DS magazine
Bertrand Russell
Filmy polskie
- Jesteś w Polsce, będziesz oglądać polskie filmy - oświadczył stanowczo szwagier, i włączył "Jestem mordercą" Macieja Pieprzycy. Fabuła oparta jest na autentycznym śledztwie w sprawie "wampira  z Zagłębia", mordującego kobiety na Śląsku od listopada 1964 do marca 1970, natomiast nazwiska postaci są zmienione. Do dziś nie jest jasne, czy skazany na karę śmierci Marchwicki (w filmie Kalicki, grany doskonale przez Arkadiusza Jakubika) rzeczywiście był mordercą, i o tym jest film Pieprzycy. Drugoplanową, ale świetną rolę ma tu Agata Kulesza, i w ogóle dobra rzecz.

Jakoś na fali rozmów o polskich aktorach zapytałam o Gajosa, szwagier więc zaproponował nam "Układ zamknięty" Bugajskiego, też na faktach, natomiast mimo roli Gajosa zdecydowanie słabszy. Trzech biznesmenów zakłada firmę, ale do szpiku kości zły prokurator Kostrzewa wraz z naczelnikiem Urzędu Skarbowego postanawiają ich zniszczyć. Nasyłają na niewinnych młodzieńców złych funkcjonariuszy CBŚ, którzy straszą dzieci, powodują poronienie, a gdyby tego było mało, to zamkniętego już w więzieniu bohatera się brutalnie gwałci. W tle 1968, w którym Kostrzewa był marnym studentem, za to zagorzałym członkiem ZSP. Jakby nie te przegięcia i nadmierna dosłowność, byłaby to niezła rzecz.

Następnie obejrzeliśmy kolejny film z Gajosem, "Konwój" Macieja Żaka, też mocno naciągany, chociaż zamysł był interesujący. Więzienni strażnicy transportują niebezpiecznego więźnia, ale po drodze dzieją się dziwne i dość makabryczne rzeczy. Interesujące jest to, jak zmienia się optyka odbioru przez widza: najpierw jesteśmy obojętni, potem zaczynamy współczuć więźniowi maltretowanemu przez strażników, następnie zaczynamy ich rozumieć, po czym fabuła wykonuje kolejny skręt. Zakończenie natomiast jest okrutnie melodramatycznie, i generalnie cały pomysł ma niewiele sensu. A rzecz miała być o tym, co robić z niebezpiecznymi osadzonymi, tylko nie zostało to wyraźniej pociągnięte.

"Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej" Marii Sadowskiej ze znakomitą Boczarską w roli głównej jest dość dobra. Nie podobało mi się skakanie po wątkach w czasie, które jest dość męczące. Można było zrobić to dwuwątkowo, ale chrolologicznie, albo ilustrować współczesność, w której Wisłocka walczy o wydanie swojej książki, epizodami z przeszłości. A tak mam wrażenie zlepku scen. Szkoda, że nie zostało wyraźniej pokazane, jak Wisłocka olewała swoją córkę (oddawała ją na wychowanie różnym osobom, a potem odesłała na dwa lata do sanatorium, odwiedzając ją w tym czasie... raz). Ale cała reszta jest interesująca, ładnie pokazane i przyjemnie się ogląda. Muszę tę biografię w końcu przeczytać.

I w końcu obejrzeliśmy "Rzeź" Polańskiego. Znam sztukę Yasminy Rezy "Bóg mordu", film jest jej dość wierny. Jest bardzo kameralny - tylko czterech aktorów, jedno wnętrze. Do pary rodziców jedenastolatka przychodzą rodzice jego kolegi, który uderzył tamtego kijem wybijając mu zęby. Na początku wszyscy są bardzo kulturalni, zachowują pozory, lecz w miarę rozwoju sytuacji wylezie z nich zupełnie co innego. Jest to dobrze pomyślane i dobrze zagrane. Irytuje mnie nieco nadmierna gładkość kompozycji: każda z postaci wystąpi przeciwko pozostałym i zawiąże koalicję z każdą inną, wydaje mi się to jakieś sztuczne. W teatrze by mi nie przeszkadzało, w filmie nagle zaczęło.

2018-01-08 10:21:24 Komentuj (2)

---


Le sens de la fête
Panowie Toledano i Nakache za młodu imali się różnych drobnych robótek, w tym kelnerowania na weselach. Przekuli swoje doświadczenia w film, który jest zabawny, świetnie nakręcony (jak zazwyczaj kręcę nosem na ruchomą kamerę, tak tu mi prawie nie przeszkadzała). Jest również dość przewidywalny, zwłaszcza pod koniec, za to jest świetnie zagrany. Poznajemy Maksa, który organizuje śluby, obejrzymy dzień z jego życia, oczywiście nic nie idzie zgodnie z planem. W tle imigranci, różnice kulturowe, praca na czarno, ale wszystko bardzo subtelnie, to w końcu komedia, a nie dramat. Nic na miarę "Nietykalnych", ale bardzo przyzwoity film, oraz bardzo chcę tę muzykę.

2017-10-15 17:58:05 Komentuj (0)

---


Blade Runner 2049
Wiedziałam od dawna, że kręcą drugiego Blade Runnera, i po pierwszym przerażeniu wiedziałam rówież, że oczywiście muszę go zobaczyć, bez względu na możliwe (nieuchronne) rozczarowanie. Kiedy zaczęli mi pokazywać plakaty, hiperwentylowałam z wrażenia za każdym razem, nie mogąc się doczekać. 

Wizualnie nie byłam rozczarowana - wprost przeciwnie, tych prawie trzech godzin w kinie się zupełnie nie czuje, bo co chwila zachwyt odbiera dech. Kadry dopracowane do perfekcji, oraz udało się osiągnąć to, co lubię najbardziej: namacalność. Latające samochody wyglądają na od dawna używane, reklamy są lepsze niż prawdziwe, aktorzy są dobrani cudownie, oraz obdarci i brudni we właściwych chwilach; to się zresztą nie da opisać, tam się po prostu jest, a potem się wychodzi i "jak to, to świat tak nie wygląda?". Fabularnie jest zupełnie dobrze: Tyrrella przejął niejaki Wallace, robi nowych replikantów, starych trzeba usuwać, czym się zajmuje Blade Runner agent K. Natomiast cała reszta to już stąpanie po cienkiej linie de gustibusa. Droga agenta K jest dość oczywista, prostolinijna i nie budzi wątpliwości. Motywacje Wallace'a mnie osobiście przekonały, aczkolwiek zrozumiałabym opinie, że jest przerysowany, i że jego pomysły są bez sensu. Moim zdaniem jest doskonale Dickowski. Natomiast moje wątpliwości wzbudziła Madame, która się miota, a potem radośnie akceptuje informację, że sprawa jest załatwiona, nie żądając żadnego dowodu. Wyszedłszy z kina i ochłonąwszy wzdychałam jednak z żalem, że to nie jest poziom oryginalnego filmu (nie jest to również poziom "Arrival"). Nie ma tu za bardzo co cytować, najlepsze kawałki to już są cytaty. 

Pierwotny Blade Runner opierał się na głębokim przekonaniu, że androidy nie są ludźmi, oraz na nienawiści do replikantów Deckarda twierdzącego, że tylko wykonuje swoją pracę. Zderzenie tego podejścia z tym, czego się dowiaduje i co przeżywa, tworzy oś filmu, i nadaje mu głęboki sens. Tutaj tego zabrakło (jak również Roya Batty'ego, choć na to już nic się nie poradzi). Oczywiście Villeneuve wpisuje się doskonale w aktualne walki rozmaitych ludzi z innymi ludźmi z powodu, że na przykład mieszkają w innym kawałku świata. Nie ma tu jednak jakiegoś wyraźnego akcentu. Wprost przeciwnie: zamiast powiedzieć wyraźnie agentowi K, że avr zn manpmravn, j wnxv fcbfóo cbwnjvł fvę an śjvrpvr, jvqmn mbfgnjvn fvę m cemrśjvnqpmravrz, żr wrqanx zh fvę avr cbfmpmęśpvłb. 

Mam ochotę się pożalić, że choć siedziałam ponad dwie godziny z otwartą buzią, to jednak zabrakło mi oryginalnej magii, ale to nie restauracja i nie wypada krzyczeć "hej, reżyser, w moim filmie nie ma magii!". Sam Villeneuve przyznaje się do bycia hardkorowym fanem oryginału. Zupełnie się nie dziwię, że pokusa nakręcenia kontynuacji była silna, i zresztą wcale nie żałuję obejrzenia, ba - przewiduję jeszcze parę kolejnych razy. Nie wiem, co ten film musiałby mieć, żebym nie narzekała. Może jednak trochę lepszy scenariusz, bo niby co reżyser mógł bez tego zrobić. A i tak wszystko wygrywa pies Deckarda. 


2017-10-08 22:23:13 Komentuj (2)

---


Arrival ("Nowy początek")
Pamiętam do dziś, jak się strasznie zakochałam w opowiadaniach Chianga, przemyślanych, precyzyjnych naukowo i pełnych humanizmu. Czytałam ten zbiór potem jeszcze parę (jeśli nie paręnaście) razy, cały czas z tym samym zachwytem. Kiedy się dowiedziałam, że będzie film na podstawie "Historii twojego życia", moja pierwsza reakcja była negatywna. Kolejne też. Uważałam, że to się nie da nakręcić, w żaden sposób. Nawet pozytywne opinie ludzi znających opowiadanie nie do końca mnie przekonały. A jednak, w kinie byłam oczarowana.

Udało się zachować duch opowiadania, co ważne. Udało się osiągnąć fantastyczny realizm. To rzeczywiście mogłoby dokładnie tak wyglądać: lądowanie Obcych i reakcje ludzkości. Zwroty akcji są oczywiście mocno filmowe, ale w końcu musiały być. Dwie sceny kulminacyjne są bez sensu, i niby rozumiem konieczność wprowadzenia takiego wyjaśnienia dla ludzi nieznających opowiadania, a jednak trochę żałuję. Ale summa summarum udało się nakręcić świetny film, zdecydowanie sf, a jednocześnie głęboko humanistyczny, i poruszający ciekawe tematy. Oraz Obcy są naprawdę obcy, to duża rzecz.

Wolałabym oryginalną przyczynę śmierci, miała więcej sensu. Z drugiej strony pamiętam, że przed filmem obawiałam się zmiany na happy end, więc i tak jest dobrze. Wolałabym, żeby powód przylotu siedmionogów nie został spłycony, i tu mnie dziwi, że Chiang nie zaprotestował. Te niby drobne zmiany wpływają jednak na całą filozofię: tam, gdzie u Chianga był nieuchronny determinizm, w filmie jest... chyba możliwość wyboru. Mówi się wręcz o implikacjach poznania języka jak o "darze"; tymczasem w opowiadaniu to raczej przekleństwo. Szkoda. Reżyser bał się niezrozumienia, czy że film będzie zbyt mroczny dla szerokiej publiczności?


2016-12-12 09:32:05 Komentuj (1)

---


Bridget Jones baby
Kwestia zawodnej antykoncepcji, ale jednak antykoncepcji użytej : bdb.
Demonizowanie amniopunkcji: nie bdb, bardzo nie.
Aktorstwo: bdb, tylko dlaczego Zellweger przez cały film chodzi jak Charlie Chaplin (niech zgadnę, miało być śmieszne).
Śmiałam się.


2016-10-25 09:28:06 Komentuj (3)

---


Miss Peregrine's Home for Peculiar Children
Doskonały film, w którym Burton sprytnie połączył dobre pomysły Riggsa z własną wyobraźnią i znakami firmowymi. Wyszła historia całkiem oryginalna, przekonująco pokazana, i oczywiście śliczna wizualnie. Do tego stopnia, że żałowałam braku kolejnych części - ale gdyby były, to narzekałabym, że za długie, że znowu zmuszają do pójścia do kina, i że nic się nie dzieje. Lepiej mieć niedosyt niż przesyt, to jasne. Fabularnie jest to właściwie pierwsza część książki, z kilkoma pomysłami z kolejnych, z licznymi zmianami i z innym zakończeniem. Zachowany jest natomiast duch powieści i zasadniczy dylemat Jake'a, czy powinien zostać z miss Peregrine i jej dziećmi, czy jednak wracać do siebie. Na początku mnie zaskoczyły zamienione talenty Emmy i Oliwii, nawet się trochę przez chwilę pogubiłam, ale ostatecznie przyznaję, że to był dobry pomysł. Z ciekawostek: nie wiem, jak w oryginale Terence Stamp, ale aktora dubbingującego Abe'a nie nauczono wymawiać "tygrysku" po polsku. Z francuskim akcentem brzmiało to doprawdy specyficznie. A wśród pieniędzy pojawiających się na końcu w książce jest 20 złotych. 

2016-10-02 20:00:23 Komentuj (2)

---


La danseuse
Okropne rozczarowanie, którego w kinie w zasadzie nie odczułam, gdyż jest to jednak film bardzo piękny wizualnie, a piosenkarka Soko ładnie uniosła rolę. Szkoda tylko, że rola była totalnie bezsensowna. Loïe Fuller, Amerykanka tańcząca w Folies Bergère, była prekursorką manipulowania oświetleniem scenicznym i autorką wielu patentów, między innymi na mikstury chemiczne pozwalające uzyskać kolorowe światło. Spotykała się między innymi z małżeństwem Curie, od których chciała się dowiedzieć, czy odkryty przez nich rad może jej pomóc uzyskać fosforyzujący strój na scenę. Może się to dziś wydawać naiwne, ale pokazuje, jak bardzo była na bieżąco z ówczesną nauką i techniką. Co z tego zostało w filmie? Pół sceny, w której Loïe mówi ze śmiechem "och, światło jest bardzo ważne". Za to scen pokazujących bardziej lub mniej udane zbliżenia miłosne mamy wiele, do wyboru do koloru, damsko-męskich i damsko-damskich. W filmie ważniejsze od patentów jest, że tancerka pocałowała się z Isadorą Duncan (raczej zresztą tylko w wyobraźni scenarzystów). Doprawdy, w 2016 fascynować się miłością, choćby i lesbijską? Ziew. Nie rozumiem też pomysłu odmłodzenia bohaterki: rzeczywista Loïe miała trzydziestkę, kiedy w 1892 przyjechała do Paryża, i za sobą już sukcesy w Stanach. Naprawdę ponad sto lat później okazuje się nagle, że musi mieć 25, bo inaczej się nie nadaje? Wstyd. I szkoda.  Nic by ten film nie stracił na zbliżeniu do ciekawej prawdy, a wprost przeciwnie.

2016-10-01 21:44:42 Komentuj (2)

---


Frantz
Ozon nakręcił bardzo piękny, nieoczywisty film o wojnie i spokoju, winie i przebaczeniu, kłamstwie i życiu, a przede wszystkim o odpowiedzialności. Kiedy piszę nieoczywisty, to jest tak, że pierwsza część jest bardzo przewidywalna, a kiedy oparłam się wygodniej myśląc "no - tak się zakończy, przecież od razu wiedziałam", to była dopiero pierwsza część. Musi się dopełnić. Jest 1919, ale ten film jest zdumiewający aktualny sto lat później, w dobie powracających nacjonalizmów. Ta Marsylianka pełną piersią... to trzeba zobaczyć.

Abstrahując od faktów historycznych to jest film o tym, jak wpływamy na życie innych ludzi, a oni na nasze. Jak mało tego, co nas spotyka, jest efektem jakiegolwiek świadomego wyboru. Właściwie wszyscy bohaterowie są miotani: wyższą koniecznością pójścia na wojnę, tam koniecznością zabijania, potrzebą uzyskania wybaczenia, pragnieniem uszczęśliwienia bliskich, choćby za cenę spiętrzenia kłamstw.  Czy warto? Ozon nie daje odpowiedzi, raczej daje do myślenia.



2016-09-19 09:03:52 Komentuj (2)

---


Florence i jej partner
Obejrzałam ostatnio "Florence Foster Jenkins" z cudowną Meryl Streep. Bardzo dobrze zagrał jej agenta i życiowego partnera Hugh Grant, i to jest naprawdę ciekawa rola w tym filmie, na którą łatwo nie zwrócić uwagi, bo oczywiście jest Meryl. Nie dostajemy odpowiedzi na pytanie, czy Florence znała prawdę (na jakimś poziomie chyba musiała) ani na to o motywacje Bayfielda. Jasne, że finanse były niezwykle istotne, ale wcale nie jest tak, że człowiek dla każdych pieniędzy zrobi wszystko. Bayfield był aktorem, zapewne nie wielkim, ale chyba dość przyzwoitym, dałby sobie radę. Dla materialnych korzyści jego związek z Florence mógłby potrwać parę lat, nie do końca. Hugh Grant zdaje się sugerować w filmie, że doskonale się bawi. Czy Bayfield mógł to traktować jak swoją życiową rolę aktorską? Czy mogła go napędzać zwykła ciekawość, jak długo  uda im się ciągnąć tę mistyfikację? Czy coś takiego może wystarczyć na 36 lat życia? Nie dowiemy się, trochę żałuję.



2016-07-24 18:25:08 Komentuj (0)

---


Alicja po drugiej stronie lustra
Właściwie nie lubię Alicji w krainie czarów, co jest o tyle dziwne, że Lewis Carroll łączył matematyczną logikę z fantazją i kalamburami w sposób, który jest mi bardzo bliski. Alicja powinna być jedną z moich ukochanych książek, tymczasem nie, drażni mnie w niej właściwie wszystko. A jednocześnie druga połowa mózgu ogromnie ją docenia, i tak sobie żyję w tej dwoistości. Ten sam problem mam z filmem "Alicja po drugiej stronie lustra". Mam za złe, że z precyzyjnie obmyślonej książki Carrolla nie zostało tu prawie nic, że wyjątkowy tekst przerobiony został na sztampową grę komputerową. A jednocześnie uwielbiam estetykę sygnowaną przez Burtona. Byłam zachwycona Mią Wasikowską w roli Alicji, bardzo mi się podobała kobieta kapitan, nie poznałam Heleny Bonham-Carter (bo uczesana). Pod koniec ziewnęłam parę razy.

2016-06-06 09:20:15 Komentuj (6)

---




Następne
Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Anglik w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem