DS magazine
Bertrand Russell
W otchłani mroku
Na początek choinka lat, po których jedziemy kolejno, choć nie jest to kolejność chronologiczna. Po krótkim i niejasnym prologu rozgrywającym się w 1991 trafiamy do współczesnego Wrocławia. W 2012 profesor Wacław Remus chce założyć akademickie Lycaeum Subterraneum, wyłącznie dla chłopców. Profesor Małgorzata Olszowska-Biedziak, której zaproponował nauczanie w nim, domaga się odpowiedzi, skąd takie założenie.
"– Opowiem pani – zagrał palcami na blacie – ale to bardzo długa opowieść… I ostrzegam: bardzo drastyczna… Pełna zbrodni i przemocy…" - mówi Wacław Remus. Cofamy się do 89, kiedy narrator miał 33 lata. Po dziesięciu stronach dość naciąganego życiorysu napisanego bardzo egzaltowanym stylem bohater odnajduje pamiętnik Popielskiego zaczynający się od słów "W połowie października 1946 roku". Jesteśmy zatem zaraz po wydarzeniach opisanych w "Rzekach Hadesu". Po tych wszystkich karkołomnych szkatułkowych konstrukcjach oraz dwóch zdaniach w pierwszej osobie odnajdujemy zwyczajną trzecioosobową narrację, chociaż przetykaną wyimkami z pamiętnika. Popielski ma wykryć ubeckiego donosiciela z Gimnazjum Podziemnego, a właściwie donosicielkę; potem sprawy się komplikują. To bardziej thriller niż kryminał: wiemy kto zawinił, nie do końca jasne są tylko powiązania, które bohater będzie odkrywał z pomocą z nieoczekiwanej strony, oraz oczywiście jak zwykle pakując się w tarapaty, z których cudem udaje mu się wydostać.

Po zakończeniu tej opowieści pozostaje nadal pytanie, jaki to wszystko ma związek z pierwotnym narratorem powieści, Wacławem Remusem. Wracamy do 1989 i odkrywamy - zaskakującą i jednak cokolwiek naciąganą - prawdę (można tu zauważyć sprzeczność z "Eryniami"). Końcówka domyka wątki, ale robi wrażenie pospiesznej i napisanej zupełnie bez przekonania.


24 lipca 2017, 09:44 Komentuj (0)

---


„Astrid Lindgren. Opowieść o życiu i twórczości” Margareta Strömstedt
Urodzona w 1907 roku w szwedzkim Vimmerby Astrid Ericsson pochodziła z długowiecznej rodziny, a właściwie z dwóch. Z obu stron dożywanie dziewięćdziesiątki nie było niczym nadzwyczajnym. Była córką Samuela Ericssona, który nazwisko miał po ojcu, Samuelu Erikssonie (znanemu potem na całym świecie jako dziadziuś z Bullerbyn). Ten jednak nosił nie nazwisko, tylko patronimik, po ojcu imieniem Erik. W Szwecji patronimiki były w powszechnym użyciu do drugiej połowy dziewiętnastego wieku, potem zostały wyparte przez nazwiska. Od pierwszego lipca tego roku można znowu nadać dziecku patronimik lub matronimik zamiast nazwiska.

Krótkie drzewo genealogiczne Astrid Lindgren znajduje się na wyklejce ślicznej biografii napisanej przez Margaretę Strömstedt, która od lat sześćdziesiątych blisko znała pisarkę. Pierwsza wersja książki powstała w 1977, początkowe rozdziały traktujące o dzieciństwie w Vimmerby nie zostały zmienione. "Dzieci z Bullerbyn" w dużej mierze są oparte na wczesnym życiu Astrid, i choć oczywiście wyidealizowane, to wcale nie tak bardzo. Astrid była szczęśliwym dzieckiem bardzo kochających się ludzi, być może dlatego tym dzieckiem została do końca życia. Nigdy nie chciała pisać dla dorosłych, interesowały ją wyłącznie dzieci, co w tamtych czasach zupełnie nie było w modzie. Mając 19 lat urodziła nieślubnego syna, Larsa - Lassego. Jego ojciec, żonaty z inną kobietą, podobno proponował jej ślub, ale uznała, że nie chce mieć z nim nic wspólnego i wyjechała z Vimmerby do Sztokholmu, by tam pracować jako stenografka i maszynistka. (Dawca nasienia zresztą natychmiast ożenił się z inną kobietą, która w tym samym roku urodziła mu dziecko, a potem z kolejną, w sumie mając 13 dzieci z czterema żonami; ale tego w tej biografii nie ma). Astrid mimo bycia w dwudziestoleciu międzywojennym kiepsko opłacaną panną z dzieckiem, poradziła sobie znakomicie, szybko poznała Sture Lindgrena, który zostawił dla niej żonę, i urodziła Karin. I całe szczęście, bo to właśnie córka zażądała pewnego dnia opowieści o "Pippi Pończoszańce". 

Wydawnictwo odrzuciło pierwszą wersję książki bojąc się jej obrazoburczości. Złagodzona wersja ukazała się drukiem, i tak się zaczęła popularność, która potem tylko się nasilała. Astrid debiutowała w wieku 37 lat, i tyle samo trwała jej kariera pisarska. Bibliografia wygląda całkiem imponująco, niemal co rok ukazywała się nowa książka (choć zazwyczaj były krótkie, na przykład znane nam "Dzieci z Bullerbyn" były oryginalnie podzielone na trzy części). We Francji "Pippi" w pełnej wersji ukazała się dopiero w 1995 roku. Rosjanie za to są fanami "Karlssona z dachu", wydali go sześćdziesiąt razy, a w 1996 roku poprosili o zgodę na nazwanie asteroidy jej imieniem. ("Nazywajcie mnie od dzisiaj Asteroid Lindgren" odpisała autorka).

Margareta Strömstedt pięknie opisuje osobę, która na zawsze potrafiła w środku zostać dzieckiem. Która odpisywała na 150 listów od dzieci tygodniowo, nie skarżąc się. Która walczyła o prawa dzieci i zwierząt w czasach, kiedy to wcale nie było oczywiste. Która wcale nie miała ochoty być popularna i otrząsała się ze zgrozą na sugestie o Noblu albo o fotelu w Akademii Szwedzkiej. Która przez ponad 60 lat mieszkała w tym samym mieszkaniu na Dalagatan, gdzie wprowadziła się z mężem i dziećmi w 1941 roku. Która odeszła od umoralniających opowiastek dla najmłodszych i stworzyła coś zupełnie nowego. Nic dziwnego, że jej książki były tłumaczone na 95 języków. 


21 lipca 2017, 20:40 Komentuj (0)

---


Rzeki Hadesu
Wrzesień roku 1946. Leokadia Tchórznicka, w poprzednich tomach postać trzecioplanowa, kuzynka Popielskiego zastępująca matkę jego córce, przetrzymywana jest w strasznych warunkach we wrocławskim więzieniu na Kleczkowskiej. Ubecy torturami próbują z niej wydobyć informacje o miejscu pobytu Popielskiego, porucznika AK. Ten tymczasem jest też we Wrocławiu, choć marzy o powrocie do Lwowa. W tle jeden trup znaleziony przez Cyganów, i jedna dwunastolatka, porwana przez wysokiego łysego mężczyznę. Pojawia się również Mock, ale za chwilę cofamy się w czasie do Lwowa w roku 1933. 2 listopada Popielski został przywrócony do pracy w policji, "na swoją starą drogę, na której odnosił tyle zwycięstw, zagłębiał się znów w utarte koleiny, na których ponosił też niemało porażek. Oto znów znajdzie się w znanym sobie dobrze męskim świecie, gdzie codziennością są alkohol i przestawanie z bandytami, przekleństwa, wulgarne dowcipy i śmiertelne ryzyko, wydobywanie informacyj szantażem i przesłuchania na granicy sadyzmu. Oto znów znajdzie się w pracy śmierdzącej strachem i cynizmem, gdzie za całą ozdobę świata służą uschnięte paprotki na parapetach i przebłyski cwaniactwa w pięknych oczach przesłuchiwanych kurew. Ten świat był naturalnym środowiskiem Popielskiego, jak Antajos z ziemi, tak i on czerpał z niego siłę, którą się napawał, gdy widział, że budzi strach u przestępców i zainteresowanie u kobiet." Ale powrót do pracy niewiele zmienia, Popielski musi się zająć prywatnym śledztwem, ponieważ porwano mu córkę, żeby w ten sposób zmusić go do znalezienia porywacza i gwałciciela dziewczynek. Kiedy już się dowiadujemy, co stało się we Lwowie, wracamy do powojennego Wrocławia.

Nadal nie mam przekonania do Łyssego, który tutaj też się miota, a ratuje go tylko przypadek. Brakuje nieco emocji: wiemy, że Ricie ani Leokadii w tamtych czasach nic się ostatecznie nie stało, bo wiemy, co wydarzyło się potem. Nie ma też tutaj żadnego mordercy ani wyścigu z czasem, czyta się to więc dość obojętnie. Chwilami miałam wrażenie - chyba pierwszy raz - że autor na siłę zapełnia kolejne strony opisami, które nie wnoszą niczego do akcji. Z drugiej strony dochodzenie jest pokazane wciągająco, i nieźle obmyślone łapanie tropu na podstawie przeczuć i niejasnych poszlak.


19 lipca 2017, 11:33 Komentuj (0)

---


The Delirium Brief (The Laundry Files #8)
W czwartek rano natychmiast po otwarciu oczu sprawdziłam, czy w nocy przyszło "The Delirium Brief" zakupione w przedsprzedaży już parę miesięcy temu. Ucieszywszy się z terminowości dostawy, otworzyłam niezwłocznie i pisnęłam z radości, widząc, że narratorem jest z powrotem Bob. Kocham Mo i doceniłam Aleksa w poprzedniej, ale The Laundry to jednak Bob. Wszystko pięknie, tylko że tu The Laundry przestaje istnieć... ale nie wyprzedzajmy faktów. Akcja rozpoczyna się w momencie, w którym zakończyły się dwie poprzednie, mamy obóz zamieszkany przez żądające azylu elfy, a rzeź w Leeds jest nadal żywym wspomnieniem. Tymczasem z zaświatów powraca Ray Schiller. Ląduje w Londynie i realizuje plan przejęcia tam władzy. Idzie mu nadspodziewanie gładko, ponieważ pod jego wpływem rząd rozwiązuje The Laundry - ot tak, z dnia na dzień, zupełnie się nie przejmując tym, że zatrudnione są w niej osoby o bardzo specjalnych potrzebach, nie mówiąc o wspomnianym obozie pełnym elfów. A to dopiero początek akcji. Pojawiają się, niekiedy niespodzianie, bohaterowie poprzednich książek. Jest tu dużo Mo, oraz Aleksa i Cassie widzianych oczami Boba, jest nieco o problemach małżeńskich, oraz pęknięta gumka (tak!).
 
Akcja jak zwykle bardzo wartka, świetnie napisana, i miejscami zabawna, oraz tylko Stross umie w naturalny sposób włożyć w swoją książkę słowo "mansplaining" . Aczkolwiek po Blitzu Connie Willis przewijało mi się przez głowę "tak, ale u Connie to jest twist na końcu każdego rozdziału, nawet jeśli postępowanie bohaterów jest irytujące... a Stross to jednak jest przewidywalny...". Otóż odwołałam to wszystko pod koniec, który zaskoczył mnie zupełnie (i nie mogłam potem spać). Potrzebuję dziewiątego tomu natychmiast, a nie wiem nawet, czy jest w planach, choć po końcówce sądząc powinien. Zdecydowanie powinien.


17 lipca 2017, 10:54 Komentuj (0)

---


Napoleon i Inwalidzi
Matka Napoleona Bonaparte miała niespełna czternaście lat, kiedy została poślubiona osiemnastoletniemu Carlo Marii Buonaparte (w drugiej połowie osiemnastego wieku). Pierwsze dziecko wydała na świat przed piętnastymi urodzinami, niestety martwe. Ochrzcili je Napoleon. Następna córka żyła rok, potem urodził się Józef, a w wieku dziewiętnastu lat na świat przyszedł syn. Dano mu na imię Napoleon, znowu. Taki wtedy był zwyczaj. Państwo Bonaparte mieli zresztą trzy córki o imionach Maria Anna, żadna nie przeżyła niemowlęctwa, może dlatego kolejnym córkom dawali już inne imiona. W sumie państwo Bonaparte mieli czternaścioro dzieci, z których dzieciństwo przeżyło ośmioro. Jest to tym ciekawsze, że pani Bonaparte, późniejsza Madame Mère, owdowiała w wieku lat 34 (mąż miał 38). A jeszcze ciekawsze jest to, że dożyła lat osiemdziesięciu pięciu: dwieście lat temu, bez antybiotyków, witamin ani środków dezynfekujących w aptece za rogiem.

Doczytałam sobie to wszystko po spektaklu "La Nuit aux Invalides", który oglądałam w sobotę. Na fasadzie hotelu Inwalidów po zmroku wyświetlany jest film o historii związanej z tym miejscem: od Ludwika XIV przez Napoleona po Charlesa de Gaulle i drugą wojnę. Patos jest iście francuski, ale oni naprawdę umieją to robić. Siedzi się po prostu na bruku dziedzińca, powinnam była wziąć poduszkę, ale niewygoda wcale nie przeszkadzała w doznaniach estetycznych. Po olśniewającym pokazie można zwiedzić Kościół Inwalidów przy świetle tysiąca świec. Nie zawsze można o północy oglądać grób Napoleona, a warto. Pod kopułą pochowany jest również autor Marsylianki kapitan Claude Joseph Rouget de Lisle, obok braci Napoleona (Józefa i Jérôme'a), jego syna, oraz rozmaitych marszałków, generałów i admirałów od Ludwika XIV po drugą wojnę.


16 lipca 2017, 11:15 Komentuj (0)

---


Liczby Charona
W tej powieści też nie ma dokładnej daty i godziny, z wyjątkiem prologu, 1988 w Oslo. Zaraz potem cofamy się w czasie i przenosimy do Lwowa. Popielski wspomina, że Rita ma dziesięć lat, co pozwala nam zidentyfikować rok jako 1930. Jeśli przypadkiem ktoś nie czytał poprzednich książek o Popielskim, jest tu również aluzja do wielkiego krachu giełdowego półtora roku wcześniej, co sytuowałoby akcję raczej w 1931. Popielski w każdym razie został zwolniony z policji ("niepotrzebnie walił prosto z mostu temu fircykowi z odgórnego nadania, co o nim sądzi, niepotrzebnie drażnił go swoimi manierami profesora i najwyszukańszą elegancją, niepotrzebnie wciąż rzucał łacińskimi sentencjami i bez jego zgody pracował tylko wieczorami i nocami"), a to się źle składa, bo właśnie na pewnym strychu w gołębniku znaleziono zwłoki niezidentyfikowanej kobiety. Dla odmiany starej, za to zgodnie z zasadami autora zmasakrowanej.

Popielski, Mock v2.0 plus rodzina, jest niestety niewiarygodny. Mockiem kieruje przemożne pragnienie sprawiedliwości, Popielskim właściwie nie bardzo wiadomo co. W dwóch pierwszych tomach był to interes osobisty, dobrze rozegrany, tutaj jednak go brakuje i widać, że bohaterowi zabrakło celu. Niby z powodów finansowych chce wrócić do pracy w policji, niby chce dobrać się do majtek pewnej pannie, wszystko to jednak jest bezbarwne i bez przekonania. Popielski przy tym postępuje idiotycznie. Już w Eryniach leciał ująć bandytę gołymi rękami, co jeszcze dało się usprawiedliwić emocjami, ale tu robi to samo, zupełnie nie wiadomo dlaczego (Krajewski to zauważa, ale nie udaje mu się uwiarygodnić). Gdyby miał 25 lat, jeszcze byłoby to zrozumiałe, ale ma ich 44 i córkę osieroconą przez matkę. Patrzymy na niego z niedowierzaniem, a pomiatanie przez niego uczniami nie przysparza mu sympatii czytelnika. Mock jest prawdziwym twardzielem, a Popielski co najwyżej chciałby. Tym bardziej tajemnicze jest, dlaczego za siedem lat wszyscy watażkowie przestępczego światka będą z szacunkiem wypowiadać się o Łyssym.

13 lipca 2017, 09:57 Komentuj (0)

---


Wygrać za wszelką cenę?
Przez Blackout zaczęłam się zastanawiać, czy faktycznie aż takim nieszczęściem byłoby wygranie przez Niemców wojny. Jest to absolutna, bezdyskusyjna podstawa powieści, w której wielokrotnie się przewija, że nieważne jakim kosztem, trzeba wygrać. Czy naprawdę to było aż tak istotne? Oczywiście, Hitler był potworem. Natomiast wygrawszy wojnę nawet on zająłby się raczej odbudową już swoich ziem, a nie mordowaniem swoich poddanych, nawet gdyby odbiegali od ideału aryjskiego. Po jego śmierci zresztą na pewno nastąpiłaby jakaś odwilż, jak po śmierci Stalina. W ciągu całej historii ludzkości imperia powstawały, czasem bardzo krwawo, a jednak gatunek przetrwał i nawet osiągnął pewien postęp. Bliżej naszych czasów w Stanach wybici zostali Indianie, niewątpliwie wielka tragedia, o której nikt już dziś nie pamięta, a zbudowany na ich trupach kraj ma się doskonale. W Polsce Stanisława Wawrzeckiego powieszono 20 lat po końcu wygranej wojny i śmierci Hitlera, Żydów wygnano chwilę potem, a obecnie narodowy socjalizm ma się doskonale.

Być może lingua franca byłby niemiecki zamiast angielskiego, niewielki problem - przez wieki była to łacina, przez jakiś czas francuski, angielski też z pewnością nie jest wieczny. Wątpię, że narodowe języki by wymarły, zważywszy, że to też znamy z historii, polszczyzna przetrwała ponad sto lat rozbiorów. Być może Europa znacznie lepiej wyszłaby na poddaniu się na samym początku, na powiedzeniu "chce wariat se porządzić, niech porządzi, jeszcze tego pożałuje"?

11 lipca 2017, 09:41 Komentuj (6)

---


Erynie
Prolog rozgrywa się w 2008 we Wrocławiu, gdzie w kawiarni spotykają się tajemnicza kobieta z mężczyzną. Natychmiast potem na chwilę cofamy się do 1949, nadal we Wrocławiu, okolice więzienia na Kleczkowskiej. A potem... następuje rozdział wzięty z początku "Głowy Minotaura", czyli Lwów, maj 1939, znalezione zwłoki torturowanego dziecka. Raczej nietypowy zabieg, ale logiczny. W "Głowie" Popielski zaczął wtedy opowiadać kuzynce Leokadii o sprawie Minotaura, która zajęła całą tamtą powieść. Tu dowiadujemy się, co było dalej. Łysy komisarz chce się podać do dymisji, ale po chwili rezygnuje i postanawia jednak ująć zabójcę chłopczyka. Zwłoki znalazł żydowski aptekarz, za chwilę w mieście wybuchną antysemickie rozruchy. Mock miał imadło, Popielski musi wydobyć niezbędne informacje podobnymi metodami, przeważnie potwornymi. Są tu straszne sceny, bardziej poruszające niż wszystkie brutalnie okaleczone trupy występujące licznie u Krajewskiego. Nie ma za to podziału na daty z godzinami, jakby autor chciał podkreślić, że mamy do czynienia z innym cyklem i bohaterem. Rozróżnienie się przydaje, ponieważ porywczy policjant, masywny filolog kochający dobre jedzenie, alkohol, eleganckie ubrania, łacinę, szachy i kobiece wdzięki niepodobny jest do Mocka chyba tylko w tym, że ma córkę i wnuka. Nic dziwnego, że Krajewski wykorzystuje te postaci w swojej akcji, w której jak zwykle ważniejsza jest cała otoczka śledztwa niż osoba zbrodniarza. Epilog zamyka całość ładnie pomyślaną klamrą, rozwiązującą wszystkie wątki.


7 lipca 2017, 08:58 Komentuj (0)

---


Blackout/All Clear
To jest kolejna książka, którą latami odkładałam na później, i zupełnie nie rozumiem dlaczego. Kocham Connie Willis, a to jest jej świetna powieść z nurtu podróży w czasie. W 2060 w Oksfordzie jest chaos, laboratorium bezustannie przesuwa terminy zaplanowanych wypraw w przeszłość, historycy latają i zarywają noce usiłując się nauczyć wszystkiego, czego potrzebują do wyprawy, oraz zdobyć ubrania z epoki, co też wcale nie jest łatwe, bo terminy proponowane przez Garderobę nie konweniują z tymi wyznaczonymi przez lab, nawet w sprawie prostej czarnej spódnicy. Typowa Willis, i ja zupełnie nie wiem, jak ona to robi, to już powinno być oczywiste i męczące: nie jest ani odrobinę. Jest uroczo realistyczne. A potem rozmaici historycy lądują tam gdzie powinni, czyli w czasach drugiej wojny światowej (chociaż jeśli o dokładne daty chodzi, to bywa różnie), i jest jeszcze bardziej realistycznie. Mamy oczywiście Londyn: Blitz oraz dzień zwycięstwa, mamy Dunkierkę, do której nie można się dostać, i mamy obserwacje dzieci ewakuowanych z Londynu na wieś. Nic nie idzie zgodnie z planem. Za to trudno mi uwierzyć, że Connie Willis nie ma maszyny czasu i nie przeniosła się wszędzie tam osobiście, tak plastyczne są postaci i ich zachowania, tak logiczna jest akcja, tak prawdziwy ten Londyn w tamtym czasie, tak autentyczny chaos. To jest chyba najbardziej zadziwiające: zazwyczaj pisarz daje swoim bohaterom jakieś zadanie, pokonanie sił zła, zniszczenie Pierścienia, na ogół służą większej sprawie. U Willis natomiast jest codzienny zamęt, krzątanina, wielu bohaterów, w których na początku nawet się trochę gubiłam. Pojawia się tu zresztą znany z "Księgi Sądu Ostatecznego" Colin, który teraz ma 17 lat i kocha się w jednej z bohaterek. Mowa jest też o znanym z opowiadania "Fire Watch" Johnie Bartholomew. Akcja robi się dramatycznie wciągająca pod koniec Blackout, bo podział na dwa tomy jest absolutnie sztuczny. W ebooku zdecydowanie powinni sprzedawać te dwie części razem (tłumaczenie francuskie zresztą tak wyszło w papierze).

Zadaniem jednej z postaci jest obserwanie bohaterów mimo woli: tych, którzy ratowali innych, kiedy okoliczności tego wymagały, bez żadnego przygotowania ani wielkich słów. To jest główny temat tej powieści. Connie Willis pokazuje wojnę zwykłych ludzi. Tych, którzy z dziećmi spędzali noce na peronach stacji metra, pod wybuchającymi bombami. Tych, którzy normalnie robili zakupy nie przejmując się syrenami sygnalizującymi nalot. Tych, którzy jeździli ambulansami ratując rannych żołnierzy, ponieważ ktoś musiał to robić. Tych, którzy ewakuowali Dunkierkę. Tych, którzy przyjmowali pod swój dach ewakuowane z Londynu dzieci, i nie, one niekoniecznie były miłe, grzeczne, i pełne wdzięczności za uratowanie życia. A przy okazji autorka subtelnie przypomina, w jakich czasach żyjemy. Stacja King's Cross nie ucierpiała od wybuchów w czasie wojny, dopiero w 2005...

Moją miłość do Connie Willis nieco osłabił wątek Bletchley Park. Serio historyczka specjalizująca się w II WŚ nie znała tej nazwy?! To jest tak naciągane, że oburzałam się na to przez tydzień, i nadal jestem rozczarowana. Że redaktorka nie powiedziała "Szanowna pani Willis, ja wszystko rozumiem, ale to, to nie przejdzie, bardzo proszę jakoś to zmienić", nie mówiąc o tym, że cały wątek można było wyrzucić, ta powieść i tak jest obszerna, delikatnie mówiąc. Logika podróży w czasie też jej odrobinę nawala: nie mogą przekazać wiadomości Dunworthy'emu dwa lata wcześniej, ponieważ jej ewidentnie nie przekazali, skoro nie wiedział: ale stąd wynika, że wszystko jest deterministyczne i mogą się przestać martwić, że zmienili przeszłość, bo i tak nie mają na to wpływu. To samo zresztą ze spotkaniem kogoś w jego przeszłości, a swojej przyszłości. Ale to podstawowy problem z podróżami w czasie, rozwiązywalny właściwie tylko przy pomocy rozwidlania rzeczywistości równoległych. A pominąwszy te drobiazgi "All Clear" zwyczajnie wciąga straszliwie. Jest pełna bieganiny rodem z nieprzyjemnego snu, bohaterowie wiecznie chcą kogoś odnaleźć, ale opóźnienia i utrudnienia powodują, że czasem mijają go o włos. Co chwila okazuje się, że jest już późno i nie zdążą. Męczące - i jednak realistyczne. To wszystko jest niesłychanie szczegółowe, Willis jest na dokładnie przeciwnym biegunie niż autorzy piszący "nadludzkim wysiłkiem wydostawszy się z opresji, bohater kontynuował podróż". Widzimy niemal każdą minutę z życia bohaterów, ich rozmowy bywają nużąco drobiazgowe, chwilami ma się ochotę złapać ich i potrząsnąć wrzeszcząc "zamknij się na chwilę, posłuchaj, wszystko się wyjaśni za minutę". Ale to jest niesłychanie prawdziwe.

Domyśliłam się tylko jednego elementu zakończenia. Do końca właściwie nie wiedziałam, co się ostatecznie stanie, a ładne parę razy dałam się złapać na twisty Connie, które tu są niemal w każdym rozdziale. Można by się czepiać paru rozwiązań (dlaczego nie ustalili ze sobą na wszelki wypadek konkretnej metody komunikacji z przyszłością: w której gazecie, w jaki dzień i w jakim formacie dać ogłoszenie? qynpmrtb Cbyyl avr zvnłnol bqjvrqmvć Rvyrra tqmvrś xbłb 1950 v fcbxbwavr cbtnqnć? Qynpmrtb avr zbżan jlpvątaąć Rvyrra mnavz hznełn, fxbeb whż jfmlfpl jfmlfgxb jvrqmvryv? V jłnśpvjvr wnxvz phqrz qbz cnav Evpxrgg mbfgnł mavfmpmbal, pubpvnż zvnł avr?), ale nie zasłużyła na to. Ona obmyśliła cały ten cudownie spleciony warkocz wydarzeń i postaci, oraz odmalowała londyński Blitz, Dunkierkę i VE Day, jakby tam była. Można by na pewno tę powieść ulepszać, ale tylko by się ją zepsuło.

5 lipca 2017, 09:19 Komentuj (0)

---


Głowa Minotaura
Maj 1939, Lwów, trup okrutnie zamordowanego dziecka. Komisarz Edward Popielski odmawia zajęcia się sprawą, i opowiada siostrze o sprawie Minotaura, która zaczęła się we Wrocławiu, gdzie Eberhard Mock jest kapitanem abwery. Pierwszego stycznia 1937 tuż po zabawie sylwestrowej otrzymuje wezwanie do nędznego hoteliku, gdzie znaleziono zwłoki bestialsko potraktowanej młodej dziewczyny. To nie usprawiedliwia wezwania na miejsce oficerów wywiadu, ale istnieją podejrzenia, że ofiara była szpiegiem. Asystentem Mocka zostaje nadsekretarz kryminalny Seuffert, gestapowiec. Mock nie lubi gestapo. Po paru dniach okazuje się, że dziewczyna jechała ze Lwowa, i wtedy Mock dzwoni do Popielskiego. Panowie natychmiast dogadują się doskonale.
– Bo to niecenzuralne. – Popielski znów się uśmiechnął. – On do mnie powiedział dokładnie to, co ja bym powiedział na jego miejscu. Powiedział: „Mam cię w dupie, ty Austriaku!”
Zubik stanął jak wryty. Jeszcze nigdy nie słyszał klnącego Popielskiego. Był tak zdumiony, że otworzył usta.
– Panie Popielski, co pan mówi? On tak wulgarnie do pana? Dyrektor kryminalny? Dlaczego „Austriaku”? A pan co na to?
– Mam chyba akcent austriacki. A co ja na to? A ja na to: „Mam cię w dupie, ty Prusaku!”


Wkrótce Mock jedzie do Lwowa. "Tego mu brakowało od trzech lat. Odpraw, koncentracji, trafnych pytań, przerzucania się sugestiami przyprawionymi dyskusjami politycznymi. W Breslau już nie można było dyskutować o polityce. Można było wyznawać jedyne słuszne poglądy i czcić austriackiego kaprala. Mock odetchnął. Tak brakowało mu tego zadymionego świata narad, przekleństw i wyszukiwania tropów!"

W porównaniu z "Dżumą" to lżejsza i zabawniejsza powieść, w której odnajdujemy jednak znaki firmowe Krajewskiego: rozpiskę akcji na dokładne daty i godziny, szczegółowość geograficzną, malowniczość obyczajową (w tym gwara lwowska), apetyczne opisy jedzenia i picia, a wszystko to bardzo zgrabnie wplecione w wątki. Między "Dżumą" a "Głową Minotaura" wyszła napisana wspólnie z Mariuszem Czubajem "Aleja samobójców", której nie czytałam, ale chyba to nadrobię, bo ta współpraca najwyraźniej Krajewskiemu dobrze zrobiła.


3 lipca 2017, 09:34 Komentuj (0)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Towary Mieszane
Quijote
Idiomka
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Inka od wiatraka
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Odwodnik
Tuv
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Nielot
Trochę jedzenia
Żona No. 1
Ola
Hania
Barbarella

Prasa zagraniczna
Margot w Irlandii
Iskra w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Miski do mleka
Amerykanka w Polsce
Stardust
Nina już nie w Kalifornii
Thernity
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Aga emigrantka
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
Thea
W kątku z książką
Zupka
Helena
Prawdziwy dr House
Kwoka w dolinie
Mama grzdyla
Melissa
Chustka Joanny
Vestigia
Wężon
Nowojorskie gadanie
Towary mieszane
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Femme
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Snafu
Dzieci Thei
Laska
Działa, nie działa
Matylda
Stara panna
Uczy polskiego
Matka jego dziecka


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej