DS magazine
Bertrand Russell
Na marginesie życia
Ostatni tom trylogii Grzesiuka wydany bez skreśleń z okazji jego setnej rocznicy urodzin. Tu też te przywrócone fragmenty są pogrubione, i robi to ogromne wrażenie, mam wrażenie, że wytłuszczona jest połowa książki. Znacznie więcej niż w przypadku poprzednich. Autor ukończył pisanie w 1961, świadom, że zostało mu już niewiele czasu, i dlatego na wszystkie usunięcia się zgodził. Bardzo dobrze, że podjęto decyzję o ponownym wydaniu. Dostajemy niezwykle barwną, ogromnie przejmującą opowieść o walce z chorobą. Wydaje się, że po "Pięciu latach kacetu" trudno napisać coś równie poruszającego, a jednak Grzesiukowi się udało. Może też ze względu na to, że przy tej pierwszej mamy świadomość, że nastąpi dobre zakończenie, a w przypadku "Marginesu" wiemy, że wprost przeciwnie. Najbardziej uderza nieustanny dobry humor autora, który jest autentyczny. Nawet pisząc o rzeczach gorzkich i bolesnych Grzesiuk potrafi je skontrapunktować wygłupem czy psotą. Nie ma tu natomiast żadnego epatowania przeszłością obozową: podświadomie spodziewałam się jakichś porównań, że nawet tam tak nie cierpiał; nic podobnego, to nawet nie przychodzi autorowi na myśl.

Poprzednie wydania były bardzo wygładzone i ugrzecznione. Tu widać wyraźnie agresję bohatera, do której przyznaje się bez dumy, ale i bez fałszywego wstydu. Jest wstrząsający fragment o chorobie dziecka, zarażonego zresztą przez samego Grzesiuka, który usiłował wypierać myśl o własnej gruźlicy. Synek spędził całe lata w sanatorium, a kiedy w którymś momencie jego ojciec myśli, że nie uda się go wyleczyć, postanawia zabrać go do domu skazując na śmierć. Tak będzie lepiej niż obarczać żonę ciężarem. Na szczęście synowi ostatecznie się udało przeżyć. 

Stasiek musiał być w sanatoriach absolutnie nieznośnym pacjentem, opisom dokuczliwych figli nie ma tu końca. Wielokrotnie zaznacza, że płynąca z tego zabawa wpływała dobrze na leczenie, inaczej zwariowaliby z nudów. Inni pacjenci niekoniecznie byli tego samego zdania. Jest tu też rozdział o alkoholizmie, też niezwykle żywo i szczerze napisany, choć kompozycyjnie sprawia wrażenie doklejonego do reszty. Grzesiuk twierdzi, że potem już pić przestał, nie wiem czy to cała prawda. Z wdzięcznością natomiast myślę o szczepionce na gruźlicę. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak straszliwą jest chorobą. Na zakończenie autor odnotowuje swoje uwagi na temat postrzegania gruźlików przez społeczeństwo i odwracania się od nich znajomych. Ze strachu przed zarażeniem nie pozwala im się pracować, nawet jeśli są już wyleczeni. Gruźlików już wprawdzie nie ma, są za to inne choroby, a przez pół wieku niewiele się w tej materii zmieniło. 

Najbardziej żałuję tych książek, na które podobno miał pomysły, a których już napisać nie zdążył. Gdybym się kiedyś przeniosła do alternatywnej rzeczywistości, to na pewno w pierwszym odruchu sprawdziłabym, czy ich tam nie ma.


2018-10-07 11:46:56 Komentuj (0)

---


Gardner Dozois "The Year's Best Science Fiction 32" (2014)
Ian McDonald "The Fifth Dragon". Jak 33, tę też otwiera McDonald z bardzo dobrym opowiadaniem księżycowym: eksploracja, górnictwo, trudne warunki, płacenie za wszystko, wymioty w hełmie w nieważkości. This was an ugly world. Hard and mean. It put a price on everything. Po pewnym czasie trzeba podjąć decyzję, czy się wraca na Ziemię, czy zostaje na Księżycu na zawsze, z powodu odwapnienia kości w zmniejszonej grawitacji. Podoba mi się namacalność wizji; nieco mniej zbyt oczywista końcówka.

Jérôme Cigut "The Rider". Autor jest Francuzem z polskimi korzeniami (dziadek był Polakiem i cukiernikiem, będąc w japońskim mieście Nara znalazł tam makowiec, pieczony prawdopodobnie według przepisu dziadka), pisze po angielsku i francusku, mieszkał wszędzie, ostatnio w HongKongu, gdzie rozgrywa się akcja opowiadania. Bohater uzbrojony w stingpen i bodyguarda "was to enter, check the merchandise, hand over a suitcase full of cash, and leave." Rządzi nim natomiast AI, nieco jak w Maneki Neko Sterlinga z 1998. Długo czekamy na puentę.

Aliette de Bodard "The Days of the War, As Red As Blood, As Dark As Bile". Kosmiczna fantasy, a co niby. Do planety zbliżają się źli rebelianci, mieszka tam dziewczynka z matką i ciotką drugiego stopnia, dziewczynka ma sny, rebeliantów trzeba powstrzymać, wszystko wiadomo.

Chaz Brenchley "The Burial of Sir John Mawe at Cassini". Steampunk w tym samym świecie, w którym rozgrywa się akcja "The Astrakhan, the Homburg, and the Red Red Coat" ze zbioru 33. Czyli skolonizowany przez wiktoriańskich Anglików Mars i pogrzeb tajemniczego dżentelmena obserwowany oczami grabarza. Narracja dopasowana stylistycznie.

Ken Liu "The Regular". Cyberpunkowy thriller w wykonaniu Kena Liu, mhm. W miarę niezłe, acz stereotypowe i niepozbawione głębokich uwag typu "Sometimes you help a friend even when you disapprove of their decisions. It’s complicated." Wiadomo - Ken Liu. Zakończenie po pierwsze oczywiste, a po drugie rozczarowujące, bo co właściwie hfznżlłb gnx b pnłą ryrxgebavxę?

Karl Bunker "The Woman from the Ocean". "Powrót z gwiazd" w innym wydaniu. Lądownik rozbija się na oceanie, kobieta dociera do wioski, i odkrywa prymitywny świat. Zwięzłe, bardziej szkic pomysłu niż opowiadanie.

Paolo Bacigalupi "Shooting the Apocalypse". Świat z "Wodnego noża", nieco wcześniej. Dziennikarka Lucy i fotograf Timo szukają niusa: czegoś jeszcze nieopisanego przez wielkich, to znaczy Google/NY Times, Facebook Social Now, Kindle Post.

Susan Palwick "Weather". Mocne i świetnie napisane. Nie podlega streszczeniu, clou wyjaśnia się powoli. Zaczyna się w każdym razie od tego, że jest bardzo zimny kwiecień, śnieg, gołoledź, i ta pogoda powstrzyma pewnego ojca od ostatniego spotkania z córką.

Elizabeth Bear "The Hand Is Quicker". Ludzie żyją w nakładkach na rzeczywistość, a bohater straciwszy całe pieniądze z nakładki wypada i widzi brudną realność, całkiem jak w "Kongresie futurologicznym". Długie opowieści o tym, jaki świat jest zły i brzydki, po czym nagłe zakończenie. Niegłupie.

Cory Doctorow "The Man Who Sold the Moon". Doctorow, czyli dość mocno techniczne. Czterdziestoletni narrator spotyka młodzieńca pracującego nad drukarką 3D mającą samodzielnie budować domki, i przewożącego bardzo cenną soczewkę. Następnie jedzie z nim i jego gadżetem na imprezę na pustyni. Dobrze się czyta, tylko nie wiadomo dokąd to zmierza (z drugiej strony, jak wiadomo dokąd, to źle, bo przewidywalnie), a zmierza dużo dalej, niż można sobie wyobrazić. Fajne.

Lavie Tidhar "Vladimir Chong Chooses to Die". Vlad spotyka the mortality consultant. Nosi w sobie wspomnienia wszystkich swoich bliskich. Nadmiernie poetyczne, taki trochę Bradbury dla ubogich.

D.J. Cockburn "Beside the Damned River". W zakurzonym i wyschniętym kącie Tajlandii kierowcy wiozącemu Europejkę oraz tajemniczy ładunek psuje się ciężarówka. Bohaterem jest miejscowy starzec, który wie o mechanice więcej, niż na to wygląda. I w ogóle jest tu więcej, niż widać w tekście.

Peter Watts "The Colonel". Było w ostatnich Krokach i od tego czasu pamiętałam o czym jest. To w ogóle jest świat ze "Ślepowidzenia".

Vandana Singh "Entanglement". Bohaterka, Kanadyjka, pływa sobie samotnie łódeczką po Oceanie Arktycznym i zbiera dane dla naukowców. A właściwie dane zbierają ai specjalnie dostosowane do warunków oceanicznych. Druga pani wraca z dżungli, gdzie badała środowisko. Potem pojawiają się kolejni bohaterowie, chodzi natomiast o to, że wszyscy i wszystko jest połączone ze sobą i powinniśmy zapobiegać zmianom klimatycznym. Dużo dobrych chęci, staranne wykonanie, naiwność bijąca po oczach.

Pavel Amnuel "White Curtain". Oryginał ukazał się po rosyjsku w 2007, autor jest doktorem astrofizyki. Żyjemy w multiversum, a przyjaciel narratora może ludzi przerzucać między rozgałęzieniami, więc ten się od niego domaga odzyskania nieżyjącej żony. Delikatnie mówiąc, nie jest to szczególnie oryginalny pomysł, a w wykonaniu więcej dramatyzmu i melancholii niż sensu.

Lauren Beukes "Slipping". Pearl przyjeżdża na jakieś wyścigi w Karachi. Coś wspólnego z nimi ma zapewne fakt, że ma sztuczne nogi. Potem się okazuje, że nie tylko nogi, i muszę przyznać, że to jest dość mocny kawałek, chociaż protetyka w sf występuje nie od dziś. Dalej też jest mocno, chociaż w co drugim rozdziale oglądamy niedawną przeszłość bohaterki, dość przewidywalną. Niezła rzecz.

Michael Swanwick "Passage of Earth". Bohaer wykonuje sekcję zwłok, kiedy przywożą mu ciało aliena. A dokładniej przywozi mu je była ukochana. Alien wygląda jak wielki robak. Dalej klasyczny Swanwick, cokolwiek makabryczny, cokolwiek melodramatyczny, oczywiście sprawny.

Ellen Klages "Amicae Aeternum".  Jedenastoletnia bohaterka budzi się przed świtem i biegnie oglądać ostatni zachód słońca oraz inne proste rzeczy z otoczenia. Szybko się wyjaśnia dlaczego: wylatuje z rodzicami na statku pokoleniowym. I wcale nie chce. Doskonała dawka wzruszenia i prostoty, znakomite.

Alastair Reynolds "In Babelsberg". Narrator jest świadomą AI eksplorującą Układ Słoneczny, ale aktualnie w sztucznym ciele występuje jako celebryta. Jest nieznośnie zarozumiały, a całość brzmi bardzo silverbergowo.

Timons Esaias "Sadness". Narrator przyjmuje przymusowego gościa, jednego z New People, którzy teraz rządzą Ziemią, a ludzi pozamykali w rezerwatach, ulepszywszy im kulturę. Narrator planuje również zabić swoją ukochaną. Intrygujące. Aluzja do Indian czytelna.

Jay Lake "West to East". Narrator się rozbił lądownikiem na planecie, na której są całkiem ziemskie warunki, z wyjątkiem jednego: nieustających potwornych wiatrów, powyżej półtora tysiąca km/h. Na orbicie co prawda jest statek macierzysty, ale co z tego. Bardzo klasyczna sf, bardziej 1950 niż 2014.

Rachel Swirsky "Grand Jeté (The Great Leap)". Stary dobry pomysł, technologia kopiowania świadomości w sztuczne ciało jest w powijakach i nieprzetestowana, ale dwunastoletnia bohaterka właśnie umiera, a jej ojciec w piwnicy ma małe laboratorium, więc spróbujmy. Babcia natomiast była baletnicą, a w ogóle bohaterowie są żydami (nazwiskiem Morawski), na czym zbudowany jest cały klimat. Oczywiście całość w trzech aktach, żeby pasowało do baletu, oraz liczne aluzje do Coppelii na podstawie "Piaskuna" E.T.A. Hoffmanna, baśni o automacie udającym dziewczynę.

Elizabeth Bear "Covenant". Bohater jest byłym psychopatycznym mordercą. Leczy się to teraz chirurgicznie. Dobry, realistyczny pomysł, bardzo interesujące, dobrze napisane, trzyma w napięciu.

Karl Schroeder "Jubilee". Kobieta z chłopakiem idą do twierdzy, gdzie od trzydziestu jeden lat śpią ludzie, którzy za dwa dni mają się przebudzić, a wtedy otworzą się bramy i list zostanie doręczony, po 28 latach od napisania. Przedziwne. Ni to sf, ni fantasy, może bardziej w ogóle satyra, pomysłowa i urocza. Oczywiście jest powieść osadzona w tym świecie, bo czemu nie miałaby być.

Paul Graham Raven "Los Piratas del Mar de Plastico (Pirates of the Plastic Ocean)". Hope Dawson, brytyjska freelancerka włócząca się od siedmu lat po Europie, jedzie do południowej Hiszpanii. Prawie teraz, plus "the price of oil had gone nuts and annihilated the cheap airline sector almost overnight", więc jedzie pociągiem. A w Almerii the legendary Plastic Ocean stretched out to the horizon, mile after square mile of solarised bioplastic sheeting shimmering beneath the relentless white light of the sun. I pojawa się bajecznie bogaty pan, który zamierza przeprowadzić eksperyment ekonomiczny. Bardzo gęste.

Gareth L. Powell "Red Lights, and Rain". Amsterdam w deszczu, pani usiłuje zabić pana, a właściwie wampira, tylko zabiera się do tego jakoś niemrawo. Dużo obrazowej akcji i przemocy, wszystko bardzo przewidywalne.

Jessica Barber "Coma Kings". Opowiada nastolatka, która gra w grę Coma, a na imprezie na czyjąś prośbę wkłada cudzy hełm VR i loguje się na na konto gościa. Ma również młodszą siostrę. Trochę wszystko wiadomo, a trochę jednak poruszające.

Allen M. Steele "The Prodigal Son". To jest jedno z cyklu opowiadań o rodzinie Arkwrightów, które potem zostały złożone w powieść "Arkwright". W tym opowiadaniu właśnie budują statek Galactique, a tytułowy marnotrawny syn przylatuje go obejrzeć. Bardzo dużo słów z mnóstwem stereotypów, żeby powiedzieć "His dreams—his lifelong obsession, really—wasn’t shared by his son, and never had been" - na co prawie wrzasnęłam "przez poprzednie dwie części już zrozumieliśmy!" Właściwie spokojnie można zacząć czytać od części VI (tak, szóstej), gdzie są technikalia, dość fajne: to jest chyba pierwszy pomysł wysyłania na odległą planetę po prostu zamrożonej spermy i jajeczek (żeby można było dokonywać modyfikacji genetycznych na etapie przedembrionalnym).

Rich Larson "God Decay". Bohater, Ostap Kerensky, jest Polakiem, bo czemu miałby nie być, za trudno odpalić gugla i sprawdzić typowe polskie imiona, oczywiście. Jest również supersportowcem bio-modyfikowanym, czyli to samo co w "Slipping" wcześniej, i też o cenie, jaką się za to płaci.
 
Robert Reed "Blood Wedding". Córka najbogatszego człowieka w systemie słonecznym wychodzi za mąż, goście są zieleni, nadzy i porośnięci kwiatkami. Czytelnik nie przepada za nimi, więc nie jest mu smutno, kiedy zaczynają masowo ginąć. Przedziwna rzecz, miejscami coś w rodzaju streszczenia komiksu, a miejscami w ogóle nie wiem co, new-wave'owa baśń chyba.

Ken Liu "The Long Haul, from the Annals of Transportation, The Pacific Monthly, May 2009". Dawno o sterowcach nie było. Narrator wybiera się w parodniową podróż sterowcem transportowym pilotowanym przez małżeństwo, w drodze przelatują przez burzę, a narrator ma obserwacje na temat związków międzyludzkich. Wszystko stylem reportażowym i niedostatecznie przemyślane: małżonkowie się żalą, że sie w ogóle nie widują, tymczasem nawet przy 6-godzinnych wachtach człowiek śpi 8 godzin, więc mogą ze sobą spokojnie spędzać kolejne osiem na dobę.

Greg Egan "Shadow Flock". Drony, drony wszędzie. Najpierw pani buduje most wiszący przy pomocy swoich studentów i dron, a potem inna drona przynosi jej paczkę zawierającą fragment palca. Bohaterka musi oprogramować jeszcze inne drony. Dobrze się czyta, kończy się niespodziewanie.

Adam Roberts "Thing and Sick". Narrator z kolegą Royem w 1986 siedzieli na Antarktyce przetwarzając dane z Proximy i Alpha Centauri. Świetnie napisane, filozofia Kanta zgrabnie połączona z klaustrofobicznym thrillerem - intrygujące. Zostało użyte jako pierwszy rozdział powieści "The Thing Itself".

Mary Anne Mohanraj "Communion". Chaurin, obcy, przybył na planetę Kriti po ciało swojego brata, a Amara, człowiek, sadzi tu jaśmin. Z początku bardzo gęsta narracja. Z tytułu wiadomo, o co chodzi, ale autorka błyskawicznie idzie znacznie dalej. Ciekawy pomysł "mating was never easy; if one took on the responsibility of making a match, surely it followed that one owed the pairing some guidance in the early years, some help going forward?".  Po tym obiecującym kawałku zakończenie jest pośpieszne i dość oczywiste, trochę szkoda.

James Patrick Kelly "Someday". Moje serce zawsze uderza mocniej na widok tego nazwiska, bo nieustająco mam nadzieję na coś miary genialnych "Dinozaurów", i za każdym razem jestem nieco rozczarowana. Koło wioski bohaterki wylądowali "the scientists from space", a ona ma zamiar mieć dziecko, dla którego wybrała tylko trzech ojców. Jednym z nich jest jej brat.  Nie jest jednak wyraźnie powiedziane, że nie jest człowiekiem, a kiedy wyciąga butelkę chardonnay, czytelnik odczuwa zagubienie. Mniej więcej o to tu chodzi.

Nancy Kress "Yesterday’s Kin". Bohaterka odkryła nieznaną wcześniej haplogrupę mitochondrialnego DNA. Z tej okazji uczestniczy w uczelnianym przyjęciu, które przerywają agenci FBI. W drugim wątku jej syn zostaje wyrzucony z domu przez byłą dziewczynę, bo nie chce przestać brać narkotyku zmieniającego osobowość. Przy okazji się dowiadujemy, że w Nowym Jorku od czterech miesięcy jest statek Obcych, którzy są przyjaźni, ale jeszcze się nie pokazali. Jak to Kress, bogate tło obyczajowe, "Relations between the United States and everybody were not good, as the country relentlessly pursued its new policy of economic isolationism in an attempt to protect jobs". Oczywiście wiadomo jak są powiązani Obcy i mitochondrialne DNA, i w ogóle cała ta otoczka wcale nie jest potrzebna (Bopl cemrpvrż jvrqmą, fxąq cbpubqmą), poza tym, że trzeba jakoś zawiązać akcję, a potem ratować świat. Bardzo dobrze napisane, bo to Kress, tylko nie opuszczało mnie pytanie "PO CO?". Choć zakończenie nieco wynagradza.

33 <- -> 31


2018-10-05 09:23:32 Komentuj (0)

---


Beauval
Kolejna wizyta w zoo Beauval dostarczyła równie dużo wrażeń jak pierwsza. Zaczęliśmy oczywiście od pand wielkich (jedyne zoo we Francji i jedne z tylko 23 na świecie poza Chinami), które rok temu doczekały się potomka. Obejrzeliśmy o tym film: maluch ważył po urodzeniu 142 gramy i wyglądał jak mały różowy ochłapek. Matka nie miała pokarmu i trzeba go było początkowo sprowadzić z Chin. Rok później pandziątko waży ponad 30 kg, a podobno bambus jest mało kaloryczny... Nigdy nie rozumiałam, jakim cudem z niedźwiedzi zrobiono poczciwe misie, to są wielkie paskudne drapieżne zwierzaki, tymczasem pandy (i koale) w przeciwieństwie do niedźwiedzi rzeczywiście wyglądają jak wielkie pluszaki, zwłaszcza że kiedy nie jedzą, to śpią.

Potem poszliśmy na pokaz uchatek, który widziany raz jest już mało zaskakujący, chociaż nieodmiennie mnie zachwyca szybkość i łatwość, z jaką pływają, a potem na tych płetwach się przemieszczają po stałym lądzie. Natomiast do tej pory sądziłam, że numer ze znajdowaniem kształtów jest nieco oszukany - że trenerzy wskazują zwierzakowi, gdzie ma znaleźć, albo że po prostu pamięta lokalizację. Otóż nie. Młodsza uchatka miała spore problemy ze znalezieniem zadanego trefla, przepływała trzy razy wzdłuż brzegu, ewidentnie szukając właściwego konturu, w końcu jej się udało i została nagrodzona wielkimi brawami.

Tegoroczną nowością w Beauval są wilki polarne, które moim zdaniem wyglądają po prostu jak spore psy. Taki husky jest bardziej imponujący. Zapewne mówiłabym inaczej spotykając się z nimi oko w oko. Widzieliśmy również białe tygrysy, jest wśród nich jeden mały. Dwie pantery, cętkowana i czarna, się tłukły, a jeden z serwali miauczał jak mały rozkapryszony kotek. Poza tym w zoo są dwie rodziny nosorożców, jedna mieszka na bardzo fajnym wybiegu afrykańskim, gdzie są również żyrafy, antylopy (w tym gnu), zebry i strusie. Struś uprawiał przedziwną gimnastykę, lub może taniec godowy. Oglądaliśmy też oczywiście pingwiny, które można przez szybę podglądać, jak pływają.

Nieodmiennie wspaniały jest pokaz ptaków. Sokolnicy demonstrują imponujące umiejętności łowieckie sokołów, przylatują i latają nad głowami publiczności jastrzębie, orły, marabuty i masa mniejszego ptactwa. Na koniec to wszystko lata nad sceną i nad nami, niebo wydaje się ruszać, wrażenie jest obłędne, niektóre ptaki są egzotyczne i niewiarygodnie kolorowe.

2018-10-03 09:21:01 Komentuj (2)

---


Early Riser
A gdyby ludzie mieli wspólnego przodka nie z małpą, lecz z niedźwiedziem, i zapadali w sen zimowy? A gdyby w dodatku trwała mała epoka lodowcowa, i zimy były bardzo ciężkie i długie? Łatwo sobie wyobrazić: technologia nastawiona na wsparcie zimowej hibernacji, specjalnie wybudowane dormitoria, leki wspomagające długi sen, telewizja nadająca powtórki seriali ułatwiające zaśnięcie tym przedwcześnie wybudzonym, i przede wszystkim tradycja tuczenia się na zimę oraz unikania wysiłku fizycznego. Na tych szczupłych patrzy się z politowaniem i współczuciem - nie dotrwają do wiosny. Chyba, że pełnią funkcję the Winter Consul, pozostającego na jawie zarządzającego tym światem o zminimalizowanych funkcjach życiowych. Uczniem takiego właśnie Konsula jest narrator, Charlie, wkraczający w swoją pierwszą świadomą Zimę. W towarzystwie pani Tiffen, ale to niespecjalna pociecha, ta jest bowiem martwa od kilku lat. Niektórzy z hibernacji wychodzą jako zombie, bez świadomości, jedynym instynktem jest głód. Łatwo sobie z nimi poradzić: wystarczy regularnie karmić. A kiedy zabraknie im troskliwych opiekunów, idą na przeszczepy.

Prześliczny pomysł, jak to Fforde, wykonanie błyskotliwe, jak to Fforde, dużo przypisów, rządząca lokalnym światkiem (Walią) potężna korporacja, dziwne dialogi - jak to Fforde. Początkowa spora dezorientacja czytelnika szybko ustępuje miejsca wciągnięciu w ten świat i akcję, a ta jest oczywiście nieprzewidywalna. Narrator jest wychowankiem zakonu, ale zupełnie niepodobnego do naszych, tamtejszych siostr powołaniem jest bowiem rodzenie dzieci. Przybierają imiona typu siostra Zygotia, Fallopia, czy Placentia, i szczycą się wydaniem na świat dwadzieściorga czy trzydzieściorga potomków. Ten pomysł, zasygnalizowany na początku, jest potem słabo rozwinięty, a od początku dręczyło mnie pytanie, jak pogodzić 9 miesięcy ciąży z czterema hibernacji. Ciężarne musiałyby w sen nie zapadać, ale to wymagałoby utrzymywania w Zimie porodówek. Nic o tym nie wiadomo, dowiadujemy się natomiast, że można w tym świecie handlować opcjami na swoje nienarodzone dzieci. Samochody jeżdżą na sprężone powietrze, broń również tak działa, a ograniczenie na ulicach dotyczy nie prędkości, tylko hałasu.

Miejscami jest to przyzwoita sf (wyglądająca jak historia alternatywna, mamy tu bowiem sławne osoby znane z naszego świata; jedno z dormitoriów nosi natomiast imię Melody Black), chwilami zaś mamy absurd typowy dla Fforde'a, na przykład osoba patrząca tylko lewym okiem widzi wyłącznie lewą stronę wszystkiego, prawej nie jest w stanie w ogóle zobaczyć. U innego autora czepiałabym się takich pomysłów, ale u tego wszystko jest możliwe i akceptowalne. Również zrobienie bohatera ze zdeformowanego nieudacznika.


2018-10-01 09:13:09 Komentuj (2)

---


"Byłem tu. Tony Halik"
Mirosław Wlekły poświęcił parę lat na dochodzenie reporterskie, które miało ujawnić prawdę o życiu Tony'ego Halika. Książka jest podzielona na części odwrotne chronologicznie. Najpierw widzimy końcówkę, lata 74-98, czyli od poznania Elżbiety Dzikowskiej do śmierci. To czas, kiedy bohater już był tym znanym z telewizji Tonym Halikiem, włóczącym się po świecie. Jest tu cały rozdział poświęcony listom od telewidzów: niektóre zabawne, niektóre żenujące. Są też listy samego Tony'ego do Elżbiety. To jest okres udokumentowany najlepiej, i chyba to dlatego autor wybrał taki układ. W kolejnej części bowiem próbuje odtworzyć powojenne losy Halika, wtedy jeszcze Mieczysława Sędzimira, i tu zagadek jest więcej. Pewne jest to, że swoją żonę Pierette poznał we francuskim rejonie Charentes (autor pije tam miejscowy trunek - pineau, którym się bardzo długo zachwycałam po pobytach we Francji, teraz uważam, że jest zbyt słodki) i że do Argentyny dopłynęli 16 maja 1948. Tam w dokumentach pojawiło się imię Antonio, i tam zaczęli się wypuszczać w coraz dalsze podróże. Trzecia część to opowieść o dzieciństwie Halika, a czwarta mówi o okresie 1942-45 i ujawnia, że Halik wstąpił do Wehrmachtu, z którego potem we Francji zdezerterował i przyłączył się do francuskiego ruchu oporu. Łatwo to oczywiście oceniać z dzisiajszej perspektywy, natomiast wtedy nie było to takie proste. Halik miał zakład fotograficzny i niemieckie obywatelstwo (pod imieniem Max), robił zdjęcia do ausweisów. Wcielenie do armii niemieckiej nastąpiło niejako naturalnie.

Halik z całą pewnością przez całe życie konfabulował, a co najmniej koloryzował. Właściwie nie da się bez tego stworzyć ciekawej, przykuwającej uwagę opowieści. W najbarwniejszej przygodzie trzeba zastosować pewne skróty czy uproszczenia, żeby relacja była wciagająca. Pytanie tylko, jak daleko można się posunąć, trudno znaleźć jasną definicję. Z całą pewnością Halik był również niezwykle odważnym uroczym szaleńcem. Nie bezpieczeństwa szukał przez całe życie. Jeśli nie wszystko naprawdę wyglądało dokładnie tak jak w jego opowieściach, to tylko przez przypadek. Nie unikał trudności, wprost przeciwnie, do ostatnich lat życia sam je sobie radośnie wynajdywał.

Ciekawostka: matka synowej Halika w marcu 1965 miała 35 lat, zostawiła męża z czworgiem małych dzieci (w tym przyszłą synową Halika), by odpowiedzieć na apel Martina Luthera Kinga  i przyłączyć się do marszu w Montgomery o prawa czarnoskórych, o czym napisała potem książkę. O tym marszu rozmawiają również bohaterki dziejących się w tym właśnie czasie "Służących", których słuchałam równolegle.


2018-09-28 09:19:17 Komentuj (0)

---


"Służące" Kathryn Stockett
Jesteśmy w 1962 w Jackson w stanie Missisipi. Mówi Aibileen, pięćdziesięcioparoletnia czarna, służąca u państwa Leefolt, opiekunka ich dwuletniej córeczki. Ocenia swoich państwa surowo, ale dziecko kocha, jest kobietą prostą, dobroduszną, ale i twardą, bez złudzeń oceniającą los swój i swoich pobratymców. Potem włącza się Minny Jackson, młodsza czarna, która właśnie zaczyna służbę u pani Celii Foote, odrzuconej przez miejscowe towarzystwo, bo pochodzącej z białej hołoty, choć udało jej się dobrze wyjść za mąż. Wszystko tu wygląda inaczej, niż Minny znała dotychczas, a jest osobą o niewyparzonym języku, ktora już 19 razy z tego powodu traciła pracę. I w końcu mamy narrację pokazanej poprzednio z punktu widzenia Aibileen panienki Skeeter, która po studiach wróciła do domu i zdaniem matki powinna szybko znaleźć męża. Wcale jej jednak do tego niespieszno - ona chce pisać. I znajduje temat: życie czarnych służących. Nie może z nimi jednak rozmawiać ot tak, to byłby skandal, a czarne też wcale nie chcą się zwierzać dziwnej białej pani. Nie pomaga fakt, że panienka Hilly, przyjaciółka Elizabeth i Skeeter, rozkręca kampanię na rzecz budowania dla czarnej służby osobnych toalet. Jak dowodzi z powagą i "naukowo", choroby kolorowych przenoszą się przez mocz, a biali nie są na nie odporni. Właściwie trudno się dziwić, że ulegano tej argumentacji, dziwi jedynie to, że tym potencjalnie tak groźnym czarnym bez namysłu ani specjalnych obaw masowo powierzano dzieci i kuchnie. W tle organizowany właśnie przez Martina Luthera Kinga marsz w obronie praw czarnoskórych.

A to dopiero początek tej szalenie wciągającej powieści, którą przyswajałam w formie bodaj najlepszego znanego mi audiobooka: świetnie czytanego przez trzy doskonale dobrane do ról aktorki. Stockett pewne rzeczy przerysowuje (drażniące jest na przykład ciągłe podkreślanie, jak złą matką jest Elizabeth; zbyt grubymi nićmi jest też szyta postać Celii), ale ciągle miałam w głowie, że to co pisze, to jest w zasadzie sama prawda, i jednocześnie nie mogłam w to uwierzyć. Był rok 1963, potem 1964, za chwilę ludzie mieli lądować na Księżycu, a równolegle istniała segregacja rasowa, bo przecież "jesteśmy równi, ale różni", jak z idiotyczną naiwnością głosiły białe panie, przekonane, że przecież czarna służba musi być zachwycona faktem posiadania własnej łazienki. I że czarni sami nie chcą iść do szkoły z białymi uczniami, bo jest im za trudno. A to i tak pół biedy; za tym przecież szły uchodzące na sucho rozmaite represje wobec czarnych.

Fantastycznie odmalowane i zróżnicowane są tu postaci (nawet jeśli Hilly jest może odrobinę zbyt demoniczna, a kolorowe z kolei jednak nieco wyidealizowane). Doskonale uchwycony skomplikowany stosunek czarnych do białych: zdominowany przez strach, bo są od nich beznadziejnie zależne. Jest w nim pogarda, ale jest i szczere przywiązanie, przynajmniej do dzieci, które wychowują całymi latami i które je kochają jak prawdziwe matki. Widać, jak kolorowe w odruchu obronnym tworzą sobie własny świat, do którego białe nie mają wstępu. Umiejętnie stworzone zostały tajemnice w tej książce, wcale nie oczywiste. Całość jest zachwycająco barwna, przygnębiająca, boleśnie prawdziwa, naprawdę wciągająca i warta przeczytania, a na pewno wysłuchania. Została również sfilmowana ze świetnie dobranymi aktorkami, ale film jest mocno wygładzony wobec powieści.

Książka pisana przez Skeeter ma tytuł "Help", co zostało przełożone jako "Pomoc", podczas gdy w oryginale powieść nazywa się "The Help". Zastanawiam się, czemu ta analogia nie zostało zachowana w przekładzie. Poza tym jedna z lektorek informuje nas o święcie nazywającym się "Czanuka", na co bardzo prychnęłam; ale innych uchybień nie zauważyłam. Ta debiutancka powieść z roku 2009 została odrzucona przez sześćdziesięciu agentów; ciekawe, po ilu ja bym się poddała. I ciekawe, ilu z nich zmieniło pracę po tym, jak przez dwa lata utrzymywała się na szczycie listy bestsellerów i sprzedała się w milionach egzemplarzy.

2018-09-26 10:41:37 Komentuj (6)

---


Trudności ze wstawaniem. Okna.
W 1987 w drugim obiegu ukazała się powieść Krall "Okna", a rok później zbiór reportaży "Trudności ze wstawaniem". Oficjalnie te dwie rzeczy wydała w jednym tomie Alfa w roku 1990, i czyta się to nadal znakomicie. Krall jest reporterką niezwykle uważną, i raczej stawiającą pytania niż dającą odpowiedzi. Nie ma u niej współczucia, jest pragnienie zapisania, dania świadectwa. Ta ocalona z Zagłady, świadomie lub nie, stosuje się do rabinicznego nakazu pamiętania. Jest tu między innymi reportaż o Annie Walentynowicz, która w 1965 zachorowała na raka. Lekarze obiecali jej 5 lat życia. Przyszedł 1970 i Grudzień, Walentynowicz była przekonana, że powinna coś zrobić, że w jakimś celu to życie zostało jej darowane. Zastanawiam się, czy Krall czuła z nią pokrewieństwo duchowe.

"Okna" nie są klasyczną powieścią. Autorka na początku zwraca się wprost do czytelnika informując o tworzeniu swojej bohaterki. Potem wymienia pozostałe postaci: są wśród nich ludzie żyjący naprawdę, a pozostali też mają rysy znajomych Krall. Urodzona w 37 Celina jest córką osoby, która przechowała za szafą żydowską kobietę z córką Paulą (jak przechowana została sama autorka). Celina w którymś momencie rozważa możliwy życiorys Pauli, gdyby wojen nie było. Zapewne to rozmyślania samej Krall. Matka trafiła do domu wariatów i tam zginęła - zapewne podobnie jak matka Tuwimów. Paula przeżyła, zaprzyjaźniona z Celiną zostawiła jej w spadku swojego byłego męża i swojego ojca, i wyjechała. Jej nieobecność jest centralną osią tej książki.

Drugą jest proces milicjantów, zabójców Grzegorza Przemyka. Celina zna jego matkę, Barbarę Sadowską. Pojawia się tu również doktor Edelman oraz przelotnie Jacek Kuroń, z którym jest związany jeden z najbardziej uderzających współcześnie fragmentów powieści: w czasie teraźniejszym, 1984, Celina zwraca sie do przyszłego czytelnika, mówiąc że w jego czasie, za 20-30 lat, Jacek Kuroń niewątpliwie trafi do podręczników historii. Gorzko się śmiałam myśląc, że 34 lata później już zdaje się znowu został z nich wykreślony, i że Krall nie mogła tego przewidzieć w żaden sposób. Chciałabym przeczytać współczesne wydanie tej książki, z jej komentarzem.

Nie wiem, czy pamięć może w czymkolwiek pomóc, ale to nas nie zwalnia z obowiązku zapisania - i wracania do tych lektur.

2018-09-24 09:12:51 Komentuj (2)

---


Boli tylko, gdy się śmieję
Wydawnictwo Literackie wydało listy Stanisława Lema i Ewy Lipskiej, pisane na przestrzeni 1983-2001. Jest to znowu wspaniała lektura, Lem był bowiem zapalonym epistolografem, a Lipska mu dzielnie sekunduje. Na początku twórcy są ze sobą na pan / pani, i zachowują pewien dystans. Potem przyjaźń się zacieśnia. Lem opowiada sporo o swoich problemach ze zdrowiem, ale są tu też cudowne, pełne specyficznego humoru, kawałki o "Imieniu róży" (był zachwycony, co więcej - informuje, że poleciwszy tę lekturę Mrożkowi dostał od niego entuzjastyczny list, jakiego nigdy przedtem nie otrzymał), o Heideggerze (jest przeciw), czy o pisaniu "Fiaska". Przy tej okazji napomyka, że nie wie, jak się jego teksty skończą, ponieważ gdyby wiedział, to byłoby mu nudno. Jednak przy "Fiasku" wydawało mu się, że zna zakończenie, a powieść postanowiła skończyć się inaczej. Teraz zachodzę w głowę, jak ona mogła się inaczej skończyć. Lem, który zazwyczaj krytykował wszystko, daje tu niespodziewanie przepiękną pochwałę wierszy Lipskiej, poruszającą w swojej szczerości i w cudownym ujęciu natury poezji jako takiej. Lipska natomiast wspomina często o Szymborskiej i Filipowiczu, z którymi się znają oboje, oraz o trudnościach stanu wojennego.

Listów jest mało (za mało). Druga część tomu zawiera listy Lipskiej i Tomasza Lema, pisane na początku lat 1990, kiedy dwudziestoletni syn Lema wyjechał na studia do Princeton. Opisuje studencką codzienność, ilustrując zabawnymi rysuneczkami. Na koniec natomiast mamy trzy rozmowy Lipskiej i Lema, z lat 2003 i 2004. Jak to Lem: jest o motoryzacji, marcepanach, czosnku i wieczności, a między wierszami o kondycji ludzkiej, o której nie miał dobrego zdania nigdy, a po osiemdziesiątce jeszcze mniej.



2018-09-22 09:11:38 Komentuj (0)

---


Wybrana
Miałam tę książkę na liście w ramach czytania powieści nagrodzonych Hugo i Nebulą (Nebula i Locus 2016, nominacja do Hugo, przegrana z "Piątą porą roku"), ale omijałam ją wzrokiem długi czas. Nie lubię fantasy, a to jest bardzo klasyczna baśniowa fantasy. Zwyciężyła w końcu ciekawość, jak Naomi Novik, autorka urodzona z matki Polki wykorzystała polski folklor.

Narratorka Agnieszka urodziła się w małej wiosce w królestwie Polnia, w bliskim sąsiedztwie strasznego i niebezpiecznego Boru. Za Borem jest natomiast wrogie królestwo Rusja, z którym Polnia nieustannie toczy wojny. Mieszkańcy wiosek w dolinie są jednak bezpieczni, chroni ich bowiem Smok, który w zamian za to co dziesięć lat zabiera stamtąd młodą dziewczynę. Oddaje ją, ale odmienioną, i te kobiety zawsze odchodzą z wiosek. Agnieszka czuje się jednak bezpieczna, Smok zabierze na pewno jej przyjaciółkę Kasię, która jest śliczna, mądra, wesoła, zorganizowana i umie gotować. Tymczasem Agnieszka ma wyjątkowe uzdolnienia wyłącznie w jednej dziedzinie: niezgrabności. Jest bez przerwy brudna, podrapana i poparzona. Przynajmniej Smok (który nie jest naprawdę smokiem, tylko czarodziejem o tym imieniu) jej nie zabierze... chyba że jednak wybierze.

Książka jest bardzo sprawnie napisana i błyskawicznie wciąga wbrew wszelkiemu nielubieniu fantasy oraz young adult. Obok polskich nazw miejscowości i bohaterów pojawia się tu Baba Jaga w ładnym ujęciu. Agnieszka jest sympatyczna. Reszta to oczywiście kalki. Heroina jest podejrzanie podobna do Harry'ego Pottera ze swoją szczątkową znajomością magii i zapałem powodującym katastrofy. Smok wiadomo - skrywa dobre, lecz zranione serce w wysokiej wieży i za fasadą grubiaństwa. Od czasów Heathcliffa, a bliżej czasowo i gatunkowo Snape'a, nie jest to odkrywcza konstrukcja postaci - to mi chyba przeszkadzało najbardziej. Podobały mi się natomiast różnice w rodzajach magii, coś w rodzaju Pratchettowego rozdziału na czarodziejów i wiedźmy, ale bez rozróżnienia według płci. Bór jest solidnie przerażający, zastanawiam się czy to słowiańskie baśnie tak wpłynęły na wyobraźnię autorki. Za to pomysł, że siedemnastoletnie wiejskie dziewczyny nie będą miały pojęcia o seksie, przyprawiał mnie o spazmy śmiechu jeszcze przez tydzień. Ale wiadomo, to na amerykański rynek.


2018-09-20 11:18:27 Komentuj (0)

---


Opowiadania bizarne
Bizarre oznacza dziwny, zaskakujący w swojej inności. To świetny tytuł dla tego zbioru opowiadań, w którym fantastyka (czysto sf "Transfugium") łączy się z kafkowskim metafizycznym niepokojem ("Przetwory" czy "Szwy") albo z klasyczną opowieścią niesamowitą (prześliczne stylistycznie "Zielone dzieci"). Światy Tokarczuk zawsze mają bardzo spójną logikę wewnętrzną, ich zwodniczy precyzyjny realizm jest umiejętnie skontrapunktowany zbijającym z tropu elementem dziwności. Może najbardziej emblematyczna w tym zbiorze jest najprostsza, minimalistyczna "Prawdziwa historia", w której najzwyklejszy bohater poprzez zbieg okoliczności zostaje nagle wyrzucony na margines swojego świata. A raczej świata, który całe życie uważał za swój, i którego reguły znał, zdawałoby się, na wylot. To jest powracające pytanie Tokarczuk: czy rzeczywiście znamy zasady. Zmierzyliśmy świat, opisaliśmy rządzące nim prawa, czy to wystarczy? Czy aby na pewno mamy gwarancję, że jutro będą obowiązywać identyczne? Lektura tych opowiadań wytrąca z utartych ścieżek myślenia, przypomina, że życie będzie potrafiło nas zaskoczyć.

Czystym sf (ku mojej radości) są również "Wizyta" i "Góra Wszystkich Świętych". To pierwsze ma ładny pomysł, fajne wykonanie językowe i bardzo oczywistą puentę. W tym drugim szybko domyśliłam się rozwiązania fabularnego. Natomiast w każdym przypadku podziw budzi dopracowanie świata przedstawionego.

Na osobny akapit zasługuje natomiast ostatnie opowiadanie zbioru "Kalendarz ludzkich świąt". Również sf, a nawet bardziej: to jest opowiadanie Huberatha. Obracałam to natrętne skojarzenie w głowie, nie mogąc pogodzić tych dwóch nazwisk, a przecież jest to doskonale logiczne. Oboje mają niezrównaną wyobraźnię, ogromny humanizm, i kochają przekraczanie granic surrealnej dziwności. A jednak wyjątkowo niepokojące uczucie budziło we mnie czytanie tego bardzo dobrego opowiadania Huberatha napisanego przez Tokarczuk. Bardzo pragnęłabym wiedzieć, czy to było celowe i świadome, czy też niechcący doszli do tego samego miejsca innymi drogami.


2018-09-17 09:12:52 Komentuj (0)

---




Następne
Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Angol w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem