DS magazine
Bertrand Russell

"Jak pokochać centra handlowe" Natalia Fiedorczuk-Cieślak

Na początku książki narratorka jest w ciąży. Bierze hormony na podtrzymanie, znosi ich skutki uboczne, ma problemy z akceptacją zmieniającego się ciała. Widzimy obrazki z kolejnych centrów handlowych, przed i po urodzeniu dziecka. Potem autorka odchodzi od tej klamry narracyjnej. Oglądamy jej wizytę u psychiatry, z depresją poporodową. Bohaterka ma sporo szczęścia: stać ją na lekarza i leki, które bardzo szybko jej pomagają. Ma dobrego męża, który bardzo ją wspiera, oboje mają lepszą czy gorszą pracę, jest do pomocy babcia. A jednak to męcząca lektura, pełna rzeczy, których o macierzyństwie się nie mówi, a czasem można być zaskoczoną nawet z osobistymi doświadczeniami w tej materii. Zdumiało mnie na przykład, że karmienie piersią może boleć. W rodzinie bardzo szybko pojawia się kolejne dziecko, co nie ułatwia życia. Książka kończy się przejmującą sceną, w której matka w hipermarkecie patrzy na swoje - wyjątkowo grzecznie się bawiące - dzieci, i wyobraża sobie, jak znika, wyjeżdża gdzieś daleko, podejmuje własne życie. Samodzielne.

Miałam wrażenie, że to bardzo szczera narracja - może nawet aż przesadnie. Otóż w posłowiu Fiedorczuk wyjaśnia, że tekst powstał nie tylko na podstawie jej własnych przeżyć, ale również i rozmów z kilkudziesięcioma kobietami. Trochę mi idiotycznie ulżyło, że to wszystko nie było udziałem jednej kobiety, choć ponownie - nic tu się strasznego nie wydarza. Są miliony kobiet, które mają gorzej, trudniej, ciężej. Porównywać można bez końca, i bez sensu.

Mąż i ojciec dzieci jest tu tylko statystą. Słusznie, bo najczulszy, najlepszy, najbardziej świadomy i wspierający mężczyzna nigdy nie będzie miał tych czysto fizycznych doświadczeń, która ma kobieta. 10 miesięcy po teście ciążowym ojciec nadal jest sobą, identycznym jak wcześniej, nawet jeśli pojawiła się u niego miłość i poczucie odpowiedzialności. Kobiecie świat wywrócił się do góry nogami ze trzy razy. Nawet tym, które świetnie zniosły ciążę, poród, i wróciły błyskawicznie do formy.


2019-04-10 10:16:04 Komentuj (0)

---


"Oczy uroczne" Marta Kisiel

Trzecia część cyklu "Dożywocie", choć bohaterowie poprzednich się tutaj w ogóle nie pojawiają. Warto natomiast przeczytać zawczasu opowiadanie "Szaławiła", tam bowiem poznajemy Odę Kręciszewską, która w "Oczach urocznych" jest główną bohaterką, lekarką po czterdziestce. Mieszka w domu na odludziu z Bazylem i Kuleczką (Kuleczka jest psem; Bazyl bynajmniej) i pracuje na pół etatu w pobliskiej przychodni, razem z doktorem Krzysiem. Przyjaźni się z Rochem, milkliwym płanetnikiem. Po bardzo długiej i ciepłej jesieni nadchodzi zima, która przyniesie ze sobą coś złego. Oprócz zimna nadciąga śmierć, a przesilenie zimowe jest czasem, który sprzyja nieludziom, również tym o złych zamiarach.

Wierzenia słowiańskie są mocną stroną powieści Kisiel, tu kolejny raz udowadnia, że potrafi ze swojej wiedzy zrobić doskonały użytek. Są tu też aluzje do klasyki literackiej, i miejscami bardzo zabawna narracja, śmiałam się głośno i to więcej niż raz. Poza zabawą jest nieco dramatyzmu, przewijają się poważne tematy - czyli zupełnie jak u Pratchetta. Będę niecierpliwie czekać na kolejne jej książki.

2019-04-08 09:47:40 Komentuj (0)

---


"To nie jest kraj dla starych ludzi" Cormac McCarthy

Na pierwszej stronie Chigurh ucieka z aresztu, mordując policjanta. Na paru kolejnych Llewelyn Moss polując na granicy meksykańskiej na antylopy, natrafia przypadkiem na trzy samochody podziurawione kulami, zawierające trupy, narkotyki, i pieniądze. Te ostatnie zabiera, i zaczyna ucieczkę, która będzie tematem powieści. Przeplatana dochodzeniem prowadzonym przez policjantów. Zastanawiałam się, dlaczego mam wrażenie, że akcja jest tu niezwykle skoncentrowana, skoro McCarthy opisuje każdą czynność bardzo szczegółowo: zatrzymał się, stanął, położył, nasłuchiwał. To kwestia używania głównie czasowników i zredukowania opisów do absolutnie niezbędnego minimum. W każdym zdaniu coś się tu dzieje. Stąd wrażenie gorączkowego pośpiechu, mylące, ponieważ jednocześnie jest tu ogromna precyzja w tworzeniu opowieści. McCarthy nie uznaje w tekście żadnych ozdobników, jak choćby myślniki do zapisu dialogu, twierdząc, że jeśli coś jest dobrze napisane, to nie są potrzebne. Ma rację, choć w mojej głowie to brzmi, jakby postaci posługiwały się telepatią. Nie słyszę ich.
 

Zmęczyła mnie ta lektura, zupełnie nie jestem przekonana do sensu opisywania kolejnych krwawych zabójstw. Jeśli chodzi o psychopatów, to o wiele lepsza jest "Inna dusza". McCarthy próbuje co prawda wprowadzić jakąś filozofię na temat "jest coraz gorzej, coraz więcej zła na świecie" - cóż, mam własne zdanie na ten temat. Zła jest coraz więcej, ponieważ jest coraz więcej ludzi w ogóle, krzywa Gaussa jest nieubłagana. Od pisania i czytania takich książek się ta sytuacja nie zmieni.
 

Istnieją dwa polskie tłumaczenia, należy czytać to nowsze, Roberta Sudoła.


2019-04-06 20:14:13 Komentuj (8)

---


Krótkie opowiadania nominowane do Hugo 2019

Na liście nominacji do Hugo w kategorii krótkich opowiadań znalazły się ku mojej radości trzy najlepsze opowiadania z listy nominowanych do Nebuli , czyli
  • “The Court Magician” Sarah Pinsker
  • “The Secret Lives of the Nine Negro Teeth of George Washington” P. Djèlí Clark
  • “A Witch’s Guide to Escape: A Practical Compendium of Portal Fantasies” Alix E. Harrow

Pozostałe trzy to


The Rose MacGregor Drinking and Admiration SocietyT. Kingfisher (pseudonim Ursuli Vernon). Sześciu mężczyzn, selkie, oraz koń, który zazwyczaj jest koniem, chyba że chce więcej piwa, siedzą przy ogniu i wspominają tytułową Rose MacGregor. Pratchettowa w duchu fantasy, urocza i przezabawna.

STETSarah Gailey. Arcyciekawe ze względu na formę: to współedytowany fragment pracy naukowej o autonomicznych samochodach, pisanej około 2043, składający się z przypisów, komentarzy i odpowiedzi na nie. Bohaterka, czyli autorka pracy, ma bardzo osobiste podejście do tematu, w trakcie czytania dowiadujemy się, dlaczego. Przejmujące, świetnie przemyślane, aktualne, nieoczywiste.

The Tale of the Three Beautiful Raptor Sisters, and the Prince Who Was Made of MeatBrooke Bolander. Dawno dawno temu były sobie trzy siostry dromeozaury. A potem pojawił się książę, z gatunku człowiek. Baśń opowiadana dziecku, które zdecydowanie człowiekiem nie jest. Ładne, ale wydaje mi się, że już taki pomysł gdzieś widziałam.

*

Sześć świetnych opowiadań. Ze względu na wagę tematu i nowatorskie podejście wybrałabym "Stet".

Na liście nominacji powieściowych, ku mojej jeszcze większej radości, jest "Moc srebra" Naomi Novik oraz "Record of a Spaceborn Few" Becky Chambers. Cały cykl Wayfarers Becky Chambers jest również nominowany i konkuruje z "The Laundry Files" Strossa. W kategorii novella znalazł się oczywiście Murderbot.





2019-04-04 09:24:51 Komentuj (0)

---


"Czerwone krzesło. Tajemnica mostu. Olbrzym" Andrzej Maleszka

Pierwszą książkę z cyklu "Magiczne drzewo" dostaliśmy od koleżanki, i lektura nas bardzo wciągnęła (tak bardzo, że ściągałam kolejne części w papierze z Polski, ebooków bowiem nie ma), chociaż przyznaję, że dziecko musiało znosić moje nieustanne uwagi typu "do Kopenhagi nie da się dojechać pociągiem z Polski! Jakim cudem jadą przez przełęcz, ona jest na granicy, już przejechali przez granicę! Jaki szlaban na granicy, w Unii jesteśmy! Jakie 400 km, najwyżej 200! Tsunami by ich zmiażdżyło, a nie uniosło do góry!" i tak dalej. Są tu takie, mnie irytujące, szczegóły - nie nazwę ich niedoróbkami, bo są konieczne dla rozwoju akcji, poza tym thrillery też nie są w końcu realistyczne i nikt się nie czepia (chyba, że ja). Natomiast cała reszta jest obmyślona bardzo starannie. Odgrywające tu istotną rolę czerwone krzesło może magicznie oddziaływać, ale tylko na to, co widać. To bardzo dobre ograniczenie. Fajne jest też to, że dzieci nie zawsze formułują swoje życzenia przezornie, stąd dostają rzeczy nie całkiem praktyczne. Wielokrotnie pytałam dziecko, co teraz bohaterowie powinni zrobić, i parę razy wpadliśmy na lepszy pomysł niż autor, ale wcale nie tak często. Parokrotnie zwroty akcji porządnie zaskoczyły nawet mnie. Ba - kilka razy wybiegłam w przód oczami tak bardzo, że z wrażenia przestawałam czytać na głos. Z punktu widzenia smrodku dydaktycznego też jest całkiem nieźle. Dzieci niekoniecznie się lubią, ale na ogół odpowiedzialnie ze sobą współpracują. Autor nie twierdzi, że się nie boją - przeciwnie, pokazuje, jak przełamują swój strach.

2019-04-02 09:24:29 Komentuj (0)

---


"Tamte dni, tamte noce" André Aciman

Książka leżała na kindlu, i leżała, i leżała, ponieważ wprawdzie zazwyczaj nie pamiętam filmów, ten jednak pamiętałam doskonale, łącznie ze swoją żywiołową antypatią do jednego z głównych bohaterów. Obawiałam się, że to wspomnienie wpłynie negatywnie na odbiór powieści. Otóż niesłusznie. Owszem, charakterystyczne "later" natychmiast zadźwięczało mi w uszach (tłumacz zdecydował się na dosłowne "później", naturalniej po polsku zabrzmiałoby "na razie" czy wręcz "narka"), i potem też przed oczami miałam kadry z filmu, natomiast zasadnicza różnica jest taka, że tu mamy wgląd w Elia, narratora pierwszoosobowego. Reżyser i aktorzy zrobili doskonałą robotę oddając jego stany ducha, ale nadal - z zewnątrz wielu subtelności nie widać tak, jak opowiada o nich bohater. A o tym właśnie jest opowieść. O pierwszym zakochaniu, niosącym w dodatku smak zakazanego owocu. O wiwisekcji własnych, sprzecznych uczuć - intensywnych, jak żadne później już nie będą. Aciman umiejętnie podszywa tę relację nostalgią. Wiemy od początku, że opowiada to człowiek sporo starszy, który dopiero z perspektywy czasu wie, co naprawdę go spotkało, wtedy, tamtego lata. To wybija się też na pierwszy plan w filmie, stąd podobał mi się polski tytuł. Dopiero z książki widzę, jak istotna jest tu oryginalna zamiana imion, symbolizująca tak totalne pragnienie splecenia się z drugą osobą, żeby aż się nią stać.

Film jest bardzo wierny książce, natomiast urywa się przed jej zakończeniem. Słusznie. Płakałam nad nim tak, że przemoczyłam sobie nie tylko poduszkę, ale i kołdrę, mimo że nie dzieje się tam nic, co by taką reakcję usprawiedliwiało. Te strony są dojmująco, przeraźliwie smutne. Autor z niezrównaną maestrią pokazuje, że za każde przeżyte w życiu piękno trzeba zapłacić jego utratą. Że gwiazdy są nam dane tylko raz. Że raj naszej młodości, który wtedy przyjmowaliśmy za coś oczywistego i danego raz na zawsze, przemija, i nie ma doń powrotu. Bardzo piękna, przejmująco smutna książka.

Zuzance też się podobała.


2019-03-29 09:19:49 Komentuj (5)

---


"Pani Kebab. Opowieść polskiej emigrantki" Kamila Czul

Pani Kebab bynajmniej nie sprzedaje kebabów, jak sądziłam w pierwszej chwili, widząc tytuł. Mieszka w Anglii, w mieścinie pod Notthigham oraz w Leeds (te dwa miasta pojawiają się tu na przemian) i uczy tam angielskiego w szkole, gdzie trafiają uczniowie, którzy sobie nie radzą gdzie indziej. Zbieranina Polaków, czeskich oraz słowackich Cyganów, i wszelkich innych narodowości, których rodziny nierzadko ocierają się o więzienie. "Nazwa mojego stanowiska pracy brzmi: asystent ds. języków wschodnioeuropejskich. Uznali pewnie, że wsio rawno, Lech, Czech czy Rus, i już pierwszego dnia pracy okazało się, że moi nowi uczniowie to wyłącznie czescy i słowaccy Romowie. Miałam szczęście, że moją pierwszą podopieczną została Katrina, fajna, inteligentna dziewczynka, która uczyła mnie czeskiego z równą cierpliwością, co ja ją angielskiego".

Narratorka posługuje się niezwykle barwnym i potoczystym językiem, nie unikając wulgaryzmów, ale to, co opisuje, dorównuje stylowi. Jest raczej gorzko i przejmująco niż zabawnie, choć bywa i tak. To pierwsza część. W drugiej są migawki z rozmaitych prac zleconych: autorka pracowała jako tłumaczka, na przykład przy policyjnym nalocie na burdelik, gdzie pracowały Polki. Jak się okazało, z własnej woli, zachwycone warunkami.



2019-03-27 09:15:54 Komentuj (0)

---


"Moc srebra" Naomi Novik

W pierwszej osobie opowiada nastoletnia córka lichwiarza. Jesteśmy w bezimiennym miasteczku między Wyżnią a Minaskiem, car w Koronie się zupełnie tym miejscem nie interesuje, a lichwiarz ma zbyt miękkie serce i jego rodzina przymiera głodem. Kiedy matka zaczyna chorować, to Mirjem bierze sprawy w swoje ręce, twardo żądając spłaty długów. Tak trafia do mieszkającego na odludziu wieśniaka, który mówi, że nie ma czym zapłacić. Ma jednak wysoką, silną, jasnowłosą córkę Wandę. Merjem żąda, żeby ta przychodziła do nich do domu odpracować dług. W drugim rozdziale przemawia właśnie Wanda, również w pierwszej osobie (ten sam zabieg stylistyczny, co w "Królestwie"). Okazuje się, że bardzo jej odpowiada praca u rodziny lichwiarza: unika w tej sposób pięści ojca, oraz zagrożenia, że sprzeda ją jakiemuś facetowi. Dostaje też jeść, co jest miłą odmianą po domu rodzinnym.

Wspaniała jest ta narracja, cudownie pomyślany, niesamowicie plastyczny świat, choć przecież zbudowany rzeczowo i skromnie: z zimy, śniegu, i biedy. Od pierwszego akapitu się tam przenosimy w całości. Zaskoczyło mnie, że rodzina lichwiarza to Żydzi, z wszelkimi płynącymi z tego konsekwencjami, po czym przypomniałam sobie o "Związku żydowskich policjantów". O tym, że to fantasy, przypomina kilka wzmianek o Starzykach. Nic o nich nie wiadomo, poza tym, że mają własną drogę "lśniącą jak rzeka w zimie, gdy wiatr zwieje z niej śnieg", czasem napadają na podróżnych zabierając złoto, a ich przejściu towarzyszy przenikliwy mróz.

W tej książce dziewczyny są niewiele więcej niż tylko przedmiotami zależnymi od woli męskiej. Na los wszystkich bohaterek mają wpływ ich ojcowie: alkoholizm, ambicja, czy przeciwnie, brak woli. Klasycznym ratunkiem byłaby oczywiście ucieczka w małżeństwo. U Novik jednak nie jest ono bynajmniej chciane, i jest to zmiana ze złego na dużo gorsze. Dziewczyny muszą ratować się sprytem, nic więcej im nie pozostało.

Po tej baśniowej konwencji nie spodziewałam się specjalnej oryginalności. Błąd. Kraina i zasady Starzyków są doskonale obmyślone, łącznie z barierą uniemożliwiającą porozumienie. Novik z lodowatą precyzją pokazuje, jak się gra w grę, której reguł nikt nie zamierza nam ujawnić, ponieważ w jego oczach jesteśmy z założenia istotą niższą, bezwartościową. Jak spełnianie przez bohaterki stawianych im wymagań nie prowadzi bynajmniej do nagrody, tylko do spiętrzenia kolejnych zadań, aż do nieuchronnego końca. A do tego koronkowo spleciona narracja, przemyślana akcja, i polityka rodem wcale nie z baśni. Oraz Stepon, który robi wrażenie kogoś z innej bajki, a przecież doskonale wkomponowuje się w całość.

Nie jestem całkiem przekonana do zakończenia, bo pachnie flaqebzrz fmgbxubyzfxvz, mimo postawionych przez Mirjem warunków. Choć z drugiej strony jej wybór daje się uzasadnić i zrozumieć. Przykro mi też z powodu polskiego tytułu, znacznie banalniejszego niż oryginalne wieloznaczne "Spinning Silver", choć przyznaję, że na "Wirujące srebro" bym się nie odważyła. Książka w oryginale ukazała się w ubiegłym roku i ma nominację do tegorocznych powieściowych Nebuli i Hugo.


2019-03-21 09:53:35 Komentuj (2)

---


"Genialni" Eric Weiner

Trafiłam na tę książkę przypadkiem, szukając "Genialnych" Urbanka, i od razu ją też kupiłam, ponieważ bardzo mi się podobały poprzednie książki Weinera.

W "Genialnych", których oryginalny tytuł to "Geografia geniuszu", autor usiłuje zrozumieć, co sprawiało, że w pewnych epokach i miejscach zdarzała się koncentracja osób wybitnych. Niestety przedwojennego Lwowa pod uwagę nie bierze, a potwierdzał on tę regułę. Startujemy oczywiście w Atenach, z którymi w czasach filozofów mieszkańcy byli niezwykle związani. Stąd dotkliwość kary ostracyzmu. Weiner utożsamia geniusz z kreatywnością i stara się dojść do tego, jakie są sprzyjające jej warunki. Nie można żyć w raju, to na pewno. Okazuje się również, że amatorom perspektywa nagrody przeszkadza, profesjonalistom natomiast pomaga. Zgodnie z intuicją odkrywamy też, że potrzebna jest iskra talentu, ale jeszcze bardziej pracowitość.

Weiner jednak wyjeżdża z Aten bez jasnych konkluzji i udaje się do Chin. To było pewne zaskoczenie. Niby pamiętam Marco Polo, ale przywykłam jednak w dzisiejszych czasach, że Chińczycy są raczej sprawnymi odtwórcami pomysłów innych. Tymczasem za czasów dynastii Song było całkiem odwrotnie. To przecież Chińczycy wynaleźli wszystko - dosłownie wszystko. Miasto Hangzhou, opisane przez Marca Polo w XIII wieku, miało co najmniej milion mieszkańców. Kiedy w Europie nurzano się w brudzie i umierano na rozmaite choroby, Chińczycy mieli świetną medycynę i dbali o higienę. Co się z tym stało potem, oto zagadka.

Po Chinach, gdzie autor odkrył genialną herbatę, wraca do Europy: tym razem Florencja i wspomnienie szesnastowiecznych malarzy. Tu sprawa jest jasna: wynaleziono pieniądz i banki, banki miały pieniądze, zwłaszcza jeden, de Medici. Ci oprócz bogactwa lubili piękno, więc zamawiali obrazy i rzeźby. Po śmierci Michała Anioła odkryto, że pod łóżkiem zgromadził małą fortunę, choć za życia z niej nie bardzo korzystał. To stoi w jaskrawej sprzeczności z wcześniejszym stwierdzeniem, że do kreatywności potrzeba, żeby było w życiu trudno.

Z Florencji jedziemy na północ: Edynburg. Komu się wydaje, że geniuszy tam nie było (a może się wydawać, epoka osiemnastowiecznego Scottish Enlightement nie ma nawet swojego hasła w polskiej wikipedii), niech pomyśli o rowerze, lodówce, znieczuleniu przy operacji, higienie: wszystko tam. Bez filozofa Davida Hume'a nie byłoby Darwina. A bez Szkotów nie byłoby być może Kalkuty, gdzie przenosimy się następnie. Potem Wiedeń, dwa razy: najpierw Mozart z Beethovenem, a potem Freud. W Wiedniu były wspaniałe kawiarnie, gdzie genialni się spotykali, co natychmiast każe nam pomyśleć o lwowskiej Szkockiej. A na koniec współczesna Dolina Krzemowa. Czy Steve Jobs był geniuszem? Czy w ogóle Dolinę Krzemową można postawić obok Wiednia, Florencji, Aten?

Żeby geniusz miał sens, musi trafić w swój czas. Łódź podwodną skonstruował w 1620 Holender Cornelis Drebbel. Działała. Wyśmiano go, uznano, że to nieprzydatna zabawka, i nikt o nim nie pamięta. Takich przypadków w historii oczywiście jest o wiele więcej.

Weiner jest Amerykaninem, i to książka dla Amerykanów, autor czasem więc tłumaczy rzeczy oczywiste, a czasem udaje głupszego niż jest - trudno mi uwierzyć, że oczytany dziennikarz nie zna muzycznego terminu "adagio". Do tego dochodzi nienadzwyczajne tłumaczenie. Bardzo dosłowne, często widać składnię angielską. Tłumacz najwyraźniej nie wie, że de Medici po polsku to Medyceusze, a Galleria degli Uffizi jest jego zdaniem "ikoniczna". Ale i tak czytało się świetnie.


2019-03-19 09:10:15 Komentuj (0)

---


"Once Upon a River" Diane Setterfield

Koniec XIX wieku, brzegi Tamizy, jesteśmy w miasteczku Buscot, 35 km na zachód od Oxfordu. Życie toczy się w pubach, z których każdy ma swoją specjalność. Pod Łabędziem opowiadają historie. Aż sami staną się częścią jednej z nich, kiedy pewnej nocy w drzwiach stanie bardzo poraniony mężczyzna trzymający w ramionach martwe dziecko. Nieoczekiwanym gościem zajmuje się miejscowa pielęgniarka Rita. A potem poznajemy innych bohaterów opowieści. Jest wśród nich małżeństwo Armstrongów, on jest czarny, co budzi strach w nieznających go ludziach, ale ma dobre życie i byłby bardzo szczęśliwy, gdyby nie jego pierworodny syn. Jest małżeństwo Vaughanów: kiedy poprosił Helenę o rękę, postawiła warunek, że musi móc zabrać ze sobą swoją łódkę. Ci też byliby całkiem szczęśliwi, gdyby nie straszna strata, która ich spotkała dwa lata wcześniej. Łabędzia natomiast prowadzi Margot, która urodziła 12 córek, a na koniec syna Jonathana, który nie jest zwyczajnym chłopcem. Jest jeszcze Lily White, która pracuje u proboszcza, wcale się tak nie nazywa naprawdę, i ukrywa dużo więcej, niż swoje nazwisko. Wszystkich ich połączą wydarzenia w Łabędziu. I rzeka.

Narracja jest tu bardzo niespieszna, nie dzieje się wiele. Fabuła meandruje jak Tamiza, która jest główną bohaterką. Czasem płynie bardziej wartko, czasem zatrzymuje się w rozlewisku, czasem nieoczekiwanie skręca. To oczywiście powieść wiktoriańska, bardzo starannie zrobiona, z nutką niesamowitości. Miejscowa legenda głosi, że niegdysiejszy przewoźnik, Quietly, utopił się w rzece i od tego czasu w niej mieszka. Ratuje tych, których na rzece spotyka niebezpieczeństwo, chyba że nadszedł ich czas - wtedy przeprowadza ich na drugą stronę. 

Jednym z bohaterów jest fotograf, zamierzający wydać książkę ze zdjęciami Tamizy. Robione przez niego portrety są opisane bardzo realistyczne i szczegółowo, byłam pewna, że Setterfield musiała je widzieć. Owszem, jest wzorowany na postaci istniejącej rzeczywiście, a autorka oglądała jego zdjęcia, posługując się metodą tworzenia fabuły podobną do stosowanej przez Riggsa Ransoma. Szkoda w takim razie, że w książce nie ma ilustracji. Mam natomiast przeczucie, że zaraz zrobią z niej serial. 


2019-03-17 09:21:28 Komentuj (0)

---


"Siedem śmierci Evelyn Hardcastle" Stuart Turton

Podkusił mnie opis napomykający, że to współczesna Agatha Christie, co zgodnie z moimi przeczuciami okazało się nieprawdą. Ani Christie, ani współczesna. Ale to zupełnie nieźle się czytająca mieszanka kryminału, thrillera i fantastyki, coś w stylu "Neverworld Wake". Zaczynamy od zaproszenia na bal maskowy w posiadłości Hardcastle'ów. Pierwszoosobowy narrator się ocyka w lesie. Nie ma pojęcia kim jest, gdzie jest, o co chodzi, wie tylko, że poszukuje jakiejś Anny. Po chwili wraca do domu Hardcastle'ów, tam odkrywa, że jest Sebastianem Bellem, lekarzem, i stopniowo dowiaduje się coraz więcej. Ma osiem dni i osiem różnych wcieleń na odkrycie zabójcy Evelyn. Nie ułatwia mu dochodzenia fakt, że wszyscy tutaj zachowują się jak szaleńcy, albo znikają - nikt na przykład nie wie, gdzie jest pani domu. Nie pomagają mu też umysłowe albo fizyczne ograniczenia jego kolejnych wcieleń. Tajemniczy Doktor Dżuma daje mu natomiast mgliste wskazówki, które bardziej zaciemniają, niż pomagają. Generalnie wygląda to trochę jak gra komputerowa, raczej męcząca i chaotyczna, ale nawet dość wciągająca, im dalej, tym bardziej. Logika chwilami nawala, jak to w przypadku pętli czasowych. Oczywiście mam wątpliwości: cb pb j btóyr Ybxnw? B żnqarw erfbpwnyvmnpwv avr zbżr olć zbjl, n zvryv cemrpvrż pupvrć hłngjvć Nvqnabjv jlwśpvr, gb cb pb zh hgehqavnć? 


2019-03-13 19:51:54 Komentuj (0)

---


"Record of a Spaceborn Few" Becky Chambers

Akcja zaczyna się w tym samym momencie, co "A Closed and Common Orbit", tylko w innym miejscu. Jesteśmy we Flocie Exodan, którzy uciekli z Ziemi. Słyszeliśmy o nich wielokrotnie w pozostałych dwóch książkach, ale dopiero teraz poznajemy z bliska. W prologu, cztery lata wcześniej, jeden ze statków Floty się rozbija i tu jest jeden z tych mistrzowskich szczegółów Chambers: nie są w stanie zająć się czterdziestoma trzema tysiącami ciał i martwią się, jak ustalić kolejność. Ciała są bowiem kompostowane. Od osiemdziesięciu lat pisarze wzmiankują, że na statkach pokoleniowych będzie obieg zamknięty, aż przyszła Chambers i opisała szczegóły, odważnie i subtelnie. W problemie pomogą Aeluoni, a czytelnik przy tej okazji pozna bohaterów, w tym Sawyera mieszkającego na Mushtullo, który potem przyleci na Flotę, żeby tam rozpocząć nowe życie. Na wchodzącej w jej skład Asterii mieszka natomiast z dziećmi Tessa, siostra Ashby'ego znanego z "The Long Way". Isabel pracuje tam w Archiwach i podejmuje u siebie Harmagianina, co pozwala autorce na infodump wyjaśniający, jak zbudowane są statki wchodzące w skład Floty. Ale to jedyna tutaj niezgrabność (chociaż Chambers mylą się czasem lata ze standardami). Postaci zbudowane są znakomicie, bardzo realistyczna jest i matka dzieci, z których jedno chciałoby mieszkać na planecie, i nastolatek Kip szukający dla siebie przyszłości, i Eyas zajmująca się kompostowaniem ciał, i wielu innych. Ich relacje i decyzje życiowe są centrum tej książki, w której znowu nie ma akcji. Odrobinę żałuję, byłaby to rzecz doskonała, ale i tak jest bardzo dobra i przyjemnie odmienna od przeciętnej fantastyki.

Dostała nominację do Hugo 2019.


2019-03-11 09:28:37 Komentuj (0)

---


"Dwanaście fałszywych tropów" Jeffrey Archer

Przyjemny zbiorek dwunastu mniej lub bardziej sensacyjnych opowiadań z mniej lub bardziej zaskakującymi zakończeniami, który czytałam już albo w całości (jest z roku 1994), albo przynajmniej znaczną ich część, brzmią bowiem bardzo znajomo. W wielu wracamy do rozkosznych lat siedemdziesiątych. Bohaterowie Archera są dość stereotypowi, ale czyta się to dobrze.

Najdłuższe i najbardziej skomplikowane jest pierwsze, w którym narrator objaśnia, dlaczego siedzi w więzieniu i jak się zemścił na swoim byłym wspólniku. W kolejnym piękna Consuela postanawia się zabezpieczyć materialnie naciągając męża na naszyjnik wart milion funtów, a w następnym amerykański student Cambridge na pożegnanie postanawia ofiarować swojemu klubowi wioślarskiemu odlew z brązu ramienia słynnego wioślarza. Te dwa są podobno oparte na prawdziwych wydarzeniach, jak i kolejne, gdzie były minister Saddama Huseina urządza się nieźle w Ameryce, ale ma pechowo nieprzewidziane międzylądowanie w Bagdadzie, gdzie jako uchodźca polityczny zostanie w okrutny sposób zabity, jeśli go tam odkryją. W następnym opowiadaniu oglądamy autora jedzącego w Nowym Jorku kolację ze swoim przyjacielem w ekskluzywnej francuskiej restauracji, wprasza się tam jego niemal była dziewczyna (to jest najbardziej naciągane). Dalej jest wizyta lorda Mountbattena w kolonii angielskiej (oficjalne określenie brzmi "terytorium zależne") na Bermudach. Następne niestety kompletnie traci sens w tłumaczeniu (anyrżnłb mzvravć vzvę an pbś j fglyh Yhpn nyob Zvxn). W kolejnym, trzymającym w napięciu, Diana jedzie do wiejskiego domu przyjaciół, goni ją podejrzana furgonetka. "Nie na sprzedaż" opowiada o debiucie młodziutkiej zdolnej malarki. W "Timeo Danaos" skąpy i niesympatyczny bankier wybiera się na wakacyjny rejs statkiem pasażerskim wokół wysp greckich, a jego żona ma obsesję na punkcie nowej zastawy stołowej (swoją drogą, serio dało się wtedy przewieźć samolotem komplet talerzy i półmisków dla 32 osób?) W przedostatnim adwokat ma bronić kobiety oskarżonej o zamordowanie męża, ale chce jednak dowieść, że rzeczywiście to zrobiła, w tym celu posłuży się tajną bronią w postaci swojego asystenta, choć ten nie grzeszy ni urodą ni rozumem.

Zbiór zamyka "Co jednemu wyjdzie na zdrowie, drugiemu zaszkodzi", w którym narrator ujrzawszy na schodach teatru prześliczną dziewczynę idzie za nią na spektakl, poznaje, a następnie mamy do wyboru cztery możliwe zakończenia. Trzecie jest przepisanym pierwszym à rebours, a czwarte jest przesłodzone. Najbardziej mnie zdziwiło, że w 1994 w Anglii były już telefony komórkowe.

2019-03-08 10:30:13 Komentuj (2)

---


"A Closed and Common Orbit" Becky Chambers

Nazywa się to cyklem "Wayfarers", więc byłam przekonana, że druga część będzie opowiadać o dalszych losach statku kosmicznego. Spore zaskoczenie. To właściwie jest standalone, chociaż zaczyna się pod koniec "The Long Way". Podejmujemy temat dwóch pobocznych bohaterek pierwszej części i zamiast na statku jesteśmy na planetach. W teraźniejszości Pepper opiekuje się świeżo wcieloną w androida AI (jest to absolutnie nielegalne i surowo karane), która musi przyzwyczaić się do posiadania ciała, a nie bycia częścią statku kosmicznego. To jest bardzo ładnie pomyślane. Musi również zachować w tajemnicy swoją tożsamość, co jest trudne, ponieważ ma wbudowany niehakowalny moduł wymuszający prawdomówność oraz posłuszne wykonywanie bezpośrednich poleceń. Jest to bardzo przemyślany i wciągający wątek. Przy okazji odkrywamy, że część ludzi uważa AI za świadome istoty, część nie. Nie wiadomo, jak jest wśród innych gatunków.

Pepper tłumaczy Sidrze, że zajmuje się nią, ponieważ została wychowana przez AI. Jakoż i w drugim wątku, dziejącym się około 20 lat wcześniej, poznajemy dziesięcioletnią Jane, mieszkającą i pracującą w fabryce, gdzie dziewczynki zajmują się odzyskiwaniem, oczyszczaniem i naprawianiem wyrzuconych części elektronicznych. Nadzorują je w tym metalowe roboty zwane Mothers. To nie brzmi fajnie, ale oglądamy to oczami małej Jane, która nie widzi w tym nic nadzwyczajnego, zawsze tak było, tak urządzony jest świat. Dopiero kiedy przypadkiem widzi niebo, i zdaje sobie sprawę, że poza fabryką jest jeszcze jakiś inny świat, o którym nic nie wiedziała, sytuacja się zmienia. Kiedy narracja dziesięciolatki nas nudzi, dostajemy bunt nastolatki, napisany równie dobrze, jak cała reszta.

Moje wątpliwości budzi rozmnażanie Aeluonów: kobiet jest prawdopodobnie mniej niż połowa populacji (ponieważ są cztery płcie), a płodne są dwa-trzy razy w życiu. To niewystarczające dla utrzymania liczebności. Albo powinny rodzić kilkoro dzieci za jednym razem, albo powinny dominować w społeczeństwie, czego z książki nie widać, spotykamy różne płcie po równo. Drugim problemem są numery identyfikacyjne - jeśli mają być unikalnym oznaczeniem istoty rozumnej, to są o wiele za krótkie. Poza tym wszystko tu wciąga i zaskakuje do końca.

2019-03-06 10:12:04 Komentuj (0)

---


"Małżeństwo doskonałe" Wojciech Karolak, Krystyna Pytlakowska

Nie mam zielonego pojęcia, co mnie podkusiło, żeby sięgnąć po to dzieło, ani niczego na swoje usprawiedliwienie. Jakoś mgliście mi przeszło przez głowę "Karolak to przecież nie Czubaszek, może ma coś miłego albo zabawnego do powiedzenia, jeśli już niekoniecznie mądrego". Niestety. Jeśli ma, to skrzętnie to ukrył, jak i niestety wszystkie pozostałe wypowiadające się tu osoby, książka ma bowiem formę rozmowy z Wojciechem Karolakiem przeplatanej wspomnieniami znajomych o Marii Czubaszek. Mąż tejże powiada to, co już było wielokrotnie mówione, na przykład, że seksu nie uprawiali, ponieważ pies im się przyglądał. Mówi też, jak poznał Marię, przy okazji zarzekając się, że nie był - przepraszam, ale dosłownie cytuję lepszych i dostojniejszych od siebie, "jebaką". Nie jest to przypadkowe, rzuca bowiem podobnej jakości mięsem jeszcze nieraz. Niewątpliwie używanie takiego słownictwa ma na celu pokazanie, jacy to autorzy są młodzieżowi, nowocześni i na luzie, a ja jestem starą sztywną ciotką, którą to razi.

Pomijając jednak formę, mamy tu i treść, z której dowiadujemy się, że Maria była pełna wdzięku, paliła papierosy, jadła wyłącznie parówki, oraz miała wyjątkowe, finezyjne poczucie humoru, że Anglicy z Monty Pythonem wysiadają, i tylko ona na całym świecie tak umiała. Na poparcie tego twierdzenia dostajemy po oczach dowcipasem, którego nie przytoczę, ponieważ nie powtórzyłabym go nawet po trzech drinkach i nawet gdyby potencjalny słuchacz był głuchy od urodzenia. Podobno Czubaszek natomiast tak się spodobał, że natychmiast opowiedziała go ze sceny. Albo mamy diametralnie odmienne definicje finezyjności, albo... był to zabieg celowy mający zrobić czytelnika w balon. Drugi raz pomyślałam to samo, czytając jak Karolak zabawnie przekomarzał się z małżonką i nabierał ją subtelnie, a ona przyjmowała to za dobrą monetę. Otóż na przykład mówił jej, że nie ma akurat banknotu 27-złotowego. W ogóle oboje pragnęli najwyraźniej uchodzić za uduchowione istoty, które nie jedzą, żyją nocą, a na przyziemnych kwestiach typy brudne pieniądze się zupełnie nie wyznają. Może bym i w to uwierzyła, gdyby pod koniec pan Karolak nie oznajmił mimochodem, lecz bardzo precyzyjnie, że za mieszkanie płaci trzy tysiące sześćset, w tym rachunki za prąd, wodę i internet. Tak prysł mit bezradnego intelektualisty bujającego w obłokach.

Drugim mitem, który Karolak chciałby podtrzymać, jest ich wielka miłość. Błyskawicznie okazuje się, że się kłócili, były nawet jakieś rękoczyny - ale pono to wszystko zupełnie nieistotne, bo mieli tyle wspólnego. Pytlakowska zadaje pytanie, co mianowicie, na co pan Wojciech powiada, że oboje kochali zwierzątka, ale poza tym tyle ich łączyło, tak dużo, takie mnóstwo, że gdyby chciał wyliczyć, to by zajął dwieście stron! Niestety Pytlakowska też chce na tej książce zarobić i powstrzymuje się przed poproszeniem, żeby wyliczył na początek może chociaż dziesięć rzeczy, więc się nie dowiadujemy niczego więcej.

Najuczciwszy jest tutaj Jan Osiecki, który figuruje jako redaktor książki "Nienachalna z urody", a który zdaje się odegrał większą rolę przy jej tworzeniu. W każdym razie spotykał sę z Czubaszek pod koniec życia, i mówi, że miała dwadzieścia dyżurnych anegdot. Potrafiła je opowiedzieć tymi samymi słowami ze trzy razy w ciągu spotkania. Trudno mieć jej to za złe, a przynajmniej raz czytamy coś innego niż papierosy, parówki, pieski i śliczne nóżki na szpileczkach. Zaskoczył mnie też pozytywnie Jan Pietrzak. Oczywiście nie darował sobie wstawki o złym wpływie złych feministek, ale przynajmniej nie odmówił wypowiedzi.

Czymś tę przestrzeń między okładkami trzeba było wypełnić, więc książkę ozdabiają zdjęcia. Liczne. Możemy na nich odkryć, że to doszczętnie wyeksploatowane przez wszystkich określenie o nienachalnym wyglądzie było jednak kokieterią. W młodości Czubaszek była naprawdę ładna (choć wierzę, że sama nie była o tym przekonana). Niestety musimy też ujrzeć jej męża w slipkach, rozwalonego na kanapie. Zapewne to kolejny sposób na udowodnienie, jakim jest fajnym młodzieżowym luzakiem. Przepraszam, zającem jest.
 
To jest pierwszy raz, kiedy się zupełnie poważnie zastanawiam, czy brukać ten blog (który przecież rozmaitego pokroju lektury już widywał) przyznaniem się do czytania tej książki.


2019-03-04 09:47:25 Komentuj (4)

---


"The Long Way to a Small, Angry Planet" Becky Chambers

Osoba czytająca Leckie, Jemisin i Martę Kisiel wymieniła tę książkę jako "podobną do Firefly", a to jedno z tych rzadkich słów kluczy, które powodują, że podskakuję na krześle jak ukłuta szpilką i biegnę się zaopatrzyć w lekturę. Nie pożałowałam.

W pierwszym rozdziale bohaterka leci przez próżnię w deepodzie, bardzo tanim i ciasnym środku podróżowania, pod wpływem usypiaczy, które nie są najlepszej jakości i nie bardzo działają. Rozmyśla o tym, że leci do pracy i że musi tę szansę koniecznie wykorzystać. W drugim rozdziale jesteśmy na statku kosmicznym, trochę niezgrabnym i poskładanym z materiałów z odzysku, ale działającym. Z rozmowy kapitana ze specjalistą od glonów dowiadujemy się, że czekają na przybycie nowej pracownicy, specjalistki od wypełniania formularzy. Jakoż i deepod dokuje, wyciągają z niego oszołomioną Rosemary, i oprowadzają po statku. Teraz się dowiadujemy, że załoga składa się z ludzi, ludzi modyfikowanych genetycznie, oraz innych istot rozumnych. Statek natomiast tuneluje. Podróż z prędkością szybszą niż światło jest możliwa, ale zabroniona - w tym miejscu pomyślałam, że trochę mi się to kojarzy z "Autostopem przez galaktykę", ale "The Long Way" jest jednak znacznie bardziej serio, i przy tym starannie przemyślana. Kizzy, mechaniczka, jest niewątpliwie siostrą bliźniaczką Kaylee z z Firefly, u kapitana też od razu widać rysy charakteru Mala, ale reszta jest bardziej oryginalna. Jenks jest zakochany w pokładowej AI, Lovey. Asbhy ma romans z istotą innego gatunku, do czego nie mogą się otwarcie przyznać, czyli ta Galaktyka nie jest taka znów otwarta i tolerancyjna. Rosemary natomiast pochodzi z Marsa, z bardzo bogatej rodziny, i wyraźnie coś ukrywa przed resztą załogi i przed czytelnikiem.

Ja jestem wrażliwa raczej na ustawienie słów obok siebie, zazwyczaj świat przedstawiony wyobrażam sobie bardzo szkicowo; natomiast tutaj wyjątkowo miałam wrażenie, że jestem na "Wayfarerze", widziałam dokładnie każdy szczegół i każdą osobę. Zaskakujące i bardzo przyjemne, choć przez pierwsze 30% nie dzieje się dość dokładnie nic, i zaczęłam się już zastanawiać, czy tak to będzie dalej - następnie pojawia się akcja i okazuje sie, że Chambers jednak umie również uzyskać dramatyzm. Trochę nam go dawkuje, ale w drugiej połowie książki dzieje się już znacznie więcej, i każdy członek załogi ma swoje pięć minut.

2019-03-01 09:47:20 Komentuj (0)

---


Krótkie opowiadania nominowane do Nebuli 2019

"Interview for the End of the World" Rhett C. Bruno (w antologii "Bridge Across the Stars"). 142 godziny do zderzenia z Ziemią wielkiej asteroidy... Gdzieś dopiero co widziałam ten pomysł - w rok wcześniejszym "Waiting Out the End of the World in Patty’s Place Cafe" Naomi Kritzer. Nawet tytuł podobny, chociaż dalej zupełnie co innego. Tu narator jest jednym z najbogatszych ludzi na Ziemi (albo był, zanim pieniądze straciły sens), ma statek kosmiczny, i przeprowadza rozmowy z kandydatem do Titan Project, który daje szansę ucieczki przed końcem świata. Mocne, plastyczne, początek serii Titanborn.

"The Secret Lives of the Nine Negro Teeth of George Washington" Phenderson Djèlí Clark. Realizm magiczny. Jak tytuł zapowiada, opisane są tu tajemne moce drzemiące w dziewięciu zębach z kolekcji George'a Washingtona. Autor jest historykiem. Bardzo piękna rzecz, oryginalna i wychodząca z utartych kolein, coś tu z Susan Clarke (zbieżność nazwisk przypadkowa, przypuszczam).  ***Wygrana***

"Going Dark" Richard Fox (w antologii "Backblast Area Clear"). Wojna światów trwa, Naroosha bombardują ludzi blastami energii, sergeant Hoffman i jego ekipa maszyn bojowych nie pozostają im dłużni. Unosiłam brew z niedowierzaniem zastanawiając się, cóż to robi na liście finalistów Nebuli, nawet dwa razy sprawdziłam, czy to na pewno ten tytuł, i mając jednak nadzieję, że pod koniec się wyjaśni. Zazwyczaj nie zdradzam zakończeń, tu jednak zrobię wyjątek: otóż maszyny bojowe muszą zakończyć swój żywot, a sierżant Hoffman bardzo nad nimi płacze. Serio, nie przesadzam. Autor kończył akademię wojskową i walczył w Iraku, więc najpewniej wie co pisze, i to tylko ja jestem sarkastyczna i nieczuła. A w ogóle rozumiem, że to narracja komiksowa, ale to też mi nie pomaga się zachwycić.

"And Yet" A.T. Greenblatt. Masz świeży doktorat z fizyki kwantowej i stoisz na progu nawiedzonego domu swojego dzieciństwa, ponieważ podejrzewasz, że są w nim bramy do równoległych wszechświatów. Dość ładny pomysł, ale ostatecznie dość oczywiste i wcale nie chodzi o równoległe wszechświaty, jak zwykle.

"A Witch’s Guide to Escape: A Practical Compendium of Portal Fantasies" Alix E. Harrow. Czarny nastolatek w kółko czyta "The Runaway Prince", one of those low-budget young adult fantasies from the mid-nineties, before J.K. Rowling arrived to tell everyone that magic was cool. Narratorką jest bibliotekarka, tego drugiego rodzaju: czarownica, która od razu wie, czego czytelnik potrzebuje. Naprawdę potrzebuje. A książki chcą być czytane. Zakochałam się w tym opowiadaniu śmiertelnie i nie jestem obiektywna, chcę, żeby dostało wszystkie nagrody. Oczywiście jest nieco w stylu "Wśród obcych" (która owszem, dostała nagrody).

"The Court Magician" Sarah Pinsker. Chłopiec jest iluzjonistą i marzy o poznaniu prawdziwej magii, jako młodzieniec marzy o poznaniu prawdziwej magii, w końcu zostaje the court magician i zdradzają mu słowo. Za użycie słowa płaci cenę, a używa go po to, żeby Regent nie miał problemów. Żadnych. Bardzo subtelna, bardzo piękna przypowieść.

*

Trzy doskonałe opowiadania, dwa bardzo dobre i jedno, którego najwyraźniej nie rozumiem. Wybór między Pinsker, Harrow i Clarkiem byłby bardzo trudny (sercem jestem oczywiście z Harrow, ale niewykluczone, że Pinsker jest bardziej uniwersalna). Zwłaszcza, że wszystkie trzy są podobne, z gatunku low fantasy (nie jestem pewna, jakie jest rozróżnienie między tym i realizmem magicznym, tak to jest z określaniem gatunków).



2019-02-27 09:19:24 Komentuj (0)

---


"Neverworld wake" Marisha Pessl

Podskoczyłam z wrażenia usłyszawszy, że jest nowa książka Marishy Pessl, ponieważ po "Nocnym filmie" miałam poczucie, że przeczytam cokolwiek jej autorstwa. Nie byłam rozczarowana, chociaż nie jest tak imponująca, jak ta poprzednia. Bohaterka po pierwszym roku studiów wraca do rodzinnego miasteczka pomagać w lodziarni rodziców, i chce się spotkać ze swoją szkolną paczką. Cieniem między nimi kładzie się tajemnicza śmierć jej chłopaka Jima. W końcu jedzie na imprezę u swojej niegdysiejszej przyjaciółki, jadą w piątkę na koncert, wracają do jej posiadłości - i w trzecim rozdziale okazuje się, że to w zasadzie fantastyka. Wpadają mianowicie w pętlę czasową, jak w "Dniu świstaka" przeżywają w kółko ten sam dzień, i tak będzie, dopóki nie podejmą zbiorowo pewnej decyzji. W tym wszystkim Beatrice nadal nie potrafi zdobyć się na odwagę i zapytać o Jima, ale ostatecznie dochodzenie do prawdy okaże się centrum akcji, niejednokrotnie zaskakując czytelnika.

To oczywiście nie jest pomysł oryginalny, natomiast jest to wszystko wspaniale realistyczne, jednocześnie odpowiednio szczegółowe i minimalistyczne, bohaterowie są bardzo plastyczni, miałam duże problemy z wyrwaniem sobie kindla z ręki, żeby iść spać. Oczywiście występują tu bardzo bogaci ludzie, najwyraźniej to wymóg w thrillerach (amerykańskich przynajmniej). Zapewne dramatyczne wydarzenia wśród biedoty nie byłyby w połowie tak interesujące. Kompletnie natomiast nie rozumiem pomysłu (zapewne wydawnictwa) z zostawieniem angielskiego tytułu, "Neverworld" w tekście tłumaczony jest na Nieświat. Niewątpliwie był jakiś powód pekuniarny.

2019-02-25 09:26:08 Komentuj (6)

---


"Arystokratka i fala przestępstw na zamku Kostka" Evžen Boček

Czwarta część z serii o czeskiej arystokratce Marii, która z rodzicami przyleciała z Ameryki, by zamieszkać na zamku rodowym Kostka i oprowadzać po nim turystów. Zaczyna się od oświadczyn Maksa, który jednak zapewne tego nie pamięta, bo ma boreliozę i natychmiast potem ląduje w szpitalu. Maria wraca do Kostki, gdzie zastaje przedziwne zbiorowisko oraz policję. Jak potem się okazuje, dwie niezależne grupy przestępców postanowiły się włamać do Kostki, w różnych celach. Sprawy skomplikowało im to, że był to dzień śmierci Diany i zamek został zamknięty z powodu żałoby. Książka odtwarza ich działania (w formie opowiadającej o tym Marii), czyli mieszkańców zamku widzimy tu niewiele. To dobry pomysł, ponieważ niewiele już by się udało wyciągnąć ze skąpstwa ojca, hipochondrii ogrodnika, amerykańskości matki oraz szaleństwa dogów. Zaśmiałam się dwa razy, to całkiem sporo na tę objętość, jak zwykle niezbyt imponującą. Jak poprzednio, ostatnie 6% to reklamy czeskich powieści. Tym razem jednak jest zakończenie i dowiadujemy się nawet, czy mieszkańcy Kostki się w końcu wzbogacą, skoro odkryli na jej ścianie autentycznego Rembrandta.  

2019-02-23 11:50:52 Komentuj (0)

---


"Durrellowie z Korfu" Michael Haag

Durrellowie urodzili się w Indiach, wszyscy, łącznie z rodzicami. Ci pobrali się w 1910 roku, rok później urodził się Larry. Następnie córeczka Margery, która jednak wkrótce potem zmarła na dyfteryt. Matka, Louisa, bardzo to przeżyła, i dlatego całe życie chuchała na następnego syna, Lesliego. Potem na świat przyszła Margaret i w końcu najmłodszy Gerry. Wkrótce przed jego trzecimi urodzinami nagle zmarł ojciec, Lawrence Samuel, prawdopodobnie miał guz mózgu. Z Indii wrócili do Anglii, a tam dorosły już Larry stwierdził, że matka zaczyna za dużo pić, i cała rodzina wyjechała na Korfu. Niestety autor nie tłumaczy, dlaczego Larry uważał, że w Grecji matka nie będzie piła. Następnie skupiamy się na korfijskim życiu Durrellów, i mamy mnóstwo cytatów z "Mojej rodziny", co trochę mnie irytowało, gdyż gdybym chciała ponownie czytać "Moją rodzinę", to bym ją czytała. Dowiedziałam się, że Larry był już żonaty z Nancy, która w książkach Gerry'ego nie występuje, tak samo zresztą jak żona i córka doktora Teodora Stephanidesa. Larry musiał w ogóle być niezwykle czarującym mężczyzną, ponieważ mimo wyjątkowo mizernego wzrostu (około 158 cm!) całe życie był otoczony kolejnymi prześlicznymi (są zdjęcia) kobietami. Z dwiema z nich miał córki.

Potem wybucha wojna, Durrellowie wyjeżdżają z Grecji, i następuje dość pospieszna końcówka. Z ciekawostek, Leslie pod koniec wojny zrobił dziecko ich greckiej służącej Marii, ale zupełnie się tym nie przejął, i musiała sobie radzić sama, co autor podsumowuje jednym współczującym zdaniem o jej ciężkim życiu. Następnie ten sam Leslie zdefraudował jakieś pieniądze. Cóż, ktoś musiał być czarną owcą w rodzinie. Niestety nie ma tu wiele więcej. Autor raz wspomina, że bracia już więcej się nie spotkali, nie wyjaśnia dlaczego. Nie próbuje też wniknąć na przykład w charakter Margo, jest tu tylko jedna jej wypowiedź skrótowo komentująca książki Gerry'ego, która nie wnosi niczego nowego - raczej żaden ich czytelnik nie spodziewał się, że jest w nich zawarta sama prawda i tylko prawda. Nie ma żadnych rozmów z dziećmi Margo, nie dowiadujemy się, co o braciach i swojej młodości na Korfu opowiadała im matka; jakoś trudno uwierzyć, że kompletnie nic.

Najlepsze kawałki tej biografii to właśnie fragmenty "Mojej rodziny". Praca tłumaczki, redaktorki i korektorek też niestety pozostawia sporo do życzenia. Żadna najwyraźniej nie umie odmieniać przez przypadki. Na pociechę jest tu natomiast zdjęcie gołego Henry'ego Millera, długo nie mogłam się otrząsnąć z wrażenia.


2019-02-21 10:00:39 Komentuj (3)

---




Następne
Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Anglik w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem