DS magazine
Bertrand Russell
La chasse aux couteaux
W wakacyjnym planie zajęć przewidziana była na wtorek rano la chasse aux couteaux, połów mięczaków zwanych po polsku okładniczkowatymi, a dosłownie po francusku nożami. Dzieci szły oddzielnie z opiekunami, dorośli oddzielnie. Nie chciało mi się wcale włóczyć po mokrej plaży po odpływie w poszukiwaniu jakichś muszelek, zamierzałam porzucić dziecko i oddać się jakimś innym rozrywkom typu czytanie, ale porzucane dziecko chytrze i rzewnie spytało, czy też pójdę. Weź i odmów. Obiecałam, że przyjdę, westchnąłam ciężko i pomyślałam, że pospaceruję po plaży, już trudno. Zebraliśmy się i udali na plażę, Jérôme poopowiadał o przypływach, nikt z obecnych nie wiedział ile czasu potrzebuje Księżyc na okrążenie Ziemi, oprócz skądinąd znanej państwu Polki, po czym powiedział, że couteaux łowi sie przy pomocy soli. Należy odpowiednią dziurę w piasku posypać solą, couteau wychodzi, i się go łapie. Byłam tak pewna, że kolejny raz zabawia się naszym kosztem, że nawet nie mrugnęłam okiem, czekając na prawdę. W końcu jak małż niby może wychodzić z piasku. Co za bzdura. I jeszcze łapać go trzeba, bo niby co, ucieka? Na tych muszelkach? Poszliśmy na brzeg cofającej się wody, Jérôme posypał piasek solą.
- A, to dlatego w morzu jest sól! - odkrywczo wygłosił grupowy śmieszek, gruchnął śmiech, ale po sekundzie zamilkliśmy, bo w piasku zrobił się gejzer taki jak czerw pustynny, tylko relatywnie mniejszy, pokazało się coś, a potem wysunęła się z piasku skorupka, którą Jérôme triumfalnie wyciągnął i nam okazał. Muszla jest podłużna i cienka jak nóż, od którego bierze nazwę, a zamieszkana jest przez solidny mięsień wijący się żwawo w poszukiwaniu wody i piasku. Zaniemówiłam. Potem z solą w garści udałam się w poszukiwaniu odpowiednich dziur, ale żadna nie była tą. Wtedy na plażę przyszło moje dziecko, i kiedy się do niego zbliżyłam, okazało się w garści dzierżyć mięczaka. W drugiej miało kubek z solą.
- Jak to, sam złapałeś? - wykrzyknęłam z niedowierzaniem.
- Sam - odparło dziecko z właściwą mu dezynwolturą. Uznałam, że nie mogę być gorsza i przyznać się do porażki, zaczęłam wypatrywać dziur ze zdwojoną energią.
- Tu nasyp - wskazałam na chybił trafił, grając znawczynię. Dziecko posłusznie sypnęło soli, ku mojemu zdumieniu piasek się poruszył i wychynęło stworzenie.
- Łap go, łap! - wrzasnęłam pełna emocji, dziecko posłusznie złapało, i wsiąkliśmy. Po zobaczeniu tej pierwszej dziury nagle coś mi się w oku przestawiło, zaczęłam je dostrzegać wszędzie, i kiedy ktoś niedaleko triumfalnie wrzasnął, że w końcu mu się udało, my chwytaliśmy już bodaj dwudziestego. Dziecko ganiało odnosząc garściami zdobycz do wiaderka , ja spokojnie soliłam dziury i czekałam. Po wychynięciu małż odrzuca wierzchni kawałek swego organizmu, właśnie na wypadek złapania przez ptaka, trzeba być chytrym i chwytać go za skorupkę. A jeśli się nie zdąży, zagrzebie się z powrotem w piasku.



24 kwietnia 2017, 09:19 Komentuj (2)

---


Finistère
Tym razem już pamiętałam, że kocham Bretanię. Moja miłość umocniła się stukrotnie, pewnego dnia tam zamieszkam, skoro przez jakąś zdumiewającą pomyłkę natury się tam nie urodziłam. Tym razem departement Finistère (Finis terrae, koniec ziemi, najbardziej na zachód wysunięty kawałek Francji). Polowaliśmy na mięczaki zwane couteaux, po polsku okładniczkowate. Zwiedziliśmy Pont-Aven, miasto Gauguina i innych malarzy, Concarneau z jego murami obronnymi, i Quimperlé z imponującym opactwem benedyktynów. Puszczaliśmy latawiec na plaży, pilnowaliśmy przypływu, zbieraliśmy muszelki oraz kraby, i budowaliśmy zamki z piasku. Jedliśmy ostrygi hodowane pięćdziesiąt metrów od domu. Słuchaliśmy bretońskich legend i opowieści, w tym tej o czarodziejskim młynku produkującym sól, który leży na dnie zatoki; inną historię z identycznym rekwizytem i puentą czytałam kiedyś o Bałtyku. Oglądaliśmy klasyczne strzechy bretońskich kamiennych domów, na dachu mają dla drenażu rośliny, a zwłaszcza irysy. Co chwila jakiś kawałek historii, jeszcze częściej krajobraz tak przepiękny, że zdjęcia wychodzą pocztówkowe bez żadnego kadrowania.
Już chcę tam wrócić.


18 kwietnia 2017, 16:00 Komentuj (3)

---


The Apocalypse Codex
Dziesięć miesięcy po "The Fuller Memorandum" Bob Howard wraca do czynnej służby. Nie całkiem, jego przełożeni myślą o awansie, więc wysyłają go na szkolenie. Dla normalnych ludzi, nie agentów supertajnej Pralni, potrzebuje zatem przykrywki. Występuje jako menedżer zajmujący się opracowywaniem śledzenia tablic rejestracyjnych, i mechanizmu wlepiania mandatów, jeśli samochód przejechał jakiś odcinek drogi w nadmiernie krótkim czasie, sugerującym przekroczenie szybkości. To oczywiście wystarcza, żeby współuczestnicy szkolenia go znienawidzili i nie chcieli z nim gadać. Ale to tylko zabawny początek, dalej robi się mroczniej. Pojawia się Ray Schiller, amerykański kaznodzieja, który gorąco wierzy w zbawienie wszystkich, nie zważając na ich wolę. Zbawienie nie do końca jest tym, czym mu się wydaje. Na szczęście Bob nie jest sam, ma zewnętrznych współpracowników, Persephone i Johnny'ego.

Bardzo mi się podoba rozwój Strossa, który udowadnia, że potrafi pisać również wielowątkowo. Doceniam, że tym razem zło sprowadza nie psychopatyczny okultysta, tylko człowiek pragnący dobra. Niezwykle życiowe - tacy są najgorsi.

7 kwietnia 2017, 09:21 Komentuj (2)

---


"Grzeczna dziewczynka" Mary Kubica
Mia, dwudziestopięciolatka z zamożnej chicagowskiej rodziny, znika bez wieści. Szuka jej matka Eve, oraz policyjny detektyw Gabe. Opowieść biegnie wielowątkowo: widzimy, co się zdarzyło przed zniknięciem, a potem chronologicznie dalej, oraz po odnalezieniu, bo bardzo szybko wiemy, że Mia się odnalazła - tyle, że cierpi na amnezję. Wydarzenia dotyczące Mii oglądmay oczami porywacza, poszukiwania - detektywa, a to, co się dzieje po powrocie córki, relacjonuje jej matka. Porywaczem jest Colin, który miał zlecenie porwania córki sędziego, żeby zażądać okupu. W ostatniej chwili zmienił zdanie i postanowił dziewczyny nie przekazywać klientowi. Niby na początku nie wiemy dlaczego, ale szybko się dowiemy: miłość, Miłość usprawiedliwia przecież wszystko, i dziewczyna też się szybko do tego przekona, nieważne w końcu, że trzyma w zimnie, wyrwał z życia, matka tam od zmysłów odchodzi, ważne, że Kocha. Za stara jestem na te plewy.

Reszta też jest należycie stereotypowa: zły nie jest zły, tylko od najmłodszych lat zaniedbany i niekochany; za to teoretycznie dobry i przyzwoity tatuś okazuje się do szpiku kości zły; żona cierpi na brak miłości; nawet choinka na Gwiazdkę w tym domu była wyłącznie na pokaz, podajcie mi chusteczkę. Przypomniałam sobie, dlaczego nie lubię takich czytadeł, ale Zuzanka obiecała twist, więc zacisnęłam zęby i zabawiałam się próbami jego odgadnięcia. Właściwie wszystko wiemy od początku: porwał, przetrzymywał, syndrom sztokholmski, domyślamy się błyskawicznie, co spowodowało amnezję; jaki tu może być twist? Niestety - domyśliłam się.

Ale to wszystko pół biedy, czytadło czytadłem, przeraża mnie natomiast, że mogą to z wypiekami czytać młode dziewczyny i zachwycać się taką wizją: porwał, uderzył? Ale z Miłości! I nie zabił, a przecież mógł! Ciąża u dziewczyny z amnezją, bez pracy, bez ojca, w strasznym stanie psychicznym: ależ to wszystko drobiazgi, ważne, żeby się dzieciątko urodziło, na pamiątkę po tatusiu. Autorkę należałoby przykładnie batożyć.

6 kwietnia 2017, 09:34 Komentuj (3)

---


The Fuller Memorandum
Kocham te swoje zmartwienia, że niby autorowi nie starczy rozpędu na kolejne tomy. Brakuje mi wyobraźni, naprawdę. "The Fuller Memorandum" jest otóż lepsze, wciąga straszliwie. I jest poważniejsze w klimacie, czego się zupełnie nie spodziewałam. To już nie żaden quasi-Bond. Zaczyna się od tego, że nasz ulubiony agent okultystyczny Bob w trakcie rutynowych działań popełnia błąd, ginie przypadkowa osoba. Bob wraca do Londynu załamany, a tam jego żona Mo w jeszcze gorszym stanie po tajemniczych wydarzeniach w Amsterdamie. Jest mroczno i ponuro, tymczasem bez żadnych wieści zniknął Angleton, ten miejscowy Dumbledore i Gandalf w jednym, którego cechą szczególną jest również to, że niczego Bobowi nie mówi. Pojawili się natomiast Rosjanie, co nigdy nie jest dobrym znakiem. Paranoja Boba jest w tych okolicznościach całkiem zrozumiała.

Stross w każdej książce i opowiadaniu poświęca co najmniej parę akapitów na wyjaśnienie mechanizmu swojego świata oraz historii Pralni, dla czytelnika, który nie zna kontekstu. Jest to trochę nużące, kiedy się czyta całość ciurkiem (nie mogąc przestać), za to czasem nawiązuje też do poprzednich wydarzeń, w nagrodę dla wiernych fanów. Doskonale makabryczna książka, która ani na chwilę nie spuszcza z tonu ani nie zwalnia akcji. Rozmowa o ścieżce kariery pojawia się zaś w najmniej oczekiwanym momencie i okolicznościach. Domyśliłam się szybko, kim jest Teapot oraz kto jest kretem w Pralni, ale to zupełnie nie zmieniło mojego zachwytu całością. Najbardziej natomiast doceniam Strossa za to, że najgorsze tu są wcale nie przerażające byty spoza czasoprzestrzeni, tylko jak zwykle - ludzie.

Like I said: the only god I believe in is coming back. And when he arrives, I’ll be waiting with a shotgun.


4 kwietnia 2017, 14:32 Komentuj (0)

---


The Laundry Files: opowiadania
Chrologicznie kolejne po "The Jennifer Morgue" jest krótkie opowiadanie "Down on the Farm". Nasz ulubiony bohater Bob Howard, już doświadczony w bojach, udaje się na Funny Farm, dom wypoczynku dla pracowników Pralni, a mniej oględnie mówiąc, wariatkowo. Przyszło stamtąd wezwanie, ale nie wiadomo od kogo, to trzeba będzie ustalić. Bob nie może ze sobą zabrać żadnej wspomagającej elektroniki, czuje się więc nagi w obliczu wydarzeń. Mniej tu Bonda, więcej matematyki.

Następne to "Equoid", odwołujące się na początku do sztuki Shaffera "Equus", przeżyłam lekki szok, bo widziałam ją nastolatką będąc, w Teatrze TV chyba, i w dodatku pamiętam przez te eony. Dla odmiany mamy tu duży fragment o drugim mistrzu Strossa, Lovecrafcie, który część rzeczy wiedział, ale resztę zmyślił (i na przykład Cthulhu nie istnieje). Akcję właściwą dziejącą się na farmie, gdzie Bob ma zbadać tajemnicze wydarzenia, przeplatają rzekome listy Lovecrafta i jego przedśmiertne wyznanie, oczywiście napisane przez Strossa, ze sporym talentem. A głównym bohaterem wcale nie są konie, tylko jednorożce, ale bynajmniej nie w ujęciu znanym z aktualnej popkultury. Trochę bardziej mięsożerne... drapieżne... wprost krwiożercze. Mamy tu również makro Wordowe wysysające duszę użytkownika.

Overtime: Jest Gwiazdka, a Bob Howard pełni służbę w Pralni. Nic się nie powinno dziać, ale akurat gwiazdy ustawily się we właściwym porządku. Coś przyjdzie przez komin, ale nie będzie to dobroduszny pan w czerwonym płasczu. Za to będzie to głodne. Trochę biurokracji, gwiazdkowa impreza w biurze, i wielowymiarowe okropieństwo z mackami.


’Twas the night before Christmas, the office was closed,
The transom was shut, the staff home in repose;
The stockings were hung by the chimney with care,
But St. Nicholas won’t be coming because this is a Designated National Security Site within the meaning of Para 4.12 of Section 3 of the Official Secrets Act (Amended) and unauthorised intrusion on such a site is an arrestable offense …

Had enough of my poetry yet? That’s why they pay me to fight demons instead.



31 marca 2017, 09:21 Komentuj (0)

---


Wykład profesora Mmaa
O istnieniu "Wykładu profesora Mmaa" przypomniała mi Chmielewska w autobiografii. Tę właśnie książkę chciała dostać w spadku po Alicji. Otworzyłam wtedy szeroko oczy ze zdumienia, bo jakoś wcale nie kojarzyłam jej z taką lekturą, za co się zaraz w myśli zganiłam - bo pisała lekko i do śmiechu, to już nie mogła Themersona czytać? Zresztą to jest akurat bardzo zabawna książka, chociaż wymagająca pewnej erudycji. Wróciłam do lektury z niekłamaną przyjemnością, najbardziej podziwiając, że autor napisał to jakoś w latach cztedziestych (przynajmniej częściowo podczas wojny, ukazało się w 1953), nie posiadając dostępu do googla ani rozmaitych poezji i dzieł w zasięgu internetu. Musiał to wszystko mieć zwyczajnie w głowie, ewentualnie na podręcznej półeczce bibliotecznej, co do niedawna było całkiem normalne, tylko ostatnio jakoś przestało.

Profesor Mmaa zajmuje się badaniem mammiferów, gatunku homo mianowicie, tych przedziwnych dwunożnych istot, które część swojego życia spędzają w pozycji horyzontalnej na specjalnie do tego przeznaczonej płaszczyźnie wspartej na czterech wertykalnych filarach. Zdumiewające. Przedstawiciele gatunku produkują też dzieła na celulozie, które można konsumować i w ten sposób zapoznawać się z ich treścią, choć przedmiotem rozważań naukowych pozostaje, czy należy je odczytywać od lewej do prawej czy też jednak odwrotnie. Profesor Mmaa i jego koledzy są termitami. Mają sześć nóg, abdomen, thorax, czułki, świat postrzegają głównie węchem, i żyją w starannie zorganizowanym społeczeństwie zróżnicowanych osobników, ze znoszącą miliony jaj Królową w centrum. Ta jednakże akurat podupada na płodności, a równocześnie do głosu dochodzą wywrotowcy, spokojne życie profesora Mmma, poświęcone spokojnemu wykładaniu dla studentów, zostanie więc nieco zakłócone.

Themerson bez umiaru czerpie tutaj z rozmaitych bardziej i mniej znanych dzieł literackich: niektórzy autorzy pojawiają się tu pod swoim własnym nazwiskiem, jak Jonatan Swift i Maurycy Maeterlinck choćby, inni są mniej lub bardziej ukryci (Horacy, Paul Valery, Arthur Rimbaud, i setki innych). Mamy cytaty wierne i trawestowane. Mamy w końcu olśniewającą w swojej konsekwencji satyrę, i filozoficzny ogląd znanego nam skądinąd gatunku homo samozwańczo sapiens. (Czy to możliwe, żeby te zwierzęta miały świadomość, dociekają termity, powątpiewając jednak w tę śmiałą tezę).


28 marca 2017, 09:33 Komentuj (0)

---


The Jennifer Morgue
Znakomite, o dwie klasy lepsze od poprzedniej, która też wcale nie była zła, ale tu jest akcja, akcja, akcja. Przedwieczne Zło tym razem czai się w głębinach oceanicznych, a Bond jest otwarcie przywoływany na każdej stronie, ponieważ osnową akcji jest skrypt wymuszający na uczestnikach odgrywanie bondowskiego schematu. W głównej roli jak zwykle Bob Howard, komputerowy nerd bez licencji na zabijanie, za to z umiejętnością programowania czarnej magii, zatrudniony przez firmę wymagającą wypełniania formularzy i zatwierdzania każdego wydatku. Tymczasem akcja wymaga przegrania w bakarata dwudziestu tysięcy bez mrugnięcia okiem, a przecież nie płacą mu tyle, żeby mógł sobie na to pozwolić. Ta mieszanka satyry i Bonda z technothrillerem jest oszałamiająca i świetnie wyważona. Miejscami śmiałam się prawie do spadnięcia z łóżka, zwłaszcza ze Smarta. A maskara jest doskonale wymyślona. Stross ma fajnego bohatera, a właściwie wszystkich bohaterów, ale ten główny zwłaszcza podchodzi do życia z doskonale mi znaną ironią. Zaczęłam się martwić tylko tym, że nie starczy mu rozpędu na kolejne tomy, które są liczne.

Końcówkę książki zajmuje uroczy esej o Bondzie i jego twórcy, a przedtem krótkie opowiadanie "Pimpf", w którym Bob musi ratować swojego stażystę uwięzionego w grze fabularnej. Chyba wiem, co czytał Stephenson przed Reamde, co oczywiście jest mało odkrywczym stwierdzeniem. Przybyłek swojego Gamedeca wymyślił z kolei wcześniej, widać to dość oczywisty pomysł.


24 marca 2017, 09:40 Komentuj (0)

---


Atrocity Archives
Bardzo jestem ciekawa, jak reagowały osoby, którym Stross streszczał swój pomysł na nową książkę.
- Wiesz, to będzie taki James Bond, tylko on będzie nerdem grzebiącym w komputerach, i przy ich pomocy będzie walczył z lovecraftiańskim Złem, będą tam Wielcy Przedwieczni z mackami, równoległe wszechświaty i otwierane między nimi przejścia, a to wszystko okraszone solidną dawką biurokracji, bo bohater będzie pracował dla tajnej agencji zwanej Pralnią...
- Charlie, oddaj już ten kieliszek.

Zakochałam się w pomyśle i wykonaniu przeczytawszy "Betonową dżunglę" w Krokach w nieznane 2010, solennie postanowiłam przeczytać całość, po czym się jakoś zawiesiłam. Aż w końcu udalo mi się się sięgnąć po pierwszą część Laundry Files, czyli Atrocity Archives, wspomniana "Betonowa dżungla" jest ich drugą (krótszą) częścią. Czyta się doskonale, Stross ma żywy, dowcipny styl, robi nieustające aluzje do wszelkiej klasyki sf, zmienia konwencje jak napędzany bateryjką, jest to śmieszne i koszmarne w należytych proporcjach. Bohater używa najnowcześniejszych technologii - najnowocześniejszych w 2004, więc rzecz się miejscami lekko zestarzała (jak to administracja Windows NT? Jak to nie było smartfonów? Jak to palmtop zamiast tableta?) ale to nie przeszkadza w śledzeniu akcji z przejęciem i rozbawieniem. Druga z cyklu leży spokojnie na półce od pięciu lat, nabyłam więc od razu trzecią.


22 marca 2017, 15:52 Komentuj (0)

---


Wielki diament
Miłe czytadełko, którego nie znałam, i do którego mnie zachęciła odwodnik. Joanna zyskuje tu siostrę bliźniaczkę Krystynę, czyli nie korzysta już z autentycznych osób i wydarzeń, tylko z wymyślonych, co nie wychodzi całości na dobre. Rzecz dzieje się pod koniec XX wieku (wydana w 1996), ale zaczyna w początkach XIX. Śledzimy historyczne losy Wielkiego Diamentu wędrującego z Indii do Anglii, potem Francji, w końcu Polski, błyskawicznie zmieniającego właścicieli, którzy są barwnymi postaciami opisanymi charakterystycznym stylem Chmielewskiej. W drugim tomie współczesne bohaterki okazują się spadkobierczyniami właścicieli diamentu i próbują go odnaleźć. Jest nieco słabszy, bo autorka najwyraźniej już trochę zapomniała, jak to było być młodą kobietą. Joanna ma 30 lat i nie wie, że jest piękna, musi dopiero popatrzeć na siostrę identyczną bliźniaczkę, żeby to sobie uświadomić. Ja rozumiem taki tekst u dwunastolatki, ale później to już nie ma mowy. Obie siostry zdążyły się również biegle nauczyć wszystkich języków, angielskim i francuskim władają jak polskim, paroma innymi dla okrasy również. Widzę, że Chmielewska na potęgę rekompensowała sobie kompleksy.

Panie niby pracują zarobkowo, ale jakoś tak, że mogą sobie na całe tygodnie wyjeżdżać bez żadnego problemu (raz mimochodem autorka coś wspomina o usprawiedliwieniu w pracy, ale nie przejmuje się tym zbytnio). Motywem do zdobycia wielkiego diamentu jest chęć bycia niezależną od ukochanego mężczyzny, który niestety jest obrzydliwie bogaty, i pragnie co prawda Joannę poślubić, ale ona przecież nie będzie od niego brała pieniędzy i mieszkała u niego w domu. Sama Chmielewska czuje, że jest to naciągane i brnie w jakieś mające bohaterkę wytłumaczyć opowieści, które jednak raczej odbierają jej wiarygodność. Zdumiewająco to feministyczne swoją drogą jak na tę pisarkę, która nie mogła się nigdy zdecydować, czy kobieta ma być niezależna, czy jednak kokietka w spódnicy lubiąca męcizny.

Za to mam wrażenie, że do części historycznej przygotowała się nieźle, brzmi to wszystko całkiem prawdopodobnie. Cytuje rozmaite wyglądające na autentyczne fragementy listów i rozliczeń z epoki, aż żałowałam, że tego nie ma więcej. Wolałabym to niż wymuszone poszukiwania wymyślonego diamentu.


20 marca 2017, 10:21 Komentuj (0)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Towary Mieszane
Quijote
Idiomka
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Inka od wiatraka
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Odwodnik
Tuv
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Nielot
Trochę jedzenia
Żona No. 1
Ola
Hania
Barbarella

Prasa zagraniczna
Margot w Irlandii
Iskra w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Miski do mleka
Amerykanka w Polsce
Stardust
Nina już nie w Kalifornii
Thernity
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Aga emigrantka
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
Thea
W kątku z książką
Zupka
Helena
Prawdziwy dr House
Kwoka w dolinie
Mama grzdyla
Melissa
Chustka Joanny
Vestigia
Wężon
Nowojorskie gadanie
Towary mieszane
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Femme
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Snafu
Dzieci Thei
Laska
Działa, nie działa
Matylda
Stara panna
Uczy polskiego
Matka jego dziecka


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej