DS magazine
Bertrand Russell

"Poświata" Michael Chabon

Śmiałam się z siebie, że podświadomość kazała mi sięgnąć po tego Chabona natychmiast po Allende (obydwie przeleżały na kindlu szmat czasu; nie istnieje w tej czasoprzestrzeni żadne sensowne ani bezsensowne wyjaśnienie, dlaczego). Napisana raptem trzy lata wcześniej (2016, "Płatek" jest z 2019), opowiada o tym samym wycinku czasowym: w jak drastycznie odmienny sposób. Styl Chabona jest jak zwykle celowo manieryczny, pełen przeraźliwych metafor, chyba zgrzytałabym zębami, gdyby mnie to bardziej nie bawiło. A przede wszystkim jego bohaterowie są żywi, nawet jeśli przerysowani. Protagonistą jest dziadek narratora, prawdopodobnie inspirowany dziadkiem Chabona, ale w dwóch zdaniach wstępu od autora dowiadujemy się, że trzymał się faktów, chyba że się ich nie trzymał, i solennie zapewnia czytelnika, że potraktował je "z należytą nonszalancją".

Bohater był człowiekiem niezwykle małomównym, odzywającym się tylko wtedy, kiedy to było konieczne. Jego wnuk dorastał, nie wiedząc nic o życiu antenata, aż na łożu śmierci pod wpływem leków przeciwbólowych puściły hamulce, popłynęła opowieść. Dziadek przez całą powieść będzie konsekwentnie znany pod tym właśnie określeniem, nawet w młodości, co jest bardzo logiczne (choć wcale nie jest biologicznym dziadkiem narratora), i powoduje dość zabawny zgrzyt w umyśle czytelnika (zwłaszcza w scenach seksu z babcią, nawet jeśli bardzo staramy się pamiętać, że postaci nie są jeszcze niczyimi dziadkiem ani babcią). Poznajemy go w uroczo slapstickowej scenie, kiedy w połowie lat 50 mści się na prezesie za zwolnienie z pracy. Bierze w niej udział kabel telefoniczny w roli garoty oraz aparat od tegoż kabla wyrzucony przez okno na głowę pewnego Czecha. Jak widać, bohater być może nie był szczególnie rozmowny, ale działać potrafił.

Dziadek jest w centrum uwagi do czasu. Pojawia się i babcia, z pochodzenia Francuzka, cierpiąca na powojenny PTSD, lub chorobę psychiczną, lub jedno i drugie. Prześladuje ją Bezskóry Koń. Pierwszy poważny atak choroby nadchodzi, kiedy jej córka - późniejsza matka podmiotu literackiego - ma dziesięć lat. Jak to wpłynie na jej życie, Chabon pokazuje okrężnie, z perspektywy dwudziestoparolatka, na którym odkrycie przeszłości bliskich wywiera ogromne wrażenie.

Polski tytuł jest bardzo piękny, stracił jednak oryginalnie w nim występujący Księżyc (co zresztą rozumiem: "Księżycowa poświata" czy "Księżycowy blask" brzmią tanio, niestety), który jest tu istotnym bohaterem. Dziadek jest wynalazcą, konstruktorem, marzycielem, entuzjastą rakiet i techniki, od dzieciństwa fantazjującym o podróży na Księżyc. W Niemczech pod koniec wojny pragnie odnaleźć Wernhera von Brauna, konstruktora V-2, nie cały czas z tych samych pobudek. Do końca życia konstruuje makiety rakiet oraz bazy księżycowej. Ten naturalny satelita Ziemi przyświeca we wszystkich istotnych momentach życia bohaterów. Jest w tym niemieckim lesie, i świeci tej halloweenowej nocy, kiedy babcia ucieka z domu po raz pierwszy. Nie świeci na dzień narodzin dziadka, jest bowiem wtedy zaćmienie Księżyca, o czym bohater mówi wnukowi w połowie książki, w przejmująco pięknej wymianie zdań, w której zderza się młodzieńcza próba znalezienia sensu ze starczą goryczą i poczuciem porażki.
"– Ale i tak wyszła z tego niezła historia – powiedziałem. – Nie zaprzeczysz.
– Co ty powiesz? – Dziadek zmiął chusteczkę, otarłszy samotną łzę. – Weź ją sobie. Jest twoja. Spisz ją po mojej śmierci. Wszystko wyjaśnij. Nadaj jej sens. Wstaw dużo tych swoich wyszukanych metafor. Ułóż chronologiczną całość z tego miszmaszu, którym cię poczęstowałem.
"

Pod koniec pojawia się w książce również ojciec autora, choć raczej tylko w niesympatycznych wspomnieniach jego i matki. Żył jeszcze, gdy ukazała się "Poświata", umarł w 2019, oficjalne wspomnienia Chabona kłócą się z tym, co zostało tam napisane; choć może nie. Może to, że był lekarzem pediatrą i prawnikiem, zawsze gotowym do pomocy innym, wcale nie kłóci się z tym, jak potraktował swoją pierwszą żonę. Nie dowiemy się. Jak i aż do podziękowań nie będziemy wiedzieć, co właściwie czytamy: fabularyzowaną biografię, powieść na faktach, ubarwione wspomnienia? I czy to ma jakiekolwiek znaczenie, jeśli ma się do czynienia z tak piękną historią, od której nie można się oderwać, i której nie chce się kończyć. Swoją drogą to wyjątkowa perfidia Chabona: jeśli nie przeczytać podziękowań (a podejrzewam, że sporo czytelników je pomija), nie dowiemy się części prawdy. Czy zatem stanowią integralny fragment książki? "I just wrote the book; I don’t have to interpret it, too" rzekł autor.

Dla współczesnego polskiego czytelnika ciekawa jest również narzucająca się paralela z "Gorzko, gorzko" Bator. Ten sam wycinek czasowy; inny kontynent; ten sam wpływ wojennych koszmarów na życie kolejnych pokoleń; bardzo zbieżne podejście do splątania prawdy i fikcji, bardzo podobne oparcie na faktach (von Braun u Chabona jest autentyczny, podobnie Sokołowsko i pensjonat dla gruźlików u Bator); ewidentne zaburzenia psychiczne niektórych postaci. W obu książkach młody narrator ze sporym wysiłkiem poszukuje prawdy o swojej rodzinie. I w obu przypadkach jest dość zaskakująco opisana, mocno fizyczna, niesztampowa - miłość.


2021-01-20 08:16:45 Komentuj (0)

---


"Długi płatek morza" Isabel Allende

Hiszpania, 1938. Víctor Dalmau jest lekarzem, choć nie ukończył studiów, ale w obliczu wojny domowej, na froncie, nikt go nie pyta o dyplom. Pomaga, jeśli da się pomóc. Jego młodszy brat Guillem walczy. W domu z ich rodzicami została Roser, uczennica ojca, dotrzymująca towarzystwa państwu Dalmau podczas nieobecności synów. Kiedy ranny Guillem wróci do domu, będzie się nim opiekować z oddaniem. Chwilę później ciężarna ucieknie przed żołnierzami Franco do obozu koncentracyjnego w niechętnej uchodźcom Francji. Warunki tam są tak nieludzkie, że umiera 15 tysięcy ludzi. Nielicznych, którzy przeżyli, przyjmuje Chile, tytułowy „płatek długi morza i wina i śniegu” według określenia Pabla Nerudy. To on organizuje transport hiszpańskich uchodźców, wbrew oporowi wielu obywateli. W przededniu drugiej wielkiej wojny wszyscy boją się czerwonej zarazy; z naszej perspektywy możemy tylko kręcić głową z niedowierzaniem, że bali się nie tego, czego należało. Ale oni przecież jeszcze nie wiedzą, co za chwilę wybuchnie w Europie. Víctor przewiduje wydarzenia, chce wyjechać do Chile, ale czy uda mu się załapać na miejsce na parowcu? Równolegle w przeciwną stronę luksusowym statkiem podróżuje bardzo zamożne chilijskie małżeństwo del Solar, które pozostawiło dom w Santiago pod opieką najstarszego syna Felipe. Ten się przyjaźni z Nerudą. Oczywiście pan del Solar ma sprecyzowaną opinię na ten temat „ci uchodźcy, o których pisze Felipe, to tchórze, którzy uciekli i teraz są we Francji”, ale nie ma go na miejscu.

Zaskakująco suchy, często raczej reportażowy niż powieściowy opis, a jednak wciąga niesłychanie. Może właśnie ta rzeczowość pozwala tak precyzyjnie wyobrazić sobie tamte losy. Wydaje się, że znamy to wszystko na wylot, a jednak kolejny raz nie mogłam uwierzyć w tę straszną wojnę domową, w podział jednego kraju na dwie części. „Hiszpania, targana sprzecznościami od momentu republikańskiego triumfu przed pięcioma laty, podzieliła się, jakby przeciął ją na pół gwałtowny cios siekierą. Szermując argumentem o konieczności zaprowadzenia porządku w sytuacji, którą uznała za chaotyczną, chociaż wcale taka nie była, prawica rozpoczęła natychmiast konszachty z armią w celu obalenia legalnego rządu, utworzonego przez liberałów, socjalistów, komunistów i syndykalistów, cieszącego się entuzjastycznym poparciem robotników, wieśniaków, ludzi pracy oraz większości studentów i intelektualistów.

"Miasto się podzieliło, przeciwne frakcje spotykały się tylko po to, żeby się bić. Bary, potańcówki, zawody sportowe i zabawy były albo prawicowe, albo lewicowe." Nie mogę nie widzieć paraleli do obecnej sytuacji w Polsce, a przecież chcę wierzyć, że żyjemy w innych czasach. Że zdobyczy ostatnich 80 lat nie da się łatwo przekreślić. Wygraliśmy przecież tę wojnę „ideologii i zasad, wojnę między dwoma sposobami rozumienia świata i życia, wojnę demokracji przeciw nazistom i faszystom, wojnę między wolnością i autorytaryzmem.” Chciałabym, żeby ta wiara nie okazała się płonna.

Po przypłynięciu do Valparaíso statek z uchodźcami witają entuzjastyczni Chilijczycy, wśród nich Salvador Allende, wtedy zwykły lekarz i działacz socjalistyczny. Víctor się z nim zaprzyjaźnia, będą w szachy niemal do końca. W latach 70 przeżyje powtórkę z rozrywki, kiedy do władzy dojdzie junta wojskowa i Pinochet. To się wydaje powieściowym nadmiernym okrucieństwem, żeby temu samemu bohaterowi kazać przechodzić dwukrotnie to samo piekło, oglądać drugą ojczyznę tonącą pod zalewem faszyzmu, znowu uciekać za granicę. A przecież wydarzyło się naprawdę.

Końcówka zaczyna już nieco męczyć tym suchym stylem, zabrakło tu chyba szerszego pokazania tła. Pinochet doszedł do władzy, rządził, przestał rządzić, wróciła demokracja, kropka, streszczone w dwóch zdaniach: jak z klasówki szkolnej pilnego, ale niezbyt zainteresowanego ucznia. Jest jedna krótka rozmowa z Felipe, która sygnalizuje inne opinie, i to wszystko. Szkoda, miałam poczucie zmarnowanego materiału. Oraz oczywiście cały czas pmrxnłnz an cbwnjvravr fvę grtb emrxbzb mznełrtb qmvrpxn.

2021-01-18 07:27:23 Komentuj (6)

---


"Z kim tak ci będzie źle jak ze mną? Historia Kaliny Jędrusik i Stanisława Dygata" Remigiusz Grzela

Od razu w dwóch pierwszych akapitach wstępu Grzela bezlitośnie przytacza "powszechną wiedzę" i pierwsze skojarzenia, jakie się ma po usłyszeniu imienia Kalina i nazwiska Dygat. Na kolejnych stronach będziemy sprawdzać, ile jest w tych opiniach prawdy. Książka jest chwilami chaotyczna, zwłaszcza pierwsza połowa; miejscami nie wiedziałam, kto właściwie jest autorem tego, co właśnie czytam, jest tu bowiem sporo cytatów z Kaliny, Dygata oraz rozmaitych znajomych pary bohaterów, które nie zawsze są wyraźnie wyróżnione (może to problem z formatowaniem ebooka). Za to dostajemy bardzo szerokie tło, jest i legendarny SPATif z wracaniem zeń nad ranem polewaczkami, i śmierć Cybulskiego, i zabójstwo Sharon Tate na zbyt wielu stronach.

Dygat był wiecznym Piotrusiem Panem, z rysem niewątpliwie psychopatycznym, bezustannie manipulował ludźmi - nie dla osiągnięcia korzyści materialnej, tylko dla bycia podziwianym i uwielbianym. Dobrali się idealnie z Kaliną, która też pragnęła uwagi, zachwytu i pożądania otoczenia, przy czym wydaje się, że była jednak lepszym człowiekiem, wrażliwszym pod barwną otoczką, którą notabene na początku po prostu pokrywała nieśmiałość.

Ale to tylko połowa książki. Dalej jest o ojcach bohaterów, i tu wkraczamy na fascynujące tereny. Ojciec Jędrusik otóż miał żonę umierającą na raka, więc znalazł sobie następczynię, która była jej siostrą, i jeszcze przed śmiercią prawowitej małżonki urodziła mu dziecko, zapisane w papierach jako córka poprzedniczki. Kalina urodziła się już legalnie, a potem ojczulek ożenił się po raz trzeci, z własną uczennicą i mieszkał dwa domy dalej od byłej żony, która miała już wnuka (siostrzeńca Kaliny - tak, wiem, niełatwo nadążyć), dwa lata starszego od własnego wujka, czyli trzeciego syna pana Jędrusika.

Nie jest może łatwo to przebić, lecz z kolei Antoni Dygat, ojciec Stasia, miał dzieci z własną małżonką oraz płomienny romans z żoną własnego kuzyna. Mieszkali obok siebie i postanowili mieć dziecko, co się udało (w roku 1925). Wanda oficjalnie była córką Zygmunta, lecz dorosła, spojrzała w lustro, poszła do stryja i rzekła "jestem twoim dzieckiem, prawda?" Dalej jest również ciekawie, Antoni mianowicie w końcu ożenił się ze swoją ukochaną Grażyną, ale to bynajmniej mu nie przeszkadzało pomieszkiwać z poprzednią małżonką, która do końca miała nadzieję, że on jednak do niej wróci. W sumie nie taką dziwną: Antoni w czasie wojny wyjechał, po wojnie przeniósł się do Brazylii, dokąd planował ściągnąć również poprzednią rodzinę wraz z byłą żoną.

Tych rozkosznych ojców o barwnym życiu rozdziela równie fascynująca opowieść o pierwszej żonie Stasia Dygata, aktorce Jadwidze Nawrockiej, która w czasie wojny grywała w oficjalnych teatrach niemieckich. Jest to temat, który jakoś mi umknął; czytałam mnóstwo o aktorach odmawiających pracy dla Niemców i zatrudniających się jako kelnerzy, natomiast nigdy nie wnikałam, kto właściwie ten nakaz oporu łamał - no, o Dymszy wiadomo. Otóż właśnie żona Dygata. Niektórych dało się usprawiedliwić, rzeczywiście nie mieli wyjścia. W "Komedii" była zresztą komórka ruchu oporu, tak znakomicie zakonspirowana, że jej uczestnicy ponieśli po wojnie surową karę za współpracę z okupantem. Warto tu przytoczyć i zapamiętać zwłaszcza nazwisko Andrzeja Szalawskiego, aktora, który współpracował z niemieckim tygodnikiem filmowym, jednocześnie działając w kontrwywiadzie. W czasie wojny został karnie ostrzyżony przez organizację niepodległościową, po wojnie skazany na cztery lata więzienia i zaszczuty, zrehabilitowany dopiero wiele lat później, już po śmierci. Niesłychanie smutne, zasłużył na wdzięczną pamięć i jakiś dobry serial. Wracając natomiast do Nawrockiej, małżonki Dygata, który zresztą posiadał paszport francuski, ta w żadnym ruchu oporu nie działała, po prostu grała u Niemców, i nie będę się wypowiadać na temat cudzych wyborów, bo temat jest trudny, a co bym zrobiła na jej miejscu, nie wiem. W jej obronie stanął zaś znany swego czasu krytyk literacki Janusz Minkiewicz, który już we wrześniu 1944 w lubelskim „Odrodzeniu” napisał płomienną obronę aktorów grających w niemieckich teatrach. Bezinteresownie? No cóż, tak się składa, że Nawrocka była przed wojną jego narzeczoną. Ożenił się z ówczesną narzeczoną Stasia Dygata, gdyż cała czwórka wybrała się kiedyś nad Wisłę i tam zamieniła partner(k)ami.

W akcie trzecim ponury schyłek życia obojga. Dygat był prześladowany przez SB, objęty zakazem druku, Grzela nie wyjaśnia dlaczego, a ja nie bardzo rozumiem. Byli przecież chyba bardziej opozycyjni pisarze. Chodziło o ten paszport francuski, arystokratyczne ciągoty, związek z Kaliną, wszystko naraz? Nie było mi specjalnie smutno, bo nie da się sympatyzować z tym bohaterem, wyraźnie przedstawionym jako niesympatyczny manipulant. Autor próbuje go bronić, ale nie bardzo jest kogo bronić. Było mi natomiast bardzo żal Jędrusik, skazanej na nędzne chałtury, brak pieniędzy, schorowanej, a przecież do końca życzliwej ludziom. Wiele o niej mówi obszerna wypowiedź Aleksandra Jedyneckiego, ostatniego młodego kochanka Kaliny, już po śmierci Dygata. Jest dla niej pełen czułości i mówi o niej jak najlepiej. Jakaż drastyczna różnica z tym nędznym Mentzlem Osieckiej.

Doskonałym pomysłem było napisanie książki o nich obojgu. Dobrali się tak, jak rzadko - prawie nigdy - się zdarza. Dygat zdobył bingo, marzenie każdego mężczyzny: prowokującą seksbombę i czułą opiekunkę w jednym. Kalina natomiast miała w nim dziecko, którego pragnęła i nie mogła mieć, oraz pomocnika w przyciąganiu uwagi innych. Rozważam, czy przypadkiem Dygat nie zachowywał się dziecinnie właśnie po to, żeby Kalina nie straciła nim zainteresowania. Wygląda na to, że nie byli o siebie zazdrośni, co przecież jest powszechne w takich artystycznych małżeństwach. Ale uzupełniali się tak doskonale, że nie było tam miejsca na zazdrość. Obojgu zależało nie na sławie, tylko na miłości innych ludzi.

2021-01-14 09:46:37 Komentuj (3)

---


"Harde baśnie"

Pisarki z "Hardej hordy" dobrały do swego grona trzynastą i wyprodukowały kolejną antologię, tym razem opartą na motywach baśniowych. Podchodzę do takich pomysłów nie bez obaw, anglosaskie przeróbki i dekonstrukcje bowiem są ostatnio modne, lecz nieco na jedno kopyto: zawsze ta księżniczka dumnie udowadnia, że żaden książę jej niepotrzebny. Nasze panie jednak poszły znacznie dalej. Dostajemy pełnowymiarowe, przemyślane, współczesne, fantastyczne opowieści, ciekawie inspirowane znanymi fabułami. Śmieszą, tumanią, przestraszają: jak należy.


Ewa Białołęcka "Demon w studni". W studni siedzi demon, od bardzo wielu lat, a nawet tysiącleci. Chciałby wyjść, ale nie może. Pewnego dnia pojawia się Głos, który zaczyna mu opowiadać historie. Urokliwe opowiadanko. Spodziewałam się raczej, że mr fghqav jlwqmvr xbg.

Magdalena Kubasiewicz "Sen nocy miejskiej". To jest to, czego się spodziewałam po Malinie Jadowskiej: wiedźma we współczesnym świecie. Do Jagody (całkiem przypadkowy wybór imienia?), specjalistki w zdejmowaniu klątw przychodzi jej były przyjaciel z prośbą o pomoc. Jest tu potencjał, są również niepotrzebne infodumpy. Zbyt oczywiste, kto rzucił klątwę, za to relacja między bohaterami fajnie pokazana, i w ogóle przyjemnie się czyta.
 
Aleksandra Zielińska "Białe". Przepiękne literacko. Białe to tajemnicza choroba, wraz z nią nadszedł całoroczny śnieg. Matka z dwiema córkami wegetuje w chałupce na skraju lasu, za chwilę czeka je niechybna śmierć, jeśli nie z zimna lub od potworów, to z głodu. Ponure i bez żadnej nadziei, ale jakie przerażająco plastyczne.

Martyna Raduchowska "Potwór z lasu". Czerwony Kapturek ma lat 16 i matkę wiedźmę, chroniącą ludzi z wioski przed wilkami przy pomocy amuletów. Ma rówież zakaz wychodzenia z domu bez ochronnej czerwonej pelerynki. Niestety od razu wiadomo, kto jest wilkiem, ale przyjemnie napisane, choć dlaczego gajowy nazywa się Wallace, a drugi osobnik Derek, skoro jesteśmy w Brzezinie obok Dzięciołówki, nie pojęłam. Bez anglosaskich wtrętów się nie liczy? Nieładnie jest?

Agnieszka Hałas "Róże świętej Elżbiety". Coś pięknego: Elżbieta z Turyngii, XIII wiek, Tannhäuser w roli dworskiego minstrela, nieśmiertelnego maga przyjętego na rycerza przez Persefonę. Oszałamiająco pomysłowe i dopracowane.

Anna Kańtoch "Krok przed tobą". Doppelgänger i niedopowiedziana fantasy zahaczająca o kryminał.

Anna Nieznaj "Zazula, kukułeczka moja". Sienkiewicz! Helena Kurcewiczówna, Bohun, Skrzetuski, Zagłoba! Horpyna w roli wieszczącej wiedźmy! Może to i fanfik jest w zasadzie, ale cudownie napisane i mnóstwo radości.

Anna Hrycyszyn "Detektyw Fiks i śmierć w czerwonym pokoju". Zapiszczałam z radości na widok tytułu. Fiks i Jaśmina natychmiast podbili moje serce w pierwszym o nich opowiadaniu w "Skafandrze i meloniku" - to jest równie dobre. Uroczy sztafaż alternatywnie dziewiętnastowieczny, inteligentnie uwspółcześniona opowieść niesamowita, czarująco opisane niedookreślone relacje bohaterów. Gdybym mogła komuś ufundować stypendium pisarskie, to z całą pewnością Hrycyszyn, żeby napisała tego więcej. Dużo więcej!

Milena Wójtowicz "Sześć koszulek z łabędziami". Pan Wiesław Kowalczyk, prezes zakładu W-Sław, właśnie stracił pracownika. Nie bardzo chce wypełnić formularz do ZUSu stwierdzający, że zakończenie zatrudnienia nastąpiło z inicjatywy pracodawcy, kupuje więc chińską koszulkę ożywiającą zmarłych. Zamierza majstra Antoniego ożywić, żeby ten mógł podpisać wypowiedzenie. Ten jednakże nie zamierza się z powrotem oddalać w zaświaty. Przezabawne, konsekwentne w każdym calu, satyryczne w najlepszym polskim stylu, śmiałam się na głos.

Krystyna Chodorowska "Ten, co pośród lodów". Królowa śniegu na Spitsbergenie, gdzie bohaterka jedzie poszukiwać złota. Bliska przyszłość, katastrofa klimatyczna już w natarciu, Australia płonie, Artyka się topi, gatunki giną. Bardzo dobre. Spokojnie mogłoby się znaleźć w jakimś anglojęzycznym tomie the best of, i to wcale nie wśród najsłabszych tekstów.

Aneta Jadowska "Klątwa Hexenwaldu". Dora w pierwszej osobie, jako Namiestniczka, wspólnie z Romanem rozwiązująca zagadkę zniknięcia dwójki nastolatków. W lesie jest chatka wiedźmy, w niej zaś piec do pierników. Magia jest tylko ubarwieniem dochodzenia kryminalnego: na to miałam nadzieję, zaczynając czytać Thornverse. Chciałabym takich tekstów więcej.

Marta Kisiel "Idzie, powtarzał wiatr". To zadziwiające, że Kisiel od Małego Licha w bamboszkach potrafi być tak mroczna. Znakomicie napisana wariacja na motywie makabrycznej baśni Grimmów, sięgająca do bardzo pierwotnych źródeł.

Aleksandra Janusz "Życzenie wróżki chrzestnej". To jest tekst najbliższy moim pierwotnym wyobrażeniom na temat zawartości tego zbioru. Dobra wróżka opiekuje się garścią księżniczek, które rodzą liczne dzieci, Kopciuszek córkę wychowuje na niezależną kobietę, a suknia z blasku księżyca całkiem się zniszczyła i trzeba ją naprawić. Dobra Wróżka wybiera się w niebezpieczną podróż po materiały, ponieważ obiecała, a jest od spełniania życzeń innych. Jej życzeniami nie interesuje się nikt.

2021-01-12 10:48:06 Komentuj (3)

---


"Dead Lies Dreaming" Charles Stross (DLD #1 - The Laundry Files #10)

O, to już dwa lata od poprzedniego tomu. Przy czym od dłuższego czasu wiedziałam, że to będzie bardziej spin-off niż kontynuacja, opisywana jest w ogóle jako pierwszy tom nowego (pod)cyklu, na Boba ani Mo więc nie czekałam (chciałabym się jednak kiedyś doczekać zamknięcia ich losów). Londyn jest pod rządami The New Management; rozpoczynamy mocnym uderzeniem, mianowicie ukrzyżowaniem świętego Mikołaja, nadchodzi bowiem akurat Gwiazdka. Czwórka pomniejszych posiadaczy magicznych mocy ogląda to z odrazą, a zmierzają do domu handlowego w celu kradzieży tam przebrań. Po co, jeszcze nie wiemy, ale mają jakiś plan. Tymczasem nieopodal policjantka Wendy otrzymuje całkiem niespodziewany awans, a z nim zadanie do wykonania. Natomiast Evelyn Starkey, bardzo oddana asystentka swojego szefa, ściśle związanego z nowymi władzami, ma koniecznie zdobyć dla tegoż pewną wyjątkowo rzadką i bezcenną książkę. Niestety, sprawy się komplikują od razu bardzo, a potem jeszcze trochę.

Poza rozrywkę wykraczają odwiedziny bohaterki w domu opieki, u cierpiącej na Alzheimera matki. Nie tylko jest to oparte na doświadczeniach autora z czasów pisania powieści - to w ogóle był powód, dla którego ona powstała. Stross po śmierci ojca i wylewach matki nie mógł się skupić na tym, co miał w planach pisarskich, i nieoczekiwanie wyprodukował tę książkę. O trudne tematy zahacza również cała historia matki bohaterów, przejmująca, choć potraktowana dość zwięźle.

Jak to Laundry Files: sprawne, zabawno-sarkastyczne, wciągające, pomysłowo mieszające biurokrację, komiks, thriller, podróż w czasie, Piotrusia Pana, i Bonda. Bohaterów łatwo polubić, zwłaszcza naszą fantastyczną czwórkę, mimo ich raczej wątpliwej moralnie działalności. Choć co właściwie nie jest wątpliwe w tych dziwacznych czasach, w których Elder God zasiada na Downing Street 10. Szalenie mi się podobał rozwój akcji, odbiegający od klasycznej poetyki Laundry Files: trafiamy tu do wiktoriańskiego Londynu, opisywanego w nader plastyczny sposób. Stross kolejny raz udowadnia, że nieustająco potrafi zaskakiwać, tworzyć świetnych bohaterów i szalenie wciągającą akcję. Bardzo czekam na kolejną (napisana, ale raczej nie ukaże się w tym roku, niestety).

2021-01-10 11:19:36 Komentuj (0)

---


"Gorzko, gorzko" Joanna Bator

Od razu w pierwszym rozdziale czytamy przewrotne "Teraz mam już pewność, że nie można wiedzieć wszystkiego, ani o osobach realnie istniejących, jak ja, Violetta, Barbara czy Berta, ani o tych, które się wymyśliło. Byty fikcyjne są równie nieprzeniknione co ludzie z krwi i kości. Ten, kto opowiada, nigdy nie jest wszechwiedzący, ale niektórzy narratorzy po prostu dobrze udają i cieszy ich poza, którą się pysznią przed czytelnikami jak paw ogonem." Przewrotne, gdyż narratorką jest postać fikcyjna, trzydziestoletnia Kalina Serce, córka Violetty przez V i dwa t, wnuczka Barbary Serce, prawnuczka Berty Koch, ślicznej córki Hansa Kocha, wytwórcy wędlin, która przed drugą wojną pomagała ojcu robić kiełbasy i marzyła o nieokreślonej miłości. Ojciec wychowywał ją samotnie, a mieszkali w wiosce niedaleko niemieckiego Waldenburga (który potem będzie znany jako Wałbrzych). Kiedy pewnego lata w wiosce jak co roku pojawia się wóz wędrownego handlarza Bułgara Kruma zwanego też Turkiem Nasrallachem, tym razem przywozi ze sobą nie tylko magiczne towary i leki na wszelkie przypadłości, ale również młodego pomocnika pięknego "jak z romansów, które lubiła czytać Berta". Berta urodzi Barbarę i porzuci ją w sierocińcu, gdzie ta przeżyje wojnę, a potem zostanie adoptowana przez państwa Serce. Violetta przez V i dwa t o duszy artystycznej, bardzo zmiennym usposobieniu i skłonności do porzucania dziecka nie będzie najlepszą matką dla Kaliny, wychowywanej przez Bunię (Barbarę), do dnia jej tajemniczego zniknięcia. Dorosła Kalina kupi stuletni dom w wiosce na końcu świata, za Wałbrzychem: wiosce sąsiadującej z tą, w której niegdyś nastoletnia Berta wytwarzała czarną kiszkę i szynki dla gruźlików. Krąg się zamknie, opowieść się rozpocznie.

Znakomita jest tutaj narracja Kaliny, opowiadającej o swoim dzieciństwie na przemian w pierwszej i trzeciej osobie, co wychodzi bardzo naturalnie i dobrze oddaje ten stan, kiedy już potrafimy zrozumieć swoje wspomnienia, ale nadal nie udaje nam się integracja tego, co pamiętamy, z tym, co znamy z późniejszych opowieści dorosłych. "Tylko tak udaje mi się uchwycić to rozrzedzone istnienie, jakim jestem, i połączyć je z nią, nie do końca znaną mi dziewczynką, która czekała na chłopca imieniem Konrad i tęskniła za babcią Bunią."

To kolejna ubiegłoroczna saga sięgająca czasów wojennych, po "Lucyperze" i "Saturninie". Zapewne osiągnęliśmy już dystans pozwalający na zimno myśleć o naszej narodowej historii najnowszej, a z drugiej strony być może dopiero teraz doceniamy jej wagę. Co najmniej w latach 90 dominować musiało pragnienie starannego odcięcia się od przeszłości, chęć patrzenia raczej w to, co dopiero przed nami. Bator zresztą wcale o wojnie nie pisze. To jest książka o nieustannym kobiecym spełnianiu oczekiwań otoczenia: nie tylko mężczyzn. Bardziej nawet sąsiadów (są tu niezwykle istotni, pokoleniowe towarzystwo Papugów nie jest przypadkowe), i przede wszystkim matek oraz córek. Wszystkie postaci tu przegrywają sromotnie, pod koniec już trudno znieść domiar nieszczęść spadających na każdego. Zgodnie z tytułem - jest gorzko.

Przyznam, że przez chwilę doświadczałam dość intensywnej irytacji na te głupie bohaterki, a zwłaszcza Bertę i Violettę. Potem się zastanowiłam: nie są głupie. Są spragnione miłości. Z czego jeszcze Berta, którą odumarła matka (bardzo się cieszę, że to sformułowanie przestało już być potrzebne w naszych czasach i brzmi dziwacznie staroświecko) zdaje sobie sprawę i gorączkowo poszukuje czegoś więcej poza codziennością. Wielokrotnie porzucana Barbara już nie, zadowala się absolutnym minimum, czyli przeżyciem - nic dziwnego, że i swojej córki nie będzie umiała nauczyć kochać, a niewątpliwe zaburzenia psychiczne Violetty nie pomagają. Gdzie w tym wszystkim jest Kalina? Najmłodszą bohaterkę poznajemy głównie we wzmiankach o jej dzieciństwie, do czasu wiemy o niej niewiele.

Czytałam, zapominając gdzie jestem, dając się porwać potoczystej narracji Bator, po czym odrywałam się i miałam nieokreśloną pretensję, że to wszystko już było. Właściwie przewidywalny jest tutaj każdy chwyt, wiadomo, w którym momencie tajemnice wyjdą na jaw. Po dwóch trzecich mamrotałam nawet "ale zmierzaj już do końca, autorko, bo już nie mogę". Zwłaszcza powtarzalność Violetty mnie już bardzo męczyła. Nie da się mi dogodzić, "Roku królika" czepiałam się, że zbyt wymyślny, tu z kolei głos w mózgownicy mamrocze, że zbyt banalne - a to jednak idiotyczny zarzut, niewiele jest banalności w tej znakomicie splecionej wielowątkowej narracji, w tych postaciach złożonych wyraziście (pamiętajmy, że to wszystko odtwarza Kalina), w tym Dolnym Śląsku, przez który bardzo w tle przepływa historia. Właśnie, może gdyby ta ostatnia była nieco bardziej zaakcentowana, jak w Lucyperze: ale co, nie wystarczy złamane życie Marii i Jakuba Serce? Bator zahacza również o autentyczną wioskę Sokołowsko (przed wojną Görbersdorf), w której w XIX wieku powstało pierwsze na świecie specjalistyczne sanatorium dla gruźlików.

Typowo dla tej autorki pada tutaj kwestia "każda przeszłość jest bliższa powieści niż reportażu". W tym Bator zbliża się do Barnesa (a zresztą i świeży Llosa poszedł w tym kierunku). Styk prawdy (jakiej prawdy, czyjej prawdy?) i fikcji fascynował mnie od najmłodszych lat, i w nim upatruję podstawowej potęgi literatury. Tutaj wyjaśnia się chwyt z Znepmryrz: avr qn fvę hjvremlć, żr wrfg fghyrgavz cenqmvnqxvrz Xnyval v żr zntvpmal qrgrxglj Nqevna Fzęgbjvpm grtb avr bqxelł. Aneengbexn bpmljvśpvr honejvn fjbwą bcbjvrść. N fxbeb gnx, gb pmrzh avr jvnqbzb, pb fgnłb fvę m qmvrpxvrz Wbfv Onhre v Złbqrtb? Qynpmrtb Xnyvan avr bqanynmłn wrtb póexv, jfmnx fjbwrw xhmlaxv?

Ciekawa jest również interakcja z czytelnikiem: której bohaterce wybaczamy najłatwiej? Ja współczuję Barbarze, i uważam, że spotkała ją kara niewspółmierna do przewinień. Bercie również łatwo odpuścić; Violetcie nie umiem. Jaka jest wina Hansa Kocha? Nie był zły, chciał dobrze dla córki, chciał najlepiej, jak mógł, w tamtych czasach i okolicznościach. Czy to go usprawiedliwia, a jeśli tak, to czy powinno to kogokolwiek usprawiedliwiać. A co z Magdą Tabach, przemykającą w cieniu głównych bohaterek, a jednak tak bardzo istotną? Trzeba Bator przyznać, że żadną miarą nie da się tej opowieści uprościć do kategorii dobra i zła.

Zakończenie ma tę samą wadę co "Chmurdalia", acz nie na tę skalę, przy czym po tych sześciuset stronach cierpień i przygnębienia nawet nie miałam siły się o to awanturować. Mam wrażenie, że autorka chciała napisać nieco ambitniejsze "Smażone zielone pomidory" - i o ile z pewnością jest to lepsze literacko, ponieważ Bator jest znakomitą prozaiczką, o tyle należało jednak mieć odwagę zakończyć wcześniej. Kalina powinna powiedzieć "oto ta historia, tak jak ją odnalazłam i odtworzyłam", postawić kropkę parę stron wcześniej, pozostawić czytelnika z niedosytem, nie osładzać całości jakimś amerykańskim otwieraniem cukierni. Choć z drugiej strony - narratorce nie można ufać, wiemy, jak lubi zmyślać i ubarwiać. Mogłoby to wszystko być tylko jej ostateczną fantazją?

Czy ktoś mógłby powiedzieć korekcie (wydawnictwo Znak! Na nikogo już nie można liczyć w dzisiejszych czasach!), że "ostrużyny" są przez u (pięć razy! kto mi naprawi zęby starte zgrzytaniem?), a ciasto się warzy przez rz? Bo że nie zauważyła literówki w "naparapeciona", rozumiem, to trudny neologizm, nie da się wymagać od słabo opłacanej przemęczonej korekty, żeby jeszcze neologizmy w języku polskim rozumiała, nawet takie śliczne.

2021-01-08 08:15:20 Komentuj (0)

---


"Some of the Best from Tor.com 2020"

Bardzo byłam ciekawa, jak tegoroczny zbiór będzie wyglądał. Tor ogłosił zawartość pod koniec października, okazało się, że połowę zdążyłam przeczytać na bieżąco, resztę doczytałam na początku listopada. Ku mojemu zaskoczeniu nie ma tu aluzji do wydarzeń roku 2020, choć wydawałoby się, że pandemia musiała wszystkich naznaczyć i zmienić zarówno rzeczywistość, jak i światy wyimaginowane; a jednak nie. Dominuje low fantasy, ale to w ogóle jest specjalność Toru - fantastyka niedopowiedziana, czerpiąca z rozmaitych źródeł, przetwarzająca znane motywy, eksperymentująca z formami.

  • How Quini the Squid Misplaced his Klobučar” by Rich Larson. Absolutnie rozkoszna heist story w starannie obmyślonej dość bliskiej przyszłości. Vabank spotyka porządną sf, uwielbiam. Wszystko niby wiadomo, a jednak jest zaskoczenie, albo i dwa.


  • The Girlfriend’s Guide to Gods” by Maria Dahvana Headley. Powiem ci dziewczyno, dlaczego nie powinnaś się wiązać z Orfeuszem, Ikarem, Zeusem, jak to się skończy. Efektowne lub wręcz efekciarskie, uśmiechnęłam się półgębkiem przy "Zeus will still have an AOL account", ale na resztę jestem chyba jak zwykle za stara. Oraz co to robi w zbiorze fantastyki, właściwie?


  • St. Valentine, St. Abigail, St. Brigid” by C. L. Polk. Matka młodziutkiej narratorki ma magiczne pszczoły, a dziewczynka bardzo chce się zaprzyjaźnić z koleżanką z klasy. Bajka o tym, z czego można zrezygnować dla miłości.


  • If You Take My Meaning” by Charlie Jane Anders. Sequel The City in the Middle of the Night. W mrocznym podziemnym mieście Geletów Alyssa poddaje się przeobrażeniu, wierząc, że to jedyny sposób na przetrwanie ludzkiej kolonii.

  • Sinew and Steel and What They Told” by Carrie Vaughn. Narrator na statku kosmicznym powinien być martwy, z różnych przyczyn, ale nie jest. Reszty dowiadujemy się ze zwięzłych, acz pełnych emocji dialogów.

  • Little Free Library” by Naomi Kritzer. Pełna wdzięku, acz dość oczywista historyjka o pani, która buduje małą biblioteczkę do wymieniania się książkami z sąsiadami, i wymienia się z Kimś tajemniczym.

  • An Explorer’s Cartography of Already Settled Lands” by Fran Wilde. Borgesowskie, tajemnicze, poetyczne: wyliczanka przedziwnych map w jeszcze dziwniejszym świecie. Ładne, ale sens mi chyba umyka.

  • The Night Sun” by Zin E. Rocklyn. Pani jedzie z przemocowym mężem na weekend do chatki w lesie, żeby dać mu ostatnią szansę. W drodze wpadają na widmowego jelenia, a potem sprawy się komplikują. Początek bardzo wciągający, potem wpadamy w mętnawą oczywistość, krwawy horror z aluzjami do Rdzennych oraz przeszłości niewolników. Istotna jest zemsta, najlepiej na ludziach działających na początku XIX wieku, sens wyraźnie mniej.

  • Anything Resembling Love” by S. Qiouyi Lu. A gdyby tak każdy niechciany dotyk powodował, że nasze ciało generuje insekta? Oczywiście, że dziewczynki, dziewczyny i kobiety musiałyby starannie ukrywać tę obrzydliwość, oraz przepraszać facetów, jeśli niechcący spowodowały pojawienie się ich insektów. Narratorka lubi być podziwiana i budzić pożądanie, niekoniecznie chce przystępować do działań fizycznych, ale ma to w pakiecie. Opowieść terapeutyczna.

  • Beyond the Dragon’s Gate” by Yoon Ha Lee. Odległa przyszłość, trwa wojna. Anna Kim pracowała przy tworzeniu AI, teraz wzywają ją na pole bitwy. Statki wojenne sterowane przez AI nie zachowują sie tak, jak powinny. Anna musi się zająć psychoterapią wojskowej AI. Całkiem przyjemne.

  • Of Roses and Kings” by Melissa Marr. Alicja została Królową Kier w Krainie Czarów, okrutną i szaloną, a całość relacjonuje jej nowa służka, która wpadła do Krainy Czarów w tajemniczy sposób. I chce tam zostać służyć swojej królowej. Zaskakująca wersja Alicji, balansująca między psychologią, fantastyką i szaleństwem.

  • We’re Here, We’re Here” by K. M. Szpara. Boysband, czterech młodych chłopców uwielbianych przez fanki, życie płynie cudownie - o ile przestrzegać zasad. Bo jeśli nie, to poprawiający głos implant krtaniowy może być użyty przeciwko bohaterowi. Jeszcze jedna opowieść o tym, że najgorsze, co można uczynić człowiekowi, to kazać mu wyrzeć się własnej tożsamości, nawet zamykając w złotej klatce.

  • Two Truths and a Lie” by Sarah Pinsker. Stella wraca do rodzinnego miasteczka na pogrzeb brata swojego kolegi, i pomaga mu sprzątać potwornie zagracony dom. Bardzo powoli wracają jej wspomnienia, a potem odkrywa prawdę o przeszłości. Nastrojowe, zaskakujące do końca, przedziwna, nietypowa opowieść grozy, mistrzowsko skomponowana.

  • The Night Soil Salvagers” by Gregory Norman Bossert. Nie znam autora, pisze niewiele, choć ma już na koncie WFA. To przepiękna, przedziwna, poetyczna, tajemnicza, niedopowiedziana opowieść o zwyczajach kasty The Night Soil Salvagers, sprzątaczy i czyścicieli. Coś tu z przypowieści zen.

  • The Ones Who Look” by Katharine Duckett. Zoe pracuje w Ethical Empire, w Paryżu, ale to nie ma znaczenia, bo i tak poza biurem nie ogląda niczego. W biurze spotyka Henriego, jej Recording Angels każą jej się z nim nie widywać, bo straci punkty, ale nie słucha. Ethical Empire zbudowało cyfrowe Niebo - i Piekło - i aplikację oceniającą dobro czynione przez użytkowników. Świat stał się lepszym miejscem. Ale czy wszystko w tej wizji jest prawdą? Dość oszałamiający pomysł i podjęcie tematyki z "The Fall" Stephensona.

  • Everything’s Fine” by Matthew Pridham. To jest zdecydowanie opowiadanie z roku 2020, nawiązujące do Dicka. Eric idzie do pracy z nadzieją na awans, tylko otaczają go przeraźliwe koszmary, które musi ignorować i udawać, że wszystko jest w porządku, bo inaczej go dorwą. Surrealizm pełen potworów.


  • Yellow and the Perception of Reality” by Maureen McHugh. Bohaterka odwiedza siostrę, z którą nie ma kontaktu, ma bowiem uszkodzony mózg od czasu wypadku w laboratorium. Powoli się dowiemy, co się tam naprawdę wydarzyło, i jaki związek miała z tym wielka ośmiornica imieniem Claude.

  • Exile’s End” by Carolyn Ives Gilman. W muzeum na jednej z Dwudziestu Planet pojawia się dziwaczny młody człowiek. Twierdzi, że jest potomkiem uważanej za dawno wymarłą kultury Atoka, a w muzeum jest arcydzieło pochodzące z tejże. Fascynujące, niejednoznaczne, bardzo Le Guinowe rozważania o tym, czyją własnością są niezwykłe dzieła kultury i o ludzkiej freedom to do stupid and self-destructive things.

  • Flight” by Claire Wrenwood. Niektóre kobiety mają skrzydła, ale cena, jaką za to płacą, jest bardzo wysoka, co odkrywamy w narracji odwrotnie chronologicznej. Niepokojąco przejmujące i raczej bolesne.

  • Wait for Night” by Stephen Graham Jones. Klasyczny horror - bohater natyka się na Coś Tajemniczego, co nigdy nie powinno zostać odkopane - ale nieźle pomyślany i świetnie napisany.

  • Solution” by Brian Evenson. Katastrofa ekologiczna, ludzie próbują jakoś jej zaradzić, ale nikt nie uratuje wszystkich, i zresztą nawet nie zamierza. Tu na scenę wkracza narrator, który potrafi manipulować genami. Eko-horror, chyba, właściwie musiał powstać taki gatunek.

  • Hearts in the Hard Ground” by G. V. Anderson. Po śmierci matki Fiona kupuje nowy dom, cokolwiek nawiedzony. To autorka, która rewelacyjnie potrafi budować nastrój mimo krótkiej formy. Zaskakujące i poruszające.

  • The Perfection of Theresa Watkins” by Justin C. Key. Bohater odzyskuje żonę, która umarła na raka, ale przeszczepiono jej ciało. Znaczy jej mózg włożono w inne ciało. Arcyciekawy punkt wyjścia, rozegrany realistycznie. Jeden z problemów polega na tym, że pani była czarna, a obecnie jest biała. Większym problemem, że jej ciało pochodzi od morderczyni skazanej na dożywocie. Podobno jej mózg został całkowicie wymazany. Czy rzeczywiście?



  • The Ashes of Around Twenty-Three Strangers” by Jeremy Packert Burke. Świat stracił sens, deszcze padają wyłącznie w domach, niszcząc wszystko, na zewnątrz od dwóch lat jest bezchmurne niebo. Świat zbliża się do końca, pojawili się niemi bogowie, którym bohaterka chce zanieść popioły niespełna dwóch tuzinów obcych ludzi, bo nie udało jej się pochować brata. Niedookreślona aluzja do niszczenia środowiska, chyba, plus rozważania o religijności.

  • Placed into Abyss (Mise en Abyse)” by Rachel Swirsky. Nie rozumiem tej wersji tytułu w nawiasie, po francusku powinno być abysse. Chris z rodziną sprząta dom dziadków, gdzie nienawidził przebywać w dzieciństwie, i wracają złe wspomnienia, co autorka dlaczegoś upiera się określać mianem podróży w czasie i ubarwiać informacjami o czarnych dziurach. Męczące potwornie, i żadna fantastyka, a to strasznie złe traktowanie dzieci polega na tym, że babcia była niemiła i brzydko się odzywała. Ech. Niektórzy to nawet nie wiedzą, ile mieli w życiu szczęścia, najwyraźniej.

  • City of Red Midnight: A Hikayat” by Usman T. Malik. Opowieść szkatułkowa prosto z tysiąca i jednej nocy.


  • The Little Witch” by M. Rickert. Śliczna, nastrojowa opowiastka halloweenowa: narratorka jest starą kobietą, którą odwiedza mała dziewczynka przebrana za wiedźmę. Do końca nie będzie jasne, kto jest kim.

  • Judge Dee and the Limits of the Law” by Lavie Tidhar. Judge Dee jest wampirem i przemierza świat ze swoim ludzkim uczniem Jonathanem, by pilnować przestrzegania prawa wampirzego. Vampires did not have many laws but the ones they had had been codified for millennia. Wyrafinowana, ślicznie napisana i bardzo klimatyczna wariacja na temat Sherlocka Holmesa. Podobno ma być tego więcej.
Według danych umieszczonych w listopadzie w portalu zbiór miał zawierać również
"The Mysterious Study of Doctor Sex" Tamsyn Muir. Ostatecznie go tam nie ma, chociaż nazwisko Muir jest na okładce. Autorka dostała za zeszłoroczną powieść Locusa za debiut, plus nominację do Hugo i Nebuli, i to już ostatnia z tak wyróżnionych powieści, których nie przeczytałam - mimo pochwalnego opisu Strossa zresztą. Muszę przyznać, że świat w tym opowiadaniu jest tak bogaty i zakręcony, że chyba sięgnę po więcej. Dwoje dzieci z Szóstego Domu uczestniczy w otwarciu gabinetu słynnego doktora Seksa, a potem rozwiązuje zagadkę; biurokracja, magia, dziwność, humor.

*
Na listach nominowanych do nagród wyobrażam sobie Pinsker, Wrenwood, Bosserta, zapewne Wilde i Anderson, może i Tidhar się załapie. Larsona i Gilman chętnie bym widziała też, oraz Duckett za naprawdę ciekawą wizję.

Żałuję braku w tym zbiorze przezabawnych "The Necessary Arthur" Gartha Nixa, mitu arturiańskiego opowiedzianego z innego punktu widzenia; oraz "A Guide for Working Breeds" Viny Jie-Min Prasad, ale to ostatnie to chyba dlatego, że to reprint ze zbioru opowiadań Strahana, a nie torowski oryginał.



-> Some of the Best 2019


2021-01-06 08:43:53 Komentuj (0)

---


"Maluchem do raju. Czym i jak podróżowano w PRL-u?" Kazimierz Kunicki, Tomasz Ławecki

Pod pretekstem przyglądania się transportowi w Polsce powojennej dostajemy ciekawy obraz życia w tym zadziwiającym kraju, który jeszcze pamiętamy, ale już coraz słabiej. Zaczyna się od powojennych masowych przemieszczeń ludności w związku ze zmianą granic, i to jest kawałek historii, który wszyscy znają do znudzenia, o którym czytało się w literaturze, oglądało w filmach - ale dopiero z tej książki zobaczyłam, jak to wyglądało naprawdę. Robi wrażenie, kiedy nagle sobie uświadomić skalę tego zamieszania, i to w czasach, kiedy nie było niczego, panował powojenny chaos. Przy okazji dowiadujemy się, że Polska była obok Chin największym beneficjentem pomocy z UNRRA.

Drugie zadziwienie przeżyłam, czytając o warszawskich tramwajach. Pierwsza linia na Pradze została uruchomiona 20 czerwca 1945! W kompletnie zniszczonym mieście, gdzie nie było szyn, trakcji, tramwajów, ba, nie było przecież gdzie mieszkać, co jeść. Jak oni to robili? To zupełnie niewyobrażalne. A kiedy tramwaje już się pojawiły, trzeba było zmieniać rozstaw szyn - i mimo to cztery kolejne linie zaczęły jeździć w sierpniu 1945. Oczywiście przez wiele lat nie było dostatecznej liczby wagonów, jeździło się wisząc na zderzakach, czy opierając czubek stopy na stopniu, co opisywał Wiech, i co autorzy cytują z lubością.

Potem pojawiają się pociągi, normalne i wąskotorowe; dryndy, riksze, rowery i furmanki; autostop; niezapomniane ogórki; oczywiście cała historia polskiej motoryzacji, od syreny przez malucha po poloneza, a przy okazji odkrywamy, że Polska w pewnym momencie była potęgą motocyklową (aut nie było, a czymś wszak  trzeba było jeździć); i w końcu samoloty, o których niedawno czytałam. Tu autorzy przytaczają zupełnie niesamowitą opowieść. W zimie 1963 samolot LOT-u nie mógł wylądować na Okęciu z powodu wichury i zamieci śnieżnej. Mieli za mało paliwa, żeby lecieć na inne lotnisko. Pilot postanowił spróbować lądowania w szczerym polu, i wtedy przez radio tajemniczy głos podał mu częstotliwość radiolatarni lotniska wojskowego w Łęczycy, a także długość i kierunek pasa. Samolot wylądował bezpiecznie, wydarzenie utajniono, zbawca (który podsłuchał rozmowę na cywilnej częstotliwości radiowej i postanowił ratować pasażerów) pozostał anonimowy i nie wiadomo, jakie reperkusje go spotkały.

Niektóre anegdoty są nie pierwszej świeżości, oraz pewien chaos wprowadza fakt, że pisze to dwóch autorów w różnym wieku, ale obaj w pierwszej osobie, o czym uprzedzają na wstępie. Rozumiem chęć zachowania narracji osobistej, wolałabym jednak większą klarowność, choć mimo tego zarzutu rzecz czyta się dobrze, przynajmniej pierwszą połowę. W drugiej już mnie nieco zmęczył ten chaos, mieszanie wspomnień osobistych z suchymi faktami, i brak jakiejś wyraźnej myśli przewodniej. Czy musiał się tu koniecznie znaleźć rozdział o pielgrzymkach, nie jestem pewna. Owszem, stanowiły część życia w PRL-u, ale jeśli skupiamy się na transporcie, to można się było bez tego obejść. Być może coś ciekawszego dałoby się znaleźć na temat transportu towarów? Zwłaszcza tych deficytowych? Oraz ciekawe, czym jeździli ówcześni prominenci. Poczytałabym o tym chętniej niż te ostatnie rozdziały zawierające osobiste wspomnienia z turystyki, dość już nudnawe.

2021-01-04 07:11:07 Komentuj (0)

---


"Zawsze mieszkałyśmy w zamku" Shirley Jackson

Autorkę znam oczywiście od zawsze, opowiadanie "Loteria" nieustająco robi wrażenie, po ponad 70 latach od publikacji. Od trzynastu lat przyznawana jest nagroda jej imienia. Czytałam w młodości przezabawne "Życie wśród dzikusów" wraz z drugą częścią, i nigdy potem nie przyszło mi do głowy, żeby poszukać czegoś jeszcze. Musiała dopiero Zuzanka wygrzebać tę ostatnią powieść Jackson (czyli rok 1962), żebym dobitnie poczuła, jak wiele tracę nie znając tego, i natychmiast nadrobiła brak.

Opowiada osiemnastoletnia Mary Catherine, mieszkająca w posiadłości na uboczu małego miasteczka ze swoją starszą siostrą Constance oraz wiekowym, niedołężnym wujem Julianem. Co się wydarzyło, że dziewczyny zostały same, z początku nie wiadomo. Od pierwszej strony czytelnika intryguje jednak przede wszystkim, dlaczego naratorka pała tak straszliwą niechęcią, a może strachem, do mieszkańców miasteczka. Wybiera się tam na zakupy, i najwyraźniej jest to wielki problem. Czy dziewczyna ma problemy psychiczne, czy rzeczywiście Blackwoodowie są znienawidzeni przez sąsiadów - ale właściwie czym mogłyby sobie na to zasłużyć dwie młode dziewczyny ze swoim starym stryjem? Jackson nie daje na początku żadnych odpowiedzi, rewelacyjnie balansując na krawędzi niesamowitości. Merricat bawi się w dziecinną magię, starannie zamyka drzwi, tworzy kręgi ochronne: czego aż tak się boi?

Niektóre rozwiązania fabularne są oczywiste, ale po pierwsze Jackson potrafi zaskoczyć do końca, a po drugie najistotniejszy jest tutaj ten znakomity szkic delikatnym piórkiem, przedstawiający zaburzenia psychiczne i trudne relacje rodzinne. W ostatecznym rozrachunku potworami okażą się tu wszyscy. Jasne, to wszystko już było w literaturze milion razy, ale Jackson jest jedyna, która potrafi tak sugerować między wierszami, wymagając od czytelnika znalezienia samodzielnie odpowiedzi. Jej przedwczesna śmierć to ogromna strata dla literatury.

2021-01-02 10:08:07 Komentuj (1)

---


Rok 2020

Był to przedziwny rok, który na pewno nie zleje się w jedno z innymi latami. Pozostaje tylko pytanie, czy za jakiś czas będziemy powiadać "wszystko zaczęło się w 2020", czy jednak pozostanie wyjątkowym. Oby to drugie.

Był to rok siedzenia w domu, choć udało mi się rzutem na taśmę zaliczyć narty w lutym, a w sierpniu mimo wszystko spędzić miłe wakacje w Polsce. Za to przepadła wiosenna Bretania, i nie dotarłam do kraju na święta, pierwszy raz. Staliśmy się natomiast posiadaczami ryb akwariowych, ku memu nieustającemu zdumieniu.

Był to rok, w którym straciłam Wujka. Ze sporym szokiem przyjęłam też wieść o śmierci dawnej blogowej znajomej (pisywała jako nec-mergitur). Na niwie zawodowej zmieniłam natomiast biuro i otoczenie, choć korzystałam z tej zmiany raptem trzy tygodnie, potem znów dopadła nas praca zdalna.

Był to rok, w którym mnóstwo czytałam, bo co innego było robić, i odkryłam urzekających Jakuba Małeckiego oraz Lauren Groff. Wiele przyjemnych chwil spędziłam z kryminałami Wojciecha Chmielarza oraz Anny Kańtoch, i książkami Katarzyny Ryrych.

Inne lektury warte zapamiętania:

Fikcja:




Wspomnienia, reportaże, listy:

Tu spis lektur A.I.


2021-01-01 10:41:03 Komentuj (2)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Anglik w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem