DS magazine
Bertrand Russell
Orange
Z Avignon pojechaliśmy do miasta Orange, od którego nazwę wzięło późniejsze księstwo Oranii. Samo miasto powstało natomiast parę lat przed naszą erą, zbudowali je Rzymianie, którzy postawili tam około roku 20 również łuk triumfalny, żeby upamiętnić zwycięstwa Germanika, ojca Kaliguli i dziadka Nerona. Potem został nieco zabudowany, a w 1820 odrestaurowany pieczołowicie. Nadgryzł go nieco ząb czasu, ale jest bardzo piękny. Wokół najwyraźniej ostatnio zrobiono śliczne rondo, lśniące nowością.

W Orange jest też teatr rzymski, również pochodzący z samego początku naszej ery. Zamknięty został w 391, ale potem używany był do innych celów, dzięki czemu zachował się w dobrym stanie aż do gruntownych remontów w XIX wieku. Ma imponującą fasadę, która niestety jest aktualnie w remoncie, w całości zasłonięta rusztowaniem, i jeszcze trochę tak będzie. Trzeba będzie tam wrócić. Obejrzeliśmy go z pobliskiego wzgórza Saint-Eutrope, gdzie kiedyś był zamek książąt orańskich, i które może i jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, ale jest również niewiarygodnie przysypane potłuczonym szkłem. Co nawet mnie nie dziwi, zważywszy, że w grudniową niedzielę po południu miasto Orange było kompletnie wymarłe, nie znaleźliśmy ani jednej czynnej kawiarni, ani właściwie niczego.

Wracając z Orange zahaczyliśmy o Pont du Gard, również pochodzący z pierwszego wieku i zbudowany przez Rzymian. Stanowił część pięćdziesięciokilometrowego akweduktu doprowadzającego wodę do pobliskiego miasta Nîmes. Ten wodociąg funkcjonował przez pięćset lat. Most ma trzy piętra, w sumie 48 metrów wysokości, i jest wspaniały. Są na nim wyryte rozmaite napisy po łacinie, zawsze mnie wzrusza, że pisali to dwa tysiące lat temu, w ogóle nie myśląc, że to przetrwa tyle czasu i będzie hołubione. Most zachował się w doskonałym stanie, bo był remontowany od szesnastego wieku. Zwiedzanie jest płatne, przechodzi się przez budynek, w którym jest również muzeum. Można natomiast z samego mostu wyjść na szlak. Kiedyś to zrobię.



2017-12-06 09:15:57 Komentuj (4)

---


Avignon
Okazało się niedawno, że pociąg z Paryża do Avignon jedzie dwie i pół godziny. Sprawdzałam trzykrotnie, czy to aby TO Avignon, oraz odległość na mapie, bo wydawało mi się to jednak niemożliwe: drogami jest to 687 km. Wychowałam się w kraju, gdzie z Krakowa do Zakopanego jechało się pociągiem cztery godziny, nie pytajcie dlaczego jechałam pociągiem, zrobiłam to raz i nigdy więcej. Upewniwszy się solennie, że naprawdę dotrę do tego właśnie miasta Avignon na południu Francji, nabyłam bilety na TGV, w którym było wifi. Pociąg łączy się z rozstawionymi po drodze nadajnikami, w zasięgu jednego pozostaje około trzech minut, ale połączenie jest naprawdę niezłej jakości, i wcale się nie rwie. Można też w czasie rzeczywistym śledzić swoje położenie na mapie i aktualną prędkość (około 300 km/h). W TGV jest też bar, w którym zażądałam herbaty, pani ze smutkiem oświadczyła, że ma tylko o smaku czerwonych owoców, zaakceptowałam, lecz nagle obok ujrzałam uwielbiany przez mnie rooibos i poprosiłam raczej o niego.
- To nie jest thé, to jest infusion - odparła na to pani z oburzeniem. Jakoś ją przekonałam, że róża pod inną nazwą równie pięknie by pachniała, i naprawdę mam takie życzenie.

Jadąc na południe sprawdziłam prognozę pogody, miało być nieco cieplej niż w Paryżu, koło 5 stopni. Wysiedliśmy w Avignon i prawie przewrócił nas mistral. Odczuwalna temperatura była ujemna, wicher był lodowaty i przenikający wszystkie warstwy ubrań, pocieszające był tylko brak opadów. Następnego dnia wiatr wcale nie ustał, zaczęłam nawet myśleć, że przyjazd był złym pomysłem, i że może by przesiedzieć ten weekend w hotelu, ale jednak wyszliśmy i dotarliśmy do Palais des Papes. Miałam plan, żeby najpierw objechać miasto pociągiem turystycznym, z nadzieją schronienia się w ten sposób przed wiatrem, ale pociągu nie było widać, a bardzo miła sprzedawczyni pamiątek orzekła, że pewnie z powodu pogody go nie ma, i może po południu będzie jeździć. Poszliśmy więc zwiedzać wnętrze pałacu.

Dominujący nad miastem pałac papieski ma zachwycające kwadratowe wieże, pochodzące z pierwszej połowy czternastego wieku. Budowało go dwóch francuskich papieży, po tym jak Jan XXII przeniósł się do Avignonu, potem mieszkali tam kolejni. Po Rewolucji były tam koszary, potem więzienie. Do zwiedzania otrzymuje się tablet z mapą pałacu, już odwiedzone sale zaznaczają się na niej na zielono, oraz automatycznie włącza się nagranie objaśniające, co widzimy. Niestety nie ma wersji dla dzieci, jest za to inna rozrywka: w najważniejszych salach umieszczony jest na środku medalion, na który należy naprowadzić kamerę tabletu, i wtedy "przenosimy się w czasie": oglądając salę przez tablet widzimy wystrój, jaki mógł się tam znajdować w czasach świetności pałacu. W niektórych kątach ukryte są skarby, bardzo to jest sprytnie zrobione, najwyraźniej losowo - nigdy nie miałam skarbu w tym samym miejscu, co dziecko, więc mieliśmy podwójną radość. Poza tymi urozmaiceniami wnętrza są dość skromne, delikatnie mówiąc, choć architektonicznie wspaniałe. Tym większe wrażenie robią trzy sale, w których zachowały się malowidła na ścianach. W trakcie zwiedzania wychodzi się na taras na dachach, z którego jest bardzo malowniczy widok na okolicę, ale nie napawaliśmy się nim długo ze względu na pogodę. Myślę, że papieże też tam nie wychodzili w czasie zimowego mistralu. Zachwyciły mnie natomiast sklepienia (oryginalnie przepięknie zdobione), a zwłaszcza kuchnia, która jest gołym i pustym pomieszczeniem, więc turysta wzrusza ramionami, po czym niechcący spogląda w górę, i już tak zostaje z szeroko otwartymi oczami, sufit bowiem jest wysklepiony, bardzo wysoki, i zwężający się w fantastyczny komin.

Potem przechodząc pod bardzo pięknymi i nieco się rozsypującymi czternastowiecznymi murami obronnymi (tabliczki ostrzegają, żeby uważać na spadające kamienie) zeszliśmy nad Rodan rzucić okiem na most. Tylko tyle mogliśmy zrobić, bo most był zamknięt z powodu wiatru, oczywiście. Oficjalnie nosi nazwę Pont Saint-Bénézet, most świętego Bénézeta, tak nazywano bowiem chłopca, który w 1177 mając 12 lat otrzymał rozkaz boski, aby zbudować w Avignon most. Przekonał miejscowego biskupa i most powstał dość szybko (ukończony w 1185), swoją drogą wiara w wolę boską w tamtych czasach była znacznie potężniejsza, jakoś dzisiaj się nie słyszy o nikim, kto przekazywałby architektoniczne życzenia z niebios. W każdym razie młody Bénézet ukończenia budowy pono nie dożył, a musiała być wspaniała: 915 metrów długości i 22 łuki. Przypływ Rodanu zniszczył most w siedemnastym wieku, zostały z niego tylko cztery łuki, które stoją tam  do dzisiaj. Na drugi brzeg dojść już nie można. Wbrew popularnej piosence Awiniończycy wcale na nim nie tańczyli, ale możliwe, że pod nim i owszem.

Po obiedzie rzeczywiście pojawił się na placu pociąg turystyczny, i pozwolił nam objechać centrum miasta bez narażania się na przewianie do szpiku kości. Najpierw się wjeżdża na Rocher des Doms, gdzie jest park. Musi tam być pięknie wiosną i latem, my się nacieszyliśmy głównie widokiem na most. Obejrzeliśmy też parę pięknych fasad, Operę, ratusz czy L'Hôtel des Monnaies. Potem zajrzeliśmy do Musée Requien, gdzie jest mnóstwo wypchanych zwierząt, w tym wilki, ku radości mego dziecka.

2017-12-04 12:29:45 Komentuj (2)

---


Pałac Elizejski
W ramach Europejskich Dni Dziedzictwa wybór atrakcji w Paryżu i okolicach jest ogromny. W ubiegłym roku francuska koleżanka powiedziała, że była w ambasadzie polskiej, podobno przepięknej, planowałam więc wizytę w tym roku - i nic z tego, akurat jej nie otworzyli. Trudno, może będzie jeszcze okazja. Udało mi się natomiast załapać na wizytę w Pałacu Elizejskim, kupionym przez Ludwika XV dla markizy de Pompadour, gdzie od czasów de Gaulle'a mieszka i urzęduje prezydent państwa. Jest to miejsce rokrocznie budzące ogromne zainteresowanie, niektórzy stoją w kolejce podobno 6 godzin.

Na wejściu wstępnym, ustawionym po prostu na ulicy, dokładnie przetrzepali nam torby, pani przede mną rozkładali nawet parasolkę, moją się jednak nie zainteresowali, ma się tę szczerą polską twarz. Wszystkich też badali wykrywaczem metali. Następnie wejście właściwe, gdzie lotniskowa bramka oraz jeszcze raz zaglądanie do toreb z otwieraniem wszystkich kieszonek. Zdziwiło mnie, że nie mieli prześwietlacza bagaży jak na lotnisku. I już byliśmy w ogrodach, gdzie stała kolejka do wejścia do pałacu, oraz przechadzała się Brigitte Macron wraz z psem, czarnym labradorem wziętym ze schroniska miesiąc temu. Pies oryginalnie nazywał się Marin, para prezydencka zmieniła mu imię na Nemo. Za chwilę wzdłuż barierek przeszedł sam prezydent Macron, oboje z synem zasłużyliśmy na uścisk dłoni (oczywiście mój aparat w telefonie akurat w tym momencie zgłupiał i odmówił współpracy, nie żebym bardzo tego żałowała, w końcu wszyscy wiedzą jak prezydent wygląda). Zaskoczyło mnie, że prezydent jest niższy niż się wydaje w telewizji, ale to chyba reguła.

Potem mogliśmy już wejść do środka. Na parterze mój zachwyt wzbudził zwłaszcza gabinet niebieski (miała tam biuro Cécilia Sarkozy) i Salon Ambasadorów, gdzie co środa odbywają się zebrania Rady Ministrów. Na piętrze w westybulu wiszą portrety de Gaulle'a, Pompidou i Mitteranda. Dalej jest oszałamiający salon złoty, który na początku był wielkim salonem madame de Pompadour, a później prezydenci zrobili tam swoje biuro, aż do czasów Macrona, który przeniósł je obok, do salonu zielonego, gdzie w 2008 prezydent Sarkozy poślubił Carlę Bruni. Następnie schodzimy do dawnego ogrodu zimowego pod szklaną kopułą, obecnie jest przedłużeniem sali bankietowej znajdującej się obok, ogromnej, z przepięknym sufitem kasetonowym (obrazy na nim pochodzą z 1896 roku). Z okazji Dni Dziedzictwa wystawiono tam Legię Honorową oraz prezenty podarowane prezydentom przez różne głowy państw. Były też rozmaicie ładnie ponakrywane stoły i wystawy sztućców. Kiedy przechodziłam, akurat szef sali pokazywał szczypce do szparagów.

W pałacu natomiast nie było zbyt czysto, i nie mówię o efektach przejścia przez budynek 10 tysięcy ludzi: na świecznikach kurz, którzy gromadził się tam zdecydowanie dłużej niż tydzień, smugi na lustrze, brudnawe okna. Infrastruktura wizyty za to przygotowana wspaniale, na każdym kroku poustawiane butle z wodą oraz toalety, mnóstwo pilnujących ubranych w mundury galowe, wszyscy bardzo grzeczni i pomocni. Widziałam też cały sztab osób przygotowanych do opieki nad niepełnosprawnymi.



Nakrycie stołu







Niebieski salonik



Prezent od Putina

2017-09-18 14:51:37 Komentuj (3)

---


Wyspy Liparyjskie
Propozycję rejsu na wyspy Liparyjskie przyjęłam z bardzo mieszanymi uczuciami. Uwielbiam rejsy i wyspy, ale przy ostatnim na Belle-Île-en-Mer miałam chorobę morską. Tak, w białej flocie na kawałku morza przy brzegu, bardzo mi było głupio, ale nic na to nie mogłam poradzić. A ja, jeśli już mam chorobę morską, to pełnoobjawową, jak bardzo niewielu ludzi: nie tylko efekty żołądkowe, ale ogólną ciężką niemoc organizmu, coś w rodzaju naprawdę dotkliwego kaca. Rzekłam sobie jednak, że to przecież nie będą dwie doby na morzu, tylko półtorej godziny (a potem jeszcze godzina, i jeszcze godzina...), pogoda jest śliczna i żadnych fal nie będzie, na wszelki wypadek nabyłam tabletki na mal di mare, i pojechaliśmy.

Nie wiem, czym są napędzane statki pasażerskie z Milazzo, ale moim zdaniem energią kosmiczną, midichlorianami, albo co najmniej atomowo. Tak szybko po morzu jeszcze nigdy nie jechałam. To sformułowanie z żargonu żeglarskiego, w tym przypadku wyjątkowo trafne: nie da się tego nazwać płynięciem, nie ma praktycznie żadnego kołysania, bo nie ma na nie czasu, z tyłu ciągnie się za pojazdem absolutnie obłędny kilwater, chyba sto metrów wysoko spienionej białej wody, z boków woda chlapie przez okno. Oczywiście choroby morskiej nie miałam nawet cienia, równie dobrze mogłabym ją mieć w samolocie. Trochę żałowałam, bo uwielbiam kołysanie, o ile nie przyprawia mnie o cierpienie.

Zwolniliśmy na wysokości wysp, gdzie czarne wulkaniczne skały kontrastowały z błękitem morza oraz bielą żagli, i nie obchodzi mnie, że to modelowo kiczowaty opis, ponieważ tak to właśnie wyglądało i nic na to nie poradzę. Lipari jest największą z Wysp Eolskich, dziesięć tysięcy mieszkańców. Jednego spotkaliśmy w bardzo szykownej restauracji Filippino, był kelnerem i Polakiem. Wcześniej wchodzi się do katedry św. Bartłomieja z bardzo malowniczym sklepieniem, a obok są dwunastowieczne normańskie krużganki (wyspy najeżdżali najpierw Arabowie, a potem Normanowie), które zostały odkryte dopiero w 1978 roku.

Potem wraca się do portu i płynie krótką chwilę na wyspę Vulcano, która jest, co za niespodzianka, wulkaniczna, a dokładniej jest po prostu czubkiem podwodnego wulkanu. Co krok znajdują się tam fumarole, czyli dziury w skale, z których wydobywają się żółtawe opary siarki. Obok portu jest staw z siarkowym błotem, w którym kąpią się ludzie. Kiedy o tym przeczytałam, przez chwilę nawet rozważałam taką kąpiel, ale kiedy już poczułam ten zapach, mój żołądek oświadczył stanowczo, żebym wybiła sobie ten pomysł z głowy. Przeszliśmy mimo nie oddychając i wykąpaliśmy się po prostu w morzu, na brzegu którego leżał całkowicie czarny piasek. Oczywiście rozpalony i parzył stopy, za to woda była absolutnie rozkoszna, a niektórzy pracowicie zbierali muszelki.

Po drodze rano minęliśmy wschód słońca nad morzem; nisko nad horyzontem wisiała taka doskonale pomarańczowa świetlista kula, tak samo codziennie od milionów lat, wszystko i jeszcze sto razy więcej zostało już na ten temat napisane i namalowane, a jedynym, co byłam w stanie z siebie wydobyć, było "oooooooooooch". Tak właśnie.



2017-09-04 09:13:22 Komentuj (2)

---


Oleander
Z zachwytem przygięłam ku sobie gałąź drzewa obsypaną pięknymi różowymi kwiatami o przecudnym miodowym zapachu, z rozkoszą wdychałam kuszącą woń.
- Moim zdaniem to jest oleander - powiedziała chwilę potem Zuzanka. - Jest bardzo trujący - dodała. - Kogoś otruto podając mu posiłek na liściach oleandra. - ciągnęła z namysłem, a ja poczułam się dość niewyraźnie.
- I co, i tak sobie rośnie tu wszędzie bez żadnej tabliczki ostrzegawczej!? - zaprotestowałam, czując gorącą potrzebę natychmiastowego starannego umycia rąk oraz wyguglania jakiejś uspokajającej informacji. Niestety, to co wyguglałam, potwierdziło, że wąskolistne różowokwietne drzewa to niewątpliwie oleandry, że faktycznie niegdyś przy ich pomocy otruto jednego papieża, że jeden liść wystarczy do zabicia dorosłego człowieka. A nawet, że w 1808 dwunastu żołnierzy Napoleona upiekło sobie na drewnie oleandra jagnię, po czym ośmiu z nich zmarło, a pozostali byli ciężko chorzy, gdyż dym też jest trujący.

Nadal uważałam, że to przesada, żeby tak śmiercionośna roślina sobie rosła wszędzie, a nawet była hodowana. Po czym pomyślałam o grzybach w polskich lasach, o wilczej jagodzie, barszczu Sosnowskiego, oraz śnieguliczce, której owocami się tyle razy bawiłam w dzieciństwie. Oraz doczytałam, że trujące są również... konwalie, a nawet woda w wazonie po nich.
- Ale jak to, nie ma zbiorowych zatruć tym wszystkim? - nadal nie dowierzałam. - Przecież to dzikie tłumy powinny umierać co roku! Powinno się o tym trąbić bezustannie!
- Może umierają, tylko nikt nie wie, że to od tego - zasugerowała Zuzanka, wielbicielka kryminałów. (W razie czego nie przeczytaliście tego u mnie na blogu.)

(fot. Zuzanka)


2017-08-31 09:15:29 Komentuj (7)

---


Taormina
Nazwę Taormina znałam SKĄDŚ.
- Z Chmielewskiej - uświadomiła mnie Zuzanka. Spojrzałam bezmyślnie.
- Z "Całego zdania nieboszczyka" - sprecyzowała. Spojrzałam jeszcze bardziej bezmyślnie. Czytałam to, ostatni raz w tym roku, ale żeby Taormina? Niemożliwe. A jednak.

Po namyśle dotarło do mnie, w czym problem. "Całe zdanie nieboszczyka" jest tak nierealistyczne (rezydencja w Brazylii, samotnie jachtem do Europy, lochy we Francji, wykopywanie szydełkiem, itd), że automatycznie opisy Taorminy wrzuciłam do tej samej kategorii, uznając, że została tak samo wymyślona i na zobaczenie tego mam takie same szanse co na samotny rejs Stellą di mare. Może i nazwa miejscowości jest prawdziwa, ale cała reszta jest grubo przefantazjowana. Otóż nie: to jest jedyny fragment tej powieści, który jest po prostu prawdziwy, a właściwie nawet trochę zubożony, bo Etnę Chmielewska wspomina tylko raz.

"Już w lochu zakorzeniała się we mnie nieprzeparta tęsknota do słońca, morza i kaktusów właśnie tam, a nie gdzie indziej, resztki rozsądku kazały zrobić zupełnie co innego, musiałam zatem zdusić rozsądek. W oczach stanął mi widok z balkonu hotelu Minerwa i zrobiłam się nieprzytomna. Do Taorminy, tylko do Taorminy, tylko tam, do najpiękniejszego miejsca na świecie!…"
"Wylazłam z prześlicznej, ciemnoniebieskiej, ciepłej zupy, zwanej Morzem Jońskim, położyłam się na leżaku"
"Czarne zwały lawy z Etny, leżące wzdłuż wybrzeża od mniej więcej sześciu tysięcy lat, dostarczały mi dodatkowych wzruszeń, wynikłych z faktu, że identycznie taki sam widok, jaki mam teraz przed oczami, oglądali lądujący tu po raz pierwszy Grecy. Zawsze miałam kota na tle historii starożytnej i archeologii."

Tak właśnie, wszystko się zgadza idealnie. Tylko samoloty do Katanii latają teraz na Roissy, Joanna leciała jeszcze na Orly. A reszta jak u niej: niewiarygodne piękno całej tej okolicy jest takie, że w pewnym momencie westchnęłyśmy zgodnie z Zuzanką, że już nie możemy więcej, ileż można się nieustannie zachwycać, za dużo wrażeń! Idealnie piękne morze, błękitne niebo, słońce, kaktusy z owocami i palmy z bananami, białe statki kreślące na wodzie puchate białe linie, plaże i morze, ruiny i zamki, fantazyjne balkoniki z drzewkami pomarańczowymi, ciemnoniebieskie morze, przejrzysta woda z rybami, czarna lawa, i Etna na horyzoncie.


2017-08-30 09:09:23 Komentuj (3)

---


Sycylia
Potem wróciłam z Polski, wrzuciłam rzeczy do pralki, a wysuszone z powrotem do walizki, i pojechaliśmy na lotnisko. W samolocie do nastolatków siedzących przed nami nagle rzucił się ich ojciec, z przejęciem pokazując coś przez okno. Spojrzałam i oniemiałam: pod nami był Mont Blanc, ośnieżony i wyraźnie widoczny między nielicznymi obłoczkami. Pan przeżywał, bo jak się okazało, ledwie dzień wcześniej uprawiał trekking na jego zboczach.

Wylądowaliśmy w Katanii, gdzie pierwszym zaskoczeniem okazała się Etna. Niewiarygodnie ogromna. Imponująca.
- A myślałaś, że to będzie pagórek za stodołą? - zapytał w mojej głowie cichy głos pełen bezdennego sarkazmu. Niby nie myślałam, ale do końca nieustannie mnie zaskakiwało, jakie to jest wielkie i dominujące nad okolicą. Mont Blanc przecież obiektywnie wyższy, a zupełnie nie robi tego wrażenia. Pewnie dlatego, że Etnę ogląda się z poziomu morza, i że jest jedna. Dymiło się z niej delikatnie.


2017-08-29 09:36:39 Komentuj (0)

---


Jak spędzałam wakacje w Polsce
Dwa dni później zjedliśmy pstrąga wyłowionego przez dzieci w przeznaczonych do tego stawach, a potem lody kupione w delikatesach. Zdążyliśmy się zadekować w uroczym domku kempingowym nieopodal Krasiczyna, gdzie zamierzaliśmy zwiedzić zamek, kiedy siostrzenica zaczęła chorować. Po ciężkiej nocy rano naszym pierwszym celem był szpital w Przemyślu, bo w ten upał dziecko było już odwodnione i słaniające się. Lekarze natychmiast zabrali ją na oddział pod kroplówkę, a po południu z tego oddziału do zakaźnego dla dorosłych zabrano szwagra, z tymi samymi objawami. Ja z synem przespałam noc w okolicznym hoteliku, zwiedziłam przepiękny Przemyśl, a po południu udaliśmy się na pediatrię, gdzie już zostaliśmy, bo i moje dziecko okazało się dotknięte klątwą gastryczną. Przebiegła sporo łagodniej niż u kuzynki, ale spędziliśmy tam dwie noce.

W tym miejscu muszę odnotować, że moje wyobrażenia na temat polskiej służby zdrowia okazały się zupełnie nieuzasadnione. Pediatria w szpitalu w Przemyślu ma dobrych lekarzy, którzy poważnie potraktowali sprawę, jest tam czysto i kolorowo, rodzice dostają leżanki z kocykami i mogą nocować koło dziecka, a opieka pielęgniarska też nie pozostawiała nic do życzenia, była sprawna i uprzejma. Jedynie wyżywienie było wyraźnie z czasów PRL-u, łącznie z zupą mleczną na śniadanie. Nic więc dziwnego, że kiedy wyszliśmy, naszym pierwszym celem była restauracja, gdzie siostrzenica mogła w końcu zaspokoić apetyt. Zamówiła między innymi dwie zupy. Zjadła obie.

A potem zwiedziliśmy Sanok, i śliczny Zamość z imponująco utrzymaną twierdzą, po zwiedzaniu strzeliliśmy z armaty (mała, ale huk straszny, i w końcu zrozumiałam, co to znaczy, że dzwoni w uszach oraz się głuchnie). I fantastyczne podziemia kredowe w Chełmie: każdy miał małe wyrobisko we własnej  piwnicy, korytarze się spotykały w nieoczekiwanych miejscach, kto wie, gdzie się kończą). Przypadkiem trafiliśmy na czyste i malownicze jezioro Piaseczno na brzegu Poleskiego Parku Narodowego. Szkoda wielka, że na Lublin i Łańcut nie starczyło już czasu, lecz jestem przyjemnie zaskoczona Polską wschodnią, czystością i porządkiem, i serdecznością ludzi (z wyłączeniem pani w chełmskich podziemiach kredowych, ona była tam zdecydowanie za karę i mściła się na turystach).

2017-08-28 09:42:36 Komentuj (4)

---


Burza w górach
Dnia następnego, chcąc poczuć, że mamy jednak wakacje, wybraliśmy się na Jaworzynę Krynicką.
- Nie bierz żadnych krytych butów, przecież to nie Tatry, pójdziemy tylko na małą przechadzkę - zaordynowała moja siostra. Burzę zapowiadano dopiero na po 18, nie wzięliśmy żadnych okryć, bo przecież do obiadu wrócimy.

Szlak okazał się przyzwoicie stromy, trochę się obawiałam o moje sandały, ale to siostrzenicy się zepsuły. Zostały naprawione przy pomocy sznurka, i ruszyliśmy dalej. Następnie zepsuł się w identyczny sposób sandał mojego syna. Sznurek jeszcze był. Po licznych przerwach na naprawy, odpoczynki, podziwianie widoków, oglądanie rozmaitych żyjątek, dyskutowanie z nieletnimi o sensie spaceru, dotarliśmy w końcu do schroniska, gdzie bardzo długo czekaliśmy na pierogi. Bardzo, bardzo długo. Po zjedzeniu pierogów okazało się nagle, że zbliża się wieczór, a z nim burza. Chmury nadciągały nad nasze głowy. Zaczęliśmy schodzić żwawo, ale nieuniknione nadeszło. Przypomniałam sobie, jaka mokra kiedyś schodziłam z Małołączniaka, a wtedy miałam i kurtkę i solidne buty. I mokre dżinsy, co jest jednym z najmniej fajnych możliwych ubiorów. Ucieszyłam się, że tym razem mam lekkie spodnie, a nie dżinsy, i szliśmy w deszczu dalej, bo innego wyjścia nie było. Pioruny uprzejmie oszczędziły naszą okolicę, a deszcz chwilę popadał i przestał, nawet nie było zimno. Lunęło jeszcze raz, kiedy już wróciliśmy do pensjonatu.

Kiedy następnego ranka wyszłam na spacer z psem, przy wejściu na szlak zatrzymał się. Merdał do mnie ogonem i patrzył mi w oczy, całym sobą informując, że on tam nie wraca, bo tam leje i grzmi, i chyba zgłupiałam, żeby w ogóle myśleć o pójściu w tamtą stronę.


2017-08-18 10:42:08 Komentuj (0)

---


Jak nie dotarliśmy do wakacyjnego celu
Na Słowacji, trzydzieści kilometrów za polską granicą, gdzieś za Bardejovem, przy podjeździe pod niewielką górkę samochód nagle zaczął zwalniać obroty. Zredukowanie biegu nie pomogło, zgasł i nie dawał się odpalić. Kierowca przytomnie zdążył zjechać na wąskie w tym miejscu pobocze, dalej był głęboki rów i pole kukurydzy. Zajrzenie do silnika nie przyniosło żadnej wiedzy.
- A paliwo to aby jest? - spytałam podstępnie.
- Tak, wskaźnik pokazuje jeszcze 200 km - usłyszałam. Nie przekonało mnie to do końca, jeździłam bowiem swego czasu fiestą z zepsutym wskaźnikiem paliwa, ale z szybkich przeliczeń wyszło nam, że stan wskaźnika zgadza się z tym, co wynikało z przebytej drogi.
- Moja fiesta musiała odpocząć z kwadrans, zanim odpaliła ponownie - oznajmiłam, bo w pewnym wieku człowiek chętnie dzieli się wspomnieniami. Poczekaliśmy kwadrans, samochód nie odpalał nadal. Postawiliśmy trójkąt i zaczęliśmy szukać pomocy drogowej jeżdżącej za granicę. Nie było to oczywiste, ponieważ samochód z bagażami ważył ponad dwie tony, ale znalazł się warsztat z Krynicy Zdroju. Obiecali, że wyślą lawetę z osobówką, którą wrócimy. Pozostało nam czekać spacerując po polu kukurydzy, na szczęście była wysoka i dawała przyjemny cień, a w jej labiryncie można było się zgubić i poszukiwać wzajemnie (okazuje się, że bywa to nawet zorganizowaną rozrywką).

Pod wieczór laweta w końcu się zjawiła, zestawiła obiecaną osobówkę (fajne BMW) i zabrała nasze auto z bagażami. Już dobrze po zmroku auto wylądowało w warsztacie, a my w pensjonacie na drugim końcu miasta, gdzie udało nam się cudem zarezerwować jeden z chyba trzech dostępnych noclegów. Zjawiliśmy się tam umęczeni, brudni, i z bagażami kompletnie nieadekwatnymi do sytuacji. Te właściwe zostały na dachu samochodu na lawecie. Była jednak ciepła woda w prysznicu. Następnego dnia panowie w warsztacie zabrali się dziarsko do roboty, a nie było im łatwo, bo auto nie jest typowe. Po południu sytuacja nadal nie wyglądała optymistycznie. Mechanik przebąkiwał o konieczności wymiany pompy paliwowej, co, pomijając koszty, oznaczało jeszcze parę dni czekania na jej dostawę. Na szczęście pensjonat miał jeszcze wolny pokój, a my możliwość odzyskania bagaży i czystych ubrań.

Pod wieczór zajrzeliśmy do warsztatu po raz dwudziesty piąty. Znękany mechanik pomachał w naszym kierunku maleńkim kabelkiem ze stykiem na końcu.
- Nie wiem, czy to na pewno ten problem, ale to się obluzowało i ześlizgnęło, być może dlatego pompa nie działała - oświadczył i dodał, że zaraz złożą wszystko z powrotem, i sprawdzą, czy to wystarczy. Złożyli. Samochód wyjechał z warsztatu o własnych siłach. Problematyczny kabelek został przylutowany, żeby już nie sprawiał nam niespodzianek.


2017-08-17 13:19:04 Komentuj (2)

---




Następne
Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Angol w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem