DS magazine
Bertrand Russell
Arrival ("Nowy początek")
Pamiętam do dziś, jak się strasznie zakochałam w opowiadaniach Chianga, przemyślanych, precyzyjnych naukowo i pełnych humanizmu. Czytałam ten zbiór potem jeszcze parę (jeśli nie paręnaście) razy, cały czas z tym samym zachwytem. Kiedy się dowiedziałam, że będzie film na podstawie "Historii twojego życia", moja pierwsza reakcja była negatywna. Kolejne też. Uważałam, że to się nie da nakręcić, w żaden sposób. Nawet pozytywne opinie ludzi znających opowiadanie nie do końca mnie przekonały. A jednak, w kinie byłam oczarowana.

Udało się zachować duch opowiadania, co ważne. Udało się osiągnąć fantastyczny realizm. To rzeczywiście mogłoby dokładnie tak wyglądać: lądowanie Obcych i reakcje ludzkości. Zwroty akcji są oczywiście mocno filmowe, ale w końcu musiały być. Dwie sceny kulminacyjne są bez sensu, i niby rozumiem konieczność wprowadzenia takiego wyjaśnienia dla ludzi nieznających opowiadania, a jednak trochę żałuję. Ale summa summarum udało się nakręcić świetny film, zdecydowanie sf, a jednocześnie głęboko humanistyczny, i poruszający ciekawe tematy. Oraz Obcy są naprawdę obcy, to duża rzecz.

Wolałabym oryginalną przyczynę śmierci, miała więcej sensu. Z drugiej strony pamiętam, że przed filmem obawiałam się zmiany na happy end, więc i tak jest dobrze. Wolałabym, żeby powód przylotu siedmionogów nie został spłycony, i tu mnie dziwi, że Chiang nie zaprotestował. Te niby drobne zmiany wpływają jednak na całą filozofię: tam, gdzie u Chianga był nieuchronny determinizm, w filmie jest... chyba możliwość wyboru. Mówi się wręcz o implikacjach poznania języka jak o "darze"; tymczasem w opowiadaniu to raczej przekleństwo. Szkoda. Reżyser bał się niezrozumienia, czy że film będzie zbyt mroczny dla szerokiej publiczności?


2016-12-12 09:32:05 Komentuj (1)

---


Bridget Jones baby
Kwestia zawodnej antykoncepcji, ale jednak antykoncepcji użytej : bdb.
Demonizowanie amniopunkcji: nie bdb, bardzo nie.
Aktorstwo: bdb, tylko dlaczego Zellweger przez cały film chodzi jak Charlie Chaplin (niech zgadnę, miało być śmieszne).
Śmiałam się.


2016-10-25 09:28:06 Komentuj (3)

---


Miss Peregrine's Home for Peculiar Children
Doskonały film, w którym Burton sprytnie połączył dobre pomysły Riggsa z własną wyobraźnią i znakami firmowymi. Wyszła historia całkiem oryginalna, przekonująco pokazana, i oczywiście śliczna wizualnie. Do tego stopnia, że żałowałam braku kolejnych części - ale gdyby były, to narzekałabym, że za długie, że znowu zmuszają do pójścia do kina, i że nic się nie dzieje. Lepiej mieć niedosyt niż przesyt, to jasne. Fabularnie jest to właściwie pierwsza część książki, z kilkoma pomysłami z kolejnych, z licznymi zmianami i z innym zakończeniem. Zachowany jest natomiast duch powieści i zasadniczy dylemat Jake'a, czy powinien zostać z miss Peregrine i jej dziećmi, czy jednak wracać do siebie. Na początku mnie zaskoczyły zamienione talenty Emmy i Oliwii, nawet się trochę przez chwilę pogubiłam, ale ostatecznie przyznaję, że to był dobry pomysł. Z ciekawostek: nie wiem, jak w oryginale Terence Stamp, ale aktora dubbingującego Abe'a nie nauczono wymawiać "tygrysku" po polsku. Z francuskim akcentem brzmiało to doprawdy specyficznie. A wśród pieniędzy pojawiających się na końcu w książce jest 20 złotych. 

2016-10-02 20:00:23 Komentuj (2)

---


La danseuse
Okropne rozczarowanie, którego w kinie w zasadzie nie odczułam, gdyż jest to jednak film bardzo piękny wizualnie, a piosenkarka Soko ładnie uniosła rolę. Szkoda tylko, że rola była totalnie bezsensowna. Loïe Fuller, Amerykanka tańcząca w Folies Bergère, była prekursorką manipulowania oświetleniem scenicznym i autorką wielu patentów, między innymi na mikstury chemiczne pozwalające uzyskać kolorowe światło. Spotykała się między innymi z małżeństwem Curie, od których chciała się dowiedzieć, czy odkryty przez nich rad może jej pomóc uzyskać fosforyzujący strój na scenę. Może się to dziś wydawać naiwne, ale pokazuje, jak bardzo była na bieżąco z ówczesną nauką i techniką. Co z tego zostało w filmie? Pół sceny, w której Loïe mówi ze śmiechem "och, światło jest bardzo ważne". Za to scen pokazujących bardziej lub mniej udane zbliżenia miłosne mamy wiele, do wyboru do koloru, damsko-męskich i damsko-damskich. W filmie ważniejsze od patentów jest, że tancerka pocałowała się z Isadorą Duncan (raczej zresztą tylko w wyobraźni scenarzystów). Doprawdy, w 2016 fascynować się miłością, choćby i lesbijską? Ziew. Nie rozumiem też pomysłu odmłodzenia bohaterki: rzeczywista Loïe miała trzydziestkę, kiedy w 1892 przyjechała do Paryża, i za sobą już sukcesy w Stanach. Naprawdę ponad sto lat później okazuje się nagle, że musi mieć 25, bo inaczej się nie nadaje? Wstyd. I szkoda.  Nic by ten film nie stracił na zbliżeniu do ciekawej prawdy, a wprost przeciwnie.

2016-10-01 21:44:42 Komentuj (2)

---


Frantz
Ozon nakręcił bardzo piękny, nieoczywisty film o wojnie i spokoju, winie i przebaczeniu, kłamstwie i życiu, a przede wszystkim o odpowiedzialności. Kiedy piszę nieoczywisty, to jest tak, że pierwsza część jest bardzo przewidywalna, a kiedy oparłam się wygodniej myśląc "no - tak się zakończy, przecież od razu wiedziałam", to była dopiero pierwsza część. Musi się dopełnić. Jest 1919, ale ten film jest zdumiewający aktualny sto lat później, w dobie powracających nacjonalizmów. Ta Marsylianka pełną piersią... to trzeba zobaczyć.

Abstrahując od faktów historycznych to jest film o tym, jak wpływamy na życie innych ludzi, a oni na nasze. Jak mało tego, co nas spotyka, jest efektem jakiegolwiek świadomego wyboru. Właściwie wszyscy bohaterowie są miotani: wyższą koniecznością pójścia na wojnę, tam koniecznością zabijania, potrzebą uzyskania wybaczenia, pragnieniem uszczęśliwienia bliskich, choćby za cenę spiętrzenia kłamstw.  Czy warto? Ozon nie daje odpowiedzi, raczej daje do myślenia.



2016-09-19 09:03:52 Komentuj (2)

---


Florence i jej partner
Obejrzałam ostatnio "Florence Foster Jenkins" z cudowną Meryl Streep. Bardzo dobrze zagrał jej agenta i życiowego partnera Hugh Grant, i to jest naprawdę ciekawa rola w tym filmie, na którą łatwo nie zwrócić uwagi, bo oczywiście jest Meryl. Nie dostajemy odpowiedzi na pytanie, czy Florence znała prawdę (na jakimś poziomie chyba musiała) ani na to o motywacje Bayfielda. Jasne, że finanse były niezwykle istotne, ale wcale nie jest tak, że człowiek dla każdych pieniędzy zrobi wszystko. Bayfield był aktorem, zapewne nie wielkim, ale chyba dość przyzwoitym, dałby sobie radę. Dla materialnych korzyści jego związek z Florence mógłby potrwać parę lat, nie do końca. Hugh Grant zdaje się sugerować w filmie, że doskonale się bawi. Czy Bayfield mógł to traktować jak swoją życiową rolę aktorską? Czy mogła go napędzać zwykła ciekawość, jak długo  uda im się ciągnąć tę mistyfikację? Czy coś takiego może wystarczyć na 36 lat życia? Nie dowiemy się, trochę żałuję.



2016-07-24 18:25:08 Komentuj (0)

---


Alicja po drugiej stronie lustra
Właściwie nie lubię Alicji w krainie czarów, co jest o tyle dziwne, że Lewis Carroll łączył matematyczną logikę z fantazją i kalamburami w sposób, który jest mi bardzo bliski. Alicja powinna być jedną z moich ukochanych książek, tymczasem nie, drażni mnie w niej właściwie wszystko. A jednocześnie druga połowa mózgu ogromnie ją docenia, i tak sobie żyję w tej dwoistości. Ten sam problem mam z filmem "Alicja po drugiej stronie lustra". Mam za złe, że z precyzyjnie obmyślonej książki Carrolla nie zostało tu prawie nic, że wyjątkowy tekst przerobiony został na sztampową grę komputerową. A jednocześnie uwielbiam estetykę sygnowaną przez Burtona. Byłam zachwycona Mią Wasikowską w roli Alicji, bardzo mi się podobała kobieta kapitan, nie poznałam Heleny Bonham-Carter (bo uczesana). Pod koniec ziewnęłam parę razy.

2016-06-06 09:20:15 Komentuj (6)

---


Cafe Society
Klasyczny Woody Allen: literacka, niemal nachalna, narracja z offu, prześliczne zdjęcia, lata trzydzieste, Hollywood, magia kina. Młodziutki Bobby pochodzący z żydowskiej rodziny z Bronksu przyjeżdża szukać szczęścia w fabryce snów, gdzie jego wuj (rola przeznaczona dla Bruce'a Willisa, który po paru dniach zdjęć porzucił film dla "Misery", ostatecznie zagrał tu Steve Carell) jest nieźle prosperującym agentem. Chłopak zaprzyjaźnia się z jego sekretarką (Kristen Stewart), a właściwie w niej zakochuje. W tle żydowska rodzina i brat gangster. Zastanawiałam się, dlaczego osiemdziesięcioletni reżyser postanowił wrócić do okresu wchodzenia w dorosłość. Wyjaśnia się pod koniec. Allen kolejny raz mówi nam, że beztrosko dokonywanych wyborów nie da się cofnąć, że ukształtują nasze życie, zanim się obejrzymy. Każe się zastanowić, co naprawdę jest ważne. Nie oszukuje przy tym, że blichtr Hollywoodu nie jest przyjemny.

Jest tu kilka uroczych scen, zwłaszcza ta, w której żydowska para dowiaduje się, że syn w celi śmierci postanowił zostać chrześcijaninem, trochę jakby wyjęta z zupełnie innego filmu. Nic oryginalnego, ale świetnie zagrane i podane w sosie, do którego mam słabość i pewnie już zawsze będę miała.


2016-05-14 23:43:14 Komentuj (2)

---


Lot
Świetny film widziałam, "Flight" ("Lot") Zemeckisa, z 2012. Zaczyna się od katastrofy lotniczej, pilotowi cudem udaje się posadzić na polu poważnie uszkodzoną maszynę, przeżywa 96 osób, 6 niestety ginie. Ponieważ są ofiary, musi być dochodzenie, i tutaj się zaczyna właściwa treść filmu. Pilot (Denzel Washington), skądinąd znakomity, był pod wpływem alkoholu i kokainy. Eksperci jednogłośnie stwierdzają, że nikt inny nie uratowałby tylu osób, wszyscy by zginęli. Pozostaje jednak wątpliwość: a może, gdyby był trzeźwy, nie zginąłby nikt? Poza tym nie miał prawa w tym stanie wsiadać za stery, to jasne. Oglądałam z zapartym tchem do ostatniej minuty, fantastycznie zagrany dramat. Ma oczywiście amerykańskie zakończenie, co nie przeszkadza, że wciąga i stawia istotne pytania.

2016-03-11 09:49:03 Komentuj (3)

---


Sunset Boulevard
Bardzo wymowny komentarz do filmu "Niewinne". Habity wskazują na benedyktynki klauzurowe, które jednak nie doświadczyły takiej przemocy ze strony żołnierzy.

Obejrzałam natomiast "Sunset Boulevard" Billy'ego Wildera z roku 1950,  i męczy mnie okropnie, że gdzieś w literaturze widziałam napisane coś w rodzaju "jak Gloria Swanson w Bulwarze Zachodzącego Słońca", tylko nie mam pojęcia gdzie. Jakaś polska literatura, Snopkiewicz, Chmielewska? Czy przeciwnie, coś amerykańskiego? Musiałam to czytać parę razy, oczyma duszy mojej widzę to napisane, i kompletnie z niczym mi się nie kojarzy. A Gloria Swanson i owszem, teraz te drama queen do pięt jej nie dorastają.


2016-03-09 09:27:16 Komentuj (0)

---




Następne
Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Angol w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem