DS magazine
Bertrand Russell
Czarny Anioł: Opowieść o Ewie Demarczyk
Nie wiedziałam, że sam Coquatrix zapraszał Ewę Demarczyk do Olympii, i że chciał z niej zrobić gwiazdę formatu światowego. Odmówiła - jak piszą panie Kuźniak i Karpacz-Oboładze, ponieważ chciała śpiewać po polsku. Zastanawiam się, czy bardziej podziwiam konsekwencję, czy jednak żałuję. Poza tym nie chciała wyjeżdżać z kraju. Tego samego kraju, który potem potraktował ją niezbyt ładnie, odbierając teatr... z drugiej strony można zrozumieć, że dotowanie teatru jednej artystki w trudnych czasach przemian nie byłoby rozsądne. Demarczyk oczywiście nie chciała tego zrozumieć, żywiła się emocjami, jak każdy twórca dużego formatu. Miała trudną osobowość, ale jej roli jako legendy tamtych lat nie można przecenić.

Biografki zrobiły kawał dobrej roboty, bibliografia imponuje, nie udało im się tylko dotrzeć do samej zainteresowanej, ale to nie ich wina. Piosenkarka wycofała się z życia publicznego już dawno. Ujęła mnie też zwięzłość tej książki, bez roztrząsania prywatności, dostajemy garść naprawdę rzetelnych informacji, i wiele punktów widzenia.

9 grudnia 2016, 08:58 Komentuj (1)

---


Eiffel i Montmartre
Obiecałam dziecku już dawno, że odwiedzimy wieżę Eiffla, skorzystałam z wizyty znajomej, żeby wybrać się razem. Albo nie pamiętałam, jaki tam jest tłum turystów i sprzedawców, albo wyparłam, albo zrobiło się gorzej. Marakeski plac Jemaa al-fna jest przy tym spokojnym parkiem do niedzielnych emeryckich spacerów. Pod Palais de Chaillot jest wszystko, łącznie z wiecem politycznym i chińskimi śpiewakami. Nie ma wprawdzie zaklinaczy węży, ale może po prostu nie przyglądałam się uważnie. Przedzierać się trzeba przez zbity tłum. Pod Wieżą ogrodzenie i kolejka do kontroli toreb. Przeszłyśmy, stanęłyśmy w kolejce do kasy, dziwnie niewielkiej: po czym doczytałam na wyświetlaczach, że szczyt chwilowo niedostępny, przy czym chwilowo nie było nijak sprecyzowane. Koleżanka stwierdziła, że jednak wjeżdżamy, trudno. W kolejce przed nami stało mnóstwo kobiet w kolorowych chustach na głowie, gadających w języku do niczego niepodobnym, po namyśle przypomniałam sobie, że taki język to zapewne turecki. Dotarłyśmy do kasy całkiem szybko, i w tym momencie bilet na szczyt zrobił się dostępny. Wjechałyśmy. Winda przesuwa się po filarze, i te wszystkie metalowe koronki wyglądają tak niewiarygodnie krucho...

Ściemniało się akurat, widok na rozświetlający się Paryż jest jedyny w swoim rodzaju, i byłoby fajnie, gdyby nie ten absolutnie niewiarygodny tłum, wszystko w ścisku, co 50 cm ktoś wkłada człowiekowi w oko albo gdzie indziej selfie stick (znak czasów, sprzedawcy tychże są teraz niezwykle liczni w okolicy). Z góry widać również zwiniętą trawę z Pól Marsowych. Po zjechaniu wychodzi się z ogrodzonej enklawy i NAGLE atakuje człowieka zwarty front sprzedawców wież stojących tuż pod i wciskających towar. Potem już tylko trzeba przejść koło tradycyjnej piętrowej karuzeli.

Montmartre jest gorszy, wystrzegać się trzeba nachalnych wiązaczy włóczki na ręce, oczywiście to złodzieje, tak samo jak fałszywi, rzekomo głusi, zbieracze podpisów pod "petycjami". Pod żadnym pozorem się nie zatrzymywać przy nich ani obok, a najlepiej omijać szerokim łukiem. Obfitość turystów wszędzie, oczywiście. Wejście do Bazyliki ogrodzone, sprawdzają torby - jak komu, moim wielkim czarnym plecakiem się nie zainteresowali w ogóle, mogłam tam wnieść z dziesięć kilo materiałów wybuchowych i kałach. Po trzystu stopniach weszłam na kopułę, schodzi się potem wąziutkimi przejściami jak z filmu, uroczo, i znacznie mniej ludzi, należałoby tam zostać i się napawać, gdyby nie obawa przed blokowaniem drogi. I ten jedyny w swoim rodzaju widok na smog mgłę nad Paryżem. W metrze mówiąca po polsku muzułmanka.

7 grudnia 2016, 09:01 Komentuj (8)

---


Ender na wygnaniu
To jest bezpośrednia kontynuacja wydarzeń z głównej fabuły "Gry Endera", kolejny raz podziwiam odwagę i mistrzostwo Carda. Już dokładnie wiemy, co się stało - wtedy, i czterysta lat później, i trzy tysiące lat później, oglądaliśmy to już wszystko w sadze Cienia. A w ogóle wiadomo, najciekawsze już się przecież zdarzyło, wojna się skończyła, robali nie ma całkiem, koniec, suspensu brak; a co Ender znalazł na tej planecie, wiemy od dawna. Po czym Card przychodzi, opowiada, i nagle to znowu wciąga. Ender odlatuje, mianowany gubernatorem pierwszej kolonii, trzynastolatek - będzie miał piętnaście, gdy tam dotrze, oczywiście to nie ma znaczenia, bo jest irytująco mądry i dojrzały. Valentine mu towarzyszy. Oglądamy przelotnie rodziców rozstających się na zawsze z dwójką swoich dzieci. Dostajemy też nową postać, Alessandrę - kolonistkę, oraz jej matkę. Ich relacje z Enderem, ale jednak głównie ze sobą, staną się istotną osią pierwszej części powieści. Z sf mamy tu podróże z efektem relatywistycznym i kawałek eksploracji obcej planety, reszta jest czystą psychologią, co Card umie chyba najbardziej. Albo udaje, że umie, z dobrym skutkiem. Oraz pojawia się porzucony wątek z cyklu Cienia, to ostatnie dziecko Groszka. Bardzo dobra książka.

W posłowiu Card wyjaśnia, jak musiał łatać wątki, bo trochę mu się koncepcja zmieniła i nie zawsze wszystko się zgadzało z tym, co wymyślił wcześniej. Główna oś jednak jest spójna, a poza tym to tym lepiej: w końcu kiedy opowiadamy lub słyszymy jakąś historię, często później się okazuje, że szczegóły jednak były inne. Dodaje to realizmu. Nieco naiwne jest przekonanie Carda, że dzieci zawsze będą podobne do rodziców, nawet jeśli wychowywane od początku w zupełnie innych okolicznościach. Można się też czepiać Endera - można, ale po co? Za dużo miałam przyjemności z lektury całości.

Skończył mi się cykl, jest mi smutno, i chciałabym, żeby jeszcze coś napisał. Jeszcze tak z dziesięć, wystarczy, nie jestem zachłanna.

5 grudnia 2016, 09:54 Komentuj (0)

---


Pierwsze spotkania w świecie Endera
Lektura dla fanów, w których gronie znalazłam się całkiem nieoczekiwanie, i nadal mnie to nieco dziwi. Cztery opowiadania, w tym pierwotna "Gra Endera", od której się wszystko zaczęło, i której nigdy przedtem nie czytałam. Jest zaskakująco podobna do powieści, niektóre - kluczowe, i chyba najlepsze - sceny Card przepisał żywcem, choć scena egzaminu jest w powieści ciekawie rozwinięta. Dołożył też grę fantasy i oczywiście masę innych szczegółów. Zabawnie było czytać tę pierwotną wizję Groszka. Kto by się spodziewał, że jego postać się tak skomplikuje, na pewno nawet sam autor nie przewidywał w najśmielszych snach.

Zbiór otwiera napisane podobno specjalnie dla polskich czytelników opowiadanie "Chłopiec z Polski", o dzieciństwie ojca Endera Jana Pawła (jak wiadomo, jest to powszechnie nadawane chłopcom imię w naszej ojczyźnie), urodzonym w rodzinie z ośmiorgiem dzieci, które za karę nie mogły chodzić do szkoły. Zabraniał tego zły antykatolicki rząd, ponieważ Hegemonia światowa nakazała ograniczenie populacji. Naprawdę czasem ręce całkiem opadają na pomysły Carda, i tę wizję, że w Polsce każda rodzina ma przynajmniej dziewięcioro dzieci, jasne. Ech, nie widziałeś ty polskiego katolicyzmu stosowanego, naiwniaku. Ale to w sumie wzruszające w swoim idealizmie, i jest to ostatecznie jakaś przemyślana wizja fantastyczna, albo chociaż religijno-fantastyczna. Ojciec Endera nie nadawał się do Szkoły Bojowej, ale już kiedy miał niespełna sześć lat dostrzeżono jego potencjał, i kolejne opowiadanie jest o tym, jak już w Stanach spotkał Teresę. Ostatnie natomiast rozgrywa się w czasach 400 lat po Ksenocydzie, młody Ender spotyka Jane. Teraz wiemy już wszystko.


1 grudnia 2016, 09:26 Komentuj (0)

---


To nie tak miało być
O poranku nagle uświadamiam sobie, że na drugą turę wyborów prezydenckich nie będzie sensu iść. Kiedy właściwie Francja stała się drugą Polską? I czy to dlatego, że ja tu jestem?


29 listopada 2016, 08:57 Komentuj (10)

---


Brud
Jako stała czytelniczka bloga sporo historii z tej książki znałam, a dowcipy bywają z brodą, ale to tylko dygresje. W tej powieści mamy wątek centralny, którego mi brakowało w "Pokoleniach Ikea". Bohater nazywa się Relu, jest prawie czterdziestoletnim prawnikiem: żona, dziecko, dom, pies, eleganckie garnitury, dobre jedzenie, alkohol. Spotyka przypadkiem kobietę, na parkingu podziemnym supermarketu, a gdzie w 2016 można spotkać kobietę. Wiadomo, co dalej. Prawie wiadomo. Zakończenie mnie jednak zaskoczyło, i jestem zachwycona jego zwięzłością. Dwa słowa więcej i byłoby nieznośnie melodramatyczne, a tak - równoważy cynizm narratora. Bardzo mnie też ujęła jego fascynacja przedwojenną Warszawą, dawkowana umiejętnie, uczłowieczając Relu, który mógłby jednak być dość antypatyczny, jeśli czytelnik akurat nie jest czterdziestoletnim rekinem korporacyjnym. To dobra książka, i doskonale mi się skomponowała z podróżą Lotem do Polski (tak, ten Embraer klejony taśmą uniwersalną). Jestem ciekawa, czy autor się rozwinie, i w którą stronę.

28 listopada 2016, 09:25 Komentuj (2)

---


Pożeglować do Bizancjum
Będę musiała zaraz wypluć, co rzekłam, że niby Silverberg nie napisał już nic w połowie tak dobrego, sięgnęłam bowiem po zbiór opowiadań "Pożeglować do Bizancjum". Sięgnęłam nonszalancko z myślą "och, czytałam te opowiadania przecież z dziesięć razy i wszystko wiem". Otóż nie. Jasne, tytułowe faktycznie znam dobrze, zbiór zawiera też kilkakrotnie przeze mnie czytaną "Rodzimy się z umarłymi" (Nebula 1975), przedziwną mikropowieść, w której zmarli są ożywiani i prowadzą ciekawe życie, pozbawieni jednak uczuć, które mieli za życia. Niestety bohater, mąż nagle zmarłej w wypadku Sybille, nie umie się z jej śmiercią pogodzić, za wszelką cenę chce ją odzyskać. Jest tu coś z mitu o Orfeuszu i Eurydyce, jest dziwna poetyczność, jest nastrój, a jednak Silverbergowi zabrakło entuzjazmu czy pomysłu, żeby rozwinąć to w pełnowymiarową powieść. Chyba rozumiem dlaczego: tematyka wymagała zachowania dystansu i chłodu, autor nie mógł się poratować swoją zwyczajową rozbuchaną witalnością i to mu przeszkadzało. W ogóle wpadł w starą pułapkę: nie da się pozbawić ludzi uczuć i czegoś na tym budować, to zwyczajnie nie jest możliwe (film "Equilibrium" też się tu rozbija i jestem przekonana, że czytałam coś jeszcze w tym duchu).

Pierwszy w zbiorze jest "Gilgamesz na Pustkowiu" (Hugo 1987, nominacja do Nebuli 1986), który wzbudził mój szczery zachwyt - nie czytałam tego, a to jest absolutnie prześliczna zabawka. Robert E. Howard i H. P. Lovecraft wałęsają się po Piekle, spotykają Gilgamesza, który pokłócił się z Enkidu, spotykają całą masę innych wielkich zmarłych, uczestniczą w ofensywie wojskowej, poznają szpiega Chińczyków Ernesta Hemingwaya: uczta. Napisana raczej dla zabawy niż w innym celu, jest to rzecz udowadniająca, że Silverberg miał również wielkie poczucie humoru, poza imponującą wiedzą historyczną i literacką.

"Pasażerów" (Nebula 1969) znałam, to Silverberga spojrzenie na klasyczny pomysł dotyczący obcych opanowujących nasze ciała, perfekcyjnie wykonane: mamy wszelkie szczegóły dotyczące społeczeństwa borykającego się z tym problemem, i możliwości związków międzyludzkich w takim świecie. Zakończenie jest przyjemnie przewrotne.

"Skrzydła nocy" (Hugo 1969, dla odmiany), pierwsze z trylogii opowiadań składających się na powieść, którą może kiedyś przeczytam, acz nie uwiodło mnie do końca. Ma w sobie coś z Wolfe'a. Jesteśmy w bardzo odległej przyszłości, wałęsamy się po Ziemi przekształconej niemal nie do poznania, ze zniekształconymi nazwami miast (Roum, Perris, Jorslem). Bohater jest Obserwatorem, stara się wykryć czy przewidzieć inwazję Obcych na Ziemię, towarzyszy mu zniekształcony wyrzutek pozaklanowy i młoda skrzydlata Szybowniczka. Domyśliłam się błyskawicznie, jaki będzie przebieg akcji, i kto jest kim, co mnie odrobinę zniechęciło, ale nastrój tego opowiadania jest niezrównany (porównanie do Wolfe'a to wyjątkowy komplement).

"Na scenę wkracza żołnierz. A po nim wkracza drugi" (Hugo 1990) to kolejna zabawka, w XXII wieku ożywiamy Pizarra i Sokratesa, każemy im prowadzić wyrafinowane dialogi, jest to trochę kontynuacja logiki "Gilgamesza" i kolejny raz pokazuje intelektualizm autora, gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości.

"Dobre wieści z Watykanu" (Nebula 1971): papieżem zostaje robot, który był kardynałem.
"Każda epoka ma takiego papieża, na jakiego zasługuje – zauważył dość ponuro dziś przy śniadaniu biskup FitzPatrick. – Papieżem na nasze czasy jest z pewnością robot"
"– Jest taki, jak wszystkie inne – odpowiedział Kenneth. – Błyszczące metalowe pudełko z kołami na dole i oczami u góry."
W rzeczywistości Jego Eminencja ma gąsienice, nie koła. W dyskusji bierze udział również rabin.

"Pożeglować do Bizancjum" (Nebula 1985): jest pięćdziesiąty wiek.
– Pięćdziesiąty wiek po czym? – pytał wielokrotnie, ale nikt z pozoru nie wiedział albo może nie raczył powiedzieć.
Charles został tu przeniesiony z roku 1984, nie wiadomo jak ani po co, podróżuje jak inni między miastami, które powstają i znikają, nie może naraz być więcej niż pięć, innych ograniczeń nie ma, Timbuktu, Asgard, Aleksandria. A potem zburzą i powstanie Bizancjum, czemu nie, skoro mogą. Coś tu z NFR Lema. Olśniewa przepych strojów, jadła, napitków, rozrywek stworzonych dla przyjemności kasty obywateli, wśród których dlaczegoś znalazł się ten przybysz z przeszłości. A ostatecznie jest to jednak historia miłosna.


23 listopada 2016, 11:12 Komentuj (6)

---


Stoi kara na kornerze
Polonia francuska ma słowo, które doskonale oddaje specyficzny stosunek Polaków do swoich rodaków. "Polaczek", sam w sobie będący wyrazem chyba nieprzetłumaczalnym na żaden inny język, stał się "Polczakiem", a następnie uległ paryskiej transformacji zgodnie z zasadami gwary verlan. Ta polega na przestawianiu sylab, ostatnia idzie na początek, samo "verlan" to w ten sposób zmodyfikowane "l'envers", na odwrót. W ten sposób swojski Polczak to "czakpol". Kiedy to pierwszy raz usłyszałam, skojarzyło mi się najpierw z Chuckiem Norrisem, niesie jednak ze sobą zgoła inny ładunek emocjonalny.

We Francji nie używa się również słowa "ciapaty" (skądinąd zawsze w moich uszach brzmiacego dziwnie pieszczotliwie), stworzonego czy tylko spopularyzowanego przez emigrację do Anglii. Z przyczyn absolutnie dla mnie niejasnych osoby pochodzenia arabskiego znane są tu w kręgach polskich jako "Szwajcarzy". Podejrzewam, że na zasadzie złośliwego kontrastu, ale nie wiem. Próba guglania nie dała żadnych rezultatów, słyszałam to jednak od osób w różnym wieku i z rozmaitym stażem na obczyźnie. Znacznie sympatyczniejsze złożenie polsko-francuskie to z kolei "sawaszka?", naturalnie od francuskiego "ca va?"

21 listopada 2016, 11:12 Komentuj (8)

---


Dzieci umysłu
Zaczynamy dokładnie tam, gdzie skończyliśmy "Ksenocyd" (bo w zasadzie to jest druga część tej samej książki), co oznacza, że należy zaakceptować bzdury z jego końcówki, jeśli się chce to przeczytać. Zacisnęłam zęby, trudno. Peter z Wang-mu latają po światach chcąc przekonać Gwiezdny Kongres do odwołania Floty Lusitańskiej, która oczywiście nadal zagraża planecie. Nie bardzo rozumiem dlaczego - skoro descolada już nie jest problemem, czy ludzie z kolonii nie mogą tego załatwić? Taki Ender na przykład by nie mógł? Najwyraźniej nie, bo się całkiem wypalił, i myśli tylko o odzyskaniu żony, która się zamknęła w klasztorze. Jane też by pewnie mogła jakiś fałszywy rozkaz odwołania wysłać, ale jest zajęta natychmiastowym przerzucaniem statków między planetami, a w ogóle za chwilę zginie, czego nie rozumiem, bo pod koniec Ksenocydu była mowa o tym, że tylko osłabnie, ale nie umrze. To oczywiście brzmi jak totalna bzdura, tymczasem prawda jest taka, że nadal czyta się dobrze. Wang-mu odzyskuje rezolutność, Peter jest przerysowany, ale ich perypetie i interakcje są wciągające. To w ogóle jest mocna strona, relacje międzyludzkie, postaci z wyraźnymi charakterami, ze skomplikowanymi motywacjami. Miejscami robi się z tego właściwie dramat psychologiczny, podszyty oczywiście fantastyką, bo mówimy o przenoszeniu jaźni między ciałami - co bywa naiwne i irytujące, ale co się złapię na takiej myśli, znowu mnie jednak wciąga. Jest nieodmiennie pomysłowy, nie da się przewidzieć, dokąd jeszcze pojedziemy na tej fali wyobraźni, i czasem trafia w samo sedno.


18 listopada 2016, 10:55 Komentuj (0)

---


Leciałam LOTem
Nadszedł dzień mojego pierwszego międzynarodowego lotu LOTem. Zawsze chciałam, zawsze wychodziło tak, że ceny wyższe i godziny nieludzkie. A tym razem się udało (godzina nadal była nieludzka, ale inaczej by się nie dało). Pełna przejęcia wsiadłam do Embraera, zachwyciłam się, że tylko dwa siedzenia w rzędzie i że wszystkie te napisy o maskach i kamizelkach są po polsku, tego jeszcze nie widziałam. Po pewnym czasie zaproponowali płatny serwis, co mnie nieco otrzeźwiło, bo cena, jaką zapłaciłam za bilet, nie przypominała wcale ceny tanich linii, ale w końcu ważne, żeby przewoźnik narodowy zarabiał, a tanie linie też potrafią być drogie, pocieszyłam się. Okazało się potem, że dostaniemy bezpłatną kawę lub herbatę, a do niej Prince Polo. Małe. Lepsze małe niż żadne, pocieszyłam się.

Udałam się na wycieczkę do toalety. Stojący obok steward powiedział, że właśnie ktoś wszedł, istotnie drzwi były zamknięte, stanęłam więc nieopodal i spojrzałam w górę. Było to dość lekkomyślne, odkryłam bowiem kilka warstw taśmy uniwersalnej najwyraźniej przylepionej tam nie dla ozdoby. Trochę mnie zmartwiło, że jestem oddalona od powierzchni planety jakimiś dziesięcioma kilometrami powietrza, a utrzymuje mnie na tej wysokości taśma uniwersalna, ale ostatecznie my ze szwagrem nie takie rzeczy taśmą łataliśmy. Po to w końcu jest. Stałam, i stałam. I stałam i czekałam. I stałam. Nauczyłam się na pamięć wszystkich instrukcji na drzwiach wyjściowych, a drzwi toalety pozostawały zamknięte.
- Przepraszam, czy tam na pewno ktoś jest? - zapytałam stewarda.
- Tak, oczywiście - odparł chłodno.
Przyszła kolejna pani i stanęła za mną. Stałyśmy tak razem, steward zajmował się stewardowymi zajęciami, wsuwał i wsuwał jakieś pojemniki. Stałyśmy. Stałyśmy i stałyśmy. 
- Przepraszam, czy jest tu druga toaleta? - zapytałam w końcu po dobrym kwadransie, nie żebym naprawdę jej potrzebowała, ale wolałam nie sugerować stewardowi, że ktoś najwyraźniej tam zasłabł, w końcu to jego praca, z całą pewnością wie co robić.
- Jest, ale w klasie biznes - odparł sucho.
- Ależ zdaję sobie sprawę, tylko w tych okolicznościach... - wysunęłam sugestię, która została przyjęta lodowatym milczeniem. W Air France już dawno by mnie zaprosili do biznesowej, westchnęłam ciężko, ale odrzuciłam tę myśl jako niezorganizowaną, wiadomo, biznesmeni polscy to nie to co francuscy, nie mogą się beztrosko mieszać z pospólstwem, trochę szacunku. 

Postałam jeszcze chwilę. Steward całym sobą dając do zrozumienia, że to poniżej jego godności, zapukał w drzwi toalety. Odzewu nie było. Zapukał głośniej pytając, czy wszystko w porządku. Odzewu nie było. Zadzwonił gdzieś. Wyciągnął ze skrytki jakieś narzędzie i poprosił mnie o odsunięcie się, bo będzie otwierał drzwi. Jak zwykle walczyła we mnie niechęć przed ujrzeniem zawartości toalety, która mogła się okazać szokująca, ze straszliwą ciekawością po tym całym czasie oczekiwania, chociaż rozsądek podpowiadał, że ktoś po prostu musiał tam zemdleć. Steward otworzył drzwi jednym ruchem, zajrzał do środka, i bardzo się zdziwił.


15 listopada 2016, 21:46 Komentuj (8)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Towary Mieszane
Quijote
Idiomka
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Inka od wiatraka
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Odwodnik
Tuv
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Nielot
Trochę jedzenia
Żona No. 1
Ola
Hania
Barbarella

Prasa zagraniczna
Margot w Irlandii
Iskra w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Miski do mleka
Amerykanka w Polsce
Stardust
Nina już nie w Kalifornii
Thernity
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Aga emigrantka
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
Thea
W kątku z książką
Zupka
Helena
Prawdziwy dr House
Kwoka w dolinie
Mama grzdyla
Melissa
Chustka Joanny
Vestigia
Wężon
Nowojorskie gadanie
Towary mieszane
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Femme
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Snafu
Dzieci Thei
Laska
Działa, nie działa
Matylda
Stara panna
Uczy polskiego
Matka jego dziecka


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej