DS magazine
Bertrand Russell
The Jennifer Morgue
Znakomite, o dwie klasy lepsze od poprzedniej, która też wcale nie była zła, ale tu jest akcja, akcja, akcja. Przedwieczne Zło tym razem czai się w głębinach oceanicznych, a Bond jest otwarcie przywoływany na każdej stronie, ponieważ osnową akcji jest skrypt wymuszający na uczestnikach odgrywanie bondowskiego schematu. W głównej roli jak zwykle Bob Howard, komputerowy nerd bez licencji na zabijanie, za to z umiejętnością programowania czarnej magii, zatrudniony przez firmę wymagającą wypełniania formularzy i zatwierdzania każdego wydatku. Tymczasem akcja wymaga przegrania w bakarata dwudziestu tysięcy bez mrugnięcia okiem, a przecież nie płacą mu tyle, żeby mógł sobie na to pozwolić. Ta mieszanka satyry i Bonda z technothrillerem jest oszałamiająca i świetnie wyważona. Miejscami śmiałam się prawie do spadnięcia z łóżka, zwłaszcza ze Smarta. A maskara jest doskonale wymyślona. Stross ma fajnego bohatera, a właściwie wszystkich bohaterów, ale ten główny zwłaszcza podchodzi do życia z doskonale mi znaną ironią. Zaczęłam się martwić tylko tym, że nie starczy mu rozpędu na kolejne tomy, które są liczne.

Końcówkę książki zajmuje uroczy esej o Bondzie i jego twórcy, a przedtem krótkie opowiadanie "Pimpf", w którym Bob musi ratować swojego stażystę uwięzionego w grze fabularnej. Chyba wiem, co czytał Stephenson przed Reamde, co oczywiście jest mało odkrywczym stwierdzeniem. Przybyłek swojego Gamedeca wymyślił z kolei wcześniej, widać to dość oczywisty pomysł.


24 marca 2017, 09:40 Komentuj (0)

---


Atrocity Archives
Bardzo jestem ciekawa, jak reagowały osoby, którym Stross streszczał swój pomysł na nową książkę.
- Wiesz, to będzie taki James Bond, tylko on będzie nerdem grzebiącym w komputerach, i przy ich pomocy będzie walczył z lovecraftiańskim Złem, będą tam Wielcy Przedwieczni z mackami, równoległe wszechświaty i otwierane między nimi przejścia, a to wszystko okraszone solidną dawką biurokracji, bo bohater będzie pracował dla tajnej agencji zwanej Pralnią...
- Charlie, oddaj już ten kieliszek.

Zakochałam się w pomyśle i wykonaniu przeczytawszy "Betonową dżunglę" w Krokach w nieznane 2010, solennie postanowiłam przeczytać całość, po czym się jakoś zawiesiłam. Aż w końcu udalo mi się się sięgnąć po pierwszą część Laundry Files, czyli Atrocity Archives, wspomniana "Betonowa dżungla" jest ich drugą (krótszą) częścią. Czyta się doskonale, Stross ma żywy, dowcipny styl, robi nieustające aluzje do wszelkiej klasyki sf, zmienia konwencje jak napędzany bateryjką, jest to śmieszne i koszmarne w należytych proporcjach. Bohater używa najnowcześniejszych technologii - najnowocześniejszych w 2004, więc rzecz się miejscami lekko zestarzała (jak to administracja Windows NT? Jak to nie było smartfonów? Jak to palmtop zamiast tableta?) ale to nie przeszkadza w śledzeniu akcji z przejęciem i rozbawieniem. Druga z cyklu leży spokojnie na półce od pięciu lat, nabyłam więc od razu trzecią.


22 marca 2017, 15:52 Komentuj (0)

---


Wielki diament
Miłe czytadełko, którego nie znałam, i do którego mnie zachęciła odwodnik. Joanna zyskuje tu siostrę bliźniaczkę Krystynę, czyli nie korzysta już z autentycznych osób i wydarzeń, tylko z wymyślonych, co nie wychodzi całości na dobre. Rzecz dzieje się pod koniec XX wieku (wydana w 1996), ale zaczyna w początkach XIX. Śledzimy historyczne losy Wielkiego Diamentu wędrującego z Indii do Anglii, potem Francji, w końcu Polski, błyskawicznie zmieniającego właścicieli, którzy są barwnymi postaciami opisanymi charakterystycznym stylem Chmielewskiej. W drugim tomie współczesne bohaterki okazują się spadkobierczyniami właścicieli diamentu i próbują go odnaleźć. Jest nieco słabszy, bo autorka najwyraźniej już trochę zapomniała, jak to było być młodą kobietą. Joanna ma 30 lat i nie wie, że jest piękna, musi dopiero popatrzeć na siostrę identyczną bliźniaczkę, żeby to sobie uświadomić. Ja rozumiem taki tekst u dwunastolatki, ale później to już nie ma mowy. Obie siostry zdążyły się również biegle nauczyć wszystkich języków, angielskim i francuskim władają jak polskim, paroma innymi dla okrasy również. Widzę, że Chmielewska na potęgę rekompensowała sobie kompleksy.

Panie niby pracują zarobkowo, ale jakoś tak, że mogą sobie na całe tygodnie wyjeżdżać bez żadnego problemu (raz mimochodem autorka coś wspomina o usprawiedliwieniu w pracy, ale nie przejmuje się tym zbytnio). Motywem do zdobycia wielkiego diamentu jest chęć bycia niezależną od ukochanego mężczyzny, który niestety jest obrzydliwie bogaty, i pragnie co prawda Joannę poślubić, ale ona przecież nie będzie od niego brała pieniędzy i mieszkała u niego w domu. Sama Chmielewska czuje, że jest to naciągane i brnie w jakieś mające bohaterkę wytłumaczyć opowieści, które jednak raczej odbierają jej wiarygodność. Zdumiewająco to feministyczne swoją drogą jak na tę pisarkę, która nie mogła się nigdy zdecydować, czy kobieta ma być niezależna, czy jednak kokietka w spódnicy lubiąca męcizny.

Za to mam wrażenie, że do części historycznej przygotowała się nieźle, brzmi to wszystko całkiem prawdopodobnie. Cytuje rozmaite wyglądające na autentyczne fragementy listów i rozliczeń z epoki, aż żałowałam, że tego nie ma więcej. Wolałabym to niż wymuszone poszukiwania wymyślonego diamentu.


20 marca 2017, 10:21 Komentuj (0)

---


"Wolność kocham i rozumiem"?
Rozmawiając wczoraj z przyjaciółką uświadomiłam sobie dobitnie, że większość ludzi wcale nie chce wolności. Są jak dzieci, chcą ograniczania i jasnych zasad, żeby się czuć bezpiecznie. Nie dojrzeli do wolności. Łatwiej jest wiedzieć, że większości rzeczy nie można, próbować odrobinę uszarpać coś od systemu, i cieszyć się kiedy się uda, jak dziecko z psoty - niż móc wszystko i musieć sobie samemu narzucić granice. Stąd ten generalny zwrot w stronę skrajnej prawicy. "Dokręć mi śrubę, a uwierzę, że mnie zauważasz". Stąd w związkach nie wychodzi: o ileż łatwiej jest, kiedy partnerka strzeli focha i ukarze odmową seksu lub brakiem obiadu, niż kiedy oczekuje dojrzałości i odpowiedzialności za swoje czyny.

To gorzka konstatacja. Homo sapiens jak zwykle nie spełnił pokładanych w nim nadziei.

17 marca 2017, 10:48 Komentuj (6)

---


Słowo las znaczy świat
Oszałamiająca książka (Hugo 72). "Lewą rękę ciemności" czytałam z myślą, że to wiadomo, najlepsza, dalej już tak nie będzie, może jeszcze "Wydziedziczeni". Ze "Słowa" nie pamiętałam niczego, i zaskoczenie. Zaczynamy tak dla Le Guin nietypowo, że sprawdziłam, czy wydawnictwo się nie pomyliło i nie włożyło czegoś innego do mojego ebooka. Kapitan Davidson cieszy się z przybyłego nowego transportu kobiet hodowlanych i pomiata tubylcem, zmuszanym do służenia kolonistom na Atshe. Błyskawicznie się orientujemy, że komendant obozu nie jest fajnym człowiekiem, potem się przekonamy, jak bardzo. To pierwszy raz, kiedy mamy u tej autorki prawdziwych obcych, stworzaki mają bowiem metr wzrostu i są porośnięte zielonym futrem (tak, małe zielone ludziki, to celowy zabieg), w przeciwieństwie do zamieszkujących inne planety tego uniwersum zwykłych ludzi, tylko trochę się od siebie różniących (Getheńczycy różnią się fizjologią dość zdecydowanie, ale nadal nie ma najmniejszej wątpliwości, że są ludźmi). W pierwszej chwili trudno Atshean traktować poważnie, w drugiej, a właściwie w drugim rozdziale, Le Guin przejmuje punkt widzenia jednego z nich, i robi obrót o 180 stopni, a zdumiony czytelnik razem z nią. Teraz to te małe futrzane stworki stają się ludźmi, a koloniści z Ziemi wyludźmi (oryg. "yumen"), agresywnymi najeźdźcami, którzy niszczą las będący podstawowym środowiskiem życia miejscowych. Ci mają bogatą kulturę, umiejętność świadomego śnienia na jawie oraz zawody śpiewacze, dzięki czemu nie są w ogóle agresywni. Dopóki Ziemianie ich tego nie nauczą.

Głównym tematem jest tutaj oczywiście i nieodmiennie próba porozumienia ponad podziałem gatunkowym. Poza tym wojna, agresja i przemoc, niszczenie środowiska naturalnego, eksploatacja. Mam trochę pretensji o Davidsona, który jest jednak nadmiernym psychopatą, serio nie robili żadnych testów psychologicznych przed wysłaniem go jako kolonisty? Z drugiej strony chronologicznie to jest wczesna epoka, dopiero powstaje Liga Światów, i właśnie wynajdują ansibl; najwyraźniej jeszcze nie rozwinęli kultury nieingerencji i szacunku dla rozumu pod dowolną postacią. To nie są późniejsi badacze i mobile, odpowiednio kształceni i humanistycznie nastawieni. Przy okazji widzę, skąd Card czternaście lat później w "Mówcy umarłych" wziął prosiaczki, ich żony i ich związek z drzewami. Nie doceniałam wpływu Le Guin na jego świat. Tym większy odczuwam podziw, że potrafił jednak to napisać zupełnie po swojemu.

Wracając do "Słowa", miałam wrażenie, że postaci są dość płaskie i tendencyjne. To może przesadzona ocena, ale w tej warstwie powieść nie dorównuje całej subtelnej złożoności "Lewej ręki ciemności". Przy tym zakończenie jest bardzo głębokie. Jak zwykle wygrywa humanizm, mimo wszystkich okropności. Myślałam poza tym, że Le Guin oczywiście widziała "Czas apokalipsy" - otóż nie mogła.

16 marca 2017, 09:54 Komentuj (0)

---


Lewa ręka ciemności
Co za przepiękna książka. Wiadomo, zasłużona popularność, Hugo i Nebula 1970 nie wzięły się znikąd. Widać skok jakościowy między tą i dwiema poprzednimi z cyklu, też przecież bardzo dobrymi, ale ta trzecia ma w sobie tchnienie geniuszu. Odkrywam ją kolejny raz, zachwycona perfekcyjną mieszanką sf i fantasy, pomysłowością, konsekwencją, subtelnością i siłą przekazu. 

Fabuła jest prosta: Genly Ai, wysłannik Ekumeny, przybywa na Gethen - Zimę, planetę w epoce lodowcowej, której mieszkańcy są hermafrodytami, i stara się przekonać ich do przyłączenia się do ligi światów. Król Karhidu jednak nie do końca wierzy w tę opowieść. Genialnie pokazana tu jest skomplikowana polityka. Absolutnie cudowne jest spostrzeżenie, że nawet znając język i teoretycznie kulturę Ziemianin odbija się od praktyki i chwilami kompletnie nie rozumie przekazów miejscowych. Niewiarygodnie realistyczne, choć pokazane właściwie mimochodem, jest zimno i skrajna surowość Karhidu. Wciągnięty w wir wydarzeń Genly Ai musi uciekać z Karhidu do sąsiedniego Orgoreynu, po drodze odkrywając miejscową religię, handdarę. Kolejny Le Guinowy majstersztyk: wieszczowie potrafią precyzyjnie przewidywać przyszłość, ale tylko odpowiadając na konkretnie sformułowane pytanie (a odpowiedź niekoniecznie jest taka, jakiej pytający się spodziewał, zgodnie z tradycją Pytii, choć znacznie mniej wieloznaczna). Nie ma w tym magii, jest wyszkolona intuicja. Drugim fantastycznym elementem jest telepatia, również ledwie wspomniana i użyta w powieści bardzo oszczędnie. 

Genly Ai zostanie zesłany na kraniec świata, skąd pomoże mu wrócić dawny zausznik króla Karhidu. Jedyny, który mu uwierzył. W straszliwie trudnej podróży przez lód, śnieg i mróz Genly odkryje prawdę o swoim towarzyszu i nauczy się dla niego szacunku. To są przepiękne sceny, nakreślone z odwagą i godnym podziwu humanizmem. Le Guin jak nikt pokazuje, jak się rodzi związek międzyludzki, z zaufania, na styku dwóch odmienności.

Nie lubię tu tylko pomysłu, że Getheńczycy mogą się rozmnażać między rodzeństwem. Miało to zapewne być naruszeniem jednego z najsilniejszych ziemskich tabu, pokazać, że nawet to nie odbiera im człowieczeństwa. Tyle, że to nie jest wyłącznie kwestia kulturowa, ma uzasadnienie biologiczne. Rozumiem, że genetyka Getheńczyków jest taka sama jak nasza, chowu wsobnego powinno się raczej unikać.

Uwielbiam natomiast ideę całkowitego biologicznego rozdzielenia spraw seksu i rozmnażania od kultury. Tak samo jak przy pierwszym czytaniu teraz też marzyłam, żeby mieszkać w tamtym świecie. Żadnych gołych cycków reklamujących traktory, żadnej dyskryminacji, żadnego zmuszania do macierzyństwa, żadnych różowości dla dziewczynek, żadnych idiotycznych dyskusji, która płeć ma lepiej. Raj. Dopóki będziemy tak odbierać tę powieść, dopóty będzie to znaczyło, że równości nie ma (a być może w ogóle jest niemożliwa do osiągnięcia, jeśli ktoś nas nie przerobi na hermafrodytów). Le Guin zresztą chwilami stawia kobiecość na piedestale, jakby sama sobie przecząc. Z jednej strony myślą przewodnią jest tu dopełnienie, yin i yang, z drugiej strony - to kobiecy rodzic zatrzymuje dziecko (nagroda za 9 miesięcy wysiłku organizmu, oraz "mater semper certa est" tam też, oczywiście - ale jednak). Gospodyni Genly'ego na pytanie o dzieci zasępia się wyraźnie przyznając, że nie urodziła żadnego, choć spłodziła liczne - tak jakby te osobiście urodzone były więcej warte (co musi sprawiać przykrość choćby rodzicom adopcyjnym). Podobnie zresztą król: ma liczne potomstwo spłodzone z partnerem, ale uparcie zachodzi jeszcze w ciążę mimo zaawansowanego wieku. W opowiadaniu "Dojrzewanie w Karhidzie" mamy wzmiankę, że tak cudownie przechodzić pierwszy kemmer jako kobieta - bo co? O rozmnażanie nie idzie, bo bohater za młoda, więc o satysfakcję? Fizjologicznie u nich powinna być taka sama, bo niby dlaczego nie. A gdyby facet to napisał... facet by tego nie napisał, w tym rzecz.

Przepadam również za stosunkiem tubylców do Ziemianina. To, co dla nas jest normą najbardziej oczywistą, tam jest zboczeniem godnym pożałowania. Przepiękny chwyt, który zastosował też Dukaj w "Portrecie nietoty". Kolejny raz uzmysławiamy sobie dobitnie, że to, co nam wydaje się prawem naturalnym, niezmiennym jak skała, wcale takim nie jest. I że jedyną podstawą człowieczeństwa jest zrozumienie drugiej osoby, wbrew wszystkim różnicom. Le Guin będzie to pisała nieustannie przez kilkadziesiąt następnych lat, z upartą konsekwencją i wiarą. Właściwie powinna Nobla dostać.


12 marca 2017, 08:47 Komentuj (2)

---


The Last Days of New Paris
Absolutna niezwykłość, paryski "Piknik na skraju drogi", tylko zupełnie odmienny. Literacki hołd dla surrealizmu, świeży i zaskakujący. Bardziej to w ogóle podobne do "Southern Reach" Vandermeera niż do Miéville'a, ale to też nie to. To jest zupełnie osobna kategoria, choć podpadająca pod New Weird.

Paryż (drobiazgowy geograficznie) w roku 1950, trwa wojna z nazistami, uatrakcyjniana przez... twory będące ożywionymi obrazami surrealistów. Po tym Paryżu włóczy się The Vélo Leonory Carrington, słoń Celebes Maxa Ernsta, bohaterowi pomaga Cadavre exquis Bretona i przyjaciół, i tak dalej. ("Cadavre exquis" to jedna z ulubionych zabaw surrealistów i dzieci, polegająca na dorysowaniu fragmentów bez wiedzy, co narysował poprzednik, na przykład zaginając kartkę). Naziści zamiast psów mają wilkostoły Victora Braunera oraz wsparcie kiczowatych ubermenschy Arno Brekera. Właściwie w ramach ilustracji powinny być obrazy Man Raya, Maxa Ernsta, Magritte'a, Duchampa, Dalego, i ich wszystkich: coś jak fotografie niesamowite u Ransoma Riggsa, tę samą rolę pełnią. Skoro ilustracji tu nie ma, w jednej ręce trzymałam kindla, w drugiej tablet z internetem. Tak odkryłam Ithell Colquhoun, co wcale nie brzmi jak prawdziwe nazwisko, lecz jest. Wszystko w ogóle zaczęło się od Les Deux Magots, i dowiemy się jak dokładnie do tego doszło, wracamy bowiem w co drugim rozdziale do 1941, który dał początek dziwnym wydarzeniom. Ale akcja jest tylko pretekstem do złożenia hołdu surrealistom, wielokrotnie skrupulatnie wymienianym z nazwisk. Oni rzeczywiście walczyli w Ruchu Oporu, wielu zginęło, niektórzy w Auschwitz. Grupa La Main à plume, do której należy Thibaut, protagonista powieści, istniała naprawdę. Miéville ubrał historię w literaturę, i jak to on, kolejny raz popisał się niewiarygodną wyobraźnią.

W walce z nazistami Thibaut wspomaga rzekoma Amerykanka Sam, a finałowa rozgrywka jest doskonale utrzymana w logice powieści i niesłychanie zabawna. Potem mamy posłowie, w którym autor sięga po staroświecki chwyt, mianowicie cała historia została mu opowiedziana w 2012 przez tajemniczego starego mężczyznę. Autor domyśla się, że był to sam Thibaut, jakoś przybyły ze swojego świata równoległego. Na sam koniec wymienione są obrazy i utwory będące inspiracją, tutaj Mieville nadal twierdzi, że tak zostało mu to przekazane i on tylko odnalazł w źródłach. Olśniewające, urocze i świeże.


10 marca 2017, 09:24 Komentuj (0)

---


Pocztówki znad krawędzi
Doskonałym pomysłem było czytanie "Pocztówek znad krawędzi" po "The Princess Diarist" Teraz rozumiem, o czym to jest: na tyle, na ile da się rozumieć nie będąc nigdyrozpoznawaną hollywoodzką aktorką z problemem narkotykowym ani córką Debbie Reynolds. Carrie Fisher udało się opowiedzieć o swoim życiu zaskakująco dużo, dobrze, szczerze, poruszająco, zabawnie. Oraz nieco męcząco. Spora część zmęczenia wynika z tłumaczenia polskiego, bardzo słabego, wykonanego na początku lat dziewięćdziesiątych, to nie był dobry czas dla tłumaczeń. Reszta ze specyfiki Hollywood lat osiemdziesiątych (książka jest z 1987). Czy oni naprawdę tak idiotycznie rozmawiali, siląc się jednocześnie na głębię i dowcip? Czy Amerykanie w ogóle tak rozmawiają? Czy to tylko ludzie ze światka filmowego, których naturą jest robienie wrażenia na otoczeniu? Wszyscy wygłaszają idiotycznie okrągłe zdania, które dobrze brzmią, ale w których nie ma wiele znaczenia. To zapewne zamierzony efekt ironiczny, ale trochę przegadany.

Bohaterką powieści jest Suzanne Vale, trzydziestoletnia aktorka, rówieśniczka i alter ego autorki. Na początku ląduje na oddziale odwykowym od narkotyków, oglądamy ją głównie oczami scenarzysty Aleksa. Potem wychodzi, widzimy kolejne sceny z jej życia, kręci film, mieszka u dziadków, ma epizod depresyjny. Osnową filmu była jej relacja z matką, w książce jest inaczej. Momentami zdumiewająco trafnie, zwłaszcza w rozmowe Suzanne z babcią, okazuje się, że świat się w ogóle nie zmienił przez te nędzne 30 lat. To jest chyba najbardziej zaskakujące, że ta młoda, atrakcyjna, wzięta aktorka prowadząca (rzekomo) życie marzeń milionów ma takie same problemy i rozdrapy jak byle jaka współczesna dziewczyna z dowolnego kraju. Lub wcale nie jest zaskakujące, zawsze było oczywiste.

9 marca 2017, 09:06 Komentuj (0)

---


Miasto złudzeń
Ukazało się w 1967, rok po "Świecie Rocannona" i "Planecie wygnania", ale pewnie zostało napisane wcześniej. Le Guin pisała od najmłodszych lat i wysyłała regularnie twórczość do wydawców, którzy ją równie regularnie odrzucali, aż do początku lat sześćdziesiątych, kiedy jej opowiadania zaczęły się ukazywać w pismach fantastycznych. Wracając do Miasta, jest zupełnie inne niż poprzednie dwie. To powieść drogi, na Ziemi, gdzie żyją niedobitki, niewielkie plemiona lub wręcz rodziny, które nic o sobie wzajemnie nie wiedzą. Tu pojawia się obcy, z wyczyszczoną pamięcią, nie wie kim jest. Miejscowa rodzina go przyjmuje jak swojego, a potem wysyła w daleką podróż, żeby odzyskał wiedzę o swoim pochodzeniu. W drodze spotyka różnych ludzi i rozmaite niebezpieczeństwa. Właściwie najbanalniejsza fabuła, jaką można sobie wyobrazić. W podejściu Le Guin jest jednak coś oryginalnego. Natrętnie mi się kojarzy ta powieść ze Słońcami Gene'a Wolfe'a, z których najstarsze jest trzynaście lat późniejsze od "Miasta". W obu jest jakaś sugestia tajemnicy, niedopowiedzenie, przelotnie spotykani ludzie, o których nie wiemy niczego pewnego. Chociaż Le Guin rozwiązuje swoją akcję w dość oczywisty sposób.

7 marca 2017, 09:44 Komentuj (0)

---


Dziennik kasztelana
Oczekiwałam czegoś tak zabawnego jak Arystokratka, a to zupełnie co innego. Narrator oczywiście też jest kasztelanem zamku na Morawach (jak sam autor), ale tutaj ujęcie tematu nie jest satyryczne, tylko bardziej niesamowite, w stronę horroru. Plus garść niewytłumaczalnych zdarzeń. W tle dziwnie się zachowująca córeczka, oraz żona, która wcale sobie nie życzy mieszkać w nawiedzonym zamku, i właściwie trudno jej się dziwić w tej sytuacji, narrator jednak się upiera. Jest w tym pomyśle potencjał, ale autor chyba nie bardzo wie, w którą stronę właściwie chciałby iść. Pojawia się zły były komuch, duchy, złodzieje, wszystko raczej epizodyczne niż tworzące spójną całość. Rzecz się urywa nagle, bez żadnych wyjaśnień, zostawiając czytelnika z uniesioną brwią. Czytelnika Zuzankę też.


6 marca 2017, 09:32 Komentuj (0)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Towary Mieszane
Quijote
Idiomka
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Inka od wiatraka
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Odwodnik
Tuv
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Nielot
Trochę jedzenia
Żona No. 1
Ola
Hania
Barbarella

Prasa zagraniczna
Margot w Irlandii
Iskra w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Miski do mleka
Amerykanka w Polsce
Stardust
Nina już nie w Kalifornii
Thernity
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Aga emigrantka
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
Thea
W kątku z książką
Zupka
Helena
Prawdziwy dr House
Kwoka w dolinie
Mama grzdyla
Melissa
Chustka Joanny
Vestigia
Wężon
Nowojorskie gadanie
Towary mieszane
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Femme
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Snafu
Dzieci Thei
Laska
Działa, nie działa
Matylda
Stara panna
Uczy polskiego
Matka jego dziecka


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej