DS magazine
Bertrand Russell

"Podróże na drugi kraniec świata" David Attenborough

Są to zapiski z lat 1954–1964, robione na bieżąco, po czym przeredagowane i wydane w jednym tomie na początku lat 80. Jest tutaj wstęp z maja 2018, sir David miał już zatem po 90, w którym w paru akapitach autor uświadamia, jak wiele się zmieniło przez te sześćdziesiąt lat, z jakimi problemami mieli do czynienia wtedy, i jak wspaniały, egzotyczny świat było im dane odkryć. Nieco mniej tu o zwierzętach niż w poprzedniej książce, Attenborougha i telewizję BBC zafascynowali bowiem ludzie, i ich życie oraz rozmaite rytuały. Czyta się to absolutnie cudownie, autor ma bowiem ogromny szacunek zarówno dla zwierząt, jak i dla ludzi, nie ma tu ani cienia wyższości wobec żyjących na obrzeżach cywilizacji, jest ciekawość i wnikliwość. Można się rozmarzyć, czytając niezrównane opisy przyrody oraz gościnności ludzkiej.

Zaczynamy od wyprawy na Nową Gwineę w celu filmowania rajskich ptaków. Niestety zdjęcia w książce, przynajmniej w ebooku, są czarno-białe, wielka szkoda, choć na końcu jest trochę kolorowych, a niezwykle plastyczne opisy autora nieco rekompensują swoim autentycznym zachwytem, i oczywiście można w gugla wrzucić hasło "cudowronki". Pojawia się tutaj również przeuroczy wątek kakadu Cocky, która natychmiast podbiła serce sir Davida - miał nadzieję, że londyńskie zoo nie będzie jej chciało i będzie mógł ją zatrzymać. Po powrocie okazało się, że zoo jednak chce, ale Attenborough i tak ją zatrzymał.

Później wracamy nad Pacyfik, już w celu filmowania żyjących tam plemion. Na wyspie Pentecost (Vanuatu - ówcześnie Nowe Hebrydy) bohater ogląda ceremonię skoków na lianach ze specjalnie budowanych w tym celu trzydziestometrowych wież. Parę lat temu widział to mój znajomy, i oczywiście w internecie łatwo teraz wyszukać odpowiednie filmy, ale w latach 50-tych musiała to być niesłychana egzotyka. Autor pisze, że jednego skoczka opuściła całkowicie odwaga: zszedł z wieży nie oddając skoku. Opisuje też ceremonię picia kavy, o czym czytałam u Troosta, ale w zupełnie innym stylu. Później są fascynujące rozdziały o kulcie cargo. Na wyspie Tannie autor tropi legendarnego przywódcę kultu, Johna Fruma, oraz wspina się na czynny wulkan.

W księdze drugiej przenosimy się na Madagaskar, gdzie szukamy z autorem indrisów, czyli jedynego gatunku lemura bez ogona, a w ogóle lemury są przodkami małp, czyli również ludzi. "Indri" w rzeczywistości oznacza po malgasku „Spójrz na to”. Przy okazji autor rozwodzi się nad malgaskimi nazwami miejsc. Mam trochę znajomych tego pochodzenia, zawsze mnie zachwycały ich niewiarygodnie długie nazwiska. Dowiadujemy się też, że na Madaskarze do niedawna żyła odmiana gigantycznych strusi (Aepyornis), prawdopodobnie około 3 metrów wysokości, nadal można tam znaleźć resztki skorup ich jaj.

Ostatnia księga to Australia północna, tamtejsze ptaki, warany, ostrzeżenia przed dzikimi bawołami ("Żeby uzyskać bliskie ujęcia, bez zaśmiecających kadr gałęzi i krzewów, powinniśmy znaleźć się naprawdę blisko tych zwierząt, lecz ani bawoły, ani my nie za bardzo pragnęliśmy takiej sytuacji."), oraz jaskinie z malowidłami Aborygenów. Odkrywszy tę sztukę autor wypuszcza się na wyprawę w poszukiwaniu tych, którzy jeszcze ją wykonują, i oczywiście znajduje. Z zapartym tchem czyta się relacje z oglądania sposobu życia tych, którzy jeszcze nie tak dawno potrafili przeżyć w buszu. W najwymyślniejszej fantastyce nie ma takich opowieści.

*
Tak wyszło, że ten dziwny rok, kiedy nie można było zbyt często wychodzić z domu, zamykam lekturą podróżniczą. Oby to było dobra wróżba na 2021.


2020-12-30 12:00:10 Komentuj (2)

---


"W odbiciu" Jakub Małecki

To jedna z wcześniejszych powieści Małeckiego, z roku 2011, autor był przed 30, debiutował parę lat wcześniej. Sięgnęłam po nią na chybił trafił, i od razu się zorientowałam, że to musi być relatywnie wczesna książka: w porównaniu ze skończonym, przemyślanym, dopracowanym "Dygotem" tu widać poszukiwania właściwego stylu i tonu. Przy czym Małecki jest tak dobrym i utalentowanym pisarzem, że to również czyta się świetnie. Jest tu dość karkołomny dwugłos, w pierwszej osobie mówią on i ona, młoda para. Rzadko udaje się sztuka wcielenia w dwie różne osoby, każda mówiąca własnym głosem i oglądająca tę drugą postać ze swojego punktu widzenia. Bardzo łatwo popaść w sztuczność, zbyt nachalnie zderzać odmienności. Na ogół pisarze przesuwają takie przeskoki narracyjne w czasie. Małeckiemu udaje się ta sztuka chyba od niechcenia; Natalia jest równie realistyczna co Karol. Rozmyśla o mężu znacznie więcej niż on o niej, jego zaprząta dawny kolega, zwany Pielgrzymem, żona jest tylko oczywistym uzupełnieniem jego codzienności.

W tle sączy się niepokój. Mimo rzeczowej narracji od razu wiemy, że wydarzy się tu coś niecodziennego, choć napomknienia o tym są na początku subtelne. Małecki idzie tu tą drogą, co Orbitowski, splatając polską rzeczywistość z niedopowiedzianym horrorem. Daje własną wizję walki dobra ze złem i pokazuje, że zawsze mamy możliwość wyboru.

Uśmiechnęłam się na pomysł, że bohater po ciężkim wypadku i wielu tygodniach w gipsie złapie pięciolitrowy baniak z wodą i będzie samodzielnie ćwiczył. To w sumie dobrze, że młody autor nie miał pojęcia o realiach rehabilitacji. Natomiast zupełnie nie do śmiechu mi było przy przejmujących opisach śmiertelnej choroby, z ogromną dojrzałością oddanego radzenia sobie z ostatecznością. To pisarz o niezwykłej wrażliwości.

2020-12-28 09:51:19 Komentuj (0)

---


"Nasz mały PRL. Pół roku w M-3 z trwałą, wąsami i maluchem" Izabela Meyza i Witold Szabłowski

Jest rok 2011, a Witold Szabłowski z żoną i półtoraroczną córką postanawia odtworzyć PRL, ten z początku lat osiemdziesiątych. Bez żadnego pójścia na łatwiznę: mają być kolejki (tylko skąd je wziąć...), braki towarów w sklepach, zakupy na kartki, wyłączenia prądu i wody, szary papier toaletowy, i trwała dla żony. Tak przez pół roku. Ten absurdalny pomysł owocuje fascynującym zapisem, przy którym niejednokrotnie śmiałam się na głos, a chwilami nieco wzruszałam.

Socjalistyczne wersje Witka i Izy usiłują zapoznać się z sąsiadami, najlepiej standardową metodą pójścia ze szklanką, żeby pożyczyć cukier. Rzeczywiście, dzisiaj w dobie otwartych na okrągło sklepów to zupełnie zapomniany zwyczaj, a wrócił do mnie jak żywy, przecież sama chodziłam do sąsiadek. Aktualni sąsiedzi nie bardzo chcą wpuszczać dziwacznych petentów do własnego mieszkania, prośby o pożyczenie cukru nie rozumieją. Bohater próbuje zagadywać ludzi w kolejce w elektrowni, co udaje mu się dopiero wtedy, kiedy zaczyna narzekać.
"– I w sklepach nic nie można dostać! – narzekam więc i czuję, jak włączam się we wspólnotę cierpiących Polaków, jak ludzie w kolejce zaczynają mnie akceptować. To nic, że moje słowa są bez sensu – w sklepach kapitalistycznych jest przecież wszystko. Ważne, że przebijają przeze mnie smutek i gorycz. Mur między mną a resztą kolejki runął, tak jak mur berliński."

Iza zakłada córce pieluchy z tetry i używa siateczkowych podpasek z waty (Witek gdzieś wytrzasnął oryginalne z epoki), a i tak ma dobrze, bo wtedy często trzeba było używać po prostu waty (o ile była). Trudno w to teraz uwierzyć. Tak samo jak w to, że w 81 nie było sera żółtego ani ryżu. Natomiast w PRL-owskim kryzysie ludzie podobno zjadali tyle samo mięsa co dziś: 66 kilo rocznie.

Pralka Frania jest trudna w obsłudze, a po miesiącu się psuje na amen. Iza musi prać metodą radziecką - gotować w garze. Mąż oczywiście nie pomaga, w ówczesnej Polsce mężczyźni w domu nic nie robili. Na wakacje jadą pociągiem na Mazury, z koszem jaj na twardo, którymi częstują niczego się nie spodziewających przypadkowych towarzyszy podróży. Pozorną korzyścią jest zniknięcie z Internetu: po pewnym czasie autorów zaczynają odwiedzać znajomi. Przynoszą jedzenie, siedzą i gadają do późna w nocy. Ale robią tak tylko raz. Traktują to jak jedną z wielu dostępnych rozrywek; fejsbukowe wydarzenie do zaliczenia. Fascynująca jest obserwacja matki Witolda, że w PRL-u zawsze wszystko wiedziała, mimo braku netu i komórek. Szło się do sklepu i dowiadywało wszystkiego mimochodem.

Pod koniec zaczynają trochę przynudzać: Iza zachwala PRL-owskie wychowanie dziecka, z plasteliną, skakaniem po kałużach i przyglądaniem się mrówkom. Nie miałam problemu z takimi rozrywkami z własnym dzieckiem, mimo mieszkania na zgniłym Zachodzie w drugiej dekadzie wieku XXI i posiadania smartfona (choć pamiętam, jak zostaliśmy skrzyczani przez dozorczynię za pisanie kredą po chodniku). Eksperymentatorzy mają chwilę załamania, kiedy Iza zachodzi w ciążę, i nie mogą po prostu zadzwonić umówić się do lekarza. Okazuje się jednak, że PRL-owska metoda załatwiania sposobem działa i w 2011. Dobrze zresztą mają się też łapówki. Szkoda, że autorzy nie zapisali cisnącej się pod palce uwagi, że współcześnie istnieją kobiety, których na prywatnego lekarza nie stać, muszą więc korzystać z rozwiązań pamiętających stary system. Nie ma też spostrzeżenia, że wprawdzie w tamtych strasznych czasach nie było smarftonów, gugla oraz rukoli, za to kobieta mogła usunąć niechcianą ciążę - chętnie bym zresztą przeczytała, jak to naprawdę wyglądało w okolicy stanu wojennego. Zabrakło mi tutaj również tekstu o kulturze, mam wrażenie, że w tamtej epoce wydawało się całkiem wartościowe książki, działały biblioteki i teatry. Ani słowa na ten temat.

2020-12-24 09:18:21 Komentuj (9)

---


"Wędrująca Ziemia" Cixin Liu

Z niepojętych przyczyn wymyśliłam sobie już dawno temu, że Cixin Liu rozwinął w powieść swoje opowiadanie "Wędrująca Ziemia", zamieszczone w "Krokach w nieznane 2014". Z tym przekonaniem nabyłam książkę, i dopiero przeczytawszy pierwsze, tytułowe opowiadanie do końca, zorientowałam się, że to ten sam tekst - w innym tłumaczeniu - i że mam do czynienia ze zbiorem opowiadań (oryginalnie wydanym w 2013). Bardzo mnie to zaskoczyło.
 
"Wędrująca Ziemia" to wizja przyszłości, w której Słońce ma stać się czerwonym karłem już teraz zaraz, więc ludzie budują gigantyczne silniki mające zepchnąć naszą planetę z orbity i rozpędzić ją tak, żeby dotarła do słońc Proximy Centauri. Ten szalony pomysł opisany jest, jak często u tego autora, dość suchym i rzeczowym stylem, przy czym stosuje on chwyty, które w naszej kulturze literackiej uznane byłyby za bardzo słabe. Słońce ginie dokładnie w momencie, w którym niewierzący w taki obrót spraw przeciwnicy wędrówki zabijają zwolenników. Realizm u Liu jest przesunięty bowiem w stronę skali globalnej oraz rozważań filozoficzno-fizycznych.

Podobnie jest w "Górze", składającej się właściwie z dwóch tekstów. W pierwszej części bohater nigdy nie schodzi ze statku prowadzącego badania oceanograficzne, i zwierza się kapitanowi, dlaczego. Jest miłośnikiem gór. W drugiej części na orbitę geostacjonarną wchodzi gigantyczny statek obcych, jego siła przyciągania powoduje wypiętrzenie się wód równikowego Pacyfiku w olbrzymią górę wodną. Bohater na nią wpływa, w nagrodę obcy opowiedzą mu o sobie, i to jest kolejna sucha relacja, w której - jak w klasycznej "Misji grawitacyjnej" Hala Clementa - chodzi o rozważenie możliwości istnienia życia opartego na zupełnie innej fizyce, niż znana nam. Jest nad czym dumać.

W "Słońcu Chin" bohater, młody chłopak z maleńkiej wioseczki na końcu świata, wybiera się w poszukiwaniu szczęścia do większej wioski, do miasteczka, do miasta; w końcu dociera do Pekinu, gdzie zostaje czyścicielem okien na wysokościach. W tym czasie Chiny budują sobie dodatkowe słońce na orbicie. Konstrukcję tę trzeba będzie czyścić, a trudno do tej pracy wysłać najlepszych astronautów z doktoratami. Kolejna fascynująca wizja.

"Dla dobra ludzkości" zdumiało mnie otwarciem, w którym płatny zabójca otrzymuje zlecenie. Jest to jednak zdecydowanie bohater Cixina Liu, z mocno komiksowym podejściem do zbrodni, ponieważ gwóźdź tkwi ponownie w wiszących nad głowami bohaterów statkach Starszych Braci. Mają oni dość niewybredne plany wobec Ziemian, ale najistotniejsze są powody wygnania ich z rodzinnej planety. Stwierdzenie, że Cixin Liu nie ceni wysoko kapitalizmu, to daleko posunięty eufemizm.

"Klątwa 5.0" znów mnie zaskoczyła, bo to satyra, w której przymierający głodem pisarz nieudacznik Cixin Liu (autor "Problemu trzech tysięcy ciał", który się w ogóle nie sprzedał) przypadkowo modyfikuje tytułową klątwę wirusa komputerowego, który do tej pory miał tylko zabić pewnego człowieka, ale teraz morduje wszystkich w mieście Taiyuan i obraca je w zgliszcza. Oprócz dość sztubackiego poczucia humoru i wyrazistych aluzji do chińskiego środowiska fantastyki jest tu ostrzeżenie przed światem, w którym wszystko będzie sterowane przez komputery.

Bohater "Mikroery" powraca na Ziemię po tysiącach lat, przez które włóczył się po Galaktyce poszukując planety do osiedlenia się ludzkości, Słońce bowiem miało wyprodukować rozbłysk, który miał podnieść temperaturę planety do marnych 7 tysięcy stopni na zaledwie 100 godzin. Odkrywa, że to już się stało, na spalonej Ziemi nie ma żadnych śladów cywilizacji, ani właściwie niczego poza popiołem i wystygłą magmą, ale ktoś do niego mówi.

"Pożeracz". Kolejny raz nadciąga apokalipsa w postaci gigantycznego statku-pierścienia Obcych, który otoczy Ziemię i wyssie z niej wszystko. Ludzie postanawiają walczyć. Ponownie mamy stężenie typowego dla Liu nieprawdopodobieństwa, czyli obcy, którzy mimochodem nauczyli się angielskiego, i ponownie nie to jest tu istotne, tylko staranna fizyka zniszczenia plus całkiem słuszny morał, że we Wszechświecie nie ma żadnej moralności. U zachodniego autora zakończenie byłoby nie do zniesienia, ale tutaj należy przyjąć, że to jest kwestia innej estetyki.

"Opieka nad Bogiem". Nad Ziemię nadciągnęły statki, z których wysiadły dwa miliardy brodatych starców - są to osoby, które stworzyły życie na naszej planecie (Bann i Pugg, znaczy). Ich planeta przestała istnieć, przylecieli więc i zażądali opieki należnej starym przodkom. Każda rodzina dostaje swojego Boga, o którego musi się troszczyć, a ponieważ ten pożyje jeszcze jakieś 300-400 lat, perspektywa nie jest fajna, i ludzie się buntują. Bardzo ciekawy pomysł.

Dwa ostatnie opowiadania, "Na własne oczy" i "Kula armatnia" są powiązane osobą bohaterki, w zupełnie nieoczywisty sposób. W pierwszym narrator zabiera na wakacje jej "oczy", czyli okulary umożliwiające przekazywanie obrazu i głosu, co się robi dla osób tkwiących w Kosmosie. Intrygująca idea, ale wcale nie ona jest tu sednem. W drugim natomiast Cixin Liu odgrzewa pomysł tunelu przez środek Ziemi, opowiadając o tym z niecodziennej perspektywy i rozwijając go w nieoczekiwany sposób.

Jest to naprawdę ciekawy pisarz, którego eksperymenty myślowe rekompensują narrację miejscami brzmiącą dziwnie, przynajmniej dla zachodniego czytelnika.


2020-12-22 09:04:26 Komentuj (0)

---


"Jak zdradzają Polacy" Dariusz Korganowski, Patryk Szulc, Zuzanna Szulc

Chwytliwy tytuł, spodziewałam się rozwiania mitów o pracy prywatnego detektywa w Polsce. To owszem, da się tu znaleźć, natomiast potwornie męczył mnie i zniechęcał do lektury bardzo wulgarny język mówiony, który nie został nijak zredagowany. Nie przeszkadzają mi ozdobniki w prozie, kiedy są uzasadnione, utalentowany pisarz potrafi pisać dosadnie i barwnie, ale to nie jest ten przypadek, niestety. Książka ma formę rozmowy pary autorów z Dariuszem Korganowskim, byłym policjantem, obecnym prywatnym detektywem specjalizującym się w tropieniu zdrad małżeńskich. Opowiada o większości rzeczy używając jednego czasownika i przerywników. Po dwóch rozdziałach poważnie zastanawiałam się, czy nie porzucić książki. Żałuję, że tego nie zrobiłam, ponieważ oprócz tego zniechęcającego języka jest tu coś znacznie gorszego: przeraźliwa pogarda dla klientów. Pan Korganowski nie szczędzi informacji, jak to żony zawiezione na miejsce czynu histeryzują i dopuszczają się rękoczynów. Nabija się bez ogródek z klientek pragnących, żeby zainstalował w domu niewidzialną kamerę i nie pojmujących, że każda potrzebuje stałego zasilania. Wyśmiewa się w końcu z niemęskich mężczyzn, ciapków posiadających ciapka w majtkach, nic więc dziwnego, że są zdradzani. On sam, wiadomo, jest duży i silny, czym się chwali tak samo jak noszeniem przy sobie broni.

Jedno trzeba przyznać: detektyw parokrotnie zwraca uwagę na problemy z komunikacją w związku i dziwi się, że ludzie mówią jemu to, czego nie powiedzieli partnerowi.

Bywa zdumiewająco, owszem - jak w przypadku tego męża utrzymywanego przez żonę, który zdradzał ją za jej własne pieniądze, a po udowodnieniu zdrady postanowił zamienić jej życie w piekło. Kiedyś firma pana Korganowskiego wykryła również podwójne życie kolegi po fachu, choć już niepracującego. Można się dowiedzieć rzeczy praktycznych, na przykład ile to właściwie kosztuje. Sprawa rozwodowa raptem dziesięć tysięcy, chyba że będzie wymagała dodatkowych kosztów, jeśli śledzony małżonek rozbija się po drogich hotelach i za granicą. Poza tym istnieją kamery potrafiące nagrać dowody z odległości kilometrów, więc nawet na dwudziestym piętrze warto zasłaniać okna. Tyle praktycznych rzeczy z tej książki, której lekturę zdecydowanie odradzam osobom nieprzepadającym za kąpielami w rynsztoku.

2020-12-20 10:46:26 Komentuj (0)

---


Gambit królowej

Serial ten jest najdoskonalszy na świecie, mimo pewnych zastrzeżeń, ponieważ spełnia moje tajne kryterium identyczności z książką, łącznie ze strojami w tych miejscach, w których Tevis je opisał (Benny Watts powinien mieć czapeczkę, nie kapelusz, ale przyznaję, że w kapeluszu wygląda znakomicie). Jasne, nie trzeba mi tłumaczyć, że film i proza to nie to samo, że muszą być różne; moim ulubionym filmem jest "Blade Runner" i nigdy w życiu nie zgodziłabym się, żeby wyglądał inaczej, przepadam też za "Gwiezdnym pyłem", w wersji filmowej lepszym od książki. A jednak gdzieś w głębi siebie mam oddzielne podium dla ekranizacji wiernych do przesady, a taką niewątpliwie jest ten serial. Wszystko zgadza się niemal co do kropki. Dialogi z panią Wheatley są identyczne wraz z przecinkami. Komentatorzy szachowi wygłaszają całe fragmenty prozy Tevisa. Nawet szachowe rozgrywki są dokładnie takie jak w książce, choć jest ich mniej. Rozbudowana za to jest rola Cleo oraz dopisana postać matki, ale to nieznaczne modyfikacje (całkiem niepotrzebne, ale niech już będzie ten jeden odcinek więcej). Na szczęście okrojona została fizjologia, co jest kolejnym powodem mojej radości: czytać mogę (niemal) o wszystkim, w kwestii oglądania mam zupełnie inne kryteria. Ogromną radość daje mi oglądanie rzeczy, której nigdy przedtem nie widziałam, ale która wygląda prawie dokładnie tak, jak POWINNA. Wznosi mnie to na zupełnie nowy poziom kompletnie iluzorycznej wiary w porządek Wszechświata.

Mam trzy pretensje, jedną niezbyt poważną. Odrobinę mnie zirytowała rozmowa Borgowa w windzie, w książce jej nie ma (owszem - jest napomknienie, że Borgow stał i rozmawiał cicho ze swoimi dwoma gorylami; kiedy piszę o wierności, właśnie to mam na myśli). Absurdem jest twierdzić, że Beth zrozumiałaby wymianę zdań prowadzoną szeptem, w obcym języku, którego uczyła się przez chwilę. A poza tym jest do niczego niepotrzebna - Beth boi się Borgowa, ponieważ się go boi. Nie ma żadnego znaczenia, co on o niej myśli.

Natomiast druga moja pretensja jest istotniejsza i dotyczy Jolene, która nie powinna się zjawić na progu Beth sama z siebie. Beth zdaje sobie sprawę, że potrzebuje pomocy, i szuka jej długo. To bardzo istotne rozróżnienie, Tevis bowiem pokazał, że dawanie sobie rady obejmuje również proszenie o pomoc. Ta w życiu nie zjawia się magicznie ot tak. Nie. Figury szachowe nie poruszają się samodzielnie. To Beth z własnej woli znalazła posunięcie zwane "Jolene".

I oczywiście to straszne zakończenie. Musiał się pojawić czarny rycerz koniecznie, wiadomo. Musiał. Bez tego wszystko nieważne. Jak to, serial bez love story? Królowa bez swego wiernego giermka? Dziewczątko bez uniesień romantycznych?! Nie liczy się, poprawić natychmiast, inaczej miliardy kobiet na świecie się nie zidentyfikują i nie zrozumieją! Przeżyłam trudne dziesięć minut, pewna, że teraz to już na pewno wszystko zepsują i że będę musiała wszystkie peany z pierwszego akapitu uznać za niebyłe, wymazać to bolesne doświadczenie z pamięci, oraz nigdy już nie obejrzeć żadnej ekranizacji, na wszelki wypadek. Reżyserowi udało się powstrzymać w ostatnim momencie, na szczęście.

2020-12-18 07:48:04 Komentuj (2)

---


"Gambit królowej" Walter Tevis

Książkę nabyłam z powodu "Przedrzeźniacza" i nawet się przelotnie zdziwiłam, że wydali ją po polsku teraz, pochodzi bowiem z roku 1983. Dopiero później zorientowałam się, że przyczyną jest serial, który jest chwalony i zapewne nawet obejrzę, ale najpierw lektura.

Beth Harmon traci matkę w wypadku i trafia do sierocińca jako ośmiolatka. Tam odkrywa dziwaczną grę, którą zabawia się woźny. Niechętnie uczy ją podstaw szachów, i zauważa ogromny talent dziewczynki. Wygrywa nie tylko z nim, ale również w kółku szachowym w lokalnym liceum. Po czym kradnie środki uspokajające, od których się uzależniła, bo podawano je wszystkim dzieciom w sierocińcu, i zostaje ukarana zakazem gry w szachy. Trzynastoletnią Beth adoptuje pani Wheatley, żona przy mężu, który natychmiast gdzieś wyjeżdża, nie mają więc pieniędzy. Beth kradnie czasopismo szachowe, dowiaduje się o istnieniu turniejów, kradnie pieniądze na wpisowe - i wygrywa.

Nie bardzo wiem, jak Tevis to robi. Pisze o szachach bardzo szczegółowo, przesunięcia piona na f3, roszady, odsłonięcia i tak dalej są tutaj na porządku dziennym, i jakimś cudem trzyma to w napięciu cały czas. Sprawia to niewątpliwie fantastyczny opis emocji Beth, która żyje tylko szachami, dostrzega w grze piękno niedostępne przeciętnym śmiertelnikom, rozgrywa partie w głowie, chce wygrywać. Po drugie jej uzależnienie jest autentyczne, co widać wbrew dość suchemu opisowi. Tevis dał swojej - fikcyjnej - bohaterce własne przeżycia. W dzieciństwie dawano mu silne lekarstwa w szpitalu, i potem się do nich przyzwyczaił. Kibicujemy Beth na wielu płaszczyznach. Zaskakująco piękna książka z niezwykle prawdziwą bohaterką.

2020-12-16 08:49:26 Komentuj (2)

---


"A Deadly Education" Naomi Novik

Szkoła magiczna, ale nie ziewa się wcale, ponieważ od pierwszych słów jest jasne, że to nie Harry Potter i jego z kośćmi dobrzy przyjaciele i opiekunowie. Tu nie ma lekko: końcowy egzamin polega na zamknięciu uczniów w podziemiach, z których wyjdzie mniej więcej połowa. Połowa tych, którzy dali radę przeżyć poprzednie lata, oczywiście, ponieważ na młodych adeptów magii czekają tłumy drapieżnych złych istot pragnących się nimi pożywić. Rozpoczynająca ostatni rok nauki narratorka, Galadriel ("the name wasn’t my idea, don’t look at me"), wyjaśnia beznamiętnie, że można albo gromadzić manę, żeby wykonywać zaklęcia, albo używać malii, czyli odbierać energię życiową innym istotom i przejść na stronę zła. Płaci się za to cenę, ale nie tak od razu. A ponieważ ona akurat ma wyjątkowy talent do niszczącej czarnej magii, ma pokusę iść w tę stronę, ale się opiera. Poznajemy ją w momencie, w którym postanawia zabić kolegę z klasy, ponieważ uratował jej życie dwukrotnie, ale najpierw musi sprzątnąć ze swojego pokoju szczątki soul eatera. Bardzo cuchnące. A zdecydowanie lepiej wychodzą jej zaklęcia masowej zagłady niż sprzątania pokoju.

To YA, ale bohaterka jest tak fantastycznie skonstruowana, tak wiarygodna w swojej zajadle nastoletniej odmowie postępowania zgodnie z własnymi skłonnościami, że czyta się to naprawdę świetnie, trudno się oderwać. Zachwycona byłam magią, plastycznymi opisami sposobów pozyskiwania magicznej energii niezbędnej do wykonywania zaklęć - coś, co zbyt często jest pomijane w powieściach fantasy (za pamiętanie o tej cenie cenię również Sapkowskiego). Świetnie pomyślane są również enklawy i wszystkie konsekwencje ich istnienia. Uwielbiam matkę El, troskliwe opiekowanie się książkami, oraz poczucie humoru - śmiałam się głośno wielokrotnie. Usterka logiczna: skoro El potrafi mebovć jnyy bs zbegny synzr, qynpmrtb grtb cb cebfgh avr mebovłn j cbqmvrzvnpu, żrol hzbżyvjvć vaalz mercrebjnavr zrpunavmzh? Jest to coś w rodzaju Harry'ego Pottera w świecie Laundry Files: ktoś to musiał napisać. I musi napisać kolejne tomy, koniecznie! (W lipcu będzie drugi, na szczęście).

2020-12-14 08:06:09 Komentuj (0)

---


"Wymarzony dom Dziuni" Anna M. Nowakowska

Początek jest bardzo dziuniowaty, czyli mętny, i właściwie można sobie podarować pierwsze rozdziały, natomiast potem zaczyna się opis emigracji. 44-letnia bohaterka wyjeżdża (w pamiętnym roku 2004) do Wielkiej Brytanii, namówiona przez cioteczkę Kazię, która wyjechała sporo wcześniej i nieźle się tam urządziła. Przy czym mieszkała również w RPA i powrót do tamtych błogich czasów kolonialnych jej się marzy. W roli służby wystąpić mają Dziunia i jej nowy małżonek Owca, czego oczywiście nie są świadomi. Tylko ona mówi nieco po angielsku, a ponieważ jest sobą, nie spodziewa się, jak rzeczywistość będzie wyglądać.

Mamy tu wciągającą, detalicznie opisaną sytuację Polaka na wczesnej emigracji, kiedy jeszcze ziemia angielska nie była opanowana przez tłumy mówiących językiem ojczystym, kiedy trzeba było zmagać się z brytyjską biurokracją i posługiwać się tamtejszym narzeczem - a ponieważ trafili gdzieś w rejon Manchesteru, miejscowi mówią z akcentem, co zrozumienia nie ułatwia. Jest to niesamowita, barwna, przejmująca relacja, o dziwo nagle prawie pozbawiona ubarwień stylistycznych. Czyta się to właściwie jak jakąś inną książkę. Dziunia okazuje się całkiem zaradną, pracowitą osobą, a nie ma lekko, sprząta bowiem chłodnię. Cioteczka Kazia zaś wraz z mężem... no cóż, teraz już wiemy, jak się w większości zachowują Polacy na emigracji. Bohaterowie jeszcze się tego nie spodziewali. Zostają tam przez kilka lat, pierwsza książka o Dziuni została zresztą napisana właśnie na emigracji. Pod koniec wracają użalania się nad dziuniowością bohaterki, przetykane słabo zredagowanymi notatkami z bloga oraz nieznośnym poczuciem wyższości czerpanym z faktu, że ona, jako jedyna Polka, nie jest cwana i urodziła się bez łokci, ale to już na szczęście sama końcówka.

2020-12-12 13:21:57 Komentuj (0)

---


"Dziunia na uniwersytetach" Anna M. Nowakowska

Niestety sporo słabsza od poprzedniej. Mam (niczym niepoparte) wrażenie, że większa część książki to powieść z kluczem, w której autorka nadaje wymyślne, obelżywe imiona i nazwiska znanym sobie ludziom, którzy jej dokuczyli, aby potem ich uśmiercać w fantazyjny sposób. A dokuczyli jej oczywiście wszyscy, i w połowie miałam już ochotę jęczeć "Dziunia, dorosła jesteś, byłaś na terapiach, weź już przestań, ileż można wszystko zwalać na matkę, ojca, złą babkę, wredne szwagierki, jeszcze gorszego dziadka, i nieodpowiednich facetów, których poślubiałaś nie bardzo wiadomo po co i dlaczego?". Bohaterka oczywiście odpowiedziałaby mi charakterystyczną dla siebie litanią, jaka to jest nienormalna od urodzenia, wybrakowana, pozbawiona tego, pozbawiona owego, całkiem szalona, pozbadnięta, głupia, i tak dalej. Tak, już, wiemy, zrozumieliśmy bardzo dokładnie. Autorka najwyraźniej też poczuła się nieco zmęczona tymi wszystkimi nieszczęściami spadającymi na Dziunię i jej bliskich w obfitości nawet jak na powieść przesadzoną, bo wyraźnie się tu odcina od swojego alter ego, twierdząc, że tylko spisuje jej historię. Ale owszem, Nowakowska potrafi snuć wciągającą opowieść, pełną dygresji, metafor, wybiegania w czasie, zapisków innych bohaterek, chwytów metaliterackich, cytatów z (rzekomej?) twórczości Dziuni oraz innych pisarzy. Pomyślałam w którymś momencie, że pobrzmiewa tu nuta Vonneguta - jakoż i był z niego cytat parę stron dalej.

Książka robi się lepsza pod koniec, gdy zostawiamy w końcu nieszczęsną bohaterkę i zajmujemy się fascynującą polską polityką końcówki lat 90. Nowakowska balansuje tu między groteską a cierpką obserwacją. Po czym wraca do Dziuni, która stała się alkoholiczką, i szanuję zmierzenie się z tym tematem. Kończymy zapowiedzią, że ciąg dalszy nadciąga.

2020-12-10 08:34:01 Komentuj (0)

---




Następne
Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Anglik w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem