DS magazine
Bertrand Russell

"Poświata" Michael Chabon

Śmiałam się z siebie, że podświadomość kazała mi sięgnąć po tego Chabona natychmiast po Allende (obydwie przeleżały na kindlu szmat czasu; nie istnieje w tej czasoprzestrzeni żadne sensowne ani bezsensowne wyjaśnienie, dlaczego). Napisana raptem trzy lata wcześniej (2016, "Płatek" jest z 2019), opowiada o tym samym wycinku czasowym: w jak drastycznie odmienny sposób. Styl Chabona jest jak zwykle celowo manieryczny, pełen przeraźliwych metafor, chyba zgrzytałabym zębami, gdyby mnie to bardziej nie bawiło. A przede wszystkim jego bohaterowie są żywi, nawet jeśli przerysowani. Protagonistą jest dziadek narratora, prawdopodobnie inspirowany dziadkiem Chabona, ale w dwóch zdaniach wstępu od autora dowiadujemy się, że trzymał się faktów, chyba że się ich nie trzymał, i solennie zapewnia czytelnika, że potraktował je "z należytą nonszalancją".

Bohater był człowiekiem niezwykle małomównym, odzywającym się tylko wtedy, kiedy to było konieczne. Jego wnuk dorastał, nie wiedząc nic o życiu antenata, aż na łożu śmierci pod wpływem leków przeciwbólowych puściły hamulce, popłynęła opowieść. Dziadek przez całą powieść będzie konsekwentnie znany pod tym właśnie określeniem, nawet w młodości, co jest bardzo logiczne (choć wcale nie jest biologicznym dziadkiem narratora), i powoduje dość zabawny zgrzyt w umyśle czytelnika (zwłaszcza w scenach seksu z babcią, nawet jeśli bardzo staramy się pamiętać, że postaci nie są jeszcze niczyimi dziadkiem ani babcią). Poznajemy go w uroczo slapstickowej scenie, kiedy w połowie lat 50 mści się na prezesie za zwolnienie z pracy. Bierze w niej udział kabel telefoniczny w roli garoty oraz aparat od tegoż kabla wyrzucony przez okno na głowę pewnego Czecha. Jak widać, bohater być może nie był szczególnie rozmowny, ale działać potrafił.

Dziadek jest w centrum uwagi do czasu. Pojawia się i babcia, z pochodzenia Francuzka, cierpiąca na powojenny PTSD, lub chorobę psychiczną, lub jedno i drugie. Prześladuje ją Bezskóry Koń. Pierwszy poważny atak choroby nadchodzi, kiedy jej córka - późniejsza matka podmiotu literackiego - ma dziesięć lat. Jak to wpłynie na jej życie, Chabon pokazuje okrężnie, z perspektywy dwudziestoparolatka, na którym odkrycie przeszłości bliskich wywiera ogromne wrażenie.

Polski tytuł jest bardzo piękny, stracił jednak oryginalnie w nim występujący Księżyc (co zresztą rozumiem: "Księżycowa poświata" czy "Księżycowy blask" brzmią tanio, niestety), który jest tu istotnym bohaterem. Dziadek jest wynalazcą, konstruktorem, marzycielem, entuzjastą rakiet i techniki, od dzieciństwa fantazjującym o podróży na Księżyc. W Niemczech pod koniec wojny pragnie odnaleźć Wernhera von Brauna, konstruktora V-2, nie cały czas z tych samych pobudek. Do końca życia konstruuje makiety rakiet oraz bazy księżycowej. Ten naturalny satelita Ziemi przyświeca we wszystkich istotnych momentach życia bohaterów. Jest w tym niemieckim lesie, i świeci tej halloweenowej nocy, kiedy babcia ucieka z domu po raz pierwszy. Nie świeci na dzień narodzin dziadka, jest bowiem wtedy zaćmienie Księżyca, o czym bohater mówi wnukowi w połowie książki, w przejmująco pięknej wymianie zdań, w której zderza się młodzieńcza próba znalezienia sensu ze starczą goryczą i poczuciem porażki.
"– Ale i tak wyszła z tego niezła historia – powiedziałem. – Nie zaprzeczysz.
– Co ty powiesz? – Dziadek zmiął chusteczkę, otarłszy samotną łzę. – Weź ją sobie. Jest twoja. Spisz ją po mojej śmierci. Wszystko wyjaśnij. Nadaj jej sens. Wstaw dużo tych swoich wyszukanych metafor. Ułóż chronologiczną całość z tego miszmaszu, którym cię poczęstowałem.
"

Pod koniec pojawia się w książce również ojciec autora, choć raczej tylko w niesympatycznych wspomnieniach jego i matki. Żył jeszcze, gdy ukazała się "Poświata", umarł w 2019, oficjalne wspomnienia Chabona kłócą się z tym, co zostało tam napisane; choć może nie. Może to, że był lekarzem pediatrą i prawnikiem, zawsze gotowym do pomocy innym, wcale nie kłóci się z tym, jak potraktował swoją pierwszą żonę. Nie dowiemy się. Jak i aż do podziękowań nie będziemy wiedzieć, co właściwie czytamy: fabularyzowaną biografię, powieść na faktach, ubarwione wspomnienia? I czy to ma jakiekolwiek znaczenie, jeśli ma się do czynienia z tak piękną historią, od której nie można się oderwać, i której nie chce się kończyć. Swoją drogą to wyjątkowa perfidia Chabona: jeśli nie przeczytać podziękowań (a podejrzewam, że sporo czytelników je pomija), nie dowiemy się części prawdy. Czy zatem stanowią integralny fragment książki? "I just wrote the book; I don’t have to interpret it, too" rzekł autor.

Dla współczesnego polskiego czytelnika ciekawa jest również narzucająca się paralela z "Gorzko, gorzko" Bator. Ten sam wycinek czasowy; inny kontynent; ten sam wpływ wojennych koszmarów na życie kolejnych pokoleń; bardzo zbieżne podejście do splątania prawdy i fikcji, bardzo podobne oparcie na faktach (von Braun u Chabona jest autentyczny, podobnie Sokołowsko i pensjonat dla gruźlików u Bator); ewidentne zaburzenia psychiczne niektórych postaci. W obu książkach młody narrator ze sporym wysiłkiem poszukuje prawdy o swojej rodzinie. I w obu przypadkach jest dość zaskakująco opisana, mocno fizyczna, niesztampowa - miłość.


2021-01-20 08:16:45 Komentuj (0)

---


"Długi płatek morza" Isabel Allende

Hiszpania, 1938. Víctor Dalmau jest lekarzem, choć nie ukończył studiów, ale w obliczu wojny domowej, na froncie, nikt go nie pyta o dyplom. Pomaga, jeśli da się pomóc. Jego młodszy brat Guillem walczy. W domu z ich rodzicami została Roser, uczennica ojca, dotrzymująca towarzystwa państwu Dalmau podczas nieobecności synów. Kiedy ranny Guillem wróci do domu, będzie się nim opiekować z oddaniem. Chwilę później ciężarna ucieknie przed żołnierzami Franco do obozu koncentracyjnego w niechętnej uchodźcom Francji. Warunki tam są tak nieludzkie, że umiera 15 tysięcy ludzi. Nielicznych, którzy przeżyli, przyjmuje Chile, tytułowy „płatek długi morza i wina i śniegu” według określenia Pabla Nerudy. To on organizuje transport hiszpańskich uchodźców, wbrew oporowi wielu obywateli. W przededniu drugiej wielkiej wojny wszyscy boją się czerwonej zarazy; z naszej perspektywy możemy tylko kręcić głową z niedowierzaniem, że bali się nie tego, czego należało. Ale oni przecież jeszcze nie wiedzą, co za chwilę wybuchnie w Europie. Víctor przewiduje wydarzenia, chce wyjechać do Chile, ale czy uda mu się załapać na miejsce na parowcu? Równolegle w przeciwną stronę luksusowym statkiem podróżuje bardzo zamożne chilijskie małżeństwo del Solar, które pozostawiło dom w Santiago pod opieką najstarszego syna Felipe. Ten się przyjaźni z Nerudą. Oczywiście pan del Solar ma sprecyzowaną opinię na ten temat „ci uchodźcy, o których pisze Felipe, to tchórze, którzy uciekli i teraz są we Francji”, ale nie ma go na miejscu.

Zaskakująco suchy, często raczej reportażowy niż powieściowy opis, a jednak wciąga niesłychanie. Może właśnie ta rzeczowość pozwala tak precyzyjnie wyobrazić sobie tamte losy. Wydaje się, że znamy to wszystko na wylot, a jednak kolejny raz nie mogłam uwierzyć w tę straszną wojnę domową, w podział jednego kraju na dwie części. „Hiszpania, targana sprzecznościami od momentu republikańskiego triumfu przed pięcioma laty, podzieliła się, jakby przeciął ją na pół gwałtowny cios siekierą. Szermując argumentem o konieczności zaprowadzenia porządku w sytuacji, którą uznała za chaotyczną, chociaż wcale taka nie była, prawica rozpoczęła natychmiast konszachty z armią w celu obalenia legalnego rządu, utworzonego przez liberałów, socjalistów, komunistów i syndykalistów, cieszącego się entuzjastycznym poparciem robotników, wieśniaków, ludzi pracy oraz większości studentów i intelektualistów.

"Miasto się podzieliło, przeciwne frakcje spotykały się tylko po to, żeby się bić. Bary, potańcówki, zawody sportowe i zabawy były albo prawicowe, albo lewicowe." Nie mogę nie widzieć paraleli do obecnej sytuacji w Polsce, a przecież chcę wierzyć, że żyjemy w innych czasach. Że zdobyczy ostatnich 80 lat nie da się łatwo przekreślić. Wygraliśmy przecież tę wojnę „ideologii i zasad, wojnę między dwoma sposobami rozumienia świata i życia, wojnę demokracji przeciw nazistom i faszystom, wojnę między wolnością i autorytaryzmem.” Chciałabym, żeby ta wiara nie okazała się płonna.

Po przypłynięciu do Valparaíso statek z uchodźcami witają entuzjastyczni Chilijczycy, wśród nich Salvador Allende, wtedy zwykły lekarz i działacz socjalistyczny. Víctor się z nim zaprzyjaźnia, będą w szachy niemal do końca. W latach 70 przeżyje powtórkę z rozrywki, kiedy do władzy dojdzie junta wojskowa i Pinochet. To się wydaje powieściowym nadmiernym okrucieństwem, żeby temu samemu bohaterowi kazać przechodzić dwukrotnie to samo piekło, oglądać drugą ojczyznę tonącą pod zalewem faszyzmu, znowu uciekać za granicę. A przecież wydarzyło się naprawdę.

Końcówka zaczyna już nieco męczyć tym suchym stylem, zabrakło tu chyba szerszego pokazania tła. Pinochet doszedł do władzy, rządził, przestał rządzić, wróciła demokracja, kropka, streszczone w dwóch zdaniach: jak z klasówki szkolnej pilnego, ale niezbyt zainteresowanego ucznia. Jest jedna krótka rozmowa z Felipe, która sygnalizuje inne opinie, i to wszystko. Szkoda, miałam poczucie zmarnowanego materiału. Oraz oczywiście cały czas pmrxnłnz an cbwnjvravr fvę grtb emrxbzb mznełrtb qmvrpxn.

2021-01-18 07:27:23 Komentuj (6)

---


"Z kim tak ci będzie źle jak ze mną? Historia Kaliny Jędrusik i Stanisława Dygata" Remigiusz Grzela

Od razu w dwóch pierwszych akapitach wstępu Grzela bezlitośnie przytacza "powszechną wiedzę" i pierwsze skojarzenia, jakie się ma po usłyszeniu imienia Kalina i nazwiska Dygat. Na kolejnych stronach będziemy sprawdzać, ile jest w tych opiniach prawdy. Książka jest chwilami chaotyczna, zwłaszcza pierwsza połowa; miejscami nie wiedziałam, kto właściwie jest autorem tego, co właśnie czytam, jest tu bowiem sporo cytatów z Kaliny, Dygata oraz rozmaitych znajomych pary bohaterów, które nie zawsze są wyraźnie wyróżnione (może to problem z formatowaniem ebooka). Za to dostajemy bardzo szerokie tło, jest i legendarny SPATif z wracaniem zeń nad ranem polewaczkami, i śmierć Cybulskiego, i zabójstwo Sharon Tate na zbyt wielu stronach.

Dygat był wiecznym Piotrusiem Panem, z rysem niewątpliwie psychopatycznym, bezustannie manipulował ludźmi - nie dla osiągnięcia korzyści materialnej, tylko dla bycia podziwianym i uwielbianym. Dobrali się idealnie z Kaliną, która też pragnęła uwagi, zachwytu i pożądania otoczenia, przy czym wydaje się, że była jednak lepszym człowiekiem, wrażliwszym pod barwną otoczką, którą notabene na początku po prostu pokrywała nieśmiałość.

Ale to tylko połowa książki. Dalej jest o ojcach bohaterów, i tu wkraczamy na fascynujące tereny. Ojciec Jędrusik otóż miał żonę umierającą na raka, więc znalazł sobie następczynię, która była jej siostrą, i jeszcze przed śmiercią prawowitej małżonki urodziła mu dziecko, zapisane w papierach jako córka poprzedniczki. Kalina urodziła się już legalnie, a potem ojczulek ożenił się po raz trzeci, z własną uczennicą i mieszkał dwa domy dalej od byłej żony, która miała już wnuka (siostrzeńca Kaliny - tak, wiem, niełatwo nadążyć), dwa lata starszego od własnego wujka, czyli trzeciego syna pana Jędrusika.

Nie jest może łatwo to przebić, lecz z kolei Antoni Dygat, ojciec Stasia, miał dzieci z własną małżonką oraz płomienny romans z żoną własnego kuzyna. Mieszkali obok siebie i postanowili mieć dziecko, co się udało (w roku 1925). Wanda oficjalnie była córką Zygmunta, lecz dorosła, spojrzała w lustro, poszła do stryja i rzekła "jestem twoim dzieckiem, prawda?" Dalej jest również ciekawie, Antoni mianowicie w końcu ożenił się ze swoją ukochaną Grażyną, ale to bynajmniej mu nie przeszkadzało pomieszkiwać z poprzednią małżonką, która do końca miała nadzieję, że on jednak do niej wróci. W sumie nie taką dziwną: Antoni w czasie wojny wyjechał, po wojnie przeniósł się do Brazylii, dokąd planował ściągnąć również poprzednią rodzinę wraz z byłą żoną.

Tych rozkosznych ojców o barwnym życiu rozdziela równie fascynująca opowieść o pierwszej żonie Stasia Dygata, aktorce Jadwidze Nawrockiej, która w czasie wojny grywała w oficjalnych teatrach niemieckich. Jest to temat, który jakoś mi umknął; czytałam mnóstwo o aktorach odmawiających pracy dla Niemców i zatrudniających się jako kelnerzy, natomiast nigdy nie wnikałam, kto właściwie ten nakaz oporu łamał - no, o Dymszy wiadomo. Otóż właśnie żona Dygata. Niektórych dało się usprawiedliwić, rzeczywiście nie mieli wyjścia. W "Komedii" była zresztą komórka ruchu oporu, tak znakomicie zakonspirowana, że jej uczestnicy ponieśli po wojnie surową karę za współpracę z okupantem. Warto tu przytoczyć i zapamiętać zwłaszcza nazwisko Andrzeja Szalawskiego, aktora, który współpracował z niemieckim tygodnikiem filmowym, jednocześnie działając w kontrwywiadzie. W czasie wojny został karnie ostrzyżony przez organizację niepodległościową, po wojnie skazany na cztery lata więzienia i zaszczuty, zrehabilitowany dopiero wiele lat później, już po śmierci. Niesłychanie smutne, zasłużył na wdzięczną pamięć i jakiś dobry serial. Wracając natomiast do Nawrockiej, małżonki Dygata, który zresztą posiadał paszport francuski, ta w żadnym ruchu oporu nie działała, po prostu grała u Niemców, i nie będę się wypowiadać na temat cudzych wyborów, bo temat jest trudny, a co bym zrobiła na jej miejscu, nie wiem. W jej obronie stanął zaś znany swego czasu krytyk literacki Janusz Minkiewicz, który już we wrześniu 1944 w lubelskim „Odrodzeniu” napisał płomienną obronę aktorów grających w niemieckich teatrach. Bezinteresownie? No cóż, tak się składa, że Nawrocka była przed wojną jego narzeczoną. Ożenił się z ówczesną narzeczoną Stasia Dygata, gdyż cała czwórka wybrała się kiedyś nad Wisłę i tam zamieniła partner(k)ami.

W akcie trzecim ponury schyłek życia obojga. Dygat był prześladowany przez SB, objęty zakazem druku, Grzela nie wyjaśnia dlaczego, a ja nie bardzo rozumiem. Byli przecież chyba bardziej opozycyjni pisarze. Chodziło o ten paszport francuski, arystokratyczne ciągoty, związek z Kaliną, wszystko naraz? Nie było mi specjalnie smutno, bo nie da się sympatyzować z tym bohaterem, wyraźnie przedstawionym jako niesympatyczny manipulant. Autor próbuje go bronić, ale nie bardzo jest kogo bronić. Było mi natomiast bardzo żal Jędrusik, skazanej na nędzne chałtury, brak pieniędzy, schorowanej, a przecież do końca życzliwej ludziom. Wiele o niej mówi obszerna wypowiedź Aleksandra Jedyneckiego, ostatniego młodego kochanka Kaliny, już po śmierci Dygata. Jest dla niej pełen czułości i mówi o niej jak najlepiej. Jakaż drastyczna różnica z tym nędznym Mentzlem Osieckiej.

Doskonałym pomysłem było napisanie książki o nich obojgu. Dobrali się tak, jak rzadko - prawie nigdy - się zdarza. Dygat zdobył bingo, marzenie każdego mężczyzny: prowokującą seksbombę i czułą opiekunkę w jednym. Kalina natomiast miała w nim dziecko, którego pragnęła i nie mogła mieć, oraz pomocnika w przyciąganiu uwagi innych. Rozważam, czy przypadkiem Dygat nie zachowywał się dziecinnie właśnie po to, żeby Kalina nie straciła nim zainteresowania. Wygląda na to, że nie byli o siebie zazdrośni, co przecież jest powszechne w takich artystycznych małżeństwach. Ale uzupełniali się tak doskonale, że nie było tam miejsca na zazdrość. Obojgu zależało nie na sławie, tylko na miłości innych ludzi.

2021-01-14 09:46:37 Komentuj (3)

---


"Harde baśnie"

Pisarki z "Hardej hordy" dobrały do swego grona trzynastą i wyprodukowały kolejną antologię, tym razem opartą na motywach baśniowych. Podchodzę do takich pomysłów nie bez obaw, anglosaskie przeróbki i dekonstrukcje bowiem są ostatnio modne, lecz nieco na jedno kopyto: zawsze ta księżniczka dumnie udowadnia, że żaden książę jej niepotrzebny. Nasze panie jednak poszły znacznie dalej. Dostajemy pełnowymiarowe, przemyślane, współczesne, fantastyczne opowieści, ciekawie inspirowane znanymi fabułami. Śmieszą, tumanią, przestraszają: jak należy.


Ewa Białołęcka "Demon w studni". W studni siedzi demon, od bardzo wielu lat, a nawet tysiącleci. Chciałby wyjść, ale nie może. Pewnego dnia pojawia się Głos, który zaczyna mu opowiadać historie. Urokliwe opowiadanko. Spodziewałam się raczej, że mr fghqav jlwqmvr xbg.

Magdalena Kubasiewicz "Sen nocy miejskiej". To jest to, czego się spodziewałam po Malinie Jadowskiej: wiedźma we współczesnym świecie. Do Jagody (całkiem przypadkowy wybór imienia?), specjalistki w zdejmowaniu klątw przychodzi jej były przyjaciel z prośbą o pomoc. Jest tu potencjał, są również niepotrzebne infodumpy. Zbyt oczywiste, kto rzucił klątwę, za to relacja między bohaterami fajnie pokazana, i w ogóle przyjemnie się czyta.
 
Aleksandra Zielińska "Białe". Przepiękne literacko. Białe to tajemnicza choroba, wraz z nią nadszedł całoroczny śnieg. Matka z dwiema córkami wegetuje w chałupce na skraju lasu, za chwilę czeka je niechybna śmierć, jeśli nie z zimna lub od potworów, to z głodu. Ponure i bez żadnej nadziei, ale jakie przerażająco plastyczne.

Martyna Raduchowska "Potwór z lasu". Czerwony Kapturek ma lat 16 i matkę wiedźmę, chroniącą ludzi z wioski przed wilkami przy pomocy amuletów. Ma rówież zakaz wychodzenia z domu bez ochronnej czerwonej pelerynki. Niestety od razu wiadomo, kto jest wilkiem, ale przyjemnie napisane, choć dlaczego gajowy nazywa się Wallace, a drugi osobnik Derek, skoro jesteśmy w Brzezinie obok Dzięciołówki, nie pojęłam. Bez anglosaskich wtrętów się nie liczy? Nieładnie jest?

Agnieszka Hałas "Róże świętej Elżbiety". Coś pięknego: Elżbieta z Turyngii, XIII wiek, Tannhäuser w roli dworskiego minstrela, nieśmiertelnego maga przyjętego na rycerza przez Persefonę. Oszałamiająco pomysłowe i dopracowane.

Anna Kańtoch "Krok przed tobą". Doppelgänger i niedopowiedziana fantasy zahaczająca o kryminał.

Anna Nieznaj "Zazula, kukułeczka moja". Sienkiewicz! Helena Kurcewiczówna, Bohun, Skrzetuski, Zagłoba! Horpyna w roli wieszczącej wiedźmy! Może to i fanfik jest w zasadzie, ale cudownie napisane i mnóstwo radości.

Anna Hrycyszyn "Detektyw Fiks i śmierć w czerwonym pokoju". Zapiszczałam z radości na widok tytułu. Fiks i Jaśmina natychmiast podbili moje serce w pierwszym o nich opowiadaniu w "Skafandrze i meloniku" - to jest równie dobre. Uroczy sztafaż alternatywnie dziewiętnastowieczny, inteligentnie uwspółcześniona opowieść niesamowita, czarująco opisane niedookreślone relacje bohaterów. Gdybym mogła komuś ufundować stypendium pisarskie, to z całą pewnością Hrycyszyn, żeby napisała tego więcej. Dużo więcej!

Milena Wójtowicz "Sześć koszulek z łabędziami". Pan Wiesław Kowalczyk, prezes zakładu W-Sław, właśnie stracił pracownika. Nie bardzo chce wypełnić formularz do ZUSu stwierdzający, że zakończenie zatrudnienia nastąpiło z inicjatywy pracodawcy, kupuje więc chińską koszulkę ożywiającą zmarłych. Zamierza majstra Antoniego ożywić, żeby ten mógł podpisać wypowiedzenie. Ten jednakże nie zamierza się z powrotem oddalać w zaświaty. Przezabawne, konsekwentne w każdym calu, satyryczne w najlepszym polskim stylu, śmiałam się na głos.

Krystyna Chodorowska "Ten, co pośród lodów". Królowa śniegu na Spitsbergenie, gdzie bohaterka jedzie poszukiwać złota. Bliska przyszłość, katastrofa klimatyczna już w natarciu, Australia płonie, Artyka się topi, gatunki giną. Bardzo dobre. Spokojnie mogłoby się znaleźć w jakimś anglojęzycznym tomie the best of, i to wcale nie wśród najsłabszych tekstów.

Aneta Jadowska "Klątwa Hexenwaldu". Dora w pierwszej osobie, jako Namiestniczka, wspólnie z Romanem rozwiązująca zagadkę zniknięcia dwójki nastolatków. W lesie jest chatka wiedźmy, w niej zaś piec do pierników. Magia jest tylko ubarwieniem dochodzenia kryminalnego: na to miałam nadzieję, zaczynając czytać Thornverse. Chciałabym takich tekstów więcej.

Marta Kisiel "Idzie, powtarzał wiatr". To zadziwiające, że Kisiel od Małego Licha w bamboszkach potrafi być tak mroczna. Znakomicie napisana wariacja na motywie makabrycznej baśni Grimmów, sięgająca do bardzo pierwotnych źródeł.

Aleksandra Janusz "Życzenie wróżki chrzestnej". To jest tekst najbliższy moim pierwotnym wyobrażeniom na temat zawartości tego zbioru. Dobra wróżka opiekuje się garścią księżniczek, które rodzą liczne dzieci, Kopciuszek córkę wychowuje na niezależną kobietę, a suknia z blasku księżyca całkiem się zniszczyła i trzeba ją naprawić. Dobra Wróżka wybiera się w niebezpieczną podróż po materiały, ponieważ obiecała, a jest od spełniania życzeń innych. Jej życzeniami nie interesuje się nikt.

2021-01-12 10:48:06 Komentuj (3)

---


"Dead Lies Dreaming" Charles Stross (DLD #1 - The Laundry Files #10)

O, to już dwa lata od poprzedniego tomu. Przy czym od dłuższego czasu wiedziałam, że to będzie bardziej spin-off niż kontynuacja, opisywana jest w ogóle jako pierwszy tom nowego (pod)cyklu, na Boba ani Mo więc nie czekałam (chciałabym się jednak kiedyś doczekać zamknięcia ich losów). Londyn jest pod rządami The New Management; rozpoczynamy mocnym uderzeniem, mianowicie ukrzyżowaniem świętego Mikołaja, nadchodzi bowiem akurat Gwiazdka. Czwórka pomniejszych posiadaczy magicznych mocy ogląda to z odrazą, a zmierzają do domu handlowego w celu kradzieży tam przebrań. Po co, jeszcze nie wiemy, ale mają jakiś plan. Tymczasem nieopodal policjantka Wendy otrzymuje całkiem niespodziewany awans, a z nim zadanie do wykonania. Natomiast Evelyn Starkey, bardzo oddana asystentka swojego szefa, ściśle związanego z nowymi władzami, ma koniecznie zdobyć dla tegoż pewną wyjątkowo rzadką i bezcenną książkę. Niestety, sprawy się komplikują od razu bardzo, a potem jeszcze trochę.

Poza rozrywkę wykraczają odwiedziny bohaterki w domu opieki, u cierpiącej na Alzheimera matki. Nie tylko jest to oparte na doświadczeniach autora z czasów pisania powieści - to w ogóle był powód, dla którego ona powstała. Stross po śmierci ojca i wylewach matki nie mógł się skupić na tym, co miał w planach pisarskich, i nieoczekiwanie wyprodukował tę książkę. O trudne tematy zahacza również cała historia matki bohaterów, przejmująca, choć potraktowana dość zwięźle.

Jak to Laundry Files: sprawne, zabawno-sarkastyczne, wciągające, pomysłowo mieszające biurokrację, komiks, thriller, podróż w czasie, Piotrusia Pana, i Bonda. Bohaterów łatwo polubić, zwłaszcza naszą fantastyczną czwórkę, mimo ich raczej wątpliwej moralnie działalności. Choć co właściwie nie jest wątpliwe w tych dziwacznych czasach, w których Elder God zasiada na Downing Street 10. Szalenie mi się podobał rozwój akcji, odbiegający od klasycznej poetyki Laundry Files: trafiamy tu do wiktoriańskiego Londynu, opisywanego w nader plastyczny sposób. Stross kolejny raz udowadnia, że nieustająco potrafi zaskakiwać, tworzyć świetnych bohaterów i szalenie wciągającą akcję. Bardzo czekam na kolejną (napisana, ale raczej nie ukaże się w tym roku, niestety).

2021-01-10 11:19:36 Komentuj (0)

---


"Gorzko, gorzko" Joanna Bator

Od razu w pierwszym rozdziale czytamy przewrotne "Teraz mam już pewność, że nie można wiedzieć wszystkiego, ani o osobach realnie istniejących, jak ja, Violetta, Barbara czy Berta, ani o tych, które się wymyśliło. Byty fikcyjne są równie nieprzeniknione co ludzie z krwi i kości. Ten, kto opowiada, nigdy nie jest wszechwiedzący, ale niektórzy narratorzy po prostu dobrze udają i cieszy ich poza, którą się pysznią przed czytelnikami jak paw ogonem." Przewrotne, gdyż narratorką jest postać fikcyjna, trzydziestoletnia Kalina Serce, córka Violetty przez V i dwa t, wnuczka Barbary Serce, prawnuczka Berty Koch, ślicznej córki Hansa Kocha, wytwórcy wędlin, która przed drugą wojną pomagała ojcu robić kiełbasy i marzyła o nieokreślonej miłości. Ojciec wychowywał ją samotnie, a mieszkali w wiosce niedaleko niemieckiego Waldenburga (który potem będzie znany jako Wałbrzych). Kiedy pewnego lata w wiosce jak co roku pojawia się wóz wędrownego handlarza Bułgara Kruma zwanego też Turkiem Nasrallachem, tym razem przywozi ze sobą nie tylko magiczne towary i leki na wszelkie przypadłości, ale również młodego pomocnika pięknego "jak z romansów, które lubiła czytać Berta". Berta urodzi Barbarę i porzuci ją w sierocińcu, gdzie ta przeżyje wojnę, a potem zostanie adoptowana przez państwa Serce. Violetta przez V i dwa t o duszy artystycznej, bardzo zmiennym usposobieniu i skłonności do porzucania dziecka nie będzie najlepszą matką dla Kaliny, wychowywanej przez Bunię (Barbarę), do dnia jej tajemniczego zniknięcia. Dorosła Kalina kupi stuletni dom w wiosce na końcu świata, za Wałbrzychem: wiosce sąsiadującej z tą, w której niegdyś nastoletnia Berta wytwarzała czarną kiszkę i szynki dla gruźlików. Krąg się zamknie, opowieść się rozpocznie.

Znakomita jest tutaj narracja Kaliny, opowiadającej o swoim dzieciństwie na przemian w pierwszej i trzeciej osobie, co wychodzi bardzo naturalnie i dobrze oddaje ten stan, kiedy już potrafimy zrozumieć swoje wspomnienia, ale nadal nie udaje nam się integracja tego, co pamiętamy, z tym, co znamy z późniejszych opowieści dorosłych. "Tylko tak udaje mi się uchwycić to rozrzedzone istnienie, jakim jestem, i połączyć je z nią, nie do końca znaną mi dziewczynką, która czekała na chłopca imieniem Konrad i tęskniła za babcią Bunią."

To kolejna ubiegłoroczna saga sięgająca czasów wojennych, po "Lucyperze" i "Saturninie". Zapewne osiągnęliśmy już dystans pozwalający na zimno myśleć o naszej narodowej historii najnowszej, a z drugiej strony być może dopiero teraz doceniamy jej wagę. Co najmniej w latach 90 dominować musiało pragnienie starannego odcięcia się od przeszłości, chęć patrzenia raczej w to, co dopiero przed nami. Bator zresztą wcale o wojnie nie pisze. To jest książka o nieustannym kobiecym spełnianiu oczekiwań otoczenia: nie tylko mężczyzn. Bardziej nawet sąsiadów (są tu niezwykle istotni, pokoleniowe towarzystwo Papugów nie jest przypadkowe), i przede wszystkim matek oraz córek. Wszystkie postaci tu przegrywają sromotnie, pod koniec już trudno znieść domiar nieszczęść spadających na każdego. Zgodnie z tytułem - jest gorzko.

Przyznam, że przez chwilę doświadczałam dość intensywnej irytacji na te głupie bohaterki, a zwłaszcza Bertę i Violettę. Potem się zastanowiłam: nie są głupie. Są spragnione miłości. Z czego jeszcze Berta, którą odumarła matka (bardzo się cieszę, że to sformułowanie przestało już być potrzebne w naszych czasach i brzmi dziwacznie staroświecko) zdaje sobie sprawę i gorączkowo poszukuje czegoś więcej poza codziennością. Wielokrotnie porzucana Barbara już nie, zadowala się absolutnym minimum, czyli przeżyciem - nic dziwnego, że i swojej córki nie będzie umiała nauczyć kochać, a niewątpliwe zaburzenia psychiczne Violetty nie pomagają. Gdzie w tym wszystkim jest Kalina? Najmłodszą bohaterkę poznajemy głównie we wzmiankach o jej dzieciństwie, do czasu wiemy o niej niewiele.

Czytałam, zapominając gdzie jestem, dając się porwać potoczystej narracji Bator, po czym odrywałam się i miałam nieokreśloną pretensję, że to wszystko już było. Właściwie przewidywalny jest tutaj każdy chwyt, wiadomo, w którym momencie tajemnice wyjdą na jaw. Po dwóch trzecich mamrotałam nawet "ale zmierzaj już do końca, autorko, bo już nie mogę". Zwłaszcza powtarzalność Violetty mnie już bardzo męczyła. Nie da się mi dogodzić, "Roku królika" czepiałam się, że zbyt wymyślny, tu z kolei głos w mózgownicy mamrocze, że zbyt banalne - a to jednak idiotyczny zarzut, niewiele jest banalności w tej znakomicie splecionej wielowątkowej narracji, w tych postaciach złożonych wyraziście (pamiętajmy, że to wszystko odtwarza Kalina), w tym Dolnym Śląsku, przez który bardzo w tle przepływa historia. Właśnie, może gdyby ta ostatnia była nieco bardziej zaakcentowana, jak w Lucyperze: ale co, nie wystarczy złamane życie Marii i Jakuba Serce? Bator zahacza również o autentyczną wioskę Sokołowsko (przed wojną Görbersdorf), w której w XIX wieku powstało pierwsze na świecie specjalistyczne sanatorium dla gruźlików.

Typowo dla tej autorki pada tutaj kwestia "każda przeszłość jest bliższa powieści niż reportażu". W tym Bator zbliża się do Barnesa (a zresztą i świeży Llosa poszedł w tym kierunku). Styk prawdy (jakiej prawdy, czyjej prawdy?) i fikcji fascynował mnie od najmłodszych lat, i w nim upatruję podstawowej potęgi literatury. Tutaj wyjaśnia się chwyt z Znepmryrz: avr qn fvę hjvremlć, żr wrfg fghyrgavz cenqmvnqxvrz Xnyval v żr zntvpmal qrgrxglj Nqevna Fzęgbjvpm grtb avr bqxelł. Aneengbexn bpmljvśpvr honejvn fjbwą bcbjvrść. N fxbeb gnx, gb pmrzh avr jvnqbzb, pb fgnłb fvę m qmvrpxvrz Wbfv Onhre v Złbqrtb? Qynpmrtb Xnyvan avr bqanynmłn wrtb póexv, jfmnx fjbwrw xhmlaxv?

Ciekawa jest również interakcja z czytelnikiem: której bohaterce wybaczamy najłatwiej? Ja współczuję Barbarze, i uważam, że spotkała ją kara niewspółmierna do przewinień. Bercie również łatwo odpuścić; Violetcie nie umiem. Jaka jest wina Hansa Kocha? Nie był zły, chciał dobrze dla córki, chciał najlepiej, jak mógł, w tamtych czasach i okolicznościach. Czy to go usprawiedliwia, a jeśli tak, to czy powinno to kogokolwiek usprawiedliwiać. A co z Magdą Tabach, przemykającą w cieniu głównych bohaterek, a jednak tak bardzo istotną? Trzeba Bator przyznać, że żadną miarą nie da się tej opowieści uprościć do kategorii dobra i zła.

Zakończenie ma tę samą wadę co "Chmurdalia", acz nie na tę skalę, przy czym po tych sześciuset stronach cierpień i przygnębienia nawet nie miałam siły się o to awanturować. Mam wrażenie, że autorka chciała napisać nieco ambitniejsze "Smażone zielone pomidory" - i o ile z pewnością jest to lepsze literacko, ponieważ Bator jest znakomitą prozaiczką, o tyle należało jednak mieć odwagę zakończyć wcześniej. Kalina powinna powiedzieć "oto ta historia, tak jak ją odnalazłam i odtworzyłam", postawić kropkę parę stron wcześniej, pozostawić czytelnika z niedosytem, nie osładzać całości jakimś amerykańskim otwieraniem cukierni. Choć z drugiej strony - narratorce nie można ufać, wiemy, jak lubi zmyślać i ubarwiać. Mogłoby to wszystko być tylko jej ostateczną fantazją?

Czy ktoś mógłby powiedzieć korekcie (wydawnictwo Znak! Na nikogo już nie można liczyć w dzisiejszych czasach!), że "ostrużyny" są przez u (pięć razy! kto mi naprawi zęby starte zgrzytaniem?), a ciasto się warzy przez rz? Bo że nie zauważyła literówki w "naparapeciona", rozumiem, to trudny neologizm, nie da się wymagać od słabo opłacanej przemęczonej korekty, żeby jeszcze neologizmy w języku polskim rozumiała, nawet takie śliczne.

2021-01-08 08:15:20 Komentuj (0)

---


"Some of the Best from Tor.com 2020"

Bardzo byłam ciekawa, jak tegoroczny zbiór będzie wyglądał. Tor ogłosił zawartość pod koniec października, okazało się, że połowę zdążyłam przeczytać na bieżąco, resztę doczytałam na początku listopada. Ku mojemu zaskoczeniu nie ma tu aluzji do wydarzeń roku 2020, choć wydawałoby się, że pandemia musiała wszystkich naznaczyć i zmienić zarówno rzeczywistość, jak i światy wyimaginowane; a jednak nie. Dominuje low fantasy, ale to w ogóle jest specjalność Toru - fantastyka niedopowiedziana, czerpiąca z rozmaitych źródeł, przetwarzająca znane motywy, eksperymentująca z formami.

  • How Quini the Squid Misplaced his Klobučar” by Rich Larson. Absolutnie rozkoszna heist story w starannie obmyślonej dość bliskiej przyszłości. Vabank spotyka porządną sf, uwielbiam. Wszystko niby wiadomo, a jednak jest zaskoczenie, albo i dwa.


  • The Girlfriend’s Guide to Gods” by Maria Dahvana Headley. Powiem ci dziewczyno, dlaczego nie powinnaś się wiązać z Orfeuszem, Ikarem, Zeusem, jak to się skończy. Efektowne lub wręcz efekciarskie, uśmiechnęłam się półgębkiem przy "Zeus will still have an AOL account", ale na resztę jestem chyba jak zwykle za stara. Oraz co to robi w zbiorze fantastyki, właściwie?


  • St. Valentine, St. Abigail, St. Brigid” by C. L. Polk. Matka młodziutkiej narratorki ma magiczne pszczoły, a dziewczynka bardzo chce się zaprzyjaźnić z koleżanką z klasy. Bajka o tym, z czego można zrezygnować dla miłości.


  • If You Take My Meaning” by Charlie Jane Anders. Sequel The City in the Middle of the Night. W mrocznym podziemnym mieście Geletów Alyssa poddaje się przeobrażeniu, wierząc, że to jedyny sposób na przetrwanie ludzkiej kolonii.

  • Sinew and Steel and What They Told” by Carrie Vaughn. Narrator na statku kosmicznym powinien być martwy, z różnych przyczyn, ale nie jest. Reszty dowiadujemy się ze zwięzłych, acz pełnych emocji dialogów.

  • Little Free Library” by Naomi Kritzer. Pełna wdzięku, acz dość oczywista historyjka o pani, która buduje małą biblioteczkę do wymieniania się książkami z sąsiadami, i wymienia się z Kimś tajemniczym.

  • An Explorer’s Cartography of Already Settled Lands” by Fran Wilde. Borgesowskie, tajemnicze, poetyczne: wyliczanka przedziwnych map w jeszcze dziwniejszym świecie. Ładne, ale sens mi chyba umyka.

  • The Night Sun” by Zin E. Rocklyn. Pani jedzie z przemocowym mężem na weekend do chatki w lesie, żeby dać mu ostatnią szansę. W drodze wpadają na widmowego jelenia, a potem sprawy się komplikują. Początek bardzo wciągający, potem wpadamy w mętnawą oczywistość, krwawy horror z aluzjami do Rdzennych oraz przeszłości niewolników. Istotna jest zemsta, najlepiej na ludziach działających na początku XIX wieku, sens wyraźnie mniej.

  • Anything Resembling Love” by S. Qiouyi Lu. A gdyby tak każdy niechciany dotyk powodował, że nasze ciało generuje insekta? Oczywiście, że dziewczynki, dziewczyny i kobiety musiałyby starannie ukrywać tę obrzydliwość, oraz przepraszać facetów, jeśli niechcący spowodowały pojawienie się ich insektów. Narratorka lubi być podziwiana i budzić pożądanie, niekoniecznie chce przystępować do działań fizycznych, ale ma to w pakiecie. Opowieść terapeutyczna.

  • Beyond the Dragon’s Gate” by Yoon Ha Lee. Odległa przyszłość, trwa wojna. Anna Kim pracowała przy tworzeniu AI, teraz wzywają ją na pole bitwy. Statki wojenne sterowane przez AI nie zachowują sie tak, jak powinny. Anna musi się zająć psychoterapią wojskowej AI. Całkiem przyjemne.

  • Of Roses and Kings” by Melissa Marr. Alicja została Królową Kier w Krainie Czarów, okrutną i szaloną, a całość relacjonuje jej nowa służka, która wpadła do Krainy Czarów w tajemniczy sposób. I chce tam zostać służyć swojej królowej. Zaskakująca wersja Alicji, balansująca między psychologią, fantastyką i szaleństwem.

  • We’re Here, We’re Here” by K. M. Szpara. Boysband, czterech młodych chłopców uwielbianych przez fanki, życie płynie cudownie - o ile przestrzegać zasad. Bo jeśli nie, to poprawiający głos implant krtaniowy może być użyty przeciwko bohaterowi. Jeszcze jedna opowieść o tym, że najgorsze, co można uczynić człowiekowi, to kazać mu wyrzeć się własnej tożsamości, nawet zamykając w złotej klatce.

  • Two Truths and a Lie” by Sarah Pinsker. Stella wraca do rodzinnego miasteczka na pogrzeb brata swojego kolegi, i pomaga mu sprzątać potwornie zagracony dom. Bardzo powoli wracają jej wspomnienia, a potem odkrywa prawdę o przeszłości. Nastrojowe, zaskakujące do końca, przedziwna, nietypowa opowieść grozy, mistrzowsko skomponowana.

  • The Night Soil Salvagers” by Gregory Norman Bossert. Nie znam autora, pisze niewiele, choć ma już na koncie WFA. To przepiękna, przedziwna, poetyczna, tajemnicza, niedopowiedziana opowieść o zwyczajach kasty The Night Soil Salvagers, sprzątaczy i czyścicieli. Coś tu z przypowieści zen.

  • The Ones Who Look” by Katharine Duckett. Zoe pracuje w Ethical Empire, w Paryżu, ale to nie ma znaczenia, bo i tak poza biurem nie ogląda niczego. W biurze spotyka Henriego, jej Recording Angels każą jej się z nim nie widywać, bo straci punkty, ale nie słucha. Ethical Empire zbudowało cyfrowe Niebo - i Piekło - i aplikację oceniającą dobro czynione przez użytkowników. Świat stał się lepszym miejscem. Ale czy wszystko w tej wizji jest prawdą? Dość oszałamiający pomysł i podjęcie tematyki z "The Fall" Stephensona.

  • Everything’s Fine” by Matthew Pridham. To jest zdecydowanie opowiadanie z roku 2020, nawiązujące do Dicka. Eric idzie do pracy z nadzieją na awans, tylko otaczają go przeraźliwe koszmary, które musi ignorować i udawać, że wszystko jest w porządku, bo inaczej go dorwą. Surrealizm pełen potworów.


  • Yellow and the Perception of Reality” by Maureen McHugh. Bohaterka odwiedza siostrę, z którą nie ma kontaktu, ma bowiem uszkodzony mózg od czasu wypadku w laboratorium. Powoli się dowiemy, co się tam naprawdę wydarzyło, i jaki związek miała z tym wielka ośmiornica imieniem Claude.

  • Exile’s End” by Carolyn Ives Gilman. W muzeum na jednej z Dwudziestu Planet pojawia się dziwaczny młody człowiek. Twierdzi, że jest potomkiem uważanej za dawno wymarłą kultury Atoka, a w muzeum jest arcydzieło pochodzące z tejże. Fascynujące, niejednoznaczne, bardzo Le Guinowe rozważania o tym, czyją własnością są niezwykłe dzieła kultury i o ludzkiej freedom to do stupid and self-destructive things.

  • Flight” by Claire Wrenwood. Niektóre kobiety mają skrzydła, ale cena, jaką za to płacą, jest bardzo wysoka, co odkrywamy w narracji odwrotnie chronologicznej. Niepokojąco przejmujące i raczej bolesne.

  • Wait for Night” by Stephen Graham Jones. Klasyczny horror - bohater natyka się na Coś Tajemniczego, co nigdy nie powinno zostać odkopane - ale nieźle pomyślany i świetnie napisany.

  • Solution” by Brian Evenson. Katastrofa ekologiczna, ludzie próbują jakoś jej zaradzić, ale nikt nie uratuje wszystkich, i zresztą nawet nie zamierza. Tu na scenę wkracza narrator, który potrafi manipulować genami. Eko-horror, chyba, właściwie musiał powstać taki gatunek.

  • Hearts in the Hard Ground” by G. V. Anderson. Po śmierci matki Fiona kupuje nowy dom, cokolwiek nawiedzony. To autorka, która rewelacyjnie potrafi budować nastrój mimo krótkiej formy. Zaskakujące i poruszające.

  • The Perfection of Theresa Watkins” by Justin C. Key. Bohater odzyskuje żonę, która umarła na raka, ale przeszczepiono jej ciało. Znaczy jej mózg włożono w inne ciało. Arcyciekawy punkt wyjścia, rozegrany realistycznie. Jeden z problemów polega na tym, że pani była czarna, a obecnie jest biała. Większym problemem, że jej ciało pochodzi od morderczyni skazanej na dożywocie. Podobno jej mózg został całkowicie wymazany. Czy rzeczywiście?



  • The Ashes of Around Twenty-Three Strangers” by Jeremy Packert Burke. Świat stracił sens, deszcze padają wyłącznie w domach, niszcząc wszystko, na zewnątrz od dwóch lat jest bezchmurne niebo. Świat zbliża się do końca, pojawili się niemi bogowie, którym bohaterka chce zanieść popioły niespełna dwóch tuzinów obcych ludzi, bo nie udało jej się pochować brata. Niedookreślona aluzja do niszczenia środowiska, chyba, plus rozważania o religijności.

  • Placed into Abyss (Mise en Abyse)” by Rachel Swirsky. Nie rozumiem tej wersji tytułu w nawiasie, po francusku powinno być abysse. Chris z rodziną sprząta dom dziadków, gdzie nienawidził przebywać w dzieciństwie, i wracają złe wspomnienia, co autorka dlaczegoś upiera się określać mianem podróży w czasie i ubarwiać informacjami o czarnych dziurach. Męczące potwornie, i żadna fantastyka, a to strasznie złe traktowanie dzieci polega na tym, że babcia była niemiła i brzydko się odzywała. Ech. Niektórzy to nawet nie wiedzą, ile mieli w życiu szczęścia, najwyraźniej.

  • City of Red Midnight: A Hikayat” by Usman T. Malik. Opowieść szkatułkowa prosto z tysiąca i jednej nocy.


  • The Little Witch” by M. Rickert. Śliczna, nastrojowa opowiastka halloweenowa: narratorka jest starą kobietą, którą odwiedza mała dziewczynka przebrana za wiedźmę. Do końca nie będzie jasne, kto jest kim.

  • Judge Dee and the Limits of the Law” by Lavie Tidhar. Judge Dee jest wampirem i przemierza świat ze swoim ludzkim uczniem Jonathanem, by pilnować przestrzegania prawa wampirzego. Vampires did not have many laws but the ones they had had been codified for millennia. Wyrafinowana, ślicznie napisana i bardzo klimatyczna wariacja na temat Sherlocka Holmesa. Podobno ma być tego więcej.
Według danych umieszczonych w listopadzie w portalu zbiór miał zawierać również
"The Mysterious Study of Doctor Sex" Tamsyn Muir. Ostatecznie go tam nie ma, chociaż nazwisko Muir jest na okładce. Autorka dostała za zeszłoroczną powieść Locusa za debiut, plus nominację do Hugo i Nebuli, i to już ostatnia z tak wyróżnionych powieści, których nie przeczytałam - mimo pochwalnego opisu Strossa zresztą. Muszę przyznać, że świat w tym opowiadaniu jest tak bogaty i zakręcony, że chyba sięgnę po więcej. Dwoje dzieci z Szóstego Domu uczestniczy w otwarciu gabinetu słynnego doktora Seksa, a potem rozwiązuje zagadkę; biurokracja, magia, dziwność, humor.

*
Na listach nominowanych do nagród wyobrażam sobie Pinsker, Wrenwood, Bosserta, zapewne Wilde i Anderson, może i Tidhar się załapie. Larsona i Gilman chętnie bym widziała też, oraz Duckett za naprawdę ciekawą wizję.

Żałuję braku w tym zbiorze przezabawnych "The Necessary Arthur" Gartha Nixa, mitu arturiańskiego opowiedzianego z innego punktu widzenia; oraz "A Guide for Working Breeds" Viny Jie-Min Prasad, ale to ostatnie to chyba dlatego, że to reprint ze zbioru opowiadań Strahana, a nie torowski oryginał.



-> Some of the Best 2019


2021-01-06 08:43:53 Komentuj (0)

---


"Maluchem do raju. Czym i jak podróżowano w PRL-u?" Kazimierz Kunicki, Tomasz Ławecki

Pod pretekstem przyglądania się transportowi w Polsce powojennej dostajemy ciekawy obraz życia w tym zadziwiającym kraju, który jeszcze pamiętamy, ale już coraz słabiej. Zaczyna się od powojennych masowych przemieszczeń ludności w związku ze zmianą granic, i to jest kawałek historii, który wszyscy znają do znudzenia, o którym czytało się w literaturze, oglądało w filmach - ale dopiero z tej książki zobaczyłam, jak to wyglądało naprawdę. Robi wrażenie, kiedy nagle sobie uświadomić skalę tego zamieszania, i to w czasach, kiedy nie było niczego, panował powojenny chaos. Przy okazji dowiadujemy się, że Polska była obok Chin największym beneficjentem pomocy z UNRRA.

Drugie zadziwienie przeżyłam, czytając o warszawskich tramwajach. Pierwsza linia na Pradze została uruchomiona 20 czerwca 1945! W kompletnie zniszczonym mieście, gdzie nie było szyn, trakcji, tramwajów, ba, nie było przecież gdzie mieszkać, co jeść. Jak oni to robili? To zupełnie niewyobrażalne. A kiedy tramwaje już się pojawiły, trzeba było zmieniać rozstaw szyn - i mimo to cztery kolejne linie zaczęły jeździć w sierpniu 1945. Oczywiście przez wiele lat nie było dostatecznej liczby wagonów, jeździło się wisząc na zderzakach, czy opierając czubek stopy na stopniu, co opisywał Wiech, i co autorzy cytują z lubością.

Potem pojawiają się pociągi, normalne i wąskotorowe; dryndy, riksze, rowery i furmanki; autostop; niezapomniane ogórki; oczywiście cała historia polskiej motoryzacji, od syreny przez malucha po poloneza, a przy okazji odkrywamy, że Polska w pewnym momencie była potęgą motocyklową (aut nie było, a czymś wszak  trzeba było jeździć); i w końcu samoloty, o których niedawno czytałam. Tu autorzy przytaczają zupełnie niesamowitą opowieść. W zimie 1963 samolot LOT-u nie mógł wylądować na Okęciu z powodu wichury i zamieci śnieżnej. Mieli za mało paliwa, żeby lecieć na inne lotnisko. Pilot postanowił spróbować lądowania w szczerym polu, i wtedy przez radio tajemniczy głos podał mu częstotliwość radiolatarni lotniska wojskowego w Łęczycy, a także długość i kierunek pasa. Samolot wylądował bezpiecznie, wydarzenie utajniono, zbawca (który podsłuchał rozmowę na cywilnej częstotliwości radiowej i postanowił ratować pasażerów) pozostał anonimowy i nie wiadomo, jakie reperkusje go spotkały.

Niektóre anegdoty są nie pierwszej świeżości, oraz pewien chaos wprowadza fakt, że pisze to dwóch autorów w różnym wieku, ale obaj w pierwszej osobie, o czym uprzedzają na wstępie. Rozumiem chęć zachowania narracji osobistej, wolałabym jednak większą klarowność, choć mimo tego zarzutu rzecz czyta się dobrze, przynajmniej pierwszą połowę. W drugiej już mnie nieco zmęczył ten chaos, mieszanie wspomnień osobistych z suchymi faktami, i brak jakiejś wyraźnej myśli przewodniej. Czy musiał się tu koniecznie znaleźć rozdział o pielgrzymkach, nie jestem pewna. Owszem, stanowiły część życia w PRL-u, ale jeśli skupiamy się na transporcie, to można się było bez tego obejść. Być może coś ciekawszego dałoby się znaleźć na temat transportu towarów? Zwłaszcza tych deficytowych? Oraz ciekawe, czym jeździli ówcześni prominenci. Poczytałabym o tym chętniej niż te ostatnie rozdziały zawierające osobiste wspomnienia z turystyki, dość już nudnawe.

2021-01-04 07:11:07 Komentuj (0)

---


"Zawsze mieszkałyśmy w zamku" Shirley Jackson

Autorkę znam oczywiście od zawsze, opowiadanie "Loteria" nieustająco robi wrażenie, po ponad 70 latach od publikacji. Od trzynastu lat przyznawana jest nagroda jej imienia. Czytałam w młodości przezabawne "Życie wśród dzikusów" wraz z drugą częścią, i nigdy potem nie przyszło mi do głowy, żeby poszukać czegoś jeszcze. Musiała dopiero Zuzanka wygrzebać tę ostatnią powieść Jackson (czyli rok 1962), żebym dobitnie poczuła, jak wiele tracę nie znając tego, i natychmiast nadrobiła brak.

Opowiada osiemnastoletnia Mary Catherine, mieszkająca w posiadłości na uboczu małego miasteczka ze swoją starszą siostrą Constance oraz wiekowym, niedołężnym wujem Julianem. Co się wydarzyło, że dziewczyny zostały same, z początku nie wiadomo. Od pierwszej strony czytelnika intryguje jednak przede wszystkim, dlaczego naratorka pała tak straszliwą niechęcią, a może strachem, do mieszkańców miasteczka. Wybiera się tam na zakupy, i najwyraźniej jest to wielki problem. Czy dziewczyna ma problemy psychiczne, czy rzeczywiście Blackwoodowie są znienawidzeni przez sąsiadów - ale właściwie czym mogłyby sobie na to zasłużyć dwie młode dziewczyny ze swoim starym stryjem? Jackson nie daje na początku żadnych odpowiedzi, rewelacyjnie balansując na krawędzi niesamowitości. Merricat bawi się w dziecinną magię, starannie zamyka drzwi, tworzy kręgi ochronne: czego aż tak się boi?

Niektóre rozwiązania fabularne są oczywiste, ale po pierwsze Jackson potrafi zaskoczyć do końca, a po drugie najistotniejszy jest tutaj ten znakomity szkic delikatnym piórkiem, przedstawiający zaburzenia psychiczne i trudne relacje rodzinne. W ostatecznym rozrachunku potworami okażą się tu wszyscy. Jasne, to wszystko już było w literaturze milion razy, ale Jackson jest jedyna, która potrafi tak sugerować między wierszami, wymagając od czytelnika znalezienia samodzielnie odpowiedzi. Jej przedwczesna śmierć to ogromna strata dla literatury.

2021-01-02 10:08:07 Komentuj (1)

---


"Podróże na drugi kraniec świata" David Attenborough

Są to zapiski z lat 1954–1964, robione na bieżąco, po czym przeredagowane i wydane w jednym tomie na początku lat 80. Jest tutaj wstęp z maja 2018, sir David miał już zatem po 90, w którym w paru akapitach autor uświadamia, jak wiele się zmieniło przez te sześćdziesiąt lat, z jakimi problemami mieli do czynienia wtedy, i jak wspaniały, egzotyczny świat było im dane odkryć. Nieco mniej tu o zwierzętach niż w poprzedniej książce, Attenborougha i telewizję BBC zafascynowali bowiem ludzie, i ich życie oraz rozmaite rytuały. Czyta się to absolutnie cudownie, autor ma bowiem ogromny szacunek zarówno dla zwierząt, jak i dla ludzi, nie ma tu ani cienia wyższości wobec żyjących na obrzeżach cywilizacji, jest ciekawość i wnikliwość. Można się rozmarzyć, czytając niezrównane opisy przyrody oraz gościnności ludzkiej.

Zaczynamy od wyprawy na Nową Gwineę w celu filmowania rajskich ptaków. Niestety zdjęcia w książce, przynajmniej w ebooku, są czarno-białe, wielka szkoda, choć na końcu jest trochę kolorowych, a niezwykle plastyczne opisy autora nieco rekompensują swoim autentycznym zachwytem, i oczywiście można w gugla wrzucić hasło "cudowronki". Pojawia się tutaj również przeuroczy wątek kakadu Cocky, która natychmiast podbiła serce sir Davida - miał nadzieję, że londyńskie zoo nie będzie jej chciało i będzie mógł ją zatrzymać. Po powrocie okazało się, że zoo jednak chce, ale Attenborough i tak ją zatrzymał.

Później wracamy nad Pacyfik, już w celu filmowania żyjących tam plemion. Na wyspie Pentecost (Vanuatu - ówcześnie Nowe Hebrydy) bohater ogląda ceremonię skoków na lianach ze specjalnie budowanych w tym celu trzydziestometrowych wież. Parę lat temu widział to mój znajomy, i oczywiście w internecie łatwo teraz wyszukać odpowiednie filmy, ale w latach 50-tych musiała to być niesłychana egzotyka. Autor pisze, że jednego skoczka opuściła całkowicie odwaga: zszedł z wieży nie oddając skoku. Opisuje też ceremonię picia kavy, o czym czytałam u Troosta, ale w zupełnie innym stylu. Później są fascynujące rozdziały o kulcie cargo. Na wyspie Tannie autor tropi legendarnego przywódcę kultu, Johna Fruma, oraz wspina się na czynny wulkan.

W księdze drugiej przenosimy się na Madagaskar, gdzie szukamy z autorem indrisów, czyli jedynego gatunku lemura bez ogona, a w ogóle lemury są przodkami małp, czyli również ludzi. "Indri" w rzeczywistości oznacza po malgasku „Spójrz na to”. Przy okazji autor rozwodzi się nad malgaskimi nazwami miejsc. Mam trochę znajomych tego pochodzenia, zawsze mnie zachwycały ich niewiarygodnie długie nazwiska. Dowiadujemy się też, że na Madaskarze do niedawna żyła odmiana gigantycznych strusi (Aepyornis), prawdopodobnie około 3 metrów wysokości, nadal można tam znaleźć resztki skorup ich jaj.

Ostatnia księga to Australia północna, tamtejsze ptaki, warany, ostrzeżenia przed dzikimi bawołami ("Żeby uzyskać bliskie ujęcia, bez zaśmiecających kadr gałęzi i krzewów, powinniśmy znaleźć się naprawdę blisko tych zwierząt, lecz ani bawoły, ani my nie za bardzo pragnęliśmy takiej sytuacji."), oraz jaskinie z malowidłami Aborygenów. Odkrywszy tę sztukę autor wypuszcza się na wyprawę w poszukiwaniu tych, którzy jeszcze ją wykonują, i oczywiście znajduje. Z zapartym tchem czyta się relacje z oglądania sposobu życia tych, którzy jeszcze nie tak dawno potrafili przeżyć w buszu. W najwymyślniejszej fantastyce nie ma takich opowieści.

*
Tak wyszło, że ten dziwny rok, kiedy nie można było zbyt często wychodzić z domu, zamykam lekturą podróżniczą. Oby to było dobra wróżba na 2021.


2020-12-30 12:00:10 Komentuj (2)

---


"W odbiciu" Jakub Małecki

To jedna z wcześniejszych powieści Małeckiego, z roku 2011, autor był przed 30, debiutował parę lat wcześniej. Sięgnęłam po nią na chybił trafił, i od razu się zorientowałam, że to musi być relatywnie wczesna książka: w porównaniu ze skończonym, przemyślanym, dopracowanym "Dygotem" tu widać poszukiwania właściwego stylu i tonu. Przy czym Małecki jest tak dobrym i utalentowanym pisarzem, że to również czyta się świetnie. Jest tu dość karkołomny dwugłos, w pierwszej osobie mówią on i ona, młoda para. Rzadko udaje się sztuka wcielenia w dwie różne osoby, każda mówiąca własnym głosem i oglądająca tę drugą postać ze swojego punktu widzenia. Bardzo łatwo popaść w sztuczność, zbyt nachalnie zderzać odmienności. Na ogół pisarze przesuwają takie przeskoki narracyjne w czasie. Małeckiemu udaje się ta sztuka chyba od niechcenia; Natalia jest równie realistyczna co Karol. Rozmyśla o mężu znacznie więcej niż on o niej, jego zaprząta dawny kolega, zwany Pielgrzymem, żona jest tylko oczywistym uzupełnieniem jego codzienności.

W tle sączy się niepokój. Mimo rzeczowej narracji od razu wiemy, że wydarzy się tu coś niecodziennego, choć napomknienia o tym są na początku subtelne. Małecki idzie tu tą drogą, co Orbitowski, splatając polską rzeczywistość z niedopowiedzianym horrorem. Daje własną wizję walki dobra ze złem i pokazuje, że zawsze mamy możliwość wyboru.

Uśmiechnęłam się na pomysł, że bohater po ciężkim wypadku i wielu tygodniach w gipsie złapie pięciolitrowy baniak z wodą i będzie samodzielnie ćwiczył. To w sumie dobrze, że młody autor nie miał pojęcia o realiach rehabilitacji. Natomiast zupełnie nie do śmiechu mi było przy przejmujących opisach śmiertelnej choroby, z ogromną dojrzałością oddanego radzenia sobie z ostatecznością. To pisarz o niezwykłej wrażliwości.

2020-12-28 09:51:19 Komentuj (0)

---


"Nasz mały PRL. Pół roku w M-3 z trwałą, wąsami i maluchem" Izabela Meyza i Witold Szabłowski

Jest rok 2011, a Witold Szabłowski z żoną i półtoraroczną córką postanawia odtworzyć PRL, ten z początku lat osiemdziesiątych. Bez żadnego pójścia na łatwiznę: mają być kolejki (tylko skąd je wziąć...), braki towarów w sklepach, zakupy na kartki, wyłączenia prądu i wody, szary papier toaletowy, i trwała dla żony. Tak przez pół roku. Ten absurdalny pomysł owocuje fascynującym zapisem, przy którym niejednokrotnie śmiałam się na głos, a chwilami nieco wzruszałam.

Socjalistyczne wersje Witka i Izy usiłują zapoznać się z sąsiadami, najlepiej standardową metodą pójścia ze szklanką, żeby pożyczyć cukier. Rzeczywiście, dzisiaj w dobie otwartych na okrągło sklepów to zupełnie zapomniany zwyczaj, a wrócił do mnie jak żywy, przecież sama chodziłam do sąsiadek. Aktualni sąsiedzi nie bardzo chcą wpuszczać dziwacznych petentów do własnego mieszkania, prośby o pożyczenie cukru nie rozumieją. Bohater próbuje zagadywać ludzi w kolejce w elektrowni, co udaje mu się dopiero wtedy, kiedy zaczyna narzekać.
"– I w sklepach nic nie można dostać! – narzekam więc i czuję, jak włączam się we wspólnotę cierpiących Polaków, jak ludzie w kolejce zaczynają mnie akceptować. To nic, że moje słowa są bez sensu – w sklepach kapitalistycznych jest przecież wszystko. Ważne, że przebijają przeze mnie smutek i gorycz. Mur między mną a resztą kolejki runął, tak jak mur berliński."

Iza zakłada córce pieluchy z tetry i używa siateczkowych podpasek z waty (Witek gdzieś wytrzasnął oryginalne z epoki), a i tak ma dobrze, bo wtedy często trzeba było używać po prostu waty (o ile była). Trudno w to teraz uwierzyć. Tak samo jak w to, że w 81 nie było sera żółtego ani ryżu. Natomiast w PRL-owskim kryzysie ludzie podobno zjadali tyle samo mięsa co dziś: 66 kilo rocznie.

Pralka Frania jest trudna w obsłudze, a po miesiącu się psuje na amen. Iza musi prać metodą radziecką - gotować w garze. Mąż oczywiście nie pomaga, w ówczesnej Polsce mężczyźni w domu nic nie robili. Na wakacje jadą pociągiem na Mazury, z koszem jaj na twardo, którymi częstują niczego się nie spodziewających przypadkowych towarzyszy podróży. Pozorną korzyścią jest zniknięcie z Internetu: po pewnym czasie autorów zaczynają odwiedzać znajomi. Przynoszą jedzenie, siedzą i gadają do późna w nocy. Ale robią tak tylko raz. Traktują to jak jedną z wielu dostępnych rozrywek; fejsbukowe wydarzenie do zaliczenia. Fascynująca jest obserwacja matki Witolda, że w PRL-u zawsze wszystko wiedziała, mimo braku netu i komórek. Szło się do sklepu i dowiadywało wszystkiego mimochodem.

Pod koniec zaczynają trochę przynudzać: Iza zachwala PRL-owskie wychowanie dziecka, z plasteliną, skakaniem po kałużach i przyglądaniem się mrówkom. Nie miałam problemu z takimi rozrywkami z własnym dzieckiem, mimo mieszkania na zgniłym Zachodzie w drugiej dekadzie wieku XXI i posiadania smartfona (choć pamiętam, jak zostaliśmy skrzyczani przez dozorczynię za pisanie kredą po chodniku). Eksperymentatorzy mają chwilę załamania, kiedy Iza zachodzi w ciążę, i nie mogą po prostu zadzwonić umówić się do lekarza. Okazuje się jednak, że PRL-owska metoda załatwiania sposobem działa i w 2011. Dobrze zresztą mają się też łapówki. Szkoda, że autorzy nie zapisali cisnącej się pod palce uwagi, że współcześnie istnieją kobiety, których na prywatnego lekarza nie stać, muszą więc korzystać z rozwiązań pamiętających stary system. Nie ma też spostrzeżenia, że wprawdzie w tamtych strasznych czasach nie było smarftonów, gugla oraz rukoli, za to kobieta mogła usunąć niechcianą ciążę - chętnie bym zresztą przeczytała, jak to naprawdę wyglądało w okolicy stanu wojennego. Zabrakło mi tutaj również tekstu o kulturze, mam wrażenie, że w tamtej epoce wydawało się całkiem wartościowe książki, działały biblioteki i teatry. Ani słowa na ten temat.

2020-12-24 09:18:21 Komentuj (9)

---


"Wędrująca Ziemia" Cixin Liu

Z niepojętych przyczyn wymyśliłam sobie już dawno temu, że Cixin Liu rozwinął w powieść swoje opowiadanie "Wędrująca Ziemia", zamieszczone w "Krokach w nieznane 2014". Z tym przekonaniem nabyłam książkę, i dopiero przeczytawszy pierwsze, tytułowe opowiadanie do końca, zorientowałam się, że to ten sam tekst - w innym tłumaczeniu - i że mam do czynienia ze zbiorem opowiadań (oryginalnie wydanym w 2013). Bardzo mnie to zaskoczyło.
 
"Wędrująca Ziemia" to wizja przyszłości, w której Słońce ma stać się czerwonym karłem już teraz zaraz, więc ludzie budują gigantyczne silniki mające zepchnąć naszą planetę z orbity i rozpędzić ją tak, żeby dotarła do słońc Proximy Centauri. Ten szalony pomysł opisany jest, jak często u tego autora, dość suchym i rzeczowym stylem, przy czym stosuje on chwyty, które w naszej kulturze literackiej uznane byłyby za bardzo słabe. Słońce ginie dokładnie w momencie, w którym niewierzący w taki obrót spraw przeciwnicy wędrówki zabijają zwolenników. Realizm u Liu jest przesunięty bowiem w stronę skali globalnej oraz rozważań filozoficzno-fizycznych.

Podobnie jest w "Górze", składającej się właściwie z dwóch tekstów. W pierwszej części bohater nigdy nie schodzi ze statku prowadzącego badania oceanograficzne, i zwierza się kapitanowi, dlaczego. Jest miłośnikiem gór. W drugiej części na orbitę geostacjonarną wchodzi gigantyczny statek obcych, jego siła przyciągania powoduje wypiętrzenie się wód równikowego Pacyfiku w olbrzymią górę wodną. Bohater na nią wpływa, w nagrodę obcy opowiedzą mu o sobie, i to jest kolejna sucha relacja, w której - jak w klasycznej "Misji grawitacyjnej" Hala Clementa - chodzi o rozważenie możliwości istnienia życia opartego na zupełnie innej fizyce, niż znana nam. Jest nad czym dumać.

W "Słońcu Chin" bohater, młody chłopak z maleńkiej wioseczki na końcu świata, wybiera się w poszukiwaniu szczęścia do większej wioski, do miasteczka, do miasta; w końcu dociera do Pekinu, gdzie zostaje czyścicielem okien na wysokościach. W tym czasie Chiny budują sobie dodatkowe słońce na orbicie. Konstrukcję tę trzeba będzie czyścić, a trudno do tej pracy wysłać najlepszych astronautów z doktoratami. Kolejna fascynująca wizja.

"Dla dobra ludzkości" zdumiało mnie otwarciem, w którym płatny zabójca otrzymuje zlecenie. Jest to jednak zdecydowanie bohater Cixina Liu, z mocno komiksowym podejściem do zbrodni, ponieważ gwóźdź tkwi ponownie w wiszących nad głowami bohaterów statkach Starszych Braci. Mają oni dość niewybredne plany wobec Ziemian, ale najistotniejsze są powody wygnania ich z rodzinnej planety. Stwierdzenie, że Cixin Liu nie ceni wysoko kapitalizmu, to daleko posunięty eufemizm.

"Klątwa 5.0" znów mnie zaskoczyła, bo to satyra, w której przymierający głodem pisarz nieudacznik Cixin Liu (autor "Problemu trzech tysięcy ciał", który się w ogóle nie sprzedał) przypadkowo modyfikuje tytułową klątwę wirusa komputerowego, który do tej pory miał tylko zabić pewnego człowieka, ale teraz morduje wszystkich w mieście Taiyuan i obraca je w zgliszcza. Oprócz dość sztubackiego poczucia humoru i wyrazistych aluzji do chińskiego środowiska fantastyki jest tu ostrzeżenie przed światem, w którym wszystko będzie sterowane przez komputery.

Bohater "Mikroery" powraca na Ziemię po tysiącach lat, przez które włóczył się po Galaktyce poszukując planety do osiedlenia się ludzkości, Słońce bowiem miało wyprodukować rozbłysk, który miał podnieść temperaturę planety do marnych 7 tysięcy stopni na zaledwie 100 godzin. Odkrywa, że to już się stało, na spalonej Ziemi nie ma żadnych śladów cywilizacji, ani właściwie niczego poza popiołem i wystygłą magmą, ale ktoś do niego mówi.

"Pożeracz". Kolejny raz nadciąga apokalipsa w postaci gigantycznego statku-pierścienia Obcych, który otoczy Ziemię i wyssie z niej wszystko. Ludzie postanawiają walczyć. Ponownie mamy stężenie typowego dla Liu nieprawdopodobieństwa, czyli obcy, którzy mimochodem nauczyli się angielskiego, i ponownie nie to jest tu istotne, tylko staranna fizyka zniszczenia plus całkiem słuszny morał, że we Wszechświecie nie ma żadnej moralności. U zachodniego autora zakończenie byłoby nie do zniesienia, ale tutaj należy przyjąć, że to jest kwestia innej estetyki.

"Opieka nad Bogiem". Nad Ziemię nadciągnęły statki, z których wysiadły dwa miliardy brodatych starców - są to osoby, które stworzyły życie na naszej planecie (Bann i Pugg, znaczy). Ich planeta przestała istnieć, przylecieli więc i zażądali opieki należnej starym przodkom. Każda rodzina dostaje swojego Boga, o którego musi się troszczyć, a ponieważ ten pożyje jeszcze jakieś 300-400 lat, perspektywa nie jest fajna, i ludzie się buntują. Bardzo ciekawy pomysł.

Dwa ostatnie opowiadania, "Na własne oczy" i "Kula armatnia" są powiązane osobą bohaterki, w zupełnie nieoczywisty sposób. W pierwszym narrator zabiera na wakacje jej "oczy", czyli okulary umożliwiające przekazywanie obrazu i głosu, co się robi dla osób tkwiących w Kosmosie. Intrygująca idea, ale wcale nie ona jest tu sednem. W drugim natomiast Cixin Liu odgrzewa pomysł tunelu przez środek Ziemi, opowiadając o tym z niecodziennej perspektywy i rozwijając go w nieoczekiwany sposób.

Jest to naprawdę ciekawy pisarz, którego eksperymenty myślowe rekompensują narrację miejscami brzmiącą dziwnie, przynajmniej dla zachodniego czytelnika.


2020-12-22 09:04:26 Komentuj (0)

---


"Jak zdradzają Polacy" Dariusz Korganowski, Patryk Szulc, Zuzanna Szulc

Chwytliwy tytuł, spodziewałam się rozwiania mitów o pracy prywatnego detektywa w Polsce. To owszem, da się tu znaleźć, natomiast potwornie męczył mnie i zniechęcał do lektury bardzo wulgarny język mówiony, który nie został nijak zredagowany. Nie przeszkadzają mi ozdobniki w prozie, kiedy są uzasadnione, utalentowany pisarz potrafi pisać dosadnie i barwnie, ale to nie jest ten przypadek, niestety. Książka ma formę rozmowy pary autorów z Dariuszem Korganowskim, byłym policjantem, obecnym prywatnym detektywem specjalizującym się w tropieniu zdrad małżeńskich. Opowiada o większości rzeczy używając jednego czasownika i przerywników. Po dwóch rozdziałach poważnie zastanawiałam się, czy nie porzucić książki. Żałuję, że tego nie zrobiłam, ponieważ oprócz tego zniechęcającego języka jest tu coś znacznie gorszego: przeraźliwa pogarda dla klientów. Pan Korganowski nie szczędzi informacji, jak to żony zawiezione na miejsce czynu histeryzują i dopuszczają się rękoczynów. Nabija się bez ogródek z klientek pragnących, żeby zainstalował w domu niewidzialną kamerę i nie pojmujących, że każda potrzebuje stałego zasilania. Wyśmiewa się w końcu z niemęskich mężczyzn, ciapków posiadających ciapka w majtkach, nic więc dziwnego, że są zdradzani. On sam, wiadomo, jest duży i silny, czym się chwali tak samo jak noszeniem przy sobie broni.

Jedno trzeba przyznać: detektyw parokrotnie zwraca uwagę na problemy z komunikacją w związku i dziwi się, że ludzie mówią jemu to, czego nie powiedzieli partnerowi.

Bywa zdumiewająco, owszem - jak w przypadku tego męża utrzymywanego przez żonę, który zdradzał ją za jej własne pieniądze, a po udowodnieniu zdrady postanowił zamienić jej życie w piekło. Kiedyś firma pana Korganowskiego wykryła również podwójne życie kolegi po fachu, choć już niepracującego. Można się dowiedzieć rzeczy praktycznych, na przykład ile to właściwie kosztuje. Sprawa rozwodowa raptem dziesięć tysięcy, chyba że będzie wymagała dodatkowych kosztów, jeśli śledzony małżonek rozbija się po drogich hotelach i za granicą. Poza tym istnieją kamery potrafiące nagrać dowody z odległości kilometrów, więc nawet na dwudziestym piętrze warto zasłaniać okna. Tyle praktycznych rzeczy z tej książki, której lekturę zdecydowanie odradzam osobom nieprzepadającym za kąpielami w rynsztoku.

2020-12-20 10:46:26 Komentuj (0)

---


"Gambit królowej" Walter Tevis

Książkę nabyłam z powodu "Przedrzeźniacza" i nawet się przelotnie zdziwiłam, że wydali ją po polsku teraz, pochodzi bowiem z roku 1983. Dopiero później zorientowałam się, że przyczyną jest serial, który jest chwalony i zapewne nawet obejrzę, ale najpierw lektura.

Beth Harmon traci matkę w wypadku i trafia do sierocińca jako ośmiolatka. Tam odkrywa dziwaczną grę, którą zabawia się woźny. Niechętnie uczy ją podstaw szachów, i zauważa ogromny talent dziewczynki. Wygrywa nie tylko z nim, ale również w kółku szachowym w lokalnym liceum. Po czym kradnie środki uspokajające, od których się uzależniła, bo podawano je wszystkim dzieciom w sierocińcu, i zostaje ukarana zakazem gry w szachy. Trzynastoletnią Beth adoptuje pani Wheatley, żona przy mężu, który natychmiast gdzieś wyjeżdża, nie mają więc pieniędzy. Beth kradnie czasopismo szachowe, dowiaduje się o istnieniu turniejów, kradnie pieniądze na wpisowe - i wygrywa.

Nie bardzo wiem, jak Tevis to robi. Pisze o szachach bardzo szczegółowo, przesunięcia piona na f3, roszady, odsłonięcia i tak dalej są tutaj na porządku dziennym, i jakimś cudem trzyma to w napięciu cały czas. Sprawia to niewątpliwie fantastyczny opis emocji Beth, która żyje tylko szachami, dostrzega w grze piękno niedostępne przeciętnym śmiertelnikom, rozgrywa partie w głowie, chce wygrywać. Po drugie jej uzależnienie jest autentyczne, co widać wbrew dość suchemu opisowi. Tevis dał swojej - fikcyjnej - bohaterce własne przeżycia. W dzieciństwie dawano mu silne lekarstwa w szpitalu, i potem się do nich przyzwyczaił. Kibicujemy Beth na wielu płaszczyznach. Zaskakująco piękna książka z niezwykle prawdziwą bohaterką.

2020-12-16 08:49:26 Komentuj (2)

---


"A Deadly Education" Naomi Novik

Szkoła magiczna, ale nie ziewa się wcale, ponieważ od pierwszych słów jest jasne, że to nie Harry Potter i jego z kośćmi dobrzy przyjaciele i opiekunowie. Tu nie ma lekko: końcowy egzamin polega na zamknięciu uczniów w podziemiach, z których wyjdzie mniej więcej połowa. Połowa tych, którzy dali radę przeżyć poprzednie lata, oczywiście, ponieważ na młodych adeptów magii czekają tłumy drapieżnych złych istot pragnących się nimi pożywić. Rozpoczynająca ostatni rok nauki narratorka, Galadriel ("the name wasn’t my idea, don’t look at me"), wyjaśnia beznamiętnie, że można albo gromadzić manę, żeby wykonywać zaklęcia, albo używać malii, czyli odbierać energię życiową innym istotom i przejść na stronę zła. Płaci się za to cenę, ale nie tak od razu. A ponieważ ona akurat ma wyjątkowy talent do niszczącej czarnej magii, ma pokusę iść w tę stronę, ale się opiera. Poznajemy ją w momencie, w którym postanawia zabić kolegę z klasy, ponieważ uratował jej życie dwukrotnie, ale najpierw musi sprzątnąć ze swojego pokoju szczątki soul eatera. Bardzo cuchnące. A zdecydowanie lepiej wychodzą jej zaklęcia masowej zagłady niż sprzątania pokoju.

To YA, ale bohaterka jest tak fantastycznie skonstruowana, tak wiarygodna w swojej zajadle nastoletniej odmowie postępowania zgodnie z własnymi skłonnościami, że czyta się to naprawdę świetnie, trudno się oderwać. Zachwycona byłam magią, plastycznymi opisami sposobów pozyskiwania magicznej energii niezbędnej do wykonywania zaklęć - coś, co zbyt często jest pomijane w powieściach fantasy (za pamiętanie o tej cenie cenię również Sapkowskiego). Świetnie pomyślane są również enklawy i wszystkie konsekwencje ich istnienia. Uwielbiam matkę El, troskliwe opiekowanie się książkami, oraz poczucie humoru - śmiałam się głośno wielokrotnie. Usterka logiczna: skoro El potrafi mebovć jnyy bs zbegny synzr, qynpmrtb grtb cb cebfgh avr mebovłn j cbqmvrzvnpu, żrol hzbżyvjvć vaalz mercrebjnavr zrpunavmzh? Jest to coś w rodzaju Harry'ego Pottera w świecie Laundry Files: ktoś to musiał napisać. I musi napisać kolejne tomy, koniecznie! (W lipcu będzie drugi, na szczęście).

2020-12-14 08:06:09 Komentuj (0)

---


"Wymarzony dom Dziuni" Anna M. Nowakowska

Początek jest bardzo dziuniowaty, czyli mętny, i właściwie można sobie podarować pierwsze rozdziały, natomiast potem zaczyna się opis emigracji. 44-letnia bohaterka wyjeżdża (w pamiętnym roku 2004) do Wielkiej Brytanii, namówiona przez cioteczkę Kazię, która wyjechała sporo wcześniej i nieźle się tam urządziła. Przy czym mieszkała również w RPA i powrót do tamtych błogich czasów kolonialnych jej się marzy. W roli służby wystąpić mają Dziunia i jej nowy małżonek Owca, czego oczywiście nie są świadomi. Tylko ona mówi nieco po angielsku, a ponieważ jest sobą, nie spodziewa się, jak rzeczywistość będzie wyglądać.

Mamy tu wciągającą, detalicznie opisaną sytuację Polaka na wczesnej emigracji, kiedy jeszcze ziemia angielska nie była opanowana przez tłumy mówiących językiem ojczystym, kiedy trzeba było zmagać się z brytyjską biurokracją i posługiwać się tamtejszym narzeczem - a ponieważ trafili gdzieś w rejon Manchesteru, miejscowi mówią z akcentem, co zrozumienia nie ułatwia. Jest to niesamowita, barwna, przejmująca relacja, o dziwo nagle prawie pozbawiona ubarwień stylistycznych. Czyta się to właściwie jak jakąś inną książkę. Dziunia okazuje się całkiem zaradną, pracowitą osobą, a nie ma lekko, sprząta bowiem chłodnię. Cioteczka Kazia zaś wraz z mężem... no cóż, teraz już wiemy, jak się w większości zachowują Polacy na emigracji. Bohaterowie jeszcze się tego nie spodziewali. Zostają tam przez kilka lat, pierwsza książka o Dziuni została zresztą napisana właśnie na emigracji. Pod koniec wracają użalania się nad dziuniowością bohaterki, przetykane słabo zredagowanymi notatkami z bloga oraz nieznośnym poczuciem wyższości czerpanym z faktu, że ona, jako jedyna Polka, nie jest cwana i urodziła się bez łokci, ale to już na szczęście sama końcówka.

2020-12-12 13:21:57 Komentuj (0)

---


"Dziunia na uniwersytetach" Anna M. Nowakowska

Niestety sporo słabsza od poprzedniej. Mam (niczym niepoparte) wrażenie, że większa część książki to powieść z kluczem, w której autorka nadaje wymyślne, obelżywe imiona i nazwiska znanym sobie ludziom, którzy jej dokuczyli, aby potem ich uśmiercać w fantazyjny sposób. A dokuczyli jej oczywiście wszyscy, i w połowie miałam już ochotę jęczeć "Dziunia, dorosła jesteś, byłaś na terapiach, weź już przestań, ileż można wszystko zwalać na matkę, ojca, złą babkę, wredne szwagierki, jeszcze gorszego dziadka, i nieodpowiednich facetów, których poślubiałaś nie bardzo wiadomo po co i dlaczego?". Bohaterka oczywiście odpowiedziałaby mi charakterystyczną dla siebie litanią, jaka to jest nienormalna od urodzenia, wybrakowana, pozbawiona tego, pozbawiona owego, całkiem szalona, pozbadnięta, głupia, i tak dalej. Tak, już, wiemy, zrozumieliśmy bardzo dokładnie. Autorka najwyraźniej też poczuła się nieco zmęczona tymi wszystkimi nieszczęściami spadającymi na Dziunię i jej bliskich w obfitości nawet jak na powieść przesadzoną, bo wyraźnie się tu odcina od swojego alter ego, twierdząc, że tylko spisuje jej historię. Ale owszem, Nowakowska potrafi snuć wciągającą opowieść, pełną dygresji, metafor, wybiegania w czasie, zapisków innych bohaterek, chwytów metaliterackich, cytatów z (rzekomej?) twórczości Dziuni oraz innych pisarzy. Pomyślałam w którymś momencie, że pobrzmiewa tu nuta Vonneguta - jakoż i był z niego cytat parę stron dalej.

Książka robi się lepsza pod koniec, gdy zostawiamy w końcu nieszczęsną bohaterkę i zajmujemy się fascynującą polską polityką końcówki lat 90. Nowakowska balansuje tu między groteską a cierpką obserwacją. Po czym wraca do Dziuni, która stała się alkoholiczką, i szanuję zmierzenie się z tym tematem. Kończymy zapowiedzią, że ciąg dalszy nadciąga.

2020-12-10 08:34:01 Komentuj (0)

---


"Dziunia" Anna M. Nowakowska

Dziunia rodzi się w roku 1960, z nieletnich rodziców, którzy zrobili ją przypadkiem, w przypływie nastoletniej namiętności. Jest wcześniakiem, rodziny kręcą głowami z niesmakiem, może byłoby dla wszystkich lepiej, żeby nie przeżyła. Ale czepia się życia uparcie, pierwsze lata dzieciństwa spędza pod stołem u dziadków ze strony matki. Potem ta ostatnia postanawia ratować wymuszone małżeństwo, przez nieprzyjemnych teściów zwane mezaliansem. Jedzie za mężem na Zadupie, gdzie ten jest wiejskim weterynarzem. Dziunia oczywiście z nią. Jest dziwnym dzieckiem, chłonącym wszystko, czytającym wszystko, nieco zaniedbanym przez swoich przypadkowych rodziców. Ojciec wierzy w lanie jej krowią sondą. Matka ma nowego ślicznego noworodka.

W tym suchym opisie nie zawarłam sposobu, w jaki to jest napisane: Nowakowska znalazła nieprawdopodobną, idealną równowagę między zabawnym i lekkim, a poważnym. Nie da się ani nie pokochać pragmatycznej, bystrej, od małego nauczonej przetrwania za wszelką cenę Dziuni, ani nie przejąć jej losem. Prez całą książkę balansujemy na linie: kiedy już mamy łzy w oczach nad wyobrażeniem tej małej dziewczynki zdanej na siebie samą, Nowakowska natychmiast płynnie zmienia rejestr, i już prawie wybuchamy śmiechem, ale jednak nie. Autorka jest psychologiem, i widać, że przepracowała swoją przeszłość starannie, lecz to nie jest książka terapeutyczna.


2020-12-08 09:21:33 Komentuj (2)

---


"SOR - to jest dramat" Mateusz Sieradzan

Brutalna, przerażająca, przezabawna, pouczająca, konkretna, napisana bez żadnego owijania w bawełnę opowieść o realiach pracy ratownika medycznego na SORze, który zrobił również studia pielęgniarskie. Prowadzi na fejsie stronę Pan Pielęgniarka, której wcześniej nie znałam, ale książka jest tak wspaniale (nie)smaczna, że już jestem fanką. Jest tu mnóstwo o trudnych pacjentach, często pijanych, naćpanych, czy zwyczajnie niewdzięcznych bez żadnej kultury. Sieradzan zresztą wyjaśnia, dlaczego koło pijanych się skacze - bo alkohol często maskuje poważne objawy. Zgoła inną kategorią są pacjenci, którzy przyjeżdżają na SOR ze złamanym paznokciem. Tutaj zresztą Sieradzan podaje bardzo jasny przepis, skąd wiedzieć, czy wybierać się do nich czy jednak sobie odpuścić i udać się raczej do lekarza rodzinnego. Dowiadujemy się mnóstwo o tym, jak w rzeczywistości wyglądają procedury ratunkowe: o dziwo nie całkiem tak, jak na filmach.

Jest to książka, która powinna być lekturą obowiązkową dla każdego, bo w końcu nigdy nie wiadomo, kiedy i komu zdarzy się nagły wypadek. Zacytuję tylko na wszelki wypadek: "Jak odetniecie sobie palec, to trzeba go wsadzić do czystej torebki foliowej i do pojemnika z wodą i lodem" - acz oby nikomu z nas ta wiedza się nigdy nie przydała.

2020-12-06 13:38:45 Komentuj (2)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Anglik w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem