DS magazine
Bertrand Russell
"Byłem tu. Tony Halik"
Mirosław Wlekły poświęcił parę lat na dochodzenie reporterskie, które miało ujawnić prawdę o życiu Tony'ego Halika. Książka jest podzielona na części odwrotne chronologicznie. Najpierw widzimy końcówkę, lata 74-98, czyli od poznania Elżbiety Dzikowskiej do śmierci. To czas, kiedy bohater już był tym znanym z telewizji Tonym Halikiem, włóczącym się po świecie. Jest tu cały rozdział poświęcony listom od telewidzów: niektóre zabawne, niektóre żenujące. Są też listy samego Tony'ego do Elżbiety. To jest okres udokumentowany najlepiej, i chyba to dlatego autor wybrał taki układ. W kolejnej części bowiem próbuje odtworzyć powojenne losy Halika, wtedy jeszcze Mieczysława Sędzimira, i tu zagadek jest więcej. Pewne jest to, że swoją żonę Pierette poznał we francuskim rejonie Charentes (autor pije tam miejscowy trunek - pineau, którym się bardzo długo zachwycałam po pobytach we Francji, teraz uważam, że jest zbyt słodki) i że do Argentyny dopłynęli 16 maja 1948. Tam w dokumentach pojawiło się imię Antonio, i tam zaczęli się wypuszczać w coraz dalsze podróże. Trzecia część to opowieść o dzieciństwie Halika, a czwarta mówi o okresie 1942-45 i ujawnia, że Halik wstąpił do Wehrmachtu, z którego potem we Francji zdezerterował i przyłączył się do francuskiego ruchu oporu. Łatwo to oczywiście oceniać z dzisiajszej perspektywy, natomiast wtedy nie było to takie proste. Halik miał zakład fotograficzny i niemieckie obywatelstwo (pod imieniem Max), robił zdjęcia do ausweisów. Wcielenie do armii niemieckiej nastąpiło niejako naturalnie.

Halik z całą pewnością przez całe życie konfabulował, a co najmniej koloryzował. Właściwie nie da się bez tego stworzyć ciekawej, przykuwającej uwagę opowieści. W najbarwniejszej przygodzie trzeba zastosować pewne skróty czy uproszczenia, żeby relacja była wciagająca. Pytanie tylko, jak daleko można się posunąć, trudno znaleźć jasną definicję. Z całą pewnością Halik był również niezwykle odważnym uroczym szaleńcem. Nie bezpieczeństwa szukał przez całe życie. Jeśli nie wszystko naprawdę wyglądało dokładnie tak jak w jego opowieściach, to tylko przez przypadek. Nie unikał trudności, wprost przeciwnie, do ostatnich lat życia sam je sobie radośnie wynajdywał.

Ciekawostka: matka synowej Halika w marcu 1965 miała 35 lat, zostawiła męża z czworgiem małych dzieci (w tym przyszłą synową Halika), by odpowiedzieć na apel Martina Luthera Kinga  i przyłączyć się do marszu w Montgomery o prawa czarnoskórych, o czym napisała potem książkę. O tym marszu rozmawiają również bohaterki dziejących się w tym właśnie czasie "Służących", których słuchałam równolegle.


2018-09-28 09:19:17 Komentuj (0)

---


"Służące" Kathryn Stockett
Jesteśmy w 1962 w Jackson w stanie Missisipi. Mówi Aibileen, pięćdziesięcioparoletnia czarna, służąca u państwa Leefolt, opiekunka ich dwuletniej córeczki. Ocenia swoich państwa surowo, ale dziecko kocha, jest kobietą prostą, dobroduszną, ale i twardą, bez złudzeń oceniającą los swój i swoich pobratymców. Potem włącza się Minny Jackson, młodsza czarna, która właśnie zaczyna służbę u pani Celii Foote, odrzuconej przez miejscowe towarzystwo, bo pochodzącej z białej hołoty, choć udało jej się dobrze wyjść za mąż. Wszystko tu wygląda inaczej, niż Minny znała dotychczas, a jest osobą o niewyparzonym języku, ktora już 19 razy z tego powodu traciła pracę. I w końcu mamy narrację pokazanej poprzednio z punktu widzenia Aibileen panienki Skeeter, która po studiach wróciła do domu i zdaniem matki powinna szybko znaleźć męża. Wcale jej jednak do tego niespieszno - ona chce pisać. I znajduje temat: życie czarnych służących. Nie może z nimi jednak rozmawiać ot tak, to byłby skandal, a czarne też wcale nie chcą się zwierzać dziwnej białej pani. Nie pomaga fakt, że panienka Hilly, przyjaciółka Elizabeth i Skeeter, rozkręca kampanię na rzecz budowania dla czarnej służby osobnych toalet. Jak dowodzi z powagą i "naukowo", choroby kolorowych przenoszą się przez mocz, a biali nie są na nie odporni. Właściwie trudno się dziwić, że ulegano tej argumentacji, dziwi jedynie to, że tym potencjalnie tak groźnym czarnym bez namysłu ani specjalnych obaw masowo powierzano dzieci i kuchnie. W tle organizowany właśnie przez Martina Luthera Kinga marsz w obronie praw czarnoskórych.

A to dopiero początek tej szalenie wciągającej powieści, którą przyswajałam w formie bodaj najlepszego znanego mi audiobooka: świetnie czytanego przez trzy doskonale dobrane do ról aktorki. Stockett pewne rzeczy przerysowuje (drażniące jest na przykład ciągłe podkreślanie, jak złą matką jest Elizabeth; zbyt grubymi nićmi jest też szyta postać Celii), ale ciągle miałam w głowie, że to co pisze, to jest w zasadzie sama prawda, i jednocześnie nie mogłam w to uwierzyć. Był rok 1963, potem 1964, za chwilę ludzie mieli lądować na Księżycu, a równolegle istniała segregacja rasowa, bo przecież "jesteśmy równi, ale różni", jak z idiotyczną naiwnością głosiły białe panie, przekonane, że przecież czarna służba musi być zachwycona faktem posiadania własnej łazienki. I że czarni sami nie chcą iść do szkoły z białymi uczniami, bo jest im za trudno. A to i tak pół biedy; za tym przecież szły uchodzące na sucho rozmaite represje wobec czarnych.

Fantastycznie odmalowane i zróżnicowane są tu postaci (nawet jeśli Hilly jest może odrobinę zbyt demoniczna, a kolorowe z kolei jednak nieco wyidealizowane). Doskonale uchwycony skomplikowany stosunek czarnych do białych: zdominowany przez strach, bo są od nich beznadziejnie zależne. Jest w nim pogarda, ale jest i szczere przywiązanie, przynajmniej do dzieci, które wychowują całymi latami i które je kochają jak prawdziwe matki. Widać, jak kolorowe w odruchu obronnym tworzą sobie własny świat, do którego białe nie mają wstępu. Umiejętnie stworzone zostały tajemnice w tej książce, wcale nie oczywiste. Całość jest zachwycająco barwna, przygnębiająca, boleśnie prawdziwa, naprawdę wciągająca i warta przeczytania, a na pewno wysłuchania. Została również sfilmowana ze świetnie dobranymi aktorkami, ale film jest mocno wygładzony wobec powieści.

Książka pisana przez Skeeter ma tytuł "Help", co zostało przełożone jako "Pomoc", podczas gdy w oryginale powieść nazywa się "The Help". Zastanawiam się, czemu ta analogia nie zostało zachowana w przekładzie. Poza tym jedna z lektorek informuje nas o święcie nazywającym się "Czanuka", na co bardzo prychnęłam; ale innych uchybień nie zauważyłam. Ta debiutancka powieść z roku 2009 została odrzucona przez sześćdziesięciu agentów; ciekawe, po ilu ja bym się poddała. I ciekawe, ilu z nich zmieniło pracę po tym, jak przez dwa lata utrzymywała się na szczycie listy bestsellerów i sprzedała się w milionach egzemplarzy.

2018-09-26 10:41:37 Komentuj (6)

---


Trudności ze wstawaniem. Okna.
W 1987 w drugim obiegu ukazała się powieść Krall "Okna", a rok później zbiór reportaży "Trudności ze wstawaniem". Oficjalnie te dwie rzeczy wydała w jednym tomie Alfa w roku 1990, i czyta się to nadal znakomicie. Krall jest reporterką niezwykle uważną, i raczej stawiającą pytania niż dającą odpowiedzi. Nie ma u niej współczucia, jest pragnienie zapisania, dania świadectwa. Ta ocalona z Zagłady, świadomie lub nie, stosuje się do rabinicznego nakazu pamiętania. Jest tu między innymi reportaż o Annie Walentynowicz, która w 1965 zachorowała na raka. Lekarze obiecali jej 5 lat życia. Przyszedł 1970 i Grudzień, Walentynowicz była przekonana, że powinna coś zrobić, że w jakimś celu to życie zostało jej darowane. Zastanawiam się, czy Krall czuła z nią pokrewieństwo duchowe.

"Okna" nie są klasyczną powieścią. Autorka na początku zwraca się wprost do czytelnika informując o tworzeniu swojej bohaterki. Potem wymienia pozostałe postaci: są wśród nich ludzie żyjący naprawdę, a pozostali też mają rysy znajomych Krall. Urodzona w 37 Celina jest córką osoby, która przechowała za szafą żydowską kobietę z córką Paulą (jak przechowana została sama autorka). Celina w którymś momencie rozważa możliwy życiorys Pauli, gdyby wojen nie było. Zapewne to rozmyślania samej Krall. Matka trafiła do domu wariatów i tam zginęła - zapewne podobnie jak matka Tuwimów. Paula przeżyła, zaprzyjaźniona z Celiną zostawiła jej w spadku swojego byłego męża i swojego ojca, i wyjechała. Jej nieobecność jest centralną osią tej książki.

Drugą jest proces milicjantów, zabójców Grzegorza Przemyka. Celina zna jego matkę, Barbarę Sadowską. Pojawia się tu również doktor Edelman oraz przelotnie Jacek Kuroń, z którym jest związany jeden z najbardziej uderzających współcześnie fragmentów powieści: w czasie teraźniejszym, 1984, Celina zwraca sie do przyszłego czytelnika, mówiąc że w jego czasie, za 20-30 lat, Jacek Kuroń niewątpliwie trafi do podręczników historii. Gorzko się śmiałam myśląc, że 34 lata później już zdaje się znowu został z nich wykreślony, i że Krall nie mogła tego przewidzieć w żaden sposób. Chciałabym przeczytać współczesne wydanie tej książki, z jej komentarzem.

Nie wiem, czy pamięć może w czymkolwiek pomóc, ale to nas nie zwalnia z obowiązku zapisania - i wracania do tych lektur.

2018-09-24 09:12:51 Komentuj (2)

---


Boli tylko, gdy się śmieję
Wydawnictwo Literackie wydało listy Stanisława Lema i Ewy Lipskiej, pisane na przestrzeni 1983-2001. Jest to znowu wspaniała lektura, Lem był bowiem zapalonym epistolografem, a Lipska mu dzielnie sekunduje. Na początku twórcy są ze sobą na pan / pani, i zachowują pewien dystans. Potem przyjaźń się zacieśnia. Lem opowiada sporo o swoich problemach ze zdrowiem, ale są tu też cudowne, pełne specyficznego humoru, kawałki o "Imieniu róży" (był zachwycony, co więcej - informuje, że poleciwszy tę lekturę Mrożkowi dostał od niego entuzjastyczny list, jakiego nigdy przedtem nie otrzymał), o Heideggerze (jest przeciw), czy o pisaniu "Fiaska". Przy tej okazji napomyka, że nie wie, jak się jego teksty skończą, ponieważ gdyby wiedział, to byłoby mu nudno. Jednak przy "Fiasku" wydawało mu się, że zna zakończenie, a powieść postanowiła skończyć się inaczej. Teraz zachodzę w głowę, jak ona mogła się inaczej skończyć. Lem, który zazwyczaj krytykował wszystko, daje tu niespodziewanie przepiękną pochwałę wierszy Lipskiej, poruszającą w swojej szczerości i w cudownym ujęciu natury poezji jako takiej. Lipska natomiast wspomina często o Szymborskiej i Filipowiczu, z którymi się znają oboje, oraz o trudnościach stanu wojennego.

Listów jest mało (za mało). Druga część tomu zawiera listy Lipskiej i Tomasza Lema, pisane na początku lat 1990, kiedy dwudziestoletni syn Lema wyjechał na studia do Princeton. Opisuje studencką codzienność, ilustrując zabawnymi rysuneczkami. Na koniec natomiast mamy trzy rozmowy Lipskiej i Lema, z lat 2003 i 2004. Jak to Lem: jest o motoryzacji, marcepanach, czosnku i wieczności, a między wierszami o kondycji ludzkiej, o której nie miał dobrego zdania nigdy, a po osiemdziesiątce jeszcze mniej.



2018-09-22 09:11:38 Komentuj (0)

---


Wybrana
Miałam tę książkę na liście w ramach czytania powieści nagrodzonych Hugo i Nebulą (Nebula i Locus 2016, nominacja do Hugo, przegrana z "Piątą porą roku"), ale omijałam ją wzrokiem długi czas. Nie lubię fantasy, a to jest bardzo klasyczna baśniowa fantasy. Zwyciężyła w końcu ciekawość, jak Naomi Novik, autorka urodzona z matki Polki wykorzystała polski folklor.

Narratorka Agnieszka urodziła się w małej wiosce w królestwie Polnia, w bliskim sąsiedztwie strasznego i niebezpiecznego Boru. Za Borem jest natomiast wrogie królestwo Rusja, z którym Polnia nieustannie toczy wojny. Mieszkańcy wiosek w dolinie są jednak bezpieczni, chroni ich bowiem Smok, który w zamian za to co dziesięć lat zabiera stamtąd młodą dziewczynę. Oddaje ją, ale odmienioną, i te kobiety zawsze odchodzą z wiosek. Agnieszka czuje się jednak bezpieczna, Smok zabierze na pewno jej przyjaciółkę Kasię, która jest śliczna, mądra, wesoła, zorganizowana i umie gotować. Tymczasem Agnieszka ma wyjątkowe uzdolnienia wyłącznie w jednej dziedzinie: niezgrabności. Jest bez przerwy brudna, podrapana i poparzona. Przynajmniej Smok (który nie jest naprawdę smokiem, tylko czarodziejem o tym imieniu) jej nie zabierze... chyba że jednak wybierze.

Książka jest bardzo sprawnie napisana i błyskawicznie wciąga wbrew wszelkiemu nielubieniu fantasy oraz young adult. Obok polskich nazw miejscowości i bohaterów pojawia się tu Baba Jaga w ładnym ujęciu. Agnieszka jest sympatyczna. Reszta to oczywiście kalki. Heroina jest podejrzanie podobna do Harry'ego Pottera ze swoją szczątkową znajomością magii i zapałem powodującym katastrofy. Smok wiadomo - skrywa dobre, lecz zranione serce w wysokiej wieży i za fasadą grubiaństwa. Od czasów Heathcliffa, a bliżej czasowo i gatunkowo Snape'a, nie jest to odkrywcza konstrukcja postaci - to mi chyba przeszkadzało najbardziej. Podobały mi się natomiast różnice w rodzajach magii, coś w rodzaju Pratchettowego rozdziału na czarodziejów i wiedźmy, ale bez rozróżnienia według płci. Bór jest solidnie przerażający, zastanawiam się czy to słowiańskie baśnie tak wpłynęły na wyobraźnię autorki. Za to pomysł, że siedemnastoletnie wiejskie dziewczyny nie będą miały pojęcia o seksie, przyprawiał mnie o spazmy śmiechu jeszcze przez tydzień. Ale wiadomo, to na amerykański rynek.


2018-09-20 11:18:27 Komentuj (0)

---


Opowiadania bizarne
Bizarre oznacza dziwny, zaskakujący w swojej inności. To świetny tytuł dla tego zbioru opowiadań, w którym fantastyka (czysto sf "Transfugium") łączy się z kafkowskim metafizycznym niepokojem ("Przetwory" czy "Szwy") albo z klasyczną opowieścią niesamowitą (prześliczne stylistycznie "Zielone dzieci"). Światy Tokarczuk zawsze mają bardzo spójną logikę wewnętrzną, ich zwodniczy precyzyjny realizm jest umiejętnie skontrapunktowany zbijającym z tropu elementem dziwności. Może najbardziej emblematyczna w tym zbiorze jest najprostsza, minimalistyczna "Prawdziwa historia", w której najzwyklejszy bohater poprzez zbieg okoliczności zostaje nagle wyrzucony na margines swojego świata. A raczej świata, który całe życie uważał za swój, i którego reguły znał, zdawałoby się, na wylot. To jest powracające pytanie Tokarczuk: czy rzeczywiście znamy zasady. Zmierzyliśmy świat, opisaliśmy rządzące nim prawa, czy to wystarczy? Czy aby na pewno mamy gwarancję, że jutro będą obowiązywać identyczne? Lektura tych opowiadań wytrąca z utartych ścieżek myślenia, przypomina, że życie będzie potrafiło nas zaskoczyć.

Czystym sf (ku mojej radości) są również "Wizyta" i "Góra Wszystkich Świętych". To pierwsze ma ładny pomysł, fajne wykonanie językowe i bardzo oczywistą puentę. W tym drugim szybko domyśliłam się rozwiązania fabularnego. Natomiast w każdym przypadku podziw budzi dopracowanie świata przedstawionego.

Na osobny akapit zasługuje natomiast ostatnie opowiadanie zbioru "Kalendarz ludzkich świąt". Również sf, a nawet bardziej: to jest opowiadanie Huberatha. Obracałam to natrętne skojarzenie w głowie, nie mogąc pogodzić tych dwóch nazwisk, a przecież jest to doskonale logiczne. Oboje mają niezrównaną wyobraźnię, ogromny humanizm, i kochają przekraczanie granic surrealnej dziwności. A jednak wyjątkowo niepokojące uczucie budziło we mnie czytanie tego bardzo dobrego opowiadania Huberatha napisanego przez Tokarczuk. Bardzo pragnęłabym wiedzieć, czy to było celowe i świadome, czy też niechcący doszli do tego samego miejsca innymi drogami.


2018-09-17 09:12:52 Komentuj (0)

---


Jak zawsze
Zaplanowałam nieczytanie najnowszego Miłoszewskiego, bo "Gniew" i "Bezcenny" jakoś mnie jednak rozczarowały, a opinie o "Jak zawsze" też widziałam słabe. Potem pani w zamierzchłych czasach bloga zwana Khem napisała, że bardzo fajne, do czego się dołączyło parę innych szanowanych przeze mnie czytelniczek, i musiałam natychmiast zabrać się za lekturę. 

Zaczyna się obrazowym opisem porannego wstawania z łóżka pana lat 83, który jeszcze trzyma się nieźle, ale starość nie radość. Tymczasem jego żona lat 78 idzie kupić seksowną bieliznę, bo właśnie mają pięćdziesiątą rocznicę pierwszego pożycia (jak to ujmował niezapomniany Kałużyński). Było to w styczniu 1963. Dzięki bieliźnie i współczesnemu wspomaganiu chemicznemu wszystko się udaje, a nazajutrz... budzą się jako młodzi ludzie, w styczniu 1963, ale alternatywnym. Na brzegu Wisły stoi paskudztwo pomalowane w kolory flagi francuskiej, ludzie wtrącają w wypowiedzi słowa francuskie, a prezydentem jest Eugeniusz Kwiatkowski. W tej Warszawie nie zabudowano placu Konstytucji, zostawiono tam Rezerwat: ruiny budynków takie, jak były po wojnie. Przejmujący opis.

Jak łatwo się domyślić, byłam zachwycona pomysłem, który sam w sobie do oryginalnych nie należy, ale jest to zrobione bardzo solidnie, poczynając od całego dobrze zbudowanego sztafażu i przemyślanych zmian w historii polskiej, po bohaterów i ich relację. Rzecz jest opowiadana na przemian z punktu widzenia Ludwika, trzecioosobowo, i Grażyny - w pierwszej osobie, do czego Miłoszewski najwyraźniej pilnie czytał Chmielewską, w licznych momentach rozpoznałam jej stylistykę, ale to nie jest zarzut. Nieprzemijający sentyment do miasta Warszawa wpłynął na moje urzeczenie lekturą, choć i bez tego czyta się po prostu dobrze. Element komiczny płynie z zestawienia postaci książkowych ze znanymi z rzeczywistości, na przykład Gierek występuje w nieco innej roli niż ta znajoma. Poza tym jednak jest tu masa naprawdę ciekawych rozważań polityczno-historycznych, widać rzetelnie przemyślane podłoże. Oraz zakończenie wcale nie jest oczywiste, co ujęło mnie dodatkowo.

Książka zawiera lokowanie języka francuskiego i próby wymyślenia jak codzienny z nim kontakt wpłynąłby na polszczyznę, są tu na przykład twory takie jak "iperszłetnie" czy "sawa" - szkoda, że Miłoszewski nie odnotował rzeczywiście używanej przez Polaków we Francji uroczej formy "sawaszka". Pojawia się tu poza tym Lem dający autografy na targach książki, a jeden z bohaterów zachwyca się "Powrotem z gwiazd" (wydanym dwa lata wcześniej), co daje Grażynie możliwość porównania przewidywań ze stanem faktycznym z 2013, chociaż nie zauważa niestety czytnika ebooków. Na występy uświetniające uroczystość przyjeżdżają z Francji młode gwiazdy, Johnny Hallyday i Sylvie Vartan.

Wielokrotnie czytając rzeczy anglojęzyczne oparte na takim pomyśle chciałam zobaczyć coś podobnego na gruncie polskim. To już jest. Miłoszewski stanął na wysokości zadania.


2018-09-15 09:18:54 Komentuj (4)

---


The Wild Dead
Inwestygatorka Enid rok po wydarzeniach z "Bannerless" udaje się ze swoim partnerem w odległą okolicę The Coast Road, żeby tam rozstrzygnąć spór o stary dom. Właściciel chce go zachować jako pamiątkę dawnych czasów, reszta lokalnej społeczności nie widzi sensu. Nie ma tam jednak komitetu, stąd wezwanie inwestygatorów. Enid myśli, że uda jej się szybko wrócić do domu, do którego bardzo tęskni, sprawy się jednak szybko komplikują, kiedy mieszkańcy znajdują zwłoki młodej dziewczyny. Miejscowi regularnie handlują z ludźmi żyjącymi w dzikim obozie niedaleko, co będzie miało istotne znaczenie dla akcji.

Tym razem to kryminał pełną gębą: jest trup, jest dochodzenie. Niestety już na samym początku nieprzyjemnie zdumialo mnie, że Enid nie sprawdza od razu absolutnie podstawowej i oczywistej rzeczy, i odkrywa ją dopiero przypadkiem. To ma być inteligentna, długo szkolona osoba, już z pewnym doświadczeniem? Następnie błyskawicznie domyśliłam się tożsamości Elli (i idącej za tym osoby mordercy). To był ten przypadek, kiedy przez pół książki czytelniczka (ja) się męczy mówiąc w kółko do bohaterki "przecież to jest tak i tak, kiedy w końcu na to wpadniesz albo przynajmniej zadasz właściwe pytanie, którego unikasz tylko po to, żeby była akcja!"

Pomijając te drobiazgi dokuczliwe jak drzazgi, życie na Coast Road skontrastowane z życiem dzikim jest nadal odmalowane fajnie i konsekwentnie - tylko wszystko to już widzieliśmy w poprzedniej części. Nie wspominając o opowiadaniach, w których ten świat sprawdza się lepiej. Nadal nie rozumiem pomysłu, żeby kobietom zezwalać na maksymalnie jedno dziecko - w ciągu tych 80 lat od upadku, czyli trzech pokoleń, populacja, już i tak mocno przerzedzona, zmniejszyłaby się przecież ośmiokrotnie! Jak społeczność The Coast Road miałaby w takich warunkach prosperować, i niby skąd konieczność budowania nowych domów (jak zrobiła Enid) - wydaje się, że starych powinno być aż nadto?

Sprawne, realistyczne, ze żwawą akcją, jak to Vaughn, ale po kolejną część niekoniecznie sięgnę. Chyba, że będzie obiecywać wyjaśnienie moich wątpliwości.


2018-09-13 15:10:19 Komentuj (0)

---


Miasto i miasto
Zaczyna się jak przyzwoity kryminał. Policjant z Brygady Najpoważniejszych Zbrodni znajduje trupa młodej kobiety, NN, być może profesjonalistki, próbuje ją zidentyfikować, szuka punktu zaczepienia. Jesteśmy gdzieś w Europie Wschodniej, jakieś Bałkany, niedaleko Rumunii i Bułgarii. Wytrzeszczyłam oczy "Miéville napisał kryminał? To nie jest fantastyka? Ale jak to?" Otóż jest. Miasto Besźel, gdzie toczy się akcja, jest silnie topograficznie powiązane z miastem należącym do wrogiego państwa. To brzmi jak Berlin przed zburzeniem muru, tylko znacznie bardziej: oba zajmują tę samą przestrzeń. Dzielą się ulicami, a nawet budynkami, fizycznej bariery nie ma, psychiczna jest nieprzenikniona: ludzi i samochody z drugiego miast należy staranie przeoczać, inaczej zajmie się nami Przekroczeniówka, a tego byśmy nie chcieli. Cudowny pomysł, znakomite wykonanie. Tym niemniej marudziłam dość długo, że to nie zdaje testu brzytwy Lema, mogłoby się dziać właśnie w tamtych Berlinach choćby. Miéville jest jednak za starym wyjadaczem i za dobrym pisarzem. To zdecydowanie jest fantastyka, jest to również świetny kryminał, i obłędnie dobra książka (Hugo 2010, ex aequo z "Nakręcaną dziewczyną" Bacigalupiego). A motto ma ze "Sklepów cynamonowych".

Jest również krótki serial na podstawie tej książki, co najpierw przyprawiło mnie o zachłyśnięcie powietrzem, ponieważ nie wyobrażałam sobie, jak można na ekranie zrealizować ten świat: otóż można. I to całkiem wiernie, oraz bardzo pięknie. Inspektor Tyador Borlú dostał w tej wersji zaginioną żonę, co mu przydaje mrocznej tajemniczości. Byłam absolutnie pewna, jak tę kwestię rozwiążą na koniec, i bardzo się zdziwiłam.

2018-09-11 10:03:59 Komentuj (2)

---


Amerykaana
Ifemelu, Nigeryjka z ludu Igbo, od trzynastu lat w Ameryce, prowadząca popularny blog o problemach rasowych w Stanach, postanawia wrócić do Nigerii, gdzie dostała pracę. Mieszka tam również jej były chłopak, Obinze, z którym od wielu lat nie miała kontaktu. W drugim rozdziale oglądamy właśnie Obinze, któremu powodzi się świetnie: ma śliczną żonę, udane dziecko, liczne nieruchomości i dużo pieniędzy. A potem jest część druga, w której cofamy się w czasie do młodości Ifemelu, czasów poznania z Obinze, a potem jej początków w Ameryce. Zaprosiła ją tam ciocia Uju, która wyjechała po tym, jak utrzymujący ją Generał zginął w katastrofie samolotowej. Ameryka okazuje się dziwnym miejscem, ale Ifemelu dzwoni często do Obinze i usiłuje jakoś przetrwać. W tle nadciągają wybory prezydenckie roku 2008.

W trzeciej części widzimy młodego Obinze, który po odrzuceniu wniosku o wizę amerykańską wyjeżdża do Anglii i usiłuje tam znaleźć legalną pracę. Inteligentny wykształcony chłopak pracuje na czarno przy myciu toalet i próbuje załatwić sobie fałszywe małżeństwo. Niby znamy to i my z naszego kraju, bohater zresztą w którymś momencie pracuje z Polką sprzątającą biura w tym samym budynku (czyli stojącą szczebel wyżej na drabinie społecznej), ale różnica jest ogromna. Zdałam sobie z niej sprawę kiedyś rozmawiając z którymś arabskim kolegą o załatwianiu papierów na prefekturze: ja psioczyłam na kolejki nie mając świadomości, że ja tam stałam co prawda długo, ale z pewnością załatwienia uciążliwości biurokratycznej, on natomiast tej pewności bynajmniej nie miał, nawet będąc specjalistą w swoim zawodzie, o co Obinze jest uboższy. Zresztą dalej w powieści są uwagi na ten temat: "Rdzenni czarni na całym świecie są zawsze gorzej traktowani od nierdzennych białych. Moja przyjaciółka, która urodziła się i wychowywała we Francji, a której rodzice są z Togo, kiedy jedzie na zakupy do Paryża, udaje, że jest z Anglii, bo sprzedawczynie są milsze dla czarnych, którzy nie mówią po francusku". (Mogłabym oczywiście dorzucić, że paryska obsługa jest ogólnie milsza dla ludzi, którzy nie mówią po francusku, czyli są zapewne turystami).

Niesłychanie wciągająca, bardzo sprawna i szczera narracja jest ogromną zaletą tej powieści. Drugą oczywiście pełnowymiarowe postaci (główna bohaterka ma życiorys pokrywający się w wielu miejscach z życiem autorki), i cały sztafaż, który brzmi egzotycznie - i jednocześnie znajomo. Jestem imigrantką, nie różniącą się kolorem skóry, i może nie aż tak bardzo kulturą, a jednak świetnie wiem co to znaczy, że szufladkują mnie, kiedy tylko powiem bonjour. Z zachowaniem wszelkich proporcji: Francuzi wiedzą, gdzie jest Polska, połowa z nich ma polską żonę, babkę czy pradziadka, nie dopytują się, co znaczy moje egzotyczne piękne imię pochodzące z cudownej bogatej kultury, co spotyka bohaterkę. Jak cierpko i słusznie zauważa Ifemelu, o kulturze norweskiej interlokutorka nie wyraziłaby się w ten sposób. Nie ma również przepaści ekonomicznej. Spotykani przez bohaterkę zamożni Amerykanie z fascynacją opowiadają o swoich działaniach dobroczynnych w Afryce, przekonani o wdzięczności Nigeryjki, tymczasem ona "zapragnęła nagle i rozpaczliwie pochodzić z kraju ludzi, którzy dają, a nie dostają, należeć do tych, którzy mają, i dlatego mogą pławić się w łasce dawania, być między tymi, którzy mogą sobie pozwolić na bezgraniczne współczucie i empatię".

Adichie w prosty, realistyczny sposób pokazuje przepaść kulturową, imigranckie rozdarcie między dwoma krajami, oraz skomplikowane kwestie podejścia do rasy. W którymś momencie czarna kobieta mówi, że spotkała na lotnisku Francuza, i że we Francji mężczyźni widzą w kobiecie kobietę, w Stanach natomiast czarną. To też nie do końca jest prawda. Związki mieszane znam ze dwa między czarną kobietą i białym mężczyzną oraz dwa między Francuzem i Marokanką, zresztą wbrew gwałtownym protestom rodzin tych kobiet. Ten Francuz z powieści zapewne czuł, że w podróży może sobie pozwolić na więcej. 

Końcowa część powieści opowiada o powrocie Ifemelu do Nigerii, na co czekałam niecierpliwie. Rodzinny kraj bohaterki ma wiele wad, zwłaszcza w porównaniu z Ameryką, a jednak: "Tutaj rasa się nie sprawdza. Mam wrażenie, że wysiadłam z samolotu w Lagos i przestałam być czarna", stwierdza rzeczowo Ifemelu, i to jest chyba najlepsze podsumowanie tej znakomitej, wnikliwej, precyzyjnej, odważnej i szczerej książki.


2018-09-07 08:35:40 Komentuj (3)

---


"Bannerless" Carrie Vaughn
Nastawiałam się na tę powieść po osadzonych w tym świecie opowiadaniach (jak opowiadanie pod tym samym tytułem u Dozois oraz nominowane do Hugo Amaryllis), które bardzo mnie ujęły. Dystopijne post-apo: kilkadziesiąt lat po upadku cywilizacji przetrzebiona ludzkość żyje w gospodarstwach rolnych bez prądu ani bieżącej wody, wymieniając się skromnymi towarami. Z przeszłości zachowali jedynie implanty antykoncepcyjne, wszczepiane wszystkim bez wyjątku dziewczynkom, gdy tylko zaczynają menstruować. Nadrzędnym bowiem przykazaniem jest tu umiar w rozmnażaniu. Na banner oznaczający pozwolenie na dziecko należy sobie zapracować: udowodnić, że gospodarstwo wyżywi kolejną osobę. "Wouldn't want anyone to get more that they'd earned, because that was what doomed the old world". Bannery przyznają rządzące lokalnie komitety (jak wspominałam przy okazji któregoś opowiadania, czytelnikowi z Europy Wschodniej natychmiast ciarki chodzą po plecach, ale autorka tych skojarzeń nie ma). Poza nimi są tu również niezależni inwestygatorzy w specjalnych brązowych strojach, i bohaterka powieści Enid jest właśnie kimś takim. Zajmuje się głównie nieplanowanymi (bannerless) ciążami, ale tym razem należy rozwikłać sprawę podejrzanej śmierci. Morderstwa się tu zdarzają bardzo rzadko, ludzi jest i tak mało, a w zasadzie nie ma się niczego, czego mogliby pragnąć inni; a jednak. Emocje nadal rządzą ludzkością.

W połowie książki mamy nieco więcej wyjaśnień, jak wyglądał Upadek. Nie było jednej wielkiej katastrofy: była epidemia, która zdziesiątkowała ludność, i kiedy nadeszły huragany, nie było komu naprawiać i ratować. To bardzo prawdopodobna wizja. Zastanawiam się tylko, co z resztą świata: mamy aby pewność, że Chińczycy albo Europa nie przetrwali lepiej, nie rozmnażają się na potęgę, nie rozwijają technologii i nie spadną nam za chwilę na kark? Nikt się tym jakoś nie martwi. Poza tym nawet przy zwykłym zastępowaniu pokoleń każda kobieta powinna mieć właściwie pewność, że swoje dwa bannery otrzyma. Skąd ta ciągła powszechna obawa, że nawet na jeden nie zasłuży?

Oglądamy tu dwutorowo Enid, w jednym wątku powieściowe "teraz", w którym prowadzi dochodzenie w sprawie śmierci, w drugim jej przeszłość jako nastolatki, a potem wchodzącej w życie dziewczyny. Już w opowiadaniach i w cyklu o Kitty Vaughn interesowała się głównie ludźmi, ich relacjami i odnajdywaniem się w nieidealnym świecie. Tutaj to też jest główny temat i kolejny raz jest to zrobione świetnie. Vaughn ma dar konstruowania niezwykle plastycznych światów. To jest ten przypadek, kiedy odkłada się książkę i ze zdumieniem patrzy na świat z elektrycznością i asfaltem: przez ostatnią godzinę tego przecież nie miał. Jest coś niezwykle pociągającego w tej wizji pokornego, oszczędnego życia w harmonii z naturą. Wchodzę do sklepu, staję oszołomiona nadmiarem wszystkiego i świadomością, że on nie oznacza braku ludzi głodnych na tej planecie. To się z całą pewnością źle skończy. Czy Vaughn zmieni mnie w ekoterrorystkę? 

W powieści pojawia się postać ciotki Kath, już bardzo wiekowej, kiedy Enid jest nastolatką. Jako młoda dziewczyna była bohaterką opowiadania "Where would you be now" opowiadającego o pierwszych latach po Upadku.


2018-09-05 17:21:18 Komentuj (0)

---


Dżentelmen w Moskwie
Hrabia Aleksander Ilicz Rostow w czerwcu 1922 zostaje osądzony przez nowe radzieckie władze i jako arystokrata skazany. Jednak nie na rozstrzelanie, jak można się było tego spodziewać, tylko na areszt domowy... a raczej hotelowy, mieszka bowiem od lat w "Monopolu". Tyle że swój wygodny obszerny apartament wypełniony resztkami mebli i dzieł sztuki zabranych z majątku rodowego musi zamienić na mały pokoik na szóstym piętrze. Przyjmuje ten cios z godnością. Życie toczy się dalej: w hotelu jest wszystko, czego hrabia potrzebuje do życia, mogą go odwiedzać znajomi, a rozrywek dostarcza mu nowa znajoma, dziewięcioletnia Nina, która początkowo chce się dowiedzieć, jak się zachowywać jako księżniczka.

Zachwyciła mnie konstrukcja tej powieści. W każdym rozdziale jest odniesienie do 22 czerwca, rocznicy umieszczenia Rostowa w areszcie domowym. Każdy rozdział ma tytuł zaczynający się na "A". Uwielbiam takie zabawy. Doceniam również to, że hrabia w momencie umieszczenia go w areszcie domowym ma 32 lata, a akcja książki obejmuje kolejne 32 lata.

Ta książka w pewnej warstwie jest jednak naiwna i przesłodzona (kojarzyła mi się wręcz z "Małą księżniczką"). Hrabiemu wszystko się udaje załatwić, niezawodni przyjaciele zawsze są na podorędziu, wino jest doskonałe, dobroć kapie z każdego miejsca Metropolu. To niewątpliwie celowe zderzenie z rzeczywistością, którą Towles jedynie delikatnie sugeruje. Jeśli się wie skądinąd, co było za murami Metropolu, jak wyglądało zesłanie Miszki, dlaczego niektóre osoby nie wróciły mimo obietnicy, łatwo ten chwyt zrozumieć. Mam tylko wątpliwości, jak to będzie wyglądać w oczach czytelnika, który tej świadomości nie ma. Wolałabym wyraźniejszy kontrast, mniej niedomówień i ułagodzeń, coś jak u Foera we "Wszystko jest iluminacją". Powieść Towlesa jest przeurocza, ale pozbawiona mocy.  

Mój problem z "Dżentelmenem" polega na mojej niezgodzie na pisanie w taki śliczny, wyidealizowany i nostalgiczny sposób o Rosji stalinowskiej. Oczywiście trudno cokolwiek narzucać sztuce, bo natychmiast zrównalibyśmy właśnie z tymi nakazującymi pisać o produkcji stali i przodownikach pracy. A jednak mam poczucie niewykorzystanych możliwości, nie mówiąc o lukrze zgrzytającym w zębach, choć dzieło polukrowane zostało z niewątpliwą maestrią.


2018-09-03 09:55:04 Komentuj (0)

---


Cytrynowy stolik

Jakimś cudem przeoczyłam fakt, że Barnes w ogóle pisał opowiadania, i byłam nawet zdumiona tym odkryciem. Powieści, biografie, fakt, eseje, pogranicze gatunków: to tak, ale opowiadania zdawały się do niego nie pasować. Krótka forma sprawiała wrażenie zbyt niepoważnej. Ten zbiór z roku 2004 udowadnia, że zupełnie tak nie jest.

Pierwsze opowiadanie, "Krótka historia fryzjerstwa", to ulubiony przez Barnesa tryptyk. Trzy sceny, wszystkie u fryzjera, ten sam główny bohater: zmienia się tylko jego wiek. W pierwszej części jako trzynastolatek po raz pierwszy poszedł do fryzjera sam, w drugiej jest młodym mężczyzną świeżo po rozstaniu z dziewczyną, w trzeciej jest już pięćdziesięciolatkiem żonatym od 28 lat.

"Historia Matsa Izraelsona": przenosimy się do dziewiętnastowiecznej Szwecji, a tonacja zaczyna przypominać Munro. Prześliczne.

"Rzeczy, o których wiemy": dwie wdowy gdzieś w Stanach jedzą razem śniadanie, jedna jest Amerykanką, druga Angielką. Nie łączy ich nic, ale każda ma tajemną wiedzę o drugiej, co oglądamy z różnych punktów widzenia, rozdzielonych po równo.

"Higiena": pan z listą zakupów od żony jedzie do Londynu do kochanki, którą widuje raz w roku od ponad dwudziestu lat.

"Odrodzenie": to bardziej esej niż opowiadanie. Wiek XIX, podstarzały rosyjski dramaturg (nazwisko zostanie ujawnione pod sam koniec) zakochuje się w młodej aktorce, karmi wyobraźnię listami i fantazmami, a Barnes rozważa różnicę między miłością wtedy a dziś.

"Czujność": od początku tego tomu zastanawiałam się, gdzie się właściwie podziało poczucie humoru Barnesa. Otóż jest w tym opowiadaniu. Narrator opowiada o koncercie, na którym był. Jest neurotykiem, któremu przeszkadzają inni ludzie, jest złośliwy i wredny. Zabawne.

"Kora": Jean–Etienne Delacour, niegdysiejszy sybaryta i hazardzista po śmierci żony pod wpływem pewnej inwestycji staje się ascetą. Znów wiek XIX, który jest odpowiednią dla Barnesa Epoką, jak dobrym pisarzem współczesnym by nie był. Smakowite. I niejasne.

"Znajomość francuskiego": opowiadanie epistolograficzne w formie listów do Barnesa od bardzo starszej pani, która przypadkiem przeczytała jego książkę. Aż trudno uwierzyć, że panna Wistanley nie istniała naprawdę. Urocza rzecz.

"Apetyt": opowiada pani, która opiekuje się swoim nieuleczalnie chorym mężem, i czyta mu książki kulinarne. Doskonale napisane, przerażająco gorzkie.

"Siatka ochronna". W zestawieniu z dotychczasowymi zwięzłymi opowiadaniami tutaj narrator opowiada bardzo rozwlekle, nieco niezgrabnie i szczegółowo o swoich rodzicach. Po paru stronach wychodzi na jaw, co się stało. W precyzyjnym zakończeniu pozorna niezręczność znika, pozostaje zimna teraźniejszość. Przejmujące.

"Cisza": przemawia starzejący się kompozytor megaloman. To z tego opowiadania pochodzi tytuł całego zbioru. "Cytryna u Chińczyków jest symbolem śmierci".

Wspólnym motywem dla wszystkich tekstów w tym zbiorze, napisanych przecież przez autora niespełna sześćdziesięcioletniego, jest starość. Przemijanie. Schyłek. Zbliżanie się do kresu ostatecznego. Każdy z bohaterów podchodzi do tego inaczej, wspólna jest tylko bezradność. "Życie na swoje ostatnie chwile dostaje się pod batutę pijaka, starca, który nie poznaje własnej muzyki, durnia, który nie odróżnia próby od koncertu".



2018-09-01 15:14:15 Komentuj (2)

---


Boso, ale w ostrogach
To również jest nowe wydanie (Prószyński 2018) znanej książki autobiograficznej, która pierwotnie miała ukazać się w kwietniu 1959, ale na parę miesięcy została wstrzymana przez cenzurę. Grzesiuk nie zgadzał się na żadne zmiany - ostatecznie jednak to nie cenzura usunęła kilka fragmentów, tylko sam autor, który uległ namowom rodziny, czego potem żałował. Przywrócone fragmenty zostały w tym wydaniu wyróżnione pogrubieniem. Widać, że usunięto wszystkie te sceny, w których wyraźnie widać, jakim zabijaką był Stasiek: miewał broń czy nóż i nie wahał się go użyć. Znikły akapity mówiące bez ogródek o łamaniu prawa. Niby do tej pory wiedzieliśmy, że autor nie był szczególnie grzecznym chłopcem, ale sporo szczegółów zostało przemilczanych. Teraz możemy je poznać dokładnie. Wrócił również mniej więcej trzydziestostronicowy fragment o ostatnim obozie przysposobienia wojskowego na Wileńszczyźnie, na którym Stasiek rozrabiał straszliwie, co opisuje ze smacznymi detalami. Możemy w końcu przeczytać również dokładniejszy opis powojennych odwiedzin u Baśki, byłej kochanki, która wydała go Niemcom. Na zakończenie natomiast jest aneks, "Ferajna na łonie natury", opowiadający o wypadzie do Powsina w lipcu 1938, pisany jednak w roku 1961, czyli już po pierwszym wydaniu książki.

Przeczytałam całość kolejny raz z zapartym tchem. To jest niezwykle malownicza opowieść o Warszawie sprzed wybuchu wojny, i z jej pierwszych miesięcy. Widać z niej wyraźnie charakter Grzesiuka, zwanego przez kolegów z Czerniakowa "Kozakiem". Nie bał się niczego, był świetnym obserwatorem, był bardzo sprytny, umiał się błyskawicznie dopasować do warunków oraz otoczenia, i to dzięki tym cechom przeżył potem pięć lat w obozach. Był również niewątpliwie inteligentny: po tej relacji zupełnie nie widać braku formalnego wykształcenia autora. Jest żywa, sprawna, napisana ze swadą i świetnym wyczuciem językowym.

2018-08-30 09:02:26 Komentuj (0)

---


Artificial Condition (Murderbot Diaries 2)
Murderbot postanawia odkryć prawdę o swojej przeszłości, której nie zna, ponieważ standardowym postępowaniem między kontraktami jest czyszczenie tym androidom pamięci. W tym celu nawiązuje kontakt z botem pilotującym statek kosmiczny (Asshole Research Transport, dla przyjaciół ART), proponując mu dostęp do wielu godzin seriali i innych mediów rozrywkowych w zamian za podwiezienie na odpowiednią planetę. Statek się godzi, a potem wychodzi na jaw, że istota o takim mózgu się nudzi i ma ochotę się wtrącać w prywatne sprawy Murderbota. Żaden z bohaterów nie jest człowiekiem, ale to nie znaczy, że automatycznie dogadują się dobrze. Przynajmniej na początku.

Dowiadujemy się przy okazji, że SecUnit nie je, nie wydala, i potrzebuje minimalnej ilości powietrza, w związku z czym zastanawiam się, jak właściwie odżywia swoje części organiczne, ale wyjaśnienia brak. Na planecie docelowej sprawy się oczywiście nieco komplikują. Wells pozostaje przy tym bardzo oszczędna w narracji i budowaniu świata, z którego widzimy tylko to, co jest niezbędne. Oczywiście jest to konsekwentne. Narratora nie interesuje nic poza aktualnym celem oraz oglądaniem seriali. Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego taka osoba w ogóle może być tak doskonałym bohaterem, ale jest. Czyta się to znakomicie.



2018-08-28 09:41:30 Komentuj (0)

---


Szpony i kły
W grudniu 2016 "Fantastyka" rozstrzygnęła konkurs na opowiadanie wiedźmińskie i zamieściła zwycięski "Kres cudów" Piotra Jedlińskiego. Po jego przeczytaniu zrobiło mi się tak tęskno do świata wiedźmina, że skończyło się to zarywaniem nocy na powtórki ośmiu tomów Sapkowskiego (a gdyby było ich więcej, to czytałabym więcej). Rok później wyszła antologia zawierająca plon tego konkursu, i oczywiście patrzyłam na nią spode łba. Bo owszem: nagrodzone jest tak dobre, że w zasadzie można by uwierzyć w autorstwo samego Sapka, ale jak to ja, przekonana byłam, że inne na pewno są słabymi fanfikami, bo dlaczego miałyby nie być.

Wzięłam w końcu antologię do ręki. Okazało się, że teksty są świetne. Autorzy czasem udatnie podrabiają styl Sapkowskiego, czasem znajdują własny; duch tamtego świata jednak nadal w nich jest. Byłam też pewna, że będzie o wiedźminie, ewentualnie wiedźminach, i ich walkach. Nie. Jest czarodziejka Koral, jest wiedźmin Lambert i Triss Merigold, jest starsza siostra Essi Oczko, jest wiedźmin Coen, jest last but not least Jaskier, bardzo dużo Jaskra. Są nowe i stare potwory, i są nowi bohaterowie spotykający starych. Jest humor i jest wzruszenie. Jury konkursu napisało, że Jedlińskiego nagrodziło jednogłośnie, dlatego zresztą spodziewałam się słabszego poziomu: otóż czytałam mamrocząc do siebie "nie wiem jak oni to zrobili, ja bym nie umiała wybrać, to wcale nie jest oczywiste, wcale". Zresztą mój wybór pewnie byłby inny. Nie mam zielonego pojęcia, kim jest Przemysław Gul, ale "Lekcja samotności" to mimo niezgrabności stylistycznych świetnie skomponowana opowieść szkatułkowa napisana z fantastycznym wyczuciem dramatyzmu, z dobrymi bohaterami i z puentą. Tytułowe "Szpony i kły" to w ogóle osobna jakość, jak zresztą i najodleglejsza od oryginału "Ballada o Kwiatuszku". Oczywiście nie umiem ocenić, na ile ten zbiór sprawdziłby się na czytelniku nie znającym kanonu Sapka. Są tu opowiadania, które się bronią same w sobie, inne raczej potrzebują znajomości pierwotnych wersji czy bohaterów.

Od zawsze uważam, że tym, co czyni człowieka, jest zdolność snucia opowieści. Jestem pewna, że pojawiła się jednocześnie z mową, i towarzyszy nam nieodmiennie przez milenia. Możemy się zmieniać, możemy rozwijać cywilizację, technologie, kulturę: u samych podstaw naszego życia i naszej istoty, w zbiorowej nieświadomości będą nieodmiennie historie o miłości, zdradzie, poświęceniu, dobru, złu, walce, zwycięstwie, zgodzie, przyjaźni. Smutne, wesołe, wzruszające, absurdalne. Nieustannie mniej lub bardziej świadomie czerpiemy z tego bogactwa. Wzbogacamy po swojemu i przekazujemy dalej. Choćby Szekspir w swoich sztukach używał przecież znanych mu fabuł i opowieści, robili to też twórcy przed nim i po nim. Sapkowski jest jednym z nich; pełnymi garściami czerpiąc z folkloru i kultury tworzył świat znajomy i oryginalny, w swojej różnorodności spójny i prawdziwy. To  dlatego inspiruje do rozwijania dalej. 


2018-08-26 12:43:31 Komentuj (2)

---


"All Systems Red" Martha Wells
Grupa naukowców bada obcą planetę pobierając różne próbki. Mają również uzbrojoną ochronę. Coś bardziej typowego w sf trudno znaleźć, tu jest jednak drobna różnica: opowiada ochroniarz, android z bronią wbudowaną w przedramiona, sam siebie zwący Murderbotem. Który w dodatku zhakował system i jest świadomy oraz nie musi słuchać żadnych poleceń, a w wolnym czasie namiętnie ogląda seriale. Żeby się zakochać, wystarczyła mi pierwsza strona, na której dwóch naukowców atakuje zły obcy z paszczą pełną zębów albo czegoś wystarczająco podobnego, i Murderbot bez wahania się poświęca, żeby ich uratować. Ale to nie tak, że jest miłą i dobrą maszyną do zabijania. Najchętniej nosi swoją zbroję z zaciemnionym kaskiem, nie cierpi interakcji z ludźmi, nie znosi, żeby na niego patrzyli (“You don’t need to look at me. I’m not a sexbot”), a już kontakt wzrokowy w ogóle odpada, nie chce rozmawiać o swoich uczuciach, i ma bardzo cierpkie poczucie humoru. Nie da się nie pokochać, powiadam.

To jest tegoroczna Nebula i Hugo za minipowieść, pierwsza z serii The Murderbot Diaries, już się cieszę na lekturę kolejnych (druga i trzecia są, czwarta wychodzi za chwilę). Akcja jest dość prosta i skromna, ale nie o nią chodzi, tylko o tego niezwykłego bohatera. Jego interakcje z pozostałymi (a raczej ich uporczywe unikanie) budują rewelacyjny, oryginalny klimat i śmieszą do łez. Coś tu w ogóle z Heinleina, tylko inaczej. Coś też z Ann Leckie: ostatni raz to u niej byłam tak zauroczona narratorem, który jednak ostatecznie okazuje się bardzo ludzki. Murderbot natomiast zdecydowanie nie jest człowiekiem, nie zamierza być człowiekiem, nie chce, żeby go traktować jak człowieka, nie ma z tym problemów, i Martha Wells fantastycznie tę odmienność pokazuje od środka. Jej świat jest też znacznie bardziej oszczędny, ale wystarczająco realistycznie naszkicowany. Wszechświatem rządzą korporacje, które lubią ciąć koszty. Wystarczy.

2018-08-24 09:04:22 Komentuj (2)

---


Seans w Domu Egipskim
Jesień 1898, właśnie zamordowana została cesarzowa Sissi, a do Krakowa przyjeżdża osławiony Stanisław Przybyszewski, który spotka się z naszą ulubioną bohaterką profesorową Szczupaczyńską na seansie spirytystycznym w Domu Egipskim. Jest dwunastu gości, w tym medium. Jedna osoba z tego tuzina nie wyjdzie z seansu żywa. Zabójca też musi być wśród nich. Ale kto mógł mieć motyw i możliwości? Przekonana o swoim talencie do rozwiązywania zagadek kryminalnych Szczupaczyńska zabiera się do roboty, a czytelnik dostaje kawał porządnego klasycznego kryminału z Krakowem schyłku wieku w tle (chociaż możemy dyskutować o tym, co tu naprawdę jest tłem).

Wszystko tu jest zrobione doskonale: intryga przemyślana (przez eliminację wytypowałam poprawnie mordercę, ale nie motyw), profesorowa jest nieco irytująca w swojej zamierzonej drobnomieszczańskości, ale daje się jednak lubić, zderzenie jej świata z życiem dekadentów jest niegłupie i świetnie zrobione, a puenta co prawda mnie nie zaskoczyła, ale jest zabawna.


2018-08-20 09:28:03 Komentuj (0)

---


Pięć lat kacetu
Zdziwiłam się mocno odkrywszy, że już dwanaście lat minęło od mojej lektury Grzesiuka. Zapominam książki, które czytałam dużo później; "Pięciu lat kacetu" się jednak wypchnąć z pamięci nie da. Nieodmiennie robi piorunujące wrażenie ta beznamiętna, a miejscami zupełnie lekka w tonie relacja mówiąca o rzeczach niewyobrażalnie potwornych. Niby znam, czytałam, pamiętam, wiem - a jednak ciągle w niektórych miejscach musiałam przerywać czytanie, fizycznie nie będąc w stanie brnąć dalej. I nic nie pomaga tu wiedza, że to było dawno, że kto miał umrzeć, umarł, że narrator przeżył, a potem umarł przedwcześnie, że nie żyją już nawet jego dzieci.

Wróciłam do tej lektury, ponieważ w tym roku z okazji setnej rocznicy urodzin autora ukazało się nowe wydanie, nieocenzurowane. Z poprzednich usunięta została krótka wzmianka o Cyrankiewiczu (ówczesnym premierze), akapit o księżach pederastach i o tym, że nie dotrzymują celibatu, samo zakończenie, które w tej wersji składa się z paru akapitów opowiadających o powojennym życiu autora i apelujących o nieocenianie jego czynów obozowych. Oraz chyba najistotniejsze: kilka stron z goryczą informujących, że żaden zorganizowany ruch oporu w obozach nie istniał, choć starano się sprawiać takie wrażenie. W poprzednich wydaniach została z tego informacja, że Grzesiuk z taką organizacją nawiązał współpracę. W rzeczywistości nie było z kim.



2018-07-26 08:58:39 Komentuj (0)

---


Klin
Debiut Chmielewskiej, "Klin" z 1964, jest doskonały. Zestarzał się technicznie, oczywiście. Już samo to, że bohaterka odbierała telefon i nie wiedziała, kto dzwoni, przez cały tekst powodowało moje odruchowe zdumienie. Nie mówiąc o tym, że na znajomego spikera radiowego trafia się natychmiast po włączeniu radia. Najpierw się lekko zdziwiłam, potem przypomniałam sobie, że stacji było trochę mniej. Natomiast jest to świetnie napisane, bardzo zabawne, z żywymi postaciami, z charakterystyczną dla Chmielewskiej autoironią, i równie charakterystycznie naciągniętymi pomysłami: dwóch bardzo wysokich i podobnych do siebie facetów o pięknym głosie i idealnej dykcji? Januszów w tej książce jest natomiast czterech i to też jest urocze. Doskonale rozumiem, że zdobyła popularność.


2018-07-24 09:19:21 Komentuj (4)

---




Następne
Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Angol w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem