, ta niepokorna młodsza siostra, ten gentvpmavr mznełl xbpunarx... oczywiście, "Ślepy zabójca"! I Morton się do tego przyznaje otwartym tekstem w posłowiu, mówiąc, że gdyby jakiś czytelnik chciał coś podobnego, to istnieje ta właśnie książka. Otworzyłam oczy tak szeroko, że mi wypadły, a brwi poszybowały w stronę Księżyca. Doprawdy nie wiem, gdzie stałam, jak była kolejka po tupet, ale Morton z pewnością w pierwszej linii, a potem przyszła jeszcze trzy razy, albo piętnaście. Nie mieści mi się w głowie, jak w ogóle debiutująca autorka może radośnie rzec "a, podobna do mojej książki jest taka jedna Atwood". Może w takim razie napiszę powieść o małych ludkach mieszkających w norkach i wyruszających na spotkanie ze smokiem, a w posłowiu napomknę "gdybyście chcieli przeczytać coś podobnego, to niejaki Tolkien kiedyś tam napisał".


2019-05-05 10:20:17 Komentuj (4)

---


"Harda horda"

Odkryłam ten zbiór oczywiście z powodu Marty Kisiel, ale Harda Horda to coś więcej niż książka - to nieformalne stowarzyszenie dwunastu polskich pisarek fantastycznych. Połowę nazwisk znałam, niektóre dobrze. Po każdym opowiadaniu jest krótka notka biograficzna. Jestem bardzo przyjemnie zaskoczona wysoką jakością wszystkich tekstów. Mają ze sobą niewiele wspólnego, poza przeważnie ściśle kobiecą perspektywą (wyłamują się z tego trzy opowiadania).


Marta Kisiel "Jawor". Klasyczna opowieść niesamowita ubarwiona pomysłowym nawiązaniem do znanej piosenki dziecięcej. Świetnie napisane.

Aleksandra Janusz "Dróżniczka". Postapo w Japonii. Po powstaniu Bram nikt już nie podróżuje pociągami, ale ostatnia dróżniczka nadal pilnuje swojej stacji. Nastrojowe.

Ewa Białołęcka "Tylko nie w głowę". Atak zombi, opisywany przez cierpiącą na depresję singielkę, mieszkającą w bloku z kotem, i robiącą zakupy w Biedronce. Niezwykle realistyczne opisy, plus zabawny i pomysłowy sposób radzenia sobie z nieumarłymi.

Magdalena Kubasiewicz "Dokąd odeszły cienie". Zamiast wiedźmina bohaterem jest tu nekromanta, który ma się pozbyć duchów z posiadłości Treylów. Wpływ Sapkowskiego widoczny, ale jest to dość oryginalne.

Aleksandra Zielińska "Po drugie". Horror opowiadany przez dziewięciolatkę. Ładnie rozegrane podteksty.

Anna Hrycyszyn "Z góry nie patrzą". Narratorka pisze list, chociaż nie bardzo wie, co chce przekazać. Czasem urywa tekst w połowie zdania, stąd nasz obraz sytuacji jest na początku mocno niejasny. Stopniowo się klaruje i okazuje się, że to postapo ekologiczne.

Aneta Jadowska "Zielona zemsta". Zielona magia polega na hodowaniu roślin, uprawia ją chłopak młodej narratorki, która z kolei para się magią zaczepno-obronną. Wszystko w polskim małym miasteczku, którym trzęsie miejscowy bogacz. Świetne, chcę tego więcej.

Anna Kańtoch "Szanowny panie M." Narratorka po latach pisze list do mężczyzny, którego przelotnie spotykała w czasach swojej młodości, spędzonej na podróżowaniu z rodziną, w tym śmiertelnie chorą siostrą. Nastrojowe. Muszę w końcu przeczytać jej inne książki.

Martyna Raduchowska "Bezduch". Jedyny tu pierwszoosobowy narrator męski, nekromanta. W zasadzie horror.

Milena Wójtowicz "Lot wieloryba". Na świecie pojawiły się zony, w których przenikają do nas istoty z innego wszechświata. Fantastycznie pokazane ich interakcje z bardzo ciekawie zbudowaną narratorką. Czytałabym dalej, zwłaszcza, że brakuje tu trochę zakończenia.

Agnieszka Hałas "Jest nad zatoką dąb zielony". Zupełnie poważnie zastanawiałam się nad porzuceniem lektury w połowie, ponieważ jest tu śmierć głodowa w oblężonym Leningradzie oraz w bliskiej przyszłości umieranie pięcioletniego dziecka (syna prawnuczki pana, który dokonał żywota w Leningradzie). Zanadto rzewne jak na moje potrzeby.

Anna Nieznaj "Ognisty warkocz". Jedyna tu klasyczna sf, a autorka musiała czytać "Seveneves", trochę to wygląda jak jego streszczenie. Plus relacja matki z córką pokazana z innej perspektywy.

2019-05-03 09:31:55 Komentuj (1)

---


"Około północy" Mariusz Czubaj

Kwiecień 1969, pogrzeb Komedy. Narrator znał go przelotnie, grał z nim parę razy w zastępstwie, jest bowiem kontrabasistą. Grywa na pogrzebach, ale na ten idzie bez instrumentu, a potem na stypę do baru. W takich lokalach będzie się toczyć większość akcji, nocami, jak przystało na wymogi gatunku. Narrator przyjaźni się z niewidomym pianistą, ten z kolei z szalonym pisarzem, i ma przeszłość, o której z początku nic nie wiemy, a w Warszawie grasuje zabójca młodych dziewcząt. 

Napisanie "Złego" w klimacie Chandlera i umieszczenie akcji w warszawskim 69 wydaje się najoczywistszym pomysłem pod słońcem - jak już się przeczytało tę książkę. Jest to mariaż doskonały, wykonanie znakomite, Czubaj mnie zaskoczył i ujął jakością literacką. Klimat jest należycie mroczny. Doceniłam wstawki o Quasimodo, nieco absurdalne, ale stanowiące ładny kontrapunkt dla atmosfery noir. Piękną klamrą jest też zamykająca książkę wzmianka o śmierci Hłaski. Przemyślana i świetnie zrobiona, dopracowana w każdym szczególe, to nie tylko najlepsza, ale i zdecydowanie moja ulubiona powieść Czubaja, i na pewno do niej wrócę. 


2019-05-01 09:06:45 Komentuj (6)

---


"Kwantechizm" Andrzej Dragan

Przez pierwsze 11 rozdziałów nie dowiedziałam się właściwie niczego nowego, z wyjątkiem wyjaśnienia, dlaczego kury (i inne ptaki) ruszają głowami chodząc. Nie odebrało mi to w niczym przyjemności z lektury, która jest niesłychanie zabawna, nawet jeśli niektóre anegdoty są już wyeksploatowane na wszystkie strony. O obrocie czasoprzestrzeni, naturze kwantów, paradoksie bliźniaka, teorii względności, czarnych dziurach, i paru innych uważanych zazwyczaj za niezwykle skomplikowane zjawiskach autor opowiada językiem bardzo prostym, zdecydowanie potocznym, nie wahając się sięgać po najbardziej szalone porównania. Mówi też o własnych eksperymentach, na przykład z mrówkami, albo z butami w Oksfordzie. I bez skrępowania dzieli się swoją opinią na temat nagiej małpy. Nie waha się też nabijać z bardzo znanych, uznanych i uhonorowanych fizyków. Tak naprawdę bowiem wiemy tylko, że żyjemy w przedziwnej klatce na ludzi, i im więcej rządzących nią reguł poznaliśmy, tym jaśniejsze się staje, że nie wiemy w istocie niczego.
 

Rozdziały dwunasty i trzynasty przeczytałam zaś trzy razy, są tak fascynujące. Mowa w nich o najnowszych ustaleniach teorii kwantowej, w tym na przykład o efekcie Unruha, o którym nigdy przedtem nie słyszałam. Mówi on, że jeśli obserwator porusza się z odpowiednio dużym przyspieszeniem przez próżnię kwantową, to obserwuje w niej cząstki elementarne, których inaczej tam nie ma. Przyspieszenie powinno być co najmniej rzędu 1019g, czyli faktycznie dość spore (człowiek wytrzymuje 6g, rekord to 46, a z takim przyspieszeniem do prędkości światła zbliżylibyśmy się mniej więcej po jednej miliardowej milisekundy. Istotnie - dość szybko).
 

Innym interesującym efektem jest ten badany przez autora, a mówiący, że jeśli w pudełku zawierającym próżnię kwantową umieścimy nagle dodatkową ściankę dzielącą pudełko na pół, to pojawią się w nim cząstki kwantowe. W dodatku splątane. Wiem, że to z założenia miał być bardzo potoczny i spłycony opis, zabrakło mi jednak tutaj jakiegoś wyjaśnienia, co oznacza "nagle".

W czternastym rozdziale wracamy do nagiej małpy: mowa jest o algorytmach kwantowych, świadomości, i konieczności śmiertelności. 

Autor ma bardzo jasny pogląd na dotychczasowe osiągnięcia ludzkości, nie uważa ich w żadnym stopniu za imponujące. Ale pociesza czytelnika, zauważając, że "głupota to w końcu również pewna metoda używania mózgu". Świetna książka, zdecydowanie lektura obowiązkowa, będę do niej wracać i propagować wokół.


2019-04-27 14:41:21 Komentuj (0)

---


"Pierwsze słowo" Marta Kisiel

Postanowiwszy przeczytać wszystko Marty Kisiel (a potem zacząć od początku), odkryłam, że został mi jeszcze ten zbiór opowiadań. Zawiera on tekst "Dożywocie", który stał się pierwszym rozdziałem powieści pod tym samym tytułem, oraz osadzoną w tym samym świecie "Szaławiłę". Poza tym jest tu sporo satyry, do której inklinacje w książkach oczywiście widać, ale w krótkich formach jeszcze bardziej. Postaci baśniowe tłoczą się w kolejce, aby wysoka komisja przystawiła im pieczątkę aprobującą ich zastosowanie w utworach fantastycznych. Stanisław Kozik umiera za biurkiem na zawał, ale nikt tego nie zauważa, więc biedak musi funkcjonować dalej. Dawid, przeciętny nieudacznik we współczesnej Polsce, otrzymuje propozycję nie do odrzucenia, i podpisuje pakt.

W "Nawiedzinach" odwiedzamy zamtuz, gdzie biznes kręci się radośnie, do momentu pojawienia się tam nieoczekiwanego i niepożądanego gościa. Z zupełnie innej bajki jest mroczne i rzewne "Katábasis", udowadniające, że autorce nie brakuje wyobraźni również tam, gdzie na próżno szukać poczucia humoru. Z kolei "Jadeit" to kryminał doprawiony horrorem, a "Miasto motyli i mgły" to już makabryczny horror pełną gębą, kolejny raz dowodzący polotu pisarki. Jesteśmy bardzo daleko od "Dożywocia". Twórczyni postaci małego anioła w bamboszkach pokazuje zupełnie inny pazur, jest tu wręcz coś z Huberatha, chętnie zobaczyłabym ten świat rozwinięty bardziej. Tytułowe "Pierwsze słowo" natomiast rozbiło mnie doszczętnie. Jest niesłychanie przejmujące.

2019-04-25 10:03:24 Komentuj (2)

---


"Małe Licho i tajemnica Niebożątka" Marta Kisiel

Owszem, to jest książka dla dzieci, i co z tego. Dużo dobrych pisarzy z powodzeniem tworzyło dla dzieci, na przykład Pratchett i Chmielewska. A poza tym osiągnęłam już ten poziom bycia fanką Marty Kisiel, na którym czyta się cokolwiek, w dodatku z zadowoleniem. Tu są bohaterowie "Siły niższej": osiem lat później nadal mieszkają razem, w dziwacznym patchworku: Bożydar z mamą, wujek Turu rzeźbiarz, wujek Konrad pisarz, uczuciowo związany z hamadriadą, dwa anioły (jeden duży, drugi mały), w piwnicy gotujący Krakers, pod łóżkiem Bożka mały potwór z mackami, zwany Guciem, w stawie utopiec. A, i trzy niemieckie widma na strychu. Bożek jest całkiem zadowolony z tego towarzystwa, ale posyłają go w końcu do szkoły. A tam dzieci mają zgoła inne zainteresowania. 

Marta Kisiel tworzy uroczy, niemal idylliczny świat, wypełniony oryginalnymi i spójnie zbudowanymi postaciami. Kontrapunktuje to odpowiednim dramatyzmem (oczywiście dostosowanym dla dzieci), kiedy Bożek trafia do miejsca, w którym być nie powinien, i z którego nie potrafi sam się wydostać. Przy okazji nawiązuje do wierzeń słowiańskich, klasyki literatury, oraz jest zabawna. Jedyna wada: nie ma tego dwudziestu tomów, a powinno. Kolejny w każdym razie na jesieni, i oby tak dalej. 


2019-04-23 19:36:44 Komentuj (0)

---


Gardner Dozois "The Year's Best Science Fiction 29" (2011)

Paul McAuley "The Choice". To samo uniwersum, co w rok późniejszym "The Man", ale tu jesteśmy na Ziemi, po podniesieniu się poziomu mórz, oraz przybyciu statków Jackaroo. In exchange for rights to the outer solar system, the aliens had given the human race technology to clean up the Earth, and access to a wormhole network that linked a dozen M-class red dwarf stars. Soon enough, other alien species showed up, making various deals with various nations and power blocs, bartering advanced technologies for works of art, fauna and flora, the secret formula of Coca-Cola, and other unique items. Dwóch nastolatków wybiera się zobaczyć smoka wodnego, który nie jest żadnym smokiem, tylko maszyną alienów. Matka jednego z bohaterów jest czołową postacią ruchu żądającego odrzucenia obcej technologii. Bardzo plastyczne i wielowymiarowe.



David Moles "A Soldier of the City". Jest rok 34821 (ale nie wiadomo od czego licząc), jest Babilon i miasto Isin, ale nie jesteśmy w przeszłości, tylko w bardzo zaawansowanej technologicznie przyszłości, gdzie bogowie i boginie są rzeczywiści i mają swoich żołnierzy. Ginie Lady of Isin, bogini bohatera, który postanawia dołączyć do jej kochanka i ją pomścić. Porywająca wizja, tylko mnie zawsze dręczą pytania, dlaczego Babilon (bo ładnie brzmi, zapewne) i dlaczego mierzą w łokciach i ligach - czy nie mogli w tej przyszłości wymyślić czegoś nowego?



Damien Broderick "The Beancounter’s Cat". The beancounter spotyka kota. Gadającego. O czym opowiada się tu bardzo wymyślnym językiem. Jesteśmy najwyraźniej w odległej przyszłości, na innej planecie, tylko koty nadal są kotami, nawet jeśli są akurat czymś więcej. Bardzo fajne.



Elizabeth Bear "Dolly". Odziana w strój francuskiej pokojówki Dolly budzi się z zakrwawionymi rękami na środku nieskazitelnie białego pokoju, który kalają zwłoki oraz wnętrzności miliardera przemysłowca. Dolly jest oczywiście androidem i nie ma majtek. Już wiem, skąd pomysł Bacigalupiego na "Mika Model" (Dozois 34). Poza tym Bear próbuje pokazać, jak można udowodnić posiadanie świadomości, co mnie ostatnio zajmuje, ale nie przekonała mnie. Napisanie programu, który będzie udawał zachcianki i osobiste preferencje, nie jest specjalnie trudne.



John Barnes "Martian Heart". Wiekowy narrator opowiada botowi (botterogatorowi) swoją historię to inspire a new generation of Martians. Był siedemnastoletnim analfabetą, kiedy w 2082 przymusowo wysłano go na Marsa (mam wrażenie, że to pierwszy raz, kiedy osadnicy nie są ochotnikami, a przecież to taki oczywisty pomysł). Bardzo plastyczne, świetnie napisane.



Ken MacLeod "Earth Hour". Morderca czyha na ofiarę (i ma rower, który można przerobić na broń, potrzebuję tego). Ofiara idzie do baru, pod którym czyha morderca. Urzekła mnie scena, w której konającym obcina się głowy i wkłada do wiaderek z lodem, na co wpada policja. Poza tym biotech, genetic upgrade, i Warm War. Fajne, bardzo sprawne, krótkie.



Karl Schroeder "Laika’s Ghost". Sequel "The Dragon of Pripyat", które było w zbiorze 17 z roku 2000, i którego akcja rozgrywa się koło Czarnobyla, w skażonej strefie. W tym natomiast bohater poprzedniego, Gennady (Ukrainiec), ląduje w Stepnogorsku. Dalej klasyczny technothriller, wykradziono plany podręcznej bomby atomowej i trzeba dojść do tego kto i co.



Michael Swanwick "The Dala Horse". Czerwony Kapturek... to znaczy, Linnéa, musi iść do babci. Kiedy jest jej zimno, podkręca temperaturę płaszczyka. Za nią idzie gadający plecaczek. Czyli odległa przyszłość i technologia nieodróżnialna od magii. Ładnie zrobione.



Peter S. Beagle "The Way It Works Out and All". Avram Davidson był pisarzem sf złotego okresu (zmarł w 1993), jego opowiadanie jest w "Drodze do science fiction". Narrator odczytuje pocztówki od niego. W roku 1992 otrzymywał je niemal codziennie, z tak odległych od siebie miejsc, że nie było możliwości fizycznego się między nimi przemieszczenia. A potem spotyka Davidsona i odkrywa the Overneath. Przyjemnie klasyczne, bardzo ładne.



Carolyn Ives Gilman "The Ice Owl". Nominacje do Hugo i Nebuli (novella; przegrana z ostatnim w tym zbiorze). To jest dziewiąta planeta, na której mieszka nastoletnia protagonistka Thorn ze swoją matką. "Every planet was different, it seemed, except that on all of them women wanted something that was forbidden." Podróżuje się przez lightbeam, ale to nadal zajmuje dziesięć czy dwadzieścia lat, podczas których cel zmienia się, nie zawsze na lepsze. Mam wątpliwości, skąd bierze się pieniądze na podróż międzyplanetarną, ale poza tym świat doskonale skonstruowany. Kobiety obowiązkowo nosza kwefy, The Incorruptibles palą szkołę, a Thorn przechodzi okres nastoletniego buntu (chociaż według sequential time ma 145 lat). Precyzyjnie skonstruowany bogaty świat, akcja miejscami ocierająca się o sentymentalizm, ale świetnie się czyta i aż chciałoby się więcej.



Paul Cornell "The Copenhagen Interpretation". Nominacja do Hugo 2012 (novelette*). Trzecie z serii o Hamiltonie, poprzednie też z nominacją do Hugo 2010, ale nie czytałam żadnego. Tu Hamilton przybywa do Kopenhagi, ale ewidentnie nie jest to ta znana nam Kopenhaga. W ambasadzie trzymają panią, którą bohater okazuje się znać. Choć znać jej nie może, bo wygląda tak samo, jak 15 lat temu. Dalej jest jazda bez trzymanki: skrzyżowanie thrillera, historii alternatywnej, lekcji fizyki, oraz czystego szaleństwa. Przedziwna rzecz.



Stephen Baxter "The Invasion of Venus". Narrator jedzie do swojej starej przyjaciółki, żeby z nią pogadać o zbliżających się Obcych, których zamiary nie są znane szerokiej publiczności, natomiast bohaterowi już tak. Nie kierują się na Ziemię, tylko na Wenus. Muszę przyznać, że pomysł świetny i bardzo byłam ciekawa, co dalej (Dozois spojluje w przedmowie, na szczęście unikam ich czytania). Nie rozczarowuje, bardzo ciekawe.



Ian McDonald "Digging". Jesteśmy w the Big Dig na Marsie, gdzie się mieszka pod kopułami, zapasy przybywają z the High Orbital, a Tash jest nastolatką. Są dwa tysiące ludzi w czterech Excavating Cities, więc wszyscy są tu krewniakami, In-cousins i Out-cousins. Dziura natomiast ma 500 km średnicy i kopie się ją, żeby powietrze spłynęło. Pressure, that’s always been the problem with making Mars habitable. Get all the gas into one place. When you’ve got enough of it, turning it into something you can breathe is the easy bit. That’s just bugs and plants and life. Nie jestem przekonana, czy to faktycznie tak działa, ale pomysł ładny, i jak to McDonald, narracja gęsta jak atmosfera Wenus. Akcja za to prosta.



Alastair Reynolds "Ascension Day". Kapitan statku kosmicznego spędził ostatnie 96 lat na planetce, ale w hiperprzestrzeni akurat otworzyło się okienko i pora ruszać w drogę. Bardzo krótkie.



Maureen F. McHugh "After the Apocalypse". Jane z trzynastoletnią Franny próbują przenocować w szopie opuszczonego domu. Są w drodze od miesięcy. Niewiele się tu wydarza, bardzo realistyczne, pomysł zdecydowanie nienowy, ale końcówka mnie zaskoczyła.



Catherynne M. Valente "Silently and Very Fast". Nominacje do Hugo, Nebuli, WFA i Sturgeona, laureat Locusa. Narrator jest AI. Ciągle ewoluuje, a o swoich uczuciach pisze używając notacji z przekreśleniem. Opowieść używa baśni i mitów, i mimo tego wachlarza wyróżnień zupełnie mnie nie przekonała.



Jay Lake "A Long Way Home". Rok 2977, uwzględniając przesunięcie relatywistyczne. Bohater ma 800 lat i eksploruje kosmos, żeby dostarczyć sobie jakiejś rozrywki. Jest w jaskiniach na planecie Redghost, kiedy coś smaży wszelką elektronikę, i Ask ma problemy, ale musi tylko dotrzeć do pobliskiej wioski, dwa tygodnie piechotą, pestka. Okazuje się jednak, że z całej planety tajemniczo wyparowali ludzie, nie zostawiając ciał. Kosmiczne "Wielkie solo". Podobno wyjaśnienia są w kolejnych opowiadaniach z cyklu, albo nawet w powieści, ale nie odczuwam potrzeby ich poznania.



Dave Hutchinson "The Incredible Exploding Man". Narrator wojskowym helikopterem przybywa do Point Zero, nad którym unosi się chmura. Żadne wiatry jej nie rozpraszają. Okazuje się, że to wynik wypadku Zderzacza, w którego epicentrum narator się znalazł. Świetnie napisane, bardzo staroświeckie, uwierzyłabym, że zostało napisane w 1952, oczywiście z tytułu widać, że to celowa konwencja.



Geoff Ryman "What We Found". Nebula 2011 (novelette). Makurdi, Nigeria, podobno miejsce nie tak zacofane, jak ludzie myślą. Narrator wspomina swoje dzieciństwo, trudne. Czytelnik się zastanawia, gdzie tu fantastyka, i istotnie jest jej niewiele. Bohater odkrywa, że stres przeżyty w dzieciństwie ma wpływ na potomków tej osoby przez dwa pokolenia. A potem, że the mere act of repeated observation changed the real world. Przepiękna rzecz, wspaniale wyrastająca ponad fantastykę, tak świetnie napisana, że długo nie mogłam się otrząsnąć z wrażenia.



Tom Purdom "A Response from EST17". Na orbitę planety Extra-Solar Terranoid 17 wchodzi wysłana przez ludzi zwiadowcza AI, the Betzino-Resdell Exploration Community, i odkrywa, że jest tam już konkurencyjna AI, która wystartowała później, dotarła wcześniej, a teraz żąda od Betzino-Resdell zaprzestania eksploracji. Ta ostatnia nie zamierza jednak zrezygnować. Na planecie natomiast jest zaawansowana cywilizacja. Kilka świetnych pomysłów, wrzuconych jakby od niechcenia. Jest to rzecz o skomplikowanej wojnie opartej na kalkulacjach matematycznych.



Ian R. MacLeod "The Cold Step Beyond". Bess of the Warrior Church trenuje w lesie w oczekiwaniu na wroga. Zamiast niego pojawia się jednak półnaga dziewczynka. Fantasy typu "bardzo zaawansowana technologia, której nikt już nie rozumie".



David Klecha and Tobias S. Buckell "A Militant Peace". Bliska przyszłość, inwazja na Koreę Północną. Pokojowa, jak w tytule. Pytanie, jak długo uda się utrzymać ten stan rzeczy. Interesujące, sprawne.



Robert Reed "The Ants of Flanders". Współczesność. Simon Bloch, niemal dwumetrowy szesnastolatek, niezdolny do odczuwania strachu, wraca do domu późno wieczorem z the Zoo School gdy nagle świat wpada w popłoch, bo okazuje sie, że statek alienów wielki jak Ziemia szybko się do niej zbliża i za pięć minut z nią zderzy. Miałabym parę pytań, na przykład, dlaczego wszyscy przeoczyli coś wielkości planety w Układzie Słonecznym. Autor powiada, że po prostu - nie zauważyli, i płynnie przechodzi do dalszej części akcji, w której pod nogi Simona spada kosmiczne jajo, a w środku jest alien. Bardzo precyzyjna wizja apokalipsy i chaosu. Były o tym miliony komiksów i filmów, ale sposób opowiadania Reeda ma w sobie coś świeżego.



Gwyneth Jones "The Vicar of Mars". Aleuta i obcy spotykają się w miejscowości Butterscotch na Marsie, gdzie żyją głównie osadnicy ludzcy, do obcych mający stosunek podejrzliwy. Ten konkretny alien jest natomiast the High Priest of the Mighty Void i czuje się w obowiązku odwiedzić kobietę najwyraźniej potrzebującą duchowego wsparcia. Lub szaloną. Rzadka mieszkanka sf planetarnego z horrorem.



Lavie Tidhar "The Smell of Orange Groves". Opowiadanie wchodzące w skład Stacji Centralnej, chociaż delikatnie rozbite. Opowiada o Klątwie Weiweia, który zapragnął, żeby cała jego rodzina dzieliła się wspomnieniami, i tak się stało. Uświadomiłam sobie, że narracja mi przypomina "Kroniki marsjańskie" Bradbury'ego.



Michael F. Flynn "The Iron Shirts". Year of Grace twelve hundred and four and twenty, mężczyźni o irlandzkich, a raczej gaelickich, nazwiskach biorą udział w jakiejś malowniczej potyczce. Potem pojawiają się tajemniczy goście zza Zachodniej Wody, the Red Foreigners. Przydaje się wiedza, że w Ameryce w epoce lodowej wyginęły konie, i wróciły tam dopiero z Kolumbem. Rozdziały noszą natomiast tytuły podgatunków muzyki irlandzkiej. Dopracowane w najmniejszym szczególiku.



Pat Cadigan "Cody". Bohater jest w hotelu w Kansas City, jest bliska przyszłość. A potem go porywają, gdyż jest kurierem przenoszącym wiadomości we własnym mózgu. Sprawne i nastrojowe, ale nieco wydumane. Zwłaszcza tej obcej osoby w pokoju motelowym na samym początku kompletnie nie zrozumiałam. Chyba nawet w Stanach nie ma takiego zwyczaju?



Michael Swanwick "For I Have Lain Me Down on the Stone of Loneliness and I’ll Not Be Back Again". 200 lat po dublińskim powstaniu w 1916 Amerykanin irlandzkiego pochodzenia przed wylotem w kosmos (wygrał bowiem bilet na loterii) przyjeżdża odwiedzić ziemię przodków. A tam spotyka Mary. Na Ziemi są też Obcy, zwani Outsiders. Znakomicie napisane, świetni bohaterowie, nieoczywiste wybory, przyjemnie prosta historia, zaskakuje mnie brak nominacji do nagród.



Yoon Ha Lee "Ghostweight". Lisse ukradła statek wojenny, war-kite, a raczej właśnie próbuje go ukraść. Wszystko się tu składa jak origami, a bohaterka nosi ze sobą ghosta. Przedziwna space opera, niepozbawiona specyficznego uroku.



Jim Hawkins "Digital Rites". Oscarowa gwiazdeczka Amber Holiday ginie na wakacjach w Grecji. To dopiero pierwsza z cyklu podobnych śmierci. Wszystko opisane w czasie teraźniejszym w konwencji scenariusza. Bardzo sprawny technothriller, dużo Grecji, zakończenie rozczarowujące.



Alec Nevala-Lee "The Boneless One". Jacht na środku Atlantyku północnego. "For the past two years, he knew, the 'Lancet', under Ray’s funding and guidance, had been using the latest technology to sample the incredible genetic diversity of life in the ocean, with the unspoken goal of finding genes and microbes with commercial potential." Trzecia w nocy, w wodzie światła, okazuje się, że to świecące ośmiornice. Nieoczekiwanie jest to thriller.



Peter M. Ball "Dying Young". Do baru wchodzi cuchnący siarką smok i zamawia whisky. W barze są też klony szeryfa, ’borgi Doca, oraz narrator, który ma trzecie oko. To mogłaby być westernowa fantasy, ale to jest jednak sf. Westernowe. Rewelacyjnie napisane i pomyślane też nieźle.



Chris Lawson "Canterbury Hollow". Moko i Arlyana spotykają się na wycieczce na umierającej planecie Musce, której słońce zniszczyło atmosferę, ludzie żyją więc pod powierzchnią. Wychodzi na jaw, że obydwoje są balloted i chcą się wspiąć na Cantenbury Hollow. Fantasy typu "odległa przyszłość", z ładnie zrobioną scenografią. Smutne.



Ken MacLeod "The Vorkuta Event". Strasznie nadęta pierwszoosobowa narracja, uzasadniona tym, że bohater jest studentem ostatniego roku, pisze pracę końcową, i przy tej okazji odkrywa, że jego szanowany profesor był w młodości wyznawcą Łysenki. Ten opowiada mu, jak w 1947 spotkał Stalina, Berię, i Łysenkę właśnie. Bardzo staroświeckie opowiadanie.



Kij Johnson "The Man Who Bridged the Mist". Laureat Hugo i Nebuli (novella). Kit przybywa ze stolicy do Nearside, i szuka promu, żeby przekroczyć mgłę do Farside. Będzie pracował przy budowie mostu przez mgłę, która rozdziela Imperium na część wschodnią i zachodnią, a przepływanie przez nią jest niebezpieczne. Low fantasy podbudowana bardzo solidną technologią i rzetelną konstrukcją świata, pomysłowe, świetnie przemyślane, doskonale napisane, im dalej w tekst, tym lepsze, przejmująco prawdziwe i doskonałe. Koniecznie muszę sprawdzić, co autorka jeszcze ma na koncie, bo to nie pierwszy raz, kiedy mnie zachwyca.


___

*Hugo 2012 w kategorii novelette zdobyła Charlie Jane Anders za "Six Months, Three Days". Prześliczna rzecz, w której parę stanowią widząca możliwe przyszłości Judy i widzący tylko jedną przyszłość Doug.




-> 30

2019-04-12 09:13:59 Komentuj (0)

---


"Jak pokochać centra handlowe" Natalia Fiedorczuk-Cieślak

Na początku książki narratorka jest w ciąży. Bierze hormony na podtrzymanie, znosi ich skutki uboczne, ma problemy z akceptacją zmieniającego się ciała. Widzimy obrazki z kolejnych centrów handlowych, przed i po urodzeniu dziecka. Potem autorka odchodzi od tej klamry narracyjnej. Oglądamy jej wizytę u psychiatry, z depresją poporodową. Bohaterka ma sporo szczęścia: stać ją na lekarza i leki, które bardzo szybko jej pomagają. Ma dobrego męża, który bardzo ją wspiera, oboje mają lepszą czy gorszą pracę, jest do pomocy babcia. A jednak to męcząca lektura, pełna rzeczy, których o macierzyństwie się nie mówi, a czasem można być zaskoczoną nawet z osobistymi doświadczeniami w tej materii. Zdumiało mnie na przykład, że karmienie piersią może boleć. W rodzinie bardzo szybko pojawia się kolejne dziecko, co nie ułatwia życia. Książka kończy się przejmującą sceną, w której matka w hipermarkecie patrzy na swoje - wyjątkowo grzecznie się bawiące - dzieci, i wyobraża sobie, jak znika, wyjeżdża gdzieś daleko, podejmuje własne życie. Samodzielne.

Miałam wrażenie, że to bardzo szczera narracja - może nawet aż przesadnie. Otóż w posłowiu Fiedorczuk wyjaśnia, że tekst powstał nie tylko na podstawie jej własnych przeżyć, ale również i rozmów z kilkudziesięcioma kobietami. Trochę mi idiotycznie ulżyło, że to wszystko nie było udziałem jednej kobiety, choć ponownie - nic tu się strasznego nie wydarza. Są miliony kobiet, które mają gorzej, trudniej, ciężej. Porównywać można bez końca, i bez sensu.

Mąż i ojciec dzieci jest tu tylko statystą. Słusznie, bo najczulszy, najlepszy, najbardziej świadomy i wspierający mężczyzna nigdy nie będzie miał tych czysto fizycznych doświadczeń, która ma kobieta. 10 miesięcy po teście ciążowym ojciec nadal jest sobą, identycznym jak wcześniej, nawet jeśli pojawiła się u niego miłość i poczucie odpowiedzialności. Kobiecie świat wywrócił się do góry nogami ze trzy razy. Nawet tym, które świetnie zniosły ciążę, poród, i wróciły błyskawicznie do formy.


2019-04-10 10:16:04 Komentuj (0)

---


"Oczy uroczne" Marta Kisiel

Trzecia część cyklu "Dożywocie", choć bohaterowie poprzednich się tutaj w ogóle nie pojawiają. Warto natomiast przeczytać zawczasu opowiadanie "Szaławiła", tam bowiem poznajemy Odę Kręciszewską, która w "Oczach urocznych" jest główną bohaterką, lekarką po czterdziestce. Mieszka w domu na odludziu z Bazylem i Kuleczką (Kuleczka jest psem; Bazyl bynajmniej) i pracuje na pół etatu w pobliskiej przychodni, razem z doktorem Krzysiem. Przyjaźni się z Rochem, milkliwym płanetnikiem. Po bardzo długiej i ciepłej jesieni nadchodzi zima, która przyniesie ze sobą coś złego. Oprócz zimna nadciąga śmierć, a przesilenie zimowe jest czasem, który sprzyja nieludziom, również tym o złych zamiarach.

Wierzenia słowiańskie są mocną stroną powieści Kisiel, tu kolejny raz udowadnia, że potrafi ze swojej wiedzy zrobić doskonały użytek. Są tu też aluzje do klasyki literackiej, i miejscami bardzo zabawna narracja, śmiałam się głośno i to więcej niż raz. Poza zabawą jest nieco dramatyzmu, przewijają się poważne tematy - czyli zupełnie jak u Pratchetta. Będę niecierpliwie czekać na kolejne jej książki.

2019-04-08 09:47:40 Komentuj (0)

---


"To nie jest kraj dla starych ludzi" Cormac McCarthy

Na pierwszej stronie Chigurh ucieka z aresztu, mordując policjanta. Na paru kolejnych Llewelyn Moss polując na granicy meksykańskiej na antylopy, natrafia przypadkiem na trzy samochody podziurawione kulami, zawierające trupy, narkotyki, i pieniądze. Te ostatnie zabiera, i zaczyna ucieczkę, która będzie tematem powieści. Przeplatana dochodzeniem prowadzonym przez policjantów. Zastanawiałam się, dlaczego mam wrażenie, że akcja jest tu niezwykle skoncentrowana, skoro McCarthy opisuje każdą czynność bardzo szczegółowo: zatrzymał się, stanął, położył, nasłuchiwał. To kwestia używania głównie czasowników i zredukowania opisów do absolutnie niezbędnego minimum. W każdym zdaniu coś się tu dzieje. Stąd wrażenie gorączkowego pośpiechu, mylące, ponieważ jednocześnie jest tu ogromna precyzja w tworzeniu opowieści. McCarthy nie uznaje w tekście żadnych ozdobników, jak choćby myślniki do zapisu dialogu, twierdząc, że jeśli coś jest dobrze napisane, to nie są potrzebne. Ma rację, choć w mojej głowie to brzmi, jakby postaci posługiwały się telepatią. Nie słyszę ich.
 

Zmęczyła mnie ta lektura, zupełnie nie jestem przekonana do sensu opisywania kolejnych krwawych zabójstw. Jeśli chodzi o psychopatów, to o wiele lepsza jest "Inna dusza". McCarthy próbuje co prawda wprowadzić jakąś filozofię na temat "jest coraz gorzej, coraz więcej zła na świecie" - cóż, mam własne zdanie na ten temat. Zła jest coraz więcej, ponieważ jest coraz więcej ludzi w ogóle, krzywa Gaussa jest nieubłagana. Od pisania i czytania takich książek się ta sytuacja nie zmieni.
 

Istnieją dwa polskie tłumaczenia, należy czytać to nowsze, Roberta Sudoła.


2019-04-06 20:14:13 Komentuj (8)

---


Krótkie opowiadania nominowane do Hugo 2019

Na liście nominacji do Hugo w kategorii krótkich opowiadań znalazły się ku mojej radości trzy najlepsze opowiadania z listy nominowanych do Nebuli , czyli
  • “The Court Magician” Sarah Pinsker
  • “The Secret Lives of the Nine Negro Teeth of George Washington” P. Djèlí Clark
  • “A Witch’s Guide to Escape: A Practical Compendium of Portal Fantasies” Alix E. Harrow

Pozostałe trzy to


The Rose MacGregor Drinking and Admiration SocietyT. Kingfisher (pseudonim Ursuli Vernon). Sześciu mężczyzn, selkie, oraz koń, który zazwyczaj jest koniem, chyba że chce więcej piwa, siedzą przy ogniu i wspominają tytułową Rose MacGregor. Pratchettowa w duchu fantasy, urocza i przezabawna.

STETSarah Gailey. Arcyciekawe ze względu na formę: to współedytowany fragment pracy naukowej o autonomicznych samochodach, pisanej około 2043, składający się z przypisów, komentarzy i odpowiedzi na nie. Bohaterka, czyli autorka pracy, ma bardzo osobiste podejście do tematu, w trakcie czytania dowiadujemy się, dlaczego. Przejmujące, świetnie przemyślane, aktualne, nieoczywiste.

The Tale of the Three Beautiful Raptor Sisters, and the Prince Who Was Made of MeatBrooke Bolander. Dawno dawno temu były sobie trzy siostry dromeozaury. A potem pojawił się książę, z gatunku człowiek. Baśń opowiadana dziecku, które zdecydowanie człowiekiem nie jest. Ładne, ale wydaje mi się, że już taki pomysł gdzieś widziałam.

*

Sześć świetnych opowiadań. Ze względu na wagę tematu i nowatorskie podejście wybrałabym "Stet".

Na liście nominacji powieściowych, ku mojej jeszcze większej radości, jest "Moc srebra" Naomi Novik oraz "Record of a Spaceborn Few" Becky Chambers. Cały cykl Wayfarers Becky Chambers jest również nominowany i konkuruje z "The Laundry Files" Strossa. W kategorii novella znalazł się oczywiście Murderbot.





2019-04-04 09:24:51 Komentuj (0)

---


"Czerwone krzesło. Tajemnica mostu. Olbrzym" Andrzej Maleszka

Pierwszą książkę z cyklu "Magiczne drzewo" dostaliśmy od koleżanki, i lektura nas bardzo wciągnęła (tak bardzo, że ściągałam kolejne części w papierze z Polski, ebooków bowiem nie ma), chociaż przyznaję, że dziecko musiało znosić moje nieustanne uwagi typu "do Kopenhagi nie da się dojechać pociągiem z Polski! Jakim cudem jadą przez przełęcz, ona jest na granicy, już przejechali przez granicę! Jaki szlaban na granicy, w Unii jesteśmy! Jakie 400 km, najwyżej 200! Tsunami by ich zmiażdżyło, a nie uniosło do góry!" i tak dalej. Są tu takie, mnie irytujące, szczegóły - nie nazwę ich niedoróbkami, bo są konieczne dla rozwoju akcji, poza tym thrillery też nie są w końcu realistyczne i nikt się nie czepia (chyba, że ja). Natomiast cała reszta jest obmyślona bardzo starannie. Odgrywające tu istotną rolę czerwone krzesło może magicznie oddziaływać, ale tylko na to, co widać. To bardzo dobre ograniczenie. Fajne jest też to, że dzieci nie zawsze formułują swoje życzenia przezornie, stąd dostają rzeczy nie całkiem praktyczne. Wielokrotnie pytałam dziecko, co teraz bohaterowie powinni zrobić, i parę razy wpadliśmy na lepszy pomysł niż autor, ale wcale nie tak często. Parokrotnie zwroty akcji porządnie zaskoczyły nawet mnie. Ba - kilka razy wybiegłam w przód oczami tak bardzo, że z wrażenia przestawałam czytać na głos. Z punktu widzenia smrodku dydaktycznego też jest całkiem nieźle. Dzieci niekoniecznie się lubią, ale na ogół odpowiedzialnie ze sobą współpracują. Autor nie twierdzi, że się nie boją - przeciwnie, pokazuje, jak przełamują swój strach.

2019-04-02 09:24:29 Komentuj (0)

---


"Tamte dni, tamte noce" André Aciman

Książka leżała na kindlu, i leżała, i leżała, ponieważ wprawdzie zazwyczaj nie pamiętam filmów, ten jednak pamiętałam doskonale, łącznie ze swoją żywiołową antypatią do jednego z głównych bohaterów. Obawiałam się, że to wspomnienie wpłynie negatywnie na odbiór powieści. Otóż niesłusznie. Owszem, charakterystyczne "later" natychmiast zadźwięczało mi w uszach (tłumacz zdecydował się na dosłowne "później", naturalniej po polsku zabrzmiałoby "na razie" czy wręcz "narka"), i potem też przed oczami miałam kadry z filmu, natomiast zasadnicza różnica jest taka, że tu mamy wgląd w Elia, narratora pierwszoosobowego. Reżyser i aktorzy zrobili doskonałą robotę oddając jego stany ducha, ale nadal - z zewnątrz wielu subtelności nie widać tak, jak opowiada o nich bohater. A o tym właśnie jest opowieść. O pierwszym zakochaniu, niosącym w dodatku smak zakazanego owocu. O wiwisekcji własnych, sprzecznych uczuć - intensywnych, jak żadne później już nie będą. Aciman umiejętnie podszywa tę relację nostalgią. Wiemy od początku, że opowiada to człowiek sporo starszy, który dopiero z perspektywy czasu wie, co naprawdę go spotkało, wtedy, tamtego lata. To wybija się też na pierwszy plan w filmie, stąd podobał mi się polski tytuł. Dopiero z książki widzę, jak istotna jest tu oryginalna zamiana imion, symbolizująca tak totalne pragnienie splecenia się z drugą osobą, żeby aż się nią stać.

Film jest bardzo wierny książce, natomiast urywa się przed jej zakończeniem. Słusznie. Płakałam nad nim tak, że przemoczyłam sobie nie tylko poduszkę, ale i kołdrę, mimo że nie dzieje się tam nic, co by taką reakcję usprawiedliwiało. Te strony są dojmująco, przeraźliwie smutne. Autor z niezrównaną maestrią pokazuje, że za każde przeżyte w życiu piękno trzeba zapłacić jego utratą. Że gwiazdy są nam dane tylko raz. Że raj naszej młodości, który wtedy przyjmowaliśmy za coś oczywistego i danego raz na zawsze, przemija, i nie ma doń powrotu. Bardzo piękna, przejmująco smutna książka.

Zuzance też się podobała.


2019-03-29 09:19:49 Komentuj (5)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Anglik w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem