DS magazine
Bertrand Russell
"Hidden Bodies" Caroline Kepnes
Znany z "Ty" Joe ma nową dziewczynę, Amy. Pławi się w szczęściu nowego związku, wszystko jest idealne, a nawet jeśli nie jest, to Joe błyskawicznie dochodzi do wniosku, że jednak jest. Bardzo pomaga fakt, że Amy nie jest online, nie ma nawet konta bankowego, nie wrzuca więc zdjęć na portale społecznościowe i nie można jej śledzić. To się za chwilę obróci przeciwko bohaterowi, kiedy Amy natychmiast po powrocie z weekendowego wyjazdu zgarnia sporo rzadkich książek (pierwsze wydania "Kompleksu Portnoya" zresztą) i znika bez śladu. To znaczy, prawie bez śladu. Zostawiła je w historii przeglądarki, dzięki czemu Joe wie, że musi jej szukać w Los Angeles. Musi, prowadzi go bowiem potrzeba jej ukarania.

Tutaj też narracja wychodzi autorce znakomicie, bohater bardzo realistycznie przerzuca się między widzeniem wszystkiego w superlatywach a czarnych barwach. Nie ma niczego pośrodku. Widzimy też, jak machinalnie dostosowuje się do oczekiwań innych ludzi, rezygnując z własnych upodobań, i sekretnie mając im to za złe. Aż ciarki chodzą po plecach. Mniej realistyczna jest natomiast otoczka, trudno mi było uwierzyć, że pozbywanie się ciał może być takie proste, i że w dużym mieście nikt nie zauważy podejrzanych działań bohatera. Mowa była o cienkich ścianach w bloku, nieco potem Joe zagłusza muzyką swoje poczynania - nikt nie reaguje? Mam też wątpliwości, czy na pogrzeb mało znanej osoby przyszłoby tylu sławnych aktorów i reżyserów. Ale to się mieści w zasadach gatunku, oczywiście. A wciąga bardzo mimo wszystko. I zaskakuje do ostatniej strony. Ujęły mnie znowu aluzje literackie, na przykład to, że Forty zwraca się do Joe per "Old Sport". A najbardziej tu przerażające jest, że wbrew sobie, i nie wiem, czy zgodnie z zamiarem autorki - lubimy bohatera i mu kibicujemy. Przypominałam sobie na siłę, że to psychopatyczny morderca, ale niestety, część mózgu nadal radośnie mówiła "ale i tak mam nadzieję, że mu się uda", nie mając niczego na swoją obronę.

2019-02-05 09:57:30 Komentuj (0)

---


"Genialni. Lwowska szkoła matematyczna" Mariusz Urbanek
Przeszli do historii i legendy, zmienili matematykę i oblicze świata. Spotkali się przez przypadek, a potem latami regularnie spotykali się w lwowskiej kawiarni, dyskutując o matematyce, wymyślając problemy i je rozwiązując. Stefan Banach, Hugo Steinhaus, Stanisław Ulam, Stanisław Mazur.

Zaczęło się od Steinhausa, urodzonego w 1887 w Jaśle. Studiował w Getyndze, walczył w Legionach Polskich w czasie pierwszej wojny światowej, a w lipcu 1916 na krakowskich Plantach usłyszał rozmowę o całce Lebesgue'a. Tak poznał pięć lat młodszego Stefana Banacha. Ten w równoległej rzeczywistości nosiłby nazwisko Greczek (a za nim przestrzeń Greczka), gdyby jego ojciec mógł ożenić się z jego matką, byli jednak podobno zbyt biedni, a Stefan Greczek w dodatku nie mógł wziąć ślubu bez zezwolenia wojskowego dowódcy. Dziecko wzięła na wychowanie bezdzietna kobieta i zapewniła mu wykształcenie. W 1920 został ściągnięty do Lwowa przez Steinhausa, który objął katedrę matematyki na tamtejszym uniwersytecie.

Stefan Mazur (późniejszy ojciec znanej tancerki Krystyny Mazurówny) był synem lwowskiego cukiernika i studentem Steinhausa. Roztrzepanym i niezbyt pilnym. Miał niezwykły umysł, ale był strasznie leniwy, nie chciało mu się publikować, wystarczała mu świadomość, że potrafi rozwiązać pojawiające się problemy. Szkoda, bo wiele najważniejszych twierdzeń XX wieku mogłoby nosić jego nazwisko. Tak samo jak nieco wcześniej Banach, Mazur nie ukończył studiów, co nie przeszkodziło mu w zrobieniu doktoratu, a potem profesury. Kiedy został asystentem na uniwersytecie, poznał studenta Stanisława Ulama, najmłodszego z czwórki, syna lwowskiego adwokata. Obaj dołączyli do kawiarnianego stolika Banacha (gwar i dym papierosowy były mu najwyraźniej niezbędne do kreatywności), gdzie dyskutowali o matematyce do roku 1939. Ulam w czasie wojny pracował w projekcie Manhattan, tworząc bombę atomową. Wierzył, że tylko prace nad bronią ostateczną zapewnią ludzkości pokój. Był poza tym szczęśliwy w Los Alamos skupiającym najwybitniejsze umysły świata. Steinhaus z kolei, powszechnie znany jako autor licznych aforyzmów, poświęcił sporo czasu pracy nad stworzeniem introwizora, maszyny pozwalającej na ocenę głębokości, na jakiej na zdjęciu rentgenowskim znajduje się obiekt.

Wojnę wszyscy czterej jakoś przetrwali, w przeciwieństwie do innych uczonych, którzy nie mieli tyle szczęścia. Banach karmił wszy w Instytucie Weigla. Zmarł w sierpniu 1945. Steinhaus wyjechał do Wrocławia organizować wydział matematyczno-fizyczno-chemiczny powstającej tam uczelni. "Brał udział tylko w tych wydarzeniach naukowych i kulturalnych, na które zaproszenia nie zawierały błędów językowych". (Jakże go rozumiem). Ulam został w Stanach, w roku 1960 zadzwonił do niego asystent prezydenta Kennedy'ego z pytaniem, jakim projektem powinni się zająć. Ulam wskazał wyprawę na Księżyc. Natomiast Mazur został posłem na sejm i objął katedrę matematyki na Uniwersytecie Warszawskim. To on powołał warszawskie liceum dla matematycznych talentów, obecnie im. Staszica.

Przelotnie w książce pojawiają się również Leon Chwistek i sam Henri Lebesgue, który przed wojną przyjechał do Lwowa odebrać doktorat honoris causa Uniwersytetu Jana Kazimierza. Banach i Steinhaus zabrali go oczywiście do Szkockiej, gdzie przestudiował kartę pełną niezrozumiałych nazw i oświadczył, że jada tylko potrawy dobrze zdefiniowane.

Jak zwykle biografie Urbanka, książka jest precyzyjna i świetnie napisana. Ostatni rozdział zawiera rozmowę z profesorem Romanem Dudą, matematykiem i historykiem nauki. Znał osobiście Steinhausa i Mazura. Twierdzi, że matematyczna szkoła lwowska była najważniejszym wkładem w naukę światową.


2019-02-03 16:30:00 Komentuj (6)

---


"Ty" Caroline Kepnes
Nowy Jork, 2013. Tytuł i drugoosobowa narracja stąd, że narrator zwraca się do dziewczyny, która przyszła do księgarni, gdzie pracuje, i w której natychmiast się obsesyjnie zakochał. Postępuje jednak nieco inaczej niż zazwyczaj młodzi faceci, którym się podoba dziewczyna. Zaczyna ją śledzić, w necie i w realu. Pewnego wieczoru, kiedy pijana wraca do domu, ratuje jej życie pomagając wyjść z torów metra, przy tej okazji kradnie jej telefon. Jest przekonany, że na pewno jej się podoba, przeszkodą jednak jest facet, na którym Beck zależy, bogaty Benji. Joe porywa go więc i zamyka w piwnicy księgarni, gdzie bardzo poręcznie właściciel zbudował dawno temu solidną klatkę.

Świetna fabuła, z mnóstwem aluzji do książek i filmów (ulubionym filmem bohatera jest "Hanna i jej siostry"), i dość prawdopodobne postaci. Joe ma kompleksy z powodu nieskończenia szkoły, z drugiej strony przeczytał mnóstwo książek. Ale im dalej, tym dobitniej się przekonujemy, że nie jest sympatyczną postacią. Jego przekonanie, że tylko on może Beck uszczęśliwić, powoduje u czytelnika ciarki na plecach. Upieranie się, że robi to wszystko dla niej, również. Pomysł książki każe myśleć o "Kolekcjonerze", ale intelektualna przepaść między tymi bohaterami nie jest tak duża, jak u Fowlesa. Poza tym autorka fantastycznie pokazuje, jak łatwo w dzisiejszych czasach dowiedzieć się wszystkiego o kimś, korzystając z mediów społecznościowych. Nawet jeśli ktoś się pilnuje, to zazwyczaj ma rodzinę i przyjaciół, a ci lubią informować publiczność o tym, gdzie przebywają i co lubią.

2019-02-01 08:57:03 Komentuj (0)

---


"All the Birds in the Sky" Charlie Jane Anders
Wydana w styczniu 2016, Nebula i Locus 2017, nominacja do Hugo (którą otrzymało "Obelisk Gate" Jemisin, tu przyznaję, że gdyby mi ktoś kazał między nimi wybierać, to szlochałabym i prosiła o zmiłowanie), druga powieść autorki. Musiałam to przeczytać z powodu tej listy nagród, ale początek wcale nie był specjalnie zachęcający.

Mała Patricia (siostra Roberty - rodzice planowali imiona dla chłopców; ja w takim razie powinnam być Michaliną) znajduje ptaszka ze złamanym skrzydłem, chcąc mu pomóc odkrywa, że rozumie mowę ptaków i innych zwierząt, udaje się do ptasiego parlamentu, gdzie mówią jej, że jest czarownicą.
- Znaczy, znowu Harry Potter dla młodszych dzieci? - wzdychałam przez cały pierwszy rozdział. Kończy się on tym, że bohaterka traci dar rozumienia mowy zwierząt, co już spowodowało, że moje zblazowanie nagle znikło.
- Znaczy, cały ten rozdział był w jakim celu? - zadałam pytanie światu i czytnikowi. Odpowiedzi nie dostałam od razu, w drugim rozdziale bowiem poznajemy nastoletniego Laurence'a, który nie znosi zdrobnienia Larry i jest współczesnym nerdem z tabletem, komputerem, oraz rodzicami, którzy chcieliby, żeby przebywał częściej na świeżym powietrzu i wysyłają go na weekendy outdoorowe. Tymczasem skonstruował maszynę czasu, która przenosi go w przyszłość o dwie sekundy, co okazuje się nawet dość użyteczne. Ucieka z domu, żeby zobaczyć start rakiety orbitalnej zbudowanej przez technicznego inwestora Miltona Dirtha, tam poznaje innych nerdów i dostaje w prezencie Heinleina "Wkładaj kombinezon i w drogę".
- Dobra, nie wiem, co to ma być, ale na pewno będę to czytać dalej - oświadczyłam na to czytnikowi.
W kolejnym rozdziale Patricia siedem lat później i Larry chodzą do jednej klasy. Patricia nadal upiera się, że powinna być czarownicą, ale nie jest, Larry nadal buduje urządzenia. A nieco później, w 11% oznajmiłam zdecydowanie
- Ta kobieta jest szalona.

Potem usiłowałam sprecyzować, co mi to przypomina. Jest to oczywiście bliskie urban fantasy, ale w tej nie ma nerdów, komputerów ani Heinleina. Najbliższe pokrewieństwo to chyba "Długa Ziemia", która też jest gdzieś pomiędzy sf a fantasy, i ozdobiona poczuciem humoru, które w "All the Birds" jest zupełnie innego rodzaju. Anders właściwie byłaby bliższa narracji rodem z baśni, gdyby nie te absolutnie przyziemne fragmenty o współczesnym świecie, komputerach, rakietach i nastolatkach w szkole. Zupełnie nie wiadomo, dokąd to zmierza, choć można się domyślić, że Laurence i Patricia połączą siły magiczno-techniczne, żeby walczyć z jakimś złem zagrażającym światu. Kolejnym skojarzeniem było "D.OD.O." Stephensona & Galland, też łączące sf z magią: tyle że tam w naszej współczesności magii nie ma. W "All the Birds" jest i ma się znakomicie. W trzeciej części (gdzie Patricia i Laurence są już dorośli) natomiast widać Pratchetta, w tych miejsach, które nie są akurat zdecydowanie techniczne. Peregrine natomiast jest rodem z nagrodzonego Hugo i nominowanego do Nebuli opowiadania "Cat Pictures, Please" Naomi Kritzer (rok wcześniejszego niż powieść). Trzeba, żeby ta aplikacja powstała.

Próba wyobrażania sobie krzyżówki Stephensona z Pratchettem powoduje, że mój mózg skręca się w korkociąg prostopadły do czasoprzestrzeni, ale Charlie Jane Anders najwyraźniej tego problemu nie miała, i słusznie. Przy tym udaje się jej uniknąć problemu "nie wiem co chcę napisać, więc wrzucę tu wszystko". To jest nasz świat, plus magia, która jest skromniutka, żadnego tu machania różdżką, efektownych śmiercionośnych klątw ani fantastycznych zwierząt. Wszystko się mieści, pasuje do siebie i działa. Czytanie tej książki przypomina oglądanie repliki Tower Bridge zbudowanej z klocków Lego: klocki znamy, efekt finalny znamy, pozostaje tylko pełne podziwu pytanie "JAK?".

2019-01-30 09:41:21 Komentuj (0)

---


"Dzienniki kołymskie" Jacek Hugo-Bader
Kiedy szwagier rzucił jeden ze swoich szalonych pomysłów, mianowicie podróż do źródeł Leny, moj wujek go wyśmiał i przyniósł mu "Dzienniki kołymskie". Jest to zapis podróży Hugo-Badera od Magadanu do Jakucka, Traktem Kołymskim, autostopem. Początkowo planował podróż motocyklem, ale warunki pogodowe mu na to nie pozwoliły. Wylądował w Magadanie i podróżował, czym się dało, nocując częściej kątem, rzadziej w podłych hotelikach. Ciekawostką jest, że za transport przez te 2025 kilometrów zapłacił tylko raz, w sumie tysiąc rubli (sto zł) za przeprawę przez Ałdan. Trwała siedem minut.

Nie zliczę, ile razy w czasie lektury wzdychałam coś w rodzaju "Rosja to nie kraj, to stan umysłu" albo "oni są zdecydowanie zrobieni z czegoś innego niż ja". Kołyma była miejscem zsyłek, polski reporter bezustannie spotyka więc ludzi, którzy są byłymi zekami (więźniami łagrów) lub ich potomkami. Opisuje urodzoną w łagrze panią, która ma w papierach "data urodzenia 7 marca 52, data pozbawienia wolności 7 marca 52". Mówienie o absurdzie czy o prawach człowieka kompletnie w tym kontekście traci sens. Inna rozmówczyni Hugo-Badera została skazana na 10 lat za sabotaż, kiedy zdechły dwie krowy, którymi się opiekowała. Ona miała 14 lat, krowy zapalenie wymion. Są tu ludzie, którzy idą po wódkę piechotą 30 km w w dwudziestostopniowym mrozie. Sam autor podlicza, że w ciągu 36 dni brał udział w dziewiętnastu solidnych popijawach. Uchylać od picia się nie da.

Kołyma to również gigantyczna kopalnia złota. Reporter spotkał miejscowego oligarchę Basanskiego, który zresztą wziął go za agenta i wepchnął mu 100 tysięcy rubli. Przy okazji dowiedziałam się, że żyła złota to miejsce, gdzie w metrze sześciennym ziemi jest gram złota. W tej chwili w kopalniach złota wypłukuje się około 400 g na dobę. Dawniej robili to oczywiście więźniowie, którzy za wyrobienie normy dostawali 300 g chleba dziennie.
 
Hugo-Bader opisuje historie tak nieprawdopodobne, że nawet jeśli uznać je za zdrowo przesadzone, i tak zadziwiają. Na przykład ta o wygłodniałym niedźwiedziu, który zagonił kierowcę ciężarówki na jej dach i czekał, aż ten w końcu zejdzie. Człowiek miał wybór między rozszarpaniem przez zwierzę a zamarznięciem na kilkunastostopniowym mrozie. Po tak spędzonej nocy został ostatecznie uratowany przez innego kierowcę. Miał szczęście - Trakt Kołymski nie jest szczególnie uczęszczaną trasą.


2019-01-28 09:41:12 Komentuj (2)

---


"Cher Monsieur M" Herman Koch
Holenderskiego pisarza Hermana Kocha wynalazła Zuzanka na jakiejś liście książek z twistem, i obie przeczytałyśmy "Letni dom z basenem" (notka Zuzanki) oraz "Kolację" (notka Zuzanki). Są to książki bardzo dobrze napisane, ale niekoniecznie przyjemne w lekturze i "zostawiające osad", jak to trafnie ujęła Zuzanka. Następnie zajrzałam na listę książek z twistem i odkryłam, że znajduje się na niej nie żadna z nich, tylko "Geachte heer M" (2014), na polski nie przetłumaczona, za to na francuski owszem.

Narrator zwraca się do swojego sąsiada z góry, pana M, który jest znanym pisarzem. Wyraźnie go nie lubi, nabija się z niego, wyśmiewa starość, dokucza mu, że pisze kiepskie książki - przebija jednak pod tym wyraźnie obsesja na jego punkcie. Od pierwszych stron widzimy, że śledzi swojego oponenta i jego rodzinę, podsłuchuje jak się kąpią, podgląda ich. Jest to lepkie i nieprzyjemne. Nie od razu wiadomo, skąd ta fascynacja połączona z odrazą się bierze: czy chodzi tylko o zawiść wobec pisarza odnoszącego pewne sukcesy? Dość szybko wychodzi na jaw, że w jednej ze swoich książek M. opisał wydarzenie, którego bohaterem był właśnie ten narrator i jego ukochana, Laura, oboje wówczas licealiści. Najwyraźniej maczali palce w zniknięciu ich nauczyciela historii, z którym Laura miała romans. Ta historia staje się drugim wątkiem opowieści, ponieważ narrator przerzuca się między relacjonowaniem teraźniejszości - jedzie za żoną i córką pisarza na wakacje - a fragmentami tamtych wydarzeń, oraz fabuł książek bohatera, wszystko to uzupełniając licznymi dygresjami. Widać z nich, że zazdrości procesu twórczego, analizuje chwyty używane przez pisarza, i że teraz rozkoszuje się możliwością snucia swojej własnej historii, co nie zawsze wychodzi mu składnie. 

W drugiej części widzimy pisarza, pana M, tym razem w narracji trzecioosobowej, i są to wydarzenia, które już poznaliśmy. Ten fragment jest dość nudny, natomiast ciekawe jest, że przedtem współczuliśmy bohaterowi podglądanemu przez wrednego stalkera. Teraz okazuje się, że właściwie wcale nie jest fajniejszy. Jest marudny, ma dziwne poglądy i nie jest sympatyczną osobą. To krótka część. W kolejnej narracja (nadal trzecioosobowa) koncentruje się na Laurze, w czasach licealnych. Dowiadujemy się, jak się poznali z późniejszym stalkerem. Wciąga, aczkolwiek czytelnik cały czas pamięta, że teraźniejszość zatrzymała się na podglądaczu nachodzącym żonę pana M. ewidentnie w złych celach, i chciałby się dowiedzieć, co się dalej stanie, tymczasem wątki z przeszłości też wcale nie są oczywiste. Przy okazji można odkryć, że nastolatki holenderskie są najwyraźniej strasznie porządne: podczas weekendu w domku rodziców cały czas zmywają i sprzątają. Są również mało cnotliwe, Laura (pochodząca z dobrej rodziny) w wieku 17 lat ma już za sobą liczne doświadczenia seksualne (a rzecz dzieje się mniej więcej w latach 70-tych). Część czwarta to istny poemat dygresyjny: każdy rozdział dotyczy innego bohatera i innego czasu, za każdym razem jest parę sekund konfuzji. I znowu dużo tu ciężkiego życia pisarza, który musi udzielać wywiadów i chodzić na imprezy. W piątej poznajemy ostateczne rozwiązanie zagadki - faktycznie jest zaskakujące. 

Ciekawy pomysł, interesujący sposób narracji, bardzo dobra jest ta (de)konstrukcja, nawet jeśli miejscami frustrująca. Lubię oglądać te same wydarzenia z różnych punktów widzenia. Psychologia głównych postaci jest wiarygodna. Nie pojmuję tylko, po co były te obszerne wstawki dotyczące pisarza, jego poglądów, twórczości i historii rodziców. Nie są zupełnie do niczego potrzebne. Przeciwnie, lepszy efekt dałoby pokazanie pisarza jako osoby miłej, skromnej i zasadniczo nieskazitelnej. To wygląda, jakby Koch dołączył tu na siłę notatki przeznaczone do innej książki oraz wylał jakieś swoje frustracje związane z kolegami po piórze zmieniającymi wydawców - ten kilkakrotnie tu podejmowany wątek nie ma już w ogóle żadnej potrzeby bytu. Jest też pewien problem z chronologią: Herman ma "ze trzydzieści" lat mniej niż pisarz M, czyli około 45, tymczasem pod koniec dowiadujemy się, że wydarzenia z czasów licealnych były czterdzieści lat temu, czyli Herman ma jednak 57.  


2019-01-26 21:31:05 Komentuj (0)

---


"Toń" Marta Kisiel
Dżusi Stern przyjeżdża do Wrocławia do swojego domu rodzinnego zamieszkiwanego przez siostrę i ciotkę. Ta ostatnia wyjechała na urlop, a mieszkania nie wolno pozostawić pustego. Niestety pociąg Dżusi się spóźnił, a Eleonora musiała iść do pracy, i to początek dramatycznych wydarzeń. Bardzo mi się tu podoba, jak długo autorka potrafi przykuwać uwagę czytelnika nie tłumacząc właściwie niczego. Wiemy tylko, że rodzice sióstr zginęli, wychowywała je rzeczona bardzo surowa ciotka, a dalej zaskoczeń jest sporo. Kolejny raz będzie poważniej, niż można się spodziewać na początku, i będzie mowa o historii Wrocławia.

Pojawiają się tu bohaterki znane z "Nomen omen", przy czym rzecz dzieje się wcześniej, ale jest to właściwa kolejność czytania. Ujęła mnie jak zwykle dowcipna narracja, uzupełniająca dramatyczne wydarzenia, oraz zakończenie.


2019-01-24 09:27:33 Komentuj (0)

---


"Nomen omen" Marta Kisiel
Salomea Przygoda ma 25 lat, wzrostu sporo jak na kobietę, bo 183 cm, rude włosy, ukochaną babcię, nadmiernie wylewną matkę i kłopotliwego młodszego brata. Nic więc dziwnego, że chwyta pierwszą okazję, aby z rodzinnego miasteczka w Kotlinie Kłodzkiej wynieść się do Wrocławia, gdzie znajduje pracę i pokój w willi u pani Bolesnej. Ta wprawdzie jest wiekowa, za to jeszcze wyższa od Salki, a energii jej nie brakuje. Ma również wielką gadającą papugę. Z tą Salomea się zaprzyjaźni, za to natychmiast życie zacznie jej się komplikować. Zwłaszcza kiedy nieoczekiwanie do jej lokum nadciągnie młodszy brat, zdecydowanie bohaterce do szczęścia niepotrzebny. W prologu widzimy Salkę wrzucaną właśnie przez niego do Odry, co się wyjaśni mniej więcej w ćwierci książki.

Wciągające, sprawne, nie do końca wiadomo, dokąd zmierza, znów kazało mi myśleć o Chmielewskiej, ale to nie całkiem uczciwe wobec Marty Kisiel, która ma swój wyrazisty styl. Może się nieco kojarzyć z Musierowicz, gdyby ta postanowiła napisać horror, aczkolwiek to też spore uproszczenie. Akcja jest znakomicie pomyślana, obrót spraw w połowie książki całkowicie mnie zaskoczył, jest tu parę fragmentów znacznie poważniejszych, niż można się tego spodziewać na początku. I jest Wrocław. Nie tylko współczesny. Wolałabym tylko, żeby autorka nie imputowała nadwagi kobiecie z BMI 22,6. Oraz zdumiała mnie qjhqmvrfgbcvępvbyrgavn qmvrjvpn.

2019-01-22 14:07:15 Komentuj (2)

---


"Nocny film" Marisha Pessl
Wiele osób wymieniało tę książkę jako nadzwyczaj dobrą, i chociaż na ogół jestem w takich przypadkach sceptyczna, bo ilość niekoniecznie przekłada się na jakość, to ostatecznie zainteresowanie przeważyło nawet moją niechęć do thrillerów. 

Były dziennikarz, Scott McGrath, pięć lat wcześniej przekreślił swoją karierę wypowiadając się bardzo krytycznie na temat sławnego, kultowego reżysera, Stanislasa Cordovy. Przegrał proces o zniesławienie wytoczony mu przez rodzinę twórcy, stracił pracę, przy okazji stracił również żonę. Tymczasem w październiku 2011 samobójczą śmiercią ginie córka Cordovy, 24-letnia Ashley. Scott widzi swoją szansę na przekonanie opinii publicznej, że z tą rodziną naprawdę było coś nie tak, i wszczyna własne śledztwo.

Filmy Cordovy są mroczne i bardzo brutalne, pełne tajemniczych symboli (coś w rodzaju krzyżówki Tarantino z Lynchem), organizowane są tajne ich pokazy (na przykład w paryskich katakumbach), istnieje cała sekta ich fanów, którzy mają tajne forum w tajnym internecie. Sam reżyser całkowicie wycofał się z życia publicznego i zamknął w swojej niedostępnej rezydencji, ma opinię cierpiącego na agorafobię pustelnika, nikt nie wie, jak naprawdę wygląda oraz czy w ogóle jeszcze żyje, a nawet - czy istnieje. Wszystko tu jest tajemnicze, mroczne, przerażające - ale to w końcu thriller; jak się nie umie nawet z zaciśniętymi zębami zaakceptować reguł gatunku, to się jednak nie czyta. Również nieżyjąca córka była oszałamiająco piękna, a poza tym była oszałamiająco zdolną pianistką, dającą zachwycające koncerty w wieku 13 lat. Te nachalne wyolbrzymienia zawsze mi w tym gatunku przeszkadzają, natomiast poza tym muszę oddać pełną sprawiedliwość autorce. Bohater jest bardzo sensownie skonstruowany, inne postaci zresztą też, atmosfera jest znakomita, sporo tu pierwszorzędnej wyobraźni, akcja wciąga, a Pessl świetnie nad nią panuje do końca (raczej przegadanego, ale nie można mieć wszystkiego). Pełno tu uzupełnień w postaci stron z gazet, wklejonych maszynopisów, stron internetowego forum, itd. Na kindlu czyta się to słabo, ale jest zrobione bardzo starannie i dodaje autentyzmu.

Ujął mnie tu realizm: kochający ojciec, rozwiedziony od czterech lat i swobodnie szastający studolarówkami, nie ma dla regularnie widywanej córki żadnej zaufanej opieki na wszelki wypadek, babysitterkę dostarcza bowiem matka. Kiedy więc ta opiekunka jest chora, ojciec musi zabierać dziecko ze sobą, nie mając z kim go zostawić. To w ogóle jest dość istotny wątek, bo ta powieść jest o relacji ojca z córką. Zdziwił mnie natomiast pomysł, żeby wypadek dziecka karać odebraniem ojcu prawa do widzeń. Ciekawe, czy w Stanach to się faktycznie tak łatwo od jednego razu załatwia. 


2019-01-20 12:10:15 Komentuj (0)

---


Gardner Dozois "The Year's Best Science Fiction 30" (2012)
Indrapramit Das "Weep for Day". Zobaczyłam w drugim zdaniu nazwę "City-of-Long-Shadows" i dramatycznie zapytałam przestrzeń przed sobą: "czy oni mogliby już PRZESTAĆ? Wszyscy? Raz na zawsze? Proszę?", na co reszta mózgu przypomniała mi, że w końcu nie muszę czytać fantasy, obowiązku nie ma. Gdzie są jakieś zbiory opowiadań w ogóle nie zawierające fantasy, pytam uprzejmie. W następnym zdaniu pojawia się jednakże pociąg, co mnie jakoś uspokoiło. Fantasy zawierająca pociągi nie może być taka całkiem zła. Pociągiem jedzie ośmioletnia narratorka, z bratem i rodzicami, na półkulę Nocy, zobaczyć uwięzionego Nightmare. (Przy okazji wyjaśnia się nazwa miasta, całkiem uzasadniona). Ojciec był kiedyś błędnym rycerzem polującym na Nightmares żyjące po ciemnej stronie tej obracającej się synchronicznie planety, teraz jest “A knight of Industry and Technology, bringer of light under Church and Monarchy.” Dalej jest dość przewidywalnie, ale jak pięknie zbudowany jest ten świat.


Paul McAuley
"The Man". W śnieżycy do pani mieszkającej z dwoma husky przychodzi nagi człowiek. No, z grubsza człowiek. Bohaterka pozwala mu przenocować i zastanawia się, kto go zesłał. Jesteśmy na Yanos, synchronicznie (tak dla odmiany) obracającej się wokół Saurona. Osady ludzkie w równikowym pasie zmierzchu, identycznie jak w poprzednim opowiadaniu. Bohaterka opowiada gościowi o swoim życiu. Przybyła z Ziemi, gdzie po wielkim kryzysie pojawiły się statki the Jackaroo i można było kupić albo wygrać na loterii bilet do innego świata. Reszta stylizowana na Dziki Zachód, dobrze rozegrana.



Jay Lake "The Stars Do Not Lie". Świeżo wynaleziona elektryczność jest właśnie instalowana w biurze naukowca Morgana Abuttiego, który odkrył, że ludzkość nie pochodzi z tego świata, wbrew temu, czego naucza obowiązująca religia mówiąca o tym, jak the Increate ją tam umieściła w Ośmiu Ogrodach. Kobiety od pokolenia mogą studiować, a potem również biali ludzie, choć tradycyjnie są rasą gorszą. Generalnie pomysł zdecydowanie nienowy, ale świetnie napisane, kojarzyło mi się nawet z Peanatemą. Nominacje do Hugo i Nebuli.


Lavie Tidhar
"The Memcordist". Świat "Stacji Centralnej", w której przelotnie pojawia się imię Pyma będącego bohaterem tego opowiadania. Podróżuje po Układzie Słonecznym i od urodzenia jest bohaterem the Narrative of Pym, czegoś w rodzaju nieustającego reality show. Całe jego życie nieustannie obserwują miliony followersów, w polu widzenia ma informacje o ich liczbie. "Everything I’ve ever done in my life, he thinks, is on record. Everything I’ve seen, everything I’ve touched, everything I smelled or said. And yet had he said or done anything worth saying, anything worth doing?". Oryginalne i przejmujące. To jest niewątpliwie ciekawy pisarz.



Pat Cadigan "The Girl-Thing Who Went Out for Sushi". Kometa Shoemaker-Levy spadła na powierzchnię Jowisza w 1994, co wspomina narratorka mówiąc, że od tamtego czasu, czyli przez prawie 300 lat, nic podobnego się nie zdarzyło. Teraz się zdarzy, i wszyscy płacą za widok z bliska, czyli trzeba zainstalować mnóstwo kamer po wewnętrznej stronie pierścienia. Tymczasem Fry złamała sobie przy tej okazji nogę. Fry jest tytułową girl-thing, "a featherless biped genius beauty queen". Ziemia nie nazywa się już Ziemią, tylko "Dirt", i jest tu mnóstwo innego świetnie pomyślanego slangu. Ekipa natomiast jest gatunkowo mieszana (two-steppers and sushi), przy czym ten drugi gatunek nie jest naturalny, tylko zrobiony. Nie widzę wprawdzie, jak cemrenovnavr yhqmv an bśzvbeavpr miałoby pomagać w eksploracji Kosmosu, ale jak to jest wyśmienicie napisane, z niezrównanym autentyzmem. Zasłużona nagroda Hugo 2013 (kategoria novelette).


Eleanor Arnason "Holmes Sherlock". Kobieta z rasy hwarhath nauczyła się angielskiego i została tłumaczką ludzkiej literatury (jak wiadomo, cała literatura ludzka jest po angielsku). Ludzie są wrogami hwarhath, i dlatego ci ostatni chcą ich poznać i zrozumieć. Much human fiction was disturbing, since it dealt with heterosexual love, a topic the hwarhath knew nothing about. Za to opowiadania o Holmesie Sherlocku są interesujące. Pomysł obowiązkowego homoseksualizmu mnie irytował, bo jest absurdalny z biologicznego punktu widzenia, poza tym ładna atmosfera, ale dość oczywiste.


Richard A. Lovett and William Gleason "Nightfall on the Peak of Eternal Light". Drew Zeigler wylądował na Księżycu, żeby zacząć nowe życie. Są tam miasta. Bohater jest turystą, ale nie chce nim być, chce tam zostać na stałe, co nie jest oczywiste. Dobre opisy księżycowej codzienności (tylko grab plates mi przeszkadzały). Dalej bardzo sprawny thriller, chociaż nie pojmuję wnx mnoówpn zótłol hpvrp m Xfvężlpn, avr qnwąp fvę młncnć. Zakończenie okrutnie melodramatyczne.


Andy Duncan "Close Encounters". Do osiemdziesięcioletniego narratora przychodzi reporterka pytająca go o jego dawne close encounters, o których napisał książkę. Znakomita narracja, świetny bohater, mniej więcej wiadomo, dokąd to zmierza, właściwie nie jest to fantastyka (tylko nieco więcej), ładna rzecz. Nebula 2013 (novelette).


Brit Mandelo "The Finite Canvas". Do lekarki w klinice in what used to be India przychodzi kobieta i prosi o zrobienie skaryfikacji. Kolejnych. Nie prosi, żąda. W zamian zapłaci dużo i opowie swoją historię. Dobrze napisane, ale to tak bardzo w ogóle nie jest fantastyka (teoretycznie post-apo klimatyczne, ale to nie odgrywa najmniejszej roli). Nominacja do Nebuli 2013 (novelette).


Sean McMullen "Steamgothic". Bohatera fascynują urządzenia parowe i buduje ich modele, ale lubi też ubierać się na czarno, stąd na jego drzwiach napis SteamGoth Models. Przychodzi do niego z wizytą dziwna para. Odnaleźli fantastycznie zachowany samolot parowy z roku 1852, co może zmienić historię awiacji, której tu dużo. Dobrze napisani bohaterowie i w ogóle całość, chociaż dość oczywisty pomysł.


Elizabeth Bear "In the House of Aryaman, a Lonely Signal Burns". Jest (dość malowniczy) trup, we własnym zamkniętym mieszkaniu, o ile zwłoki są faktycznie lokatora, bo bez analizy DNA nie da się tego stwierdzić. Jedynym świadkiem był błękitno-żółty kot, który mógłby zapewne coś powiedzieć, gdyby nie to, że ma amnezję i nie potrafi mówić. Jesteśmy w przyszłości, koty są produkowane przez bioinżynierów, ludzie mogą edytować DNA swojego potomstwa, Zatrudnienie pisze się wielką literą, niektórzy oczywiście wybierają życie w VR. Nic tu zaskakująco oryginalnego, ale bardzo dobrze zrobiony świat i klasycznie kryminalna intryga.


Paul McAuley "Macy Minnot’s Last Christmas on Dione, Ring Racing, Fiddler’s Green, The Potter’s Garden". Mai Kumal dowiedziawszy się o śmierci ojca ma z Ziemi polecieć na księżyc Saturna Dione, aby rozrzucić jego prochy. Początek nudny, dalej dokładne i niemal namacalne opisy życia na księżycach Saturna. Ładne.


Michael Bishop "Twenty Lights to “The Land of Snow”". Wyjątki z dziennika the Dalai Lama-to-be. Zaczyna się od relacji siedmiolatki przebudzonej na statku pokoleniowym lecącej na Guge, czyli Gliese 581g (jej istnienie w tej chwili jest wątpliwe). Jest 86 rok z planowanych 106 lat podróży, a na statku są wyłącznie buddyści. Właśnie umarł Dalai Lama, i niektórzy sądzą, że to właśnie narratorka jest jego reinkarnacją. Ona natomiast wcale nie chce i uważa, że jest wyłącznie sobą. To bardzo ładnie napisane: "Larry tells me just to imagine one candle lighting off another (even though you’d be crazy to light anything inside a starship), but my candle was already lit before the last Lama’s got snuffed, and I never even smelt it go out." Ludzie hibernują, ale co roku muszą się budzić. Interesujące i bardzo konsekwentne.


Carrie Vaughn "Astrophilia". Czytałam je przy okazji zbioru 33. Świat post-apo, rozwinięty potem w powieści "Bannerless". Młoda dziewczyna musi opuścić podupadłe gospodarstwo rodziców i przenieść się do innego, gdzie spotyka astronomkę hobbystkę. Ale astronomia nie jest użyteczna w tym świecie, w którym wszystko powinno takie być.


Adam Roberts "What Did Tessimond Tell You?" Dwa tygodnie przed ogłoszeniem nagród Nobla narratorka jest pewna, że dostaną z fizyki, ale Niu Jian postanawia teraz odejść, ponieważ rozmawiał z Tessimondem. Po chwili okazuje się, że drugi członek zespołu podjął tę samą decyzję. Żaden nie chce powiedzieć, co usłyszeli od Tessimonda. Świetnie napisane.


Megan Lindholm "Old Paint". 2030, narratorka ma 9 lat, rodzinie nie powodzi się za dobrze, ale matka dostaje spadek o dziadku. W jego skład wchodzi samochód. Fajnie pomyślane, od połowy bardzo oczywiste.


David Moles
"Chitai Heiki Koronbin". Wojna. Bohaterowie szkoleni byli w Camp Chilliwack. Z 27 kandydatów szkolenie ukończyło pięcioro. Walczą w robotach w zonie, z alienami. Ratują świat. Bardzo namacalne, widać, dokąd zmierza, chociaż zakończenie mnie zaskoczyło.



Robert Reed "Katabasis". Kolejne z cyklu o The Great Ship, który jest wielkości Jowisza, lata sobie po Galaktyce, i na którym znudzeni bogacze robią sobie wyścig survivalowy, w trudnym terenie i zmiennej grawitacji. Należy mieć tragarza, najlepiej innej, silnej rasy. Śledzimy losy pary, kobieta ma tragarza imieniem Katabasis. Wszyscy co chwila upadają i się strasznie łamią, ale natychmiast się leczą, gdyż generalnie są nieśmiertelni, i tak przez trzydzieści stron, przeplatanych straszliwą (w wyobrażeniu autora) historią Katabasis. Nuda.


Alastair Reynolds "The Water Thief". Bohaterka z córką żyje w obozie dla uchodźców. Wykonuje prace na odległość używając specjalnego łącza, tymczasem na co dzień brakuje wody. W realu ma złodzieja wody, w pracy ma złodzieja na Księżycu. Zwięzłe, niezłe.


Linda Nagata "Nightside on Callisto". Drużyna Jayne wylądowała na Callisto. Wszystkie cztery panie mają około setki i poświęciły życie walce z the Red. Są sprawne, ale zbliżają się do końca swojego życia, dlatego dostały tak niebezpieczną misję, bez żadnego backupu. Techniczna sensacja.


Lavie Tidhar "Under the Eaves". To opowiadanie wchodzi w skład zbioru "Stacja Centralna". Cyborg (zwany tu robotnik) i dziewczyna się kochają. Intrygujący pisarz, co już zauważyłam.


Steven Popkes "Sudden, Broken, and Unexpected". Narrator na życzenie byłej miłości pisze piosenkę. Okazuje się, że klientką jest divaloid, sztuczna piosenkarka. Była dziewczyna pracuje nad nią. Dużo szczegółów muzycznych, trochę o tym, że nie mamy tak naprawdę kontroli nad naszymi działaniami, tylko jej złudzenie. Niezły bohater. Całość interesująca.


Robert Charles Wilson "Fireborn". Onyx wwraca do domu ze swoim przyjacielem Jasperem i wózkiem zaprzężonym w muła. Na niebie widzi skydancera, który spada. Na miejscu upadku odnajdują kobietę fireborn, ludzie dzielą się bowiem na commonersów i elitę fireborn. Bardzo typowa opowieść o technologii tak zaawansowanej, że wygląda jak magia. Sprawnie zrobione, świetnie odmalowany świat.


Vandana Singh "Ruminations in an Alien Tongue". Stara kobieta siedzi na innej planecie i wspomina swoje życie. Była matematyczką, ekspertką od alienów, którzy przeszli przez the great probability machine i przenieśli się do innego świata, zostawiając artefakty. Jednym z nich jest actualizer pozwalający przenosić się do równoległych wszechświatów. Nic nowego, ale dość ładne.


Hannu Rajaniemi "Tyche and the Ants". Autor jest Finem żyjącym w Szkocji i ma doktorat z teorii strun. Bohaterka opowiadania natomiast, Tyche, jest dziewczynką żyjącą na Księżycu, która właśnie wyszła z Bazy na spacer, a kontrolowana jest przez wszechobecny Mózg. Idzie do Tajnych Drzwi zanieść zrobiony przez siebie rubin Czarodziejowi, a tam okazuje się, że zrobiony przez nią domek Jadeitowego Królka jest zburzony. Zrobiły to mrówki. Niezwykle pomysłowa rzecz, znakomicie napisana. Poniekąd mi przypomniało Kelly Link "The Game of Smash and Recovery", które jest jednak trzy lata późniejsze.


Sarah Monette and Elizabeth Bear "The Wreck of the “Charles Dexter Ward”". Universum z opowiadania "Boojum" tych samych autorek. Boojum to żywe statki. Cynthia Feuerwerker jest na Faraday Station i potrzebuje pracy. Była lekarzem, i jako lekarza przyjmują ją na pokład statku Jarmulowicz Astronomica, który ma zamiar odzyskać statek boojum Charles Dexter Ward, obecnie martwy. Space fantasy, zakrzywienie czasoprzestrzeni powodujące pojawianie się możliwej przyszłości w formie duchów, plus zombie, szalona następczyni Frankensteina i nazwy ukradzione z "Jabberwocky". Jest to horror napisany do antologii "New Cthulhu 2".


Christopher Barzak "Invisible Men". "I ain’t so dull I can’t see something’s wrong with a person when he comes into the Coach and Horses with his head all wrapped up like some bloody mummy, and thick blue goggles for glasses" powiada narratorka w drugim akapicie, i wszystko jasne, jeśli zna się klasykę i przeczytało się tytuł.


Aliette de Bodard "Ship’s Brother". Kolejne z jej świata ze umysłami statków rodzonymi przez kobiety (nie pojmuję, mają taką technologię, a rodzić trzeba tradycyjnie?). Narratorka jest właśnie w ciąży ze statkiem, i ma też ośmioletniego syna, do którego się zwraca opowiadając tę historię, i który jest obecny przy porodzie, bo czemu nie. Syn naturalnie przeżyje traumę, znienawidzi siostrę i Minds w ogóle. Kompletnie mi dlaczegoś nie leży ten jej cykl, ale to było niezłe.


Robert Reed
"Eater-of-Bone". Podobno to z cyklu o Great Ship, ale tego dowiemy się dopiero pod koniec, jesteśmy bowiem na jakimś księżycu. Młoda kobieta, z wbudowanym leczniczym nano, usiłuje wydostać z pułapki jedzenie. Potem obcina sobie rękę, żeby się uwolnić, i ucieka, ucieka, ucieka. Przed ludźmi sobie podobnymi oraz miejscowymi prymitywnymi Notami. Autor najwyraźniej się lubuje w takich szczegółowych sadomaso opisach. Ale to dopiero początek. Bohaterka ginie, ale nie całkiem. Jej zrujnowane i obgryzione ciało zostaje wyrzucone na brzeg, gdzie znajduje je człowiek mieszkający tu od wielu tysięcy lat, i przywraca ją do życia. Przedziwne jest tutaj zderzenie tych niezwykle zaawansowanych technologicznie ludzi o niezniszczalnych bioceramicznych mózgach z prymitywnymi warunkami życia. Ogromna doza wyobraźni.



-> 31

2019-01-18 09:06:55 Komentuj (0)

---


"Zabójstwo Rogera Ackroyda" Agatha Christie
"Zabójstwo Rogera Ackroyda", które za siedem lat skończy setkę, czytałam dobre ćwierć wieku temu. Oczywiście pamiętałam, kto zabił, ale od dawna miałam ochotę do tego wrócić, żeby sobie przypomnieć, jak właściwie Poirot rozwiązuje zagadkę. A także zobaczyć, jak to się czyta w czasach nowożytnych - od razu powiem, że bardzo dobrze.

Jesteśmy w małym miasteczku King's Abbott, pierwszoosobowym narratorem jest miejscowy doktor Sheppard, a zaczyna się od samobójczej śmierci wdowy Ferrars. Siostra doktora, wścibska stara panna, uważa, że otruła ona wcześniej swojego męża, choć doktor zaprzecza tym pogłoskom. Wie, w końcu to on był jego lekarzem. Tytułowy Roger Ackroyd to miejscowy bogacz, który ma przybranego syna oraz bratową i bratanicę, młodzi ludzie mają się ku sobie i pewnie za chwilę zaręczą. Ackroyd wzywa do siebie doktora i zdradza mu, że wdowa Ferrars wyznała mu, że faktycznie otruła męża, i jest z tego powodu szantażowana. Chwilę potem bogacz ginie zamordowany. Podejrzenia padają na przybranego syna, który tajemniczo zniknął. Siostrzenica Ackroyda, która oczywiście nie wierzy w winę narzeczonego, prosi o pomoc Herkulesa Poirot, który jest nowym sąsiadem doktora, i zamierzał w miasteczku spokojnie spędzić emeryturę, hodując dynie.

Czyta się to bardzo dobrze, portrety bohaterów są świetnie odmalowane, akcja wciąga bez względu na znajomość końca. Pamiętałam o qlxgnsbavr, ale już nie dlaczego Ralf zniknął, ani nie o roli majora. Nieodmiennie mnie ujmuje u Christie, że Poirot jest takim śmiesznym człowieczkiem. Autorka udowadnia tutaj swoje mistrzostwo: detektyw precyzyjnie przedstawia wszystkie etapy swojego rozumowania. Jego logice i obserwacji nie można niczego zarzucić. Zupełnie nie jak u współczesnych pisarzy, gdzie co najwyżej dowiadujemy się, jak bohater miał wrażenie, że coś istotnego mu umyka. Poirot był poza tym już sto lat temu profilerem, szukając najpierw cech, które musiał mieć morderca, a dopiero potem osoby. Wspaniała jest również warstwa obyczajowa, pełna humoru. Rozdział, w którym bohaterowie rozmawiają grając w mahjonga, to prawdziwy majstersztyk dostarczający mnóstwo radości. Jedyną rzeczą, która się tu zestarzała, jest poczucie honoru. Dzisiaj nikt już by tak sprawy nie zakończył.

2019-01-16 10:15:08 Komentuj (0)

---


"Szczęśliwa ziemia" Łukasz Orbitowski
Orbitowski jest pisarzem hipnotyzującym tym swoim stylem łączącym w niewiarygodny amalgamat brutalność i poetyczność. Ten sposób pisania jest jednocześnie zwięzły i trafiający prosto w sedno. Kiedy zobaczyłam na górze następnej strony cyfrę 2, wytrzeszczylam z niedowierzaniem oczy "jak to, ja naprawdę przeczytałam dopiero jeden rozdział?" Zdążyłam przecież już się zanurzyć z głową, już tam być, w tym Rykusmyku, miasteczku obok Legnicy, na początku lat dziewięćdziesiątych. Nic prostszego, narrator opowiada o swoim dzieciństwie - ale JAK opowiada. Ojca nie ma (pozna go dopiero po ukończeniu 18 lat, kiedy ten pójdzie do sądu obniżenie alimentów), matka ma na imię Wściekłość i zagląda do butelki. Są wierni koledzy i jest zamek z zamurowanymi wejściami i ciemnym korytarzem, a jeśli zejść do podziemi, to może spełnią się życzenia, tymczasem jednak nocami z trzewi zamczyska dochodzą wrzaski, śmiechy i inne odgłosy. Jest tam w końcu Kościół Pokoju, Szalona Tekla, bogata Władysława i młody bandyta Wilczur. "W tamtych czasach płyta sprowadzona z Zachodu była czymś niezwykłym. Mieliśmy swój perkal i swoje paciorki."

Narrator byłby całkiem przeciętnym dzieciakiem tamtych czasów, ale słyszy głosy. Wściekły wrzask co pewien czas wybucha mu w głowie. A potem wszyscy dorastają i chcą wyjechać z Rykusmyku poza bohaterem, który zdał na Politechnikę Wrocławską i chce tam dojeżdżać. Jest wieczór pożegnań, przyjaciele idą do zamku po raz ostatni, być może w końcu zejdą do podziemi. W kolejnych rozdziałach czytamy o tym, co z nich wyrosło, kim są w roku 2012 (kiedy powieść się ukazała). Na początku znaliśmy ich tylko z przezwisk, teraz pojawiają się imiona, trzeba uważnie przeczytać dwa pierwsze rozdziały, żeby domyślić się, kto jest kim. Świetna rzecz. Bardzo podoba mi się, jak subtelnie Orbitowski wplata element fantastyczny w skrzeczącą rzeczywistość.


2019-01-14 10:00:01 Komentuj (0)

---


"Les particules élémentaires" Michel Houellebecq
Śledzimy losy dwóch braci przyrodnich.  Bruno urodził się w roku 1956, jego matką była Janine Ceccaldi, która szybko odesłała syna do swoich rodziców do Algieru, i zaszła drugi raz w ciążę. W 1958 na świat przyszedł Michel Djerzinski, wnuk Luciena Djerzinskiego, który w 1919 wyjechał z górniczych Katowic do Francji. Przytaczam starannie daty i nazwiska, ponieważ Michel Houellebecq w dokumentach ma 1956 jako rok urodzenia, lecz twierdzi, że w rzeczywistości urodził się w 1958 (matka podobno dodała mu dwa lata uważając za genialne dziecko), jego matka nazywała się z domu Lucie Ceccaldi, a rodzice szybko odesłali go na wychowanie do dziadków do Algieru. To po babce przyjął nazwisko, pod którym pisze. 

Powieściowi bohaterowie spotykają się dopiero w liceum. Michel, który potem zostanie znakomitym biologiem, interesuje się naukami ścisłymi i jest dziwnym nastolatkiem. Bruno czyta Kafkę i spędza mnóstwo czasu na masturbacji oraz myśleniu o seksie. To jest wprawdzie powieść z 1998, ale nawet wtedy "Kompleks Portnoya" miał już 30 lat, więc trochę ziewałam nad tą dość chłodną, a miejscami zdecydowanie niesmaczną opowieścią o dojrzewaniu, którą Houellebecq urozmaica wstawiając co pewien czas informacje jakby przepisane z encyklopedii, bardzo luźno powiązane z właściwym tokiem narracji. To zdaje się jego znak rozpoznawczy, w "Mapie i terytorium" też to robi. Wzruszyłam się dopiero na stronie 91 (tak, mam książkę papierową), gdzie jest bardzo piękny kawałek o babci, która wychowała Michela, i o jej śmierci. 

Potem jest druga część, w której Bruno usiłuje znaleźć zaspokojenie seksualne, co jest opisane na wielu stronach z licznymi detalami. Udaje mu się to dopiero w powieściowej teraźniejszości. W połowie książki bracia się spotykają i rozmawiają o tym, że obecny świat jest realizacją "Nowego Wspaniałego" Huxleya, tylko kast (na razie) brakuje. Coś w tym jest. Bruno mimochodem opowiada swoje życie, które składa się z myślenia o seksie, przypadkowego małżeństwa, przypadkowego spłodzenia syna, przewidywalnego rozwodu. Michel tymczasem żyje wyłącznie nauką i jest ponad cielesność. Pojawia się tu poza tym postać czwartoplanowa, która okazuje się straszliwym zwyrodnialcem, co autor udowadnia opisując te potworności bardzo szczegółowo. Nie wiadomo po co, bo do całości to nie bardzo pasuje, poza potwierdzeniem, że gatunek homo sapiens nie bardzo się matce naturze udał, co wiedziałam i bez Houellebecqa.

Końcówka sprawiła, że zmieniłam zdanie. Na ostatnich kilku stronach potwierdza się to, co było sugerowane na początku: opowieść snuta jest z perspektywy kilkudziesięciu lat później. Michel Djerzinski udowodnił, że DNA ludzkie można przekształcić tak, aby gatunek nie potrzebował seksu do rozmnażania, i tym samym (dlaczego miałoby to wynikać, nie wiem, ale taka jest teza narratorów) pozbawić go cierpienia i skłonności do przemocy (to wszystko pięknie, ale sam Michel w końcu się seksem nie interesował, a szczęśliwy nie był, widzę tu sprzeczność). Parę lat później powstał nowy, lepszy gatunek ludzki. Ponieważ to on opowiada historię swojego twórcy, staje się jasne, że musiała to być opowieść smutna, przygnębiająca i brutalna, o złych czasach minionych. Do czytelnika należy ocena, ile w niej jest prawdy.

To raczej nieprzyjemna w lekturze, bardzo inteligentna książka, z którą ma się wielką ochotę polemizować, co nie jest łatwe. Houellebecq jest dobrym obserwatorem, sprawnym myślicielem, ma sporą wiedzę, a jego gorycz wynikająca z rozczarowania homo sapiens jest przecież uzasadniona. Nie zachwyca mnie natomiast skupienie się akurat na popędzie seksualnym; mam wątpliwości, czy to faktycznie on jest największą z przywar. Chciałabym poza tym zobaczyć więcej szczegółów na temat nowego gatunku (tu natychmiast przychodzą na myśl Derkaczanie Atwood). Czy rzeczywiście udało się uzyskać polepszenie, czy to może jednak głównie narracja tych, którzy nas zastąpili?


2019-01-12 11:56:24 Komentuj (2)

---


"Służące do wszystkiego" Joanna Kuciel-Frydryszak
Przy okazji biografii Ćwierczakiewiczowej napisałam swobodnie o gotującej służbie, ponieważ miałam świadomość, że była wtedy zjawiskiem absolutnie powszechnym. Miałam też idylliczną wizję nianiek, które z oddaniem pielęgnują dzieci, a potem stają się członkami rodziny (pod koniec wieku XX we Francji gościłam u rodziny, która miała taką właśnie starą nounou, dzieci już dawno dorosły i założyły własne rodziny, ale nounou została w domu). Zdawało mi się chyba, że dziewki kuchenne pracowały jak dziś 8 godzin, dostawały pensję i wyżywienie, a w dodatku miejsce do mieszkania.

Joanna Kuciel-Frydryszak rozwiewa te złudzenia. Do służby szły już dziewczynki 6-8-letnie, z przymusu, bo na wsi nie było dla nich innego wyjścia. Służąca do wszystkiego budziła się o 5 rano, rozpalała w piecach, szła po zakupy, robiła śniadanie, sprzątała, gotowała obiad, sprzątała, cerowała, podawała kolację, sprzątała, i tak do 9 wieczorem. 14 godzin ciężkiej fizycznej pracy dzień w dzień. Nie wolno im było wychodzić bez zgody pana. Połowa służących spała w kuchni, czyli nie miała własnego kąta. Te, które miały pokoik, często miały tam wilgoć i zaduch. Światłe umysły ówczesne pisały artykuły podkreślające, że służbówki powinny mieć okno i szafę. Służące często zwalniało się ot tak, przy okazji wyjazdu na urlop, żeby jej nie trzymać niepotrzebnie. A już w przypadku choroby oraz na starość te kobiety nie miały absolutnie żadnego zabezpieczenia. Autorka opisuje przypadki skrajne: bywały też dobre rodziny, które wierną niańkę trzymały do końca na łaskawym chlebie. To jednak była rzadkość. Większość po rezygnacji z własnego życia, po ofiarnym go poświęceniu na rzecz obcych ludzi umierała w szpitalu i pozostawała bezimienna w pamięci swoich wychowanic (tę francuską nianię z moich wspomnień też zresztą kojarzę wyłącznie jako Nounou). A to i tak był dobry los. Mnóstwo młodych służących straciwszy pracę zostawała prostytutkami. Była też kwestia nieślubnych dzieci, które trzeba było oddać na wychowanie, nie można było służyć z potomkiem. Tu zresztą doświadczyłam zupełnie dosłownego opadu szczęki. Okazuje się, że znana skądinąd Angela Merkel jest wnuczką po mieczu Ludwika Kaźmierczaka (po przyjeździe do Niemiec w latach 1920 zmienił nazwisko na Kasner, panieńskie nazwisko Merkel), który z kolei był nieślubnym synem poznańskiej służącej Anny Kaźmierczak. Jego matce się udało, wyszła za mąż, urodziła kolejne dzieci, mogła pierworodnego zatrzymać i wychować.

Służki były bite (plastyczne słowo popychadło nie wzięło się znikąd) i nie miały żadnego prawa się poskarżyć. Bywało i tak, że pani siadała na krzesełku i przyglądała się, jak służąca (lat na przykład dziewięć) ściera kurze. A jeśli jej się nie spodobało, nie przebierała w środkach wyrazu. Dziewczyny były również głodzone. Wiedziałam oczywiście, że służba zawsze jadła gorzej jakościowo niż państwo, okazuje się jednak, że wcale nie do syta. Nawet osoby światłe traktowały te kobiety jak urządzenia do pracy. Kuciel-Frydryszak przytacza list jakiejś działaczki, skarżącej się siostrze, że nie może służącej używać na pokojach, bo jest niezgrabna i chodzi w tych wielkich zabłoconych buciorach, może dałoby się posługiwać jej trzynastoletnią córką, jeśli da się ją przyuczyć. Używać, posługiwać - jak sprzętem.

Dalej są natomiast wspomnienia rozmaitych pisarzy o ich niezapomnianych służących, często wzruszające. Jest Iłłakowiczówna, która podczas wojny z rumuńskiego Cluj pisała listy do swojej Grabosi, a po wojnie się nią opiekowała. Zygmunt Niewidowski, mąż Magdaleny Samozwaniec, wspomina Kucharcię Kossaków. Jest też o przedziwnej relacji łączącej Nałkowską z jej służącą Genią, chociaż "służąca" nie jest w tym przypadku odpowiednie. To Genowefa rządziła w tym związku. Była z pisarką do śmierci.

Międzywojnie się kończy, sytuacja Żydów gwałtownie się pogarsza. Ich polskie służące wykorzystują sytuację, żeby szantażować niedawnych państwa. Są również takie, które idą ze swoimi rodzinami do getta, i nie chcą go opuścić, nawet kiedy getto zostaje zamknięte. Są takie, które swoich państwa ratują z narażeniem życia. I jest Aniela, która najpierw ukrywa cztery osoby z rodziny, potem zostaje z jedną dziewczynką, którą przechowuje w swoim pokoiku na wsi u zwolennika Hitlera. Nie może jechać opiekować się umierającą matką, ponieważ zostawiłaby dziecko samo. Aniela po wojnie wraca do niedobitków rodziny, babcia uratowanej dziewczynki traktuje ją znowu jak służącą, każe spać w kuchni i podawać sobie herbatę. Jest to temat-samograj na jakiś film.

Świetna lektura, bardzo wciągająca i otwierająca oczy.

2019-01-10 09:50:02 Komentuj (1)

---


"Mapa i terytorium" Michel Houellebecq
Nie jestem w stanie udzielić żadnej odpowiedzi na pytanie (zadaję je sama sobie), dlaczego do tej pory nie czytałam niczego Houellebecqa. Najbliżej prawdy będzie zapewne przypuszczenie, że było jak z Orbitowskim - przecież wiem, że to dobry pisarz, po co jeszcze będę go czytać? Wcale nie muszę. Oraz w każdej chwili mogę. "Cząstki elementarne" leżą na mojej komodzie od jakichś ośmiu lat, i położyłam je tam z myślą, że zaraz przeczytam, nie warto chować do biblioteczki. A teraz mam poczucie, że skoro tyle tam leżały, to niech leżą dalej, najwyraźniej znalazły swoje miejsce w strukturze wszechświata. Mam też od lat inne książki na kindlu, ale zawsze były kolejne pilniejsze lektury. W końcu jednak otworzyłam "Mapę i terytorium".

Jed Martin, malarz, pracuje nad kolejnym płótnem z cyklu o zawodach, ma przedstawiać artystów, Jeffa Koonsa i Damiena Hirsta (z niejasnych przyczyn zawsze uważam, że ich nazwiska brzmią idealnie jak pisarzy sf i w pierwszym odruchu szukam w głowie, co oni napisali). W pierwszej części oglądamy jego przeszłość, od studiów - fotografował przedmioty metalowe, po pierwsze sukcesy, które odniósł robiąc zdjęcia map Michelina i zestawiając je ze zdjęciami satelitarnymi okolicy. Mapa jest ciekawsza od terytorium, tak brzmiał tytuł jego wystawy, z czym bym polemizowała, skoro nie zestawiamy jej z prawdziwym terenem, tylko z jego zdjęciem z wielkiej odległości. W każdym razie Jed odnosi sukces, związuje się z prześliczną Olgą, Rosjanką pracującą u Michelina (autor niestety nie pisze, z jakim akcentem mówiła). Potem przerzuca się na malarstwo olejne. To wszystko jest przeszłość, w powieściowej teraźniejszości natomiast szykuje mu się kolejna wystawa, do której opis w katalogu móglby napisać znany autor Michel Houellebecq, w drugiej części Jed więc leci do niego do Irlandii. Zastaje tam ponurego typa wyraźnie w ciężkiej depresji, ten jednak jest miły, i godzi się na współpracę. W Irlandii natomiast na każdym kroku są Polacy, bohater zauważa, że żyjemy w dziwnych czasach, w których (z racji bezpośrednich połączeń lotniczych) Katowice są bliżej Shannon niż Madryt. W ogóle obserwacje społeczne są mocną stroną tej powieści. Jest też inkrustowana prawdziwymi francuskimi postaciami publicznymi, niekoniecznie we własnej roli. Pojawia się tu na przykład Frédéric Beigbeder.

W części trzeciej zupełnie zmienia się punkt widzenia, Jed znika, bohaterem jest tutaj policjant z dochodzeniówki. Właściwie ma się wrażenie, że nagle czytamy inną książkę, kryminał. W dziesiątym rozdziale wracamy do Jeda i będziemy go śledzić już do końca, który jest z kolei sf.

Bardzo dobrze napisana powieść, oryginalna, i wymykająca się prostym podsumowaniom. Autor porusza mnóstwo różnych tematów, ale potrafi z tego wszystkiego stworzyć spójną całość. Na tyle, na ile życie ludzkie w ogóle może być spójne: ponieważ ta książka jest mapą życia Jeda Martina, a zgodnie z aforyzmem Alfreda Korzybskiego, mapa nie jest terytorium. Tym samym Houellebecq przyznaje, że stworzył tylko pewien model świata, którym można się posługiwać, aby odnaleźć drogę, zrozumieć mechanizmy funkcjonowania, ale który nie rości sobie pretensji do kompletności. Zaskakujące, bardzo samoświadome podejście.

2019-01-08 08:59:47 Komentuj (0)

---


"Brzechwa. Nie dla dzieci" Mariusz Urbanek
Wydawało mi się, że jestem całkiem biegła, jeśli chodzi o polskie dwudziestolecie międzywojenne, tymczasem odkryłam, że nie wiem niczego o Brzechwie. Niczego. Zaskoczyło mnie już trzecie zdanie biografii, mówiące, że Brzechwa był adwokatem - dobrym, wziętym i specjalizującym się w nowym wówczas prawie autorskim. Na trzeciej stronie dowiedziałam się natomiast, że był młodszym bratem stryjecznym Bolesława Leśmiana, i to przecież musiałam wiedzieć, ale najwyraźniej całkowicie wyparłam. Bolesława podziwiał, koniecznie chciał pisać takie wiersze jak on, uporczywie usiłował wkręcić się do skamandrytów, którzy jego twórczość odrzucali, bo była raczej wtórna. To właśnie kuzyn wymyślił mu pseudonim Brzechwa, kiedy młody Jan publikował swoje pierwsze wiersze - żeby się nie myliło z tym właściwym Leśmianem. 

W dwudziestoleciu obok Tuwima pisał piosenki i teksty dla kabaretów, wtedy postanowiła się w nim zakochać Stefania Grodzieńska występująca jako girlsa w Cyruliku Warszawskim. Szybko jej uświadomiono, że do wysokiego i przystojnego prawnika kolejka chętnych jest długa. Miał już wtedy dwie żony, a z pierwszą córkę, którą zobaczył pierwszy raz, gdy miała dziewięć lat (to wiedziałam, chociaż nie rozumiem). W czasie wojny pracował jako strzygący żywopłoty ogrodnik na Służewcu, miał dobre papiery (i kiepski wygląd), ale tak naprawdę przeżyć pomogła mu... miłość. Zakochał się w roku 1940 w żonie fryzjera, była jego kochanką, ale wybrała męża, czego Brzechwa nie mógł przeżyć. Chodził po okupowanej Warszawie jak błędny, nie zwracając uwagi na Niemców. Ci podobno raz go złapali i zarzucili, że jest Żydem, na co odparł, że nieprawda, ale niech go już rozstrzelają, bo nie chce go kobieta jego życia i nie ma sensu dalej żyć. Niemców absurd tej odpowiedzi tak zaskoczył, że ze śmiechem wyrzucili go za drzwi. Musi być w tym ziarno prawdy, bo potwierdzają to różne osoby znające go wtedy, powstał nawet scenariusz filmu, a Konwicki napisał opowiadanie.

Tymczasem tuż przed wojną Brzechwa nieoczekiwanie zaczął pisać wiersze dla dzieci. Podobno za tym też stało zakochanie, w przedszkolance mianowicie. W każdym razie jego tomiki zdobyły ogromną popularność, i nawet w czasie wojny sprzedawał swoje teksty przyszłym wydawcom. Wtedy też powstała "Akademia pana Kleksa". To zresztą widać, kiedy się czyta o najeździe wilków na królestwo. Adaś Niezgódka jest alter ego młodego Janka i został obdarzony jego pasją zbierania guzików.

Po wojnie natomiast wiadomo jak było. Brzechwa namawiał do powrotu twórców, którzy powyjeżdżali, polemizował na przykład z Hemarem. I pisał utwory pochwalne. Nie trzeba długo szukać dlaczego. Po pierwsze kwestia palca w drzwiach. Jak już się ktoś ucieszył, że wojna skończona, odbudowujemy nowy lepszy kraj, i pominął kwestię, kto doszedł do władzy, to trzeba potem dalej robić dobrą minę do złej gry. Po drugie, całkiem prozaicznie, Brzechwa chorował na serce i liczył na możliwość korzystania z rządowej lecznicy, a w tym celu trzeba było przekonać władzę o swoim dla niej poparciu. Nie zdało mu się to zresztą na wiele, o miejsce w szpitalu za każdym razem musiał walczyć. Poza tym nie był typem buntownika. Był miły, zgodny, uprzejmy, pomocny - to mówią jednym głosem wszyscy, którzy go znali. Co oczywiście budziło mój gwałtowny sprzeciw, pamiętałam bowiem o porzuconej córce. Nie można nazwać miłym dżentelmenem człowieka, który coś takiego robi. Urbanek zresztą ten temat uparcie pomija. Do czasu. Ostatni rozdział to rozmowa właśnie z córką, malarką Krystyną Brzechwą, która opowiada o swoich niełatwych relacjach z ojcem. Zaczęła się z nim widywać w pierwszym roku okupacji, a potem już po wojnie regularnie, ale nigdy nie było między nimi czułości, co zresztą nie dziwi. 

Oprócz tworzenia wierszy wychwalających socjalistyczne władze i ówczesnego sojusznika Brzechwa był również bardzo zaangażowany w ZAiKS, w którego tworzeniu przed wojną brał udział. Był przez wiele lat jego prezesem i przez całe życie aktywnie zajmował się tematyką prawa autorskiego.
 
Końcowe rozdziały biografii dotyczą natomiast tego, jak Brzechwa postrzegany jest współcześnie. Za każdym razem, kiedy jakaś szkoła chce przyjąć imię poety, powoduje to gwałtowny sprzeciw polityków. Przedostatni rozdział to historia pewnego felietonu, który Mariusz Urbanek napisał w roku 2007, podając ironiczne powody, dla których nie można nazywać ulic imieniem Brzechwy, rzekomo wymienione przez radnych LPR. Zostało to wzięte na poważnie.


2019-01-06 10:34:01 Komentuj (0)

---


"Siła niższa" Marta Kisiel
Bohater "Dożywocia" Konrad Romańczuk musi się odnaleźć w nowym domu, razem z niektórymi domownikami znanymi z poprzedniej części, a niektórymi nowymi. Przed rzeczywistością ucieka do Tesco, gdzie przypadkiem odkrywa, że nie jest jedynym człowiekiem z dożywotnikiem. To odkrycie będzie miało daleko idące konswekwencje. Temu tomowi nie mam już nic do zarzucenia stylistycznie, jest to bardzo dobrze napisane i nieodmiennie zabawne. Realizmu też nie brakuje - na tyle, na ile można się go w ogóle domagać od powieści, gdzie licznie występują różne postaci nadprzyrodzone. Konrad jest porządnie zbudowanym bohaterem, w pewnym momencie stwierdziłam nawet z niejasnym oburzeniem "ale on wcale nie jest taki fajny, jak mi się zdawało". Czyta się bardzo dobrze i szybko, a takich rozwiązań rozmaitych problemów się nie spodziewałam, co zawsze doceniam. Czytałabym dalej... a pod koniec marca nawet będę mogła, ma wyjść trzeci tom.

Uzupełnieniem tych dwóch tomów jest długie opowiadanie "Szaławiła", w którym czterdziestoletnia Oda (niecodzienne imię będzie wyjaśnione w toku opowieści) kupuje działkę z fundamentami, w środku niczego, żeby mieć w końcu swoje miejsce. Brak prądu i wody jej w ogóle nie przeraża, choć jej kuzynka ma całkiem inne zdanie. Za to okazuje się, że pojawiają się tu dziwne stworzenia. Tu też są ładnie zbudowane bohaterki i fajnie pokazane relacje międzyludzkie.

2019-01-04 10:23:23 Komentuj (0)

---


"Dożywocie" Marta Kisiel
Przekazałam dalej, bez najmniejszej nadziei, zadane mi przez znajomego pytanie, co mogę polecić do czytania lekkiego, "jak Pratchett" i po polsku. Oczywiście nic takiego nie istnieje, o czym doskonale wiem, znajomy zresztą też wie, ale dobrze raz na jakiś czas się upewnić, że się niczego nie przeoczyło. Na moje pytanie otrzymałam odpowiedź, że nie ma, ale że do tych klimatów zbliża się "Dożywocie" Marty Kisiel. 2010, więc już nie taka świeżynka. W lekturę się zaopatrzyłam, nic o niej nie wiedząc.

Konrad jedzie do domu, który odziedziczył po odległym krewnym, gdzieś na odludziu. Ma wizję, że się tam zaszyje i będzie pisać książkę. Wie, że w domu jest lokator z prawem dożywotniego tam mieszkania, ale nie spodziewa się, że tenże nie okaże się człowiekiem. Nie będzie też jedynym lokatorem. Stylistyka bardziej Chmielewskiej niż Pratchetta, i trochę brakuje jej lekkości. Ma się wrażenie, że autorka z każdego zdania jak z cytryny próbuje wycisnąć maksimum humoru, chociaż czym dalej, tym się bardziej rozkręca. Odrobinę brakuje realizmu (kto normalny wpuszcza do własnego domu obcych ludzi przychodzących z zamiarem zabrania domownika?). Ale jest to naprawdę zabawne, bardzo fajnie pomyślane, wciągające, i nie miałam pojęcia, co się dalej wydarzy. Zakończenie mnie zaskoczyło.

2019-01-03 09:30:58 Komentuj (2)

---


"Toromorze" China Miéville
Najchętniej nic bym o tym nie pisała, bo niewypowiedzianej satysfakcji dostarcza ta lektura, kiedy się ją zaczyna znając tylko tytuł. Przez pierwszy 1% mamrotałam do kindla z wyrzutem "ale tym razem Miéville przegiąłeś, o co tu w ogóle chodzi?". Nie pomaga zastąpienie wszystkich spójników i znakiem &, do czego da się przywyknąć, ale nie od razu. Potem wszystko zaczyna się rozjaśniać. Radzę przerwać tu czytanie i zaopatrzyć się w książkę.

Jest pociąg, pędzący po torach, które się nie kończą - są splątane w dziki kłąb, tworząc toromorze. Załoga pociągu trudni się polowaniem na gigantyczne kretoryje, które jak czerwie piaskowe żyją w ziemi, wynurzając się tylko czasem na powierzchnię. Poluje się na nie przy pomocy harpunów, a pociąg opisuje się używając terminologii związanej ze statkami. Jest tam olinowanie, obserwator na bocianim gnieździe, na ziemię między torami nie wolno schodzić, pociągi zawijają do portów i z nich wychodzą, kolejarze śpiewają szanty, itp. Lądy natomiast są na wyższym poziomie, na twardej skale. Niektóre wznoszą się aż do nieba, które w górze jest trujące i żyją tam dziwne stworzenia, o zupełnie odmiennej biologii, ale nie wiadomo o nich za wiele, bo widują je tylko nieliczni śmiałkowie, nadniebni nurkowie. Pociągi mają napęd parowy lub diesel, są w tym świecie również komputery i bardziej zaawansowana technologia, ale ta jest szczątkowa i niepojęta, pochodzi ze statków kosmicznych, które kiedyś tu zawijały i wyrzucały śmieci. Mnóstwo ludzi zajmuje się odzyskiem, znajdowaniem takich śmieci i ich sprzedażą. Wracając do pociągu kretowniczego, polowanie harpunami na wielkie wynurzające się istoty z czymś mi się natychmiast skojarzyło. Kiedy kapitan Naphi, która nie ma ręki, niecierpliwie spytała o kolor zaobserwowanego kretoryja, już wiedziałam na pewno, co autor zrobił. Skojarzenie nazwisk przyszło chwilę później, powodując u mnie wybuch niekontrolowanego śmiechu.

Oczywiście, odzysk i szczątki technologii zaawansowanej jak magia nie są bynajmniej nowe. Toromorze jest natomiast absolutnie oryginalne i oszałamiające. Przeróbka statku na pociąg (oraz wątku nadrzędnego) jest zrobiona fantastycznie i zabawnie. Bohater, Sham, uczy się na pomocnika pokładowego lekarza, to jego pierwszy rejs, obserwuje wszystko z zachwytem i przerażeniem, jest świetnym bohaterem. To Miéville - nawet gdyby napisał poradnik podatkowy, czytelnik byłby zachwycony pomysłowością, plastycznością i barwnością opisanego świata oraz zwrotami akcji. Bo oczywiście polowanie na kretoryja jest tylko słabiutkim wstępem do kolejnych wydarzeń. Podtrzymuję moje twierdzenie, że to jedyny pisarz dorównujący Wolfe'owi, choć znacznie zabawniejszy. Obawiam się tylko, że ta wyobraźnia kiedyś go zabije.

Mam poza tym parę pytań: czy tu są rzeki i dokąd wpadają? A skoro nadniebie jest śmiertelnie trujące, to czy padające deszcze już nie, i jakim cudem?


2018-12-20 09:45:57 Komentuj (2)

---


"Pani od obiadów" Marta Sztokfisz
Mało brakowało, żeby nasza najsłynniejsza autorka książek kulinarnych podpisywała się Lucyna Staszewska. "365 obiadów" Lucyny Staszewskiej: nie jestem pewna, czy to by się sprzedawało, choć pewnie to tylko kwestia przyzwyczajenia. Ale to "Ćwierczakiewiczowa" brzmi odpowiednio solidnie: jak nazwisko kogoś, kto ma lata doświadczenia w prowadzeniu kuchni, kto z pewnością nie jest rozrzutny, i kto bez wątpienia szanuje tradycje polskie. Tymczasem była córką Fryderyka Bachmana i Henrietty z domu Bücklingów. Jej ojciec pochodził z "Klewji", jak informuje jego akt zgonu przytoczony przez autorkę biografii, która niestety nie zadaje sobie trudu wyjaśnienia, co to mogło być. Musiało chodzić o Clèves - czyli był Prusakiem. Miał 62 lata, kiedy zmarł w 1832, Lucyna miała natomiast wtedy zaledwie 6. Mając lat 18, w 1845, poślubiła Feliksa Staszewskiego, szlachcica, ale nie układało im się za dobrze. Zamiast znosić swój los z pokorą, jak przystało na XIX-wieczną damę, Lucyna się po prostu rozwiodła i wróciła do matki. Chwilę potem wyszła za inżyniera Stanisława Ćwierczakiewicza. Nie wiemy, jakim cudem wzięła kolejny ślub kościelny, Marta Sztokfisz przypuszcza, że nie ujawniła nazwiska ojca (nie ma go w akcie ślubu), i że w tym celu ślub odbył się w Brwinowie. W każdym razie małżeństwo ze Stanisławem było bardzo udane. Nadzwyczaj energiczna pani domu wkrótce wydała swoją pierwszą książkę z przepisami i stała się celebrytką na miarę połowy XIX wieku.

Była również osobą odważną, o wielkim sercu. Kiedy nowo mianowany metropolita warszawski, arcybiskup Zygmunt Szczęsny Feliński, w 1862 roku nakłaniał zebranych, żeby nie śpiewali w kościołach patriotycznych pieśni, Ćwierczakiewiczowa podeszła do ołtarza i wrzasnęła "przeklinam cię do trzeciego pokolenia, powolny sługo carski!" Systematycznie zbierała poza tym pieniądze dla warszawskiej biedoty, opiekowała się rodzinami więźniów politycznych i ich dziećmi. Dzięki temu była podejrzana o konszachty z Rosjanami, tymczasem robiła to w celu wyciągania osadzonych z Cytadeli i łagodzenia wyroków. Dopiero po jej śmierci prawda wyszła na jaw.

Biografię czyta się bardzo dobrze, ale rozpieszczona przez Urbanka narzekałam trochę na braki w wyjaśnieniach. Lucyna należała do parafii ewangelicko-reformowanej, zatem skąd ślub w kościele katolickim? W dwudziestoleciu międzywojennym często się zdarzało, że zmieniano wyznanie, żeby wziąć powtórny ślub kościelny, ale to wyraźnie nie był ten przypadek. Książkę uzupełniają obficie cytowane przepisy Ćwierczakiewiczowej, nieco się śliniłam przy czytaniu, i byłam pełna podziwu dla bogactwa i różnorodności serwowanych wtedy potraw. Jasne, była służba, która nie siedziała na fejsie, tylko w kuchni. Poza tym przy okazji odkryłam, że bretońskie kig ha farz znane było w Polsce pod nazwą prażucha.

2018-12-18 09:12:02 Komentuj (0)

---




Następne
Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Anglik w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem