DS magazine
Bertrand Russell
Koniec świata w Breslau
W chronologicznie drugim tomie cyklu o Mocku cofamy się w czasie. Jest listopad 1927, Mock ma 44 lata i żonaty jest od dwóch lat z 25-letnią blondynką Sophie. Nie mają dzieci, choć chcieliby. W kamienicy pod Gryfami znaleziono zamurowanego trupa, wkrótce znajduje się drugi. Żadnego punktu zaczepienia prócz kartek z kalendarza przy obu ciałach. Tymczasem Erwin, bratanek Mocka, wpada w złe towarzystwo, a radcę kryminalnego męczy zazdrość o żonę. Niebezpodstawna. Ta część jest mniej mroczna, duszna i brutalna od poprzedniej, ale nadal wszyscy bohaterowie są antypatyczni. Tu też jest szczegółowo rozpisany ówczesny Wrocław, gigantyczna robota Krajewskiego, z niezwykle plastycznie oddaną atmosferą. Klamrę tu tworzy dzień śmierci Mocka w 1960 roku w Nowym Jorku.


22 czerwca 2017, 15:11 Komentuj (0)

---


Śmierć w Breslau
Wróciłam zatem do pierwszych z cyklu o Mocku, i dobrze się składa, bo z jakichś przyczyn w ogóle o nich nie pisałam na blogu, chociaż pamiętam, że bardzo mi się podobały.

Maj 1933. Brutalnie zgwałcona i zamordowana została siedemnastoletnia baronówna Marietta von der Malten razem ze swoją guwernantką. Na miejscu zbrodni znajdują się żywe skorpiony. Po szybkim śledztwie pięćdziesięcioletni radca kryminalny (powtórnie żonaty, nadal bezdzietny) Mock ujmuje przestępcę, lecz w lipcu 34 musi je wznowić. Do pomocy z Berlina przyjeżdża aystent kryminalny Herbert Anwaldt. We Wrocławiu jest upał, atmosfera jest duszna, ciężka i mroczna, Krajewski nie szczędzi nam brutalności i plastycznych opisów spożywanego prez bohaterów alkoholu i tłustych potraw mięsnych. Bardzo ładna jest klamra - z roku 1950. Doskonałe są tu postaci, przede wszystkim Mock ze swoimi nieukończonymi studiami filologicznymi, zamiłowaniem do prostytutek, i niespełnionym pragnianiem posiadania syna; i Anwaldt, ze swoją tajemniczą przeszłością. Dzieje się tu o wiele więcej, niż tylko ściśle kryminalne śledztwo. Lubię dokładne rozpisanie akcji na daty i godziny, firmowy znak Krajewskiego. Mniej podoba mi się, że kobiety są tu albo zwłokami, albo prostytutkami, albo wykorzystywanymi służącymi, a w ostateczności bezbarwną (za to bogatą) żoną Mocka. Z drugiej strony u Krajewskiego przyjemnych ludzi właściwie nie ma: sam brud, smród, szantaże i dużo przemocy. Za to jest przedwojenny Wrocław. To oczywiście we Wrocławiu czytałam ją pierwszy raz, a teraz tęsknię.



21 czerwca 2017, 09:48 Komentuj (0)

---


"A teraz śpij" Moriarty
Ellen, hipnotyzerka - a właściwie hipnoterapeutka - poznaje Patricka. Patrick ma stalkerkę, swoją byłą, która nie może się od niego odczepić. Nie robi niczego złego, ale nieustannie ich śledzi, a nawet pod fałszywym nazwiskiem zapisuje się jako pacjentka Ellen. Patrick ma również synka, którego mama zmarła. Oprócz stalkingu powieść jest o związku z wdowcem, z wszystkimi trudnościami, jakie wypływają z niemożności konkurowania ze zmarłą. Jest również o konieczności przeżycia żałoby, co trafia w mój czuły punkt. Od dawna uważam, że homo sapiens, a przynajmniej większość dominujących jego kultur, porzuciła umiejętność przeżywania negatywnych uczuć, co nie wychodzi nam bynajmniej na dobre. Nie rozumiem zupełnie, dlaczego publiczny głośny śmiech jest powszechnie akceptowany, a publiczny nawet dyskretny płacz w najlepszym razie wywoła ogólne zmieszanie. Przez całe wieki była instytucja płaczek pogrzebowych, dzisiaj po stracie udajemy, że się trzymamy, bo przecież życie toczy się dalej i nie można bliźnim psuć humoru okazywaniem własnego bólu. Moriarty dość dobrze pokazuje, do czego to może doprowadzić. Nie brak tu oczywiście uproszczeń i wisienek na torcie, ale to jest dość interesująca próba zmierzenia się z trudnym tematem w popularnym ujęciu. Moriarty umie fantastycznie obserwować relacje międzyludzkie, i opisywać je - owszem, dość prosto, ale często zaskakująco trafnie (ponieważ generalnie ludzie nie są aż tak skomplikowani, jak im się wydaje).

19 czerwca 2017, 10:39 Komentuj (6)

---


Orson Scott Card "Zagubieni chłopcy"
Co za dziwna książka, przynajmniej częściowo oparta na autobiografii Carda. Jest 1983 (rzecz wyszła w 1992), Step z żoną, trójką dzieci i czwartym w drodze przeprowadza się z Indiany do Steuben na południu, bo tam dostał pracę w firmie software'owej. Piszącej na Atari i Commodore 64, bo IBM właśnie dopiero wypuścił PC, który jest pod wszystkim względami gorszy, ale może zdobędzie rynek. A może nie, kto to wie. Kawał historii komputerów, plus kościół mormonów, bo bohaterowie są wyznawcami angażującymi się w życie wspólnoty. Step jest mobbingowany w pracy, jego najstarszy syn nie odnajduje się w nowej szkole, nie rozumie lokalnego akcentu, prześladuje go nauczycielka. Dialogi są okropne, bo bohaterowie wygłaszają swoje kwestie zamiast normalnie rozmawiać, oraz w co drugim zdaniu używają swoich ksywek (Rybia Damo, Gałganiarzu, Kluczniku, możliwe że w oryginale brzmi to nieco lepiej). Nic się nie dzieje, Step chodzi do pracy, dzieci do szkoły, żona zajmuje domem, martwią się o pieniądze. Ale spod tego niczego wyłazi kawał fantastycznie opisanych relacji międzyludzkich, autentycznego życia, mimo tych sztucznie brzmiących dialogów i dość płaskich postaci. Nie bardzo rozumiem, jak Card to robi, to samo zresztą było w cyklu o Enderze: idiotyczne pomysły na technikę, dziwaczne rozmowy, męczące układy społeczne, i w tym wszystkim przeświecająca jakaś błyskotliwa prawda o ludziach. Nie dzieje się nic do jakichś 80%, gdzie w końcu jest jakaś akcja, i muszę przyznać, że zakończenie rozwaliło mnie totalnie. Nie pamiętam, kiedy się aż tak spłakałam nad książką. Spodziewałam się wprawdzie mniej więcej tego, ale trafiło mnie w czuły punkt.

13 czerwca 2017, 10:16 Komentuj (0)

---


"Sekret mojego męża" Moriarty
Zbliża się Wielkanoc. Cecilia, matka trzech córek, przypadkiem wśród papierów odkrywa list od męża, zaadresowany do niej, przeznaczony do otwarcia po jego śmierci. On żyje i ma się całkiem dobrze, jest akurat w delegacji, kategorycznie żąda, żeby listu nie czytała. Tess od swojego męża i siostry ciotecznej wysłuchuje informacji, że zakochali się w sobie. Sprawy nie ułatwia fakt, że wszyscy troje mają wspólną firmę. Rachel dowiaduje się, że jej syn z żoną i ukochanym wnukiem wyjadą do Nowego Jorku.

Cecilia jest przewodniczącą komitetu rodzicielskiego szkoły podstawowej pod wezwaniem świętej Anieli. Tess postanawia natychmiast wyjechać do matki do Sydney i zapisać synka do świętej Anieli. Rachel jest w tej właśnie szkole sekretarką. W siódmym rozdziale trzy panie się spotykają. W tle mur berliński jako leitmotiv i ogólna metafora wszystkiego, z perspektywy drugiej półkuli zaskakująco egzotyczna. Błyskawicznie się domyślamy, co jest w tajemniczym liście Johna-Paula, ale dalej wcale nie jest do końca przewidywalnie ani prosto. Nie zamierzam twierdzić, że to ambitna literatura, ale po poprzednich dwóch czytadłach Moriarty byłam przyjemnie zaskoczona wnikliwością tej i poważnym potraktowaniem tematyki: o winie i karze, o macierzyństwie i cierpieniu, o utracie, i o związkach.



12 czerwca 2017, 09:22 Komentuj (2)

---


"Mock" Krajewski
Rok 1913, oczywiście Wrocław, Mock ma trzydziestkę, mieszka w obskurnym pokoiku, i jest zaledwie wachmistrzem. Piekielnie ambitnym, chcącym awansować, przydałoby się więc, żeby rozwiązał zagadkę śmierci tajemniczego Ikara oraz czwórki gimnazjalistów zrzuconych z balkonu świeżo wybudowanej Hali Stulecia. Tymczasem wszyscy rzucają mu kłody pod nogi.

Ta powieść jest jakby mniej mroczna od poprzednich, może dlatego, że bohater jeszcze młody i pełen energii. Pojawia się tu poza tym kobieta - wykształcona, zaradna i trzymająca władzę, chociaż potem okazuje się, że nie stroni od załatwiania spraw metodą erotycznego oddziaływania bezpośredniego. Może Krajewski się z kimś założył, że umie tworzyć kobiety niebędące prostytutkami ani służącymi, a potem górę wzięły barwne fantazje autora. Ale czyta się bardzo dobrze, i chyba wrócę do pierwszych z cyklu.

9 czerwca 2017, 10:22 Komentuj (2)

---


"Kilka dni z życia Alice" Moriarty
Alice odzyskuje przytomność po upadku na siłowni. Ma 29 lat, jest niedługo po ślubie z Nickiem i od paru tygodni w ciąży, tylko co właściwie robiła na siłowni, na którą z pewnością nie ma zwyczaju chadzać? Jest rok 1998. Przewożą ją do szpitala i informują, że jest jednak rok 2008. Ma 39 lat, trójkę dzieci, których kompletnie nie pamięta, i niedawno rozstała się z mężem, czego też nie jest świadoma. Trochę jak podróż w czasie, młoda Alice odkrywa ze zdumieniem - i trudem - kim stała się w ciągu ostatniej dekady, nie całkiem to akceptując. Bywa gorzko, bywa zabawnie, zwłaszcza blog pisany przez sąsiadkę Alice jest niezwykle realistyczny, łącznie z komentarzami. Trochę za mało szerszego tła, ledwie parę wzmianek o terroryzmie. Zabawne problemy z używaniem komórki, w którymś momencie Alice nie bardzo rozumie, o co chodzi z smsami. Całość każe się zastanowić, ile się zmieniło w ciągu dziesięciu lat. Osobiście nie miałabym problemu z dowiedzeniem się kim jestem: poczytałabym swoje blogi, poza tym mam chyba stabilniejszą osobowość. Bohaterka zmieniła się dość drastycznie.
- Aha - myślałam - niech zgadnę: na koniec odzyska pamięć, ale zachowa dawną osobowość, zrozumie, że popełniła błędy, nie rozstanie się z mężem, wiadomo.
Jakbym zgadła. W tle problemy z zajściem w ciążę.

8 czerwca 2017, 09:44 Komentuj (0)

---


"Piękno to bolesna rana" Eka Kurniawan
W pierwszym zdaniu Dewi Ayu pewnego popołudnia w marcu wstała z grobu po 21 latach. Od razu wciąga, i wiadomo, co będzie dalej. Jestemy na Jawie - Indonezja, mniej więcej połowa XX wieku. Bohaterka jest szanowaną w Halimundzie kurwą wyjątkowej urody, córką holenderskich imigrantów, matką trzech równie uderzająco pięknych córek, które z kolei będą miały swoje dzieci. Oglądamy losy ich i kraju na przestrzeni kilkudziesięciu lat, a są niełatwe, bo ciąży na nich klątwa.

Czytało się dobrze, ponieważ kocham "Sto lat samotności", i denerwowało mnie, ponieważ kocham "Sto lat samotności", które Eka Kurniawan przepisał jednak zanadto dosłownie. Kiedy pojawiła się Piękna Rengganis, piękna, ale tak nierozgarnięta, że nie zdawała sobie sprawy z własnej urody, za każdym razem czytałam oczywiście Piękna Remedios i musiałam sobie z wysiłkiem przypominać, co właściwie czytam i gdzie jestem. Podobieństw jest dużo więcej: towarzysz Kliwon staje przed plutonem egzekucyjnym, nazwa Halimunda nieprzypadkowo podobna jest brzmieniem do Macondo, pałętają się tu duchy, wydarzenia magiczne przeplatają z realizmem, legendy i zmarli ożywają. Brakuje Marquezowej subtelności, ta powieść jest znacznie bardziej dosadna, nieustannie ktoś kogoś tu gwałci, o innych formach przemocy i wulgaryzmach nie wspominając, w którymś momencie to się robi męczące. Zakończenie z kolei na tym tle wypada jakoś blado i jakby pośpiesznie. Z drugiej strony Kurniawan ma jednak rewelacyjne wyczucie tego gatunku i stylu: nawet przepisać Marqueza też trzeba umieć. Gdyby trochę bardziej zróżnicował postaci i nazwy - marudziłabym pewnie, że splagiatował mistrza i nie chce się przyznać. Warte przeczytania mimo zastrzeżeń, ta powieść ma w sobie coś uderzającego.


6 czerwca 2017, 10:40 Komentuj (0)

---


"Wielkie kłamstewka" Moriarty
Od początku wiemy, że jest jakiś trup, i że będzie to któraś z postaci, ale nie wiemy ani kto, ani co się właściwie stało. Ujawniszy ten finał autorka cofa się w czasie o pół roku i przestawia nam społeczność. Współczesne Sydney, szkoła, do której właśnie idą pięciolatki. Będziemy oglądać ich rodziców, których relacje są od początku dość skomplikowane i nieoczywiste. To przeplatane zeznaniami wszystkich w późniejszym dochodzeniu. Domyśliłam się błyskawicznie, kto jest ojcem Ziggy'ego, oraz paru innych pomysłów, natomiast w kwestii trupa i sprawcy było nieco trudniej: niepotrzebnie przekombinowałam. Bardzo sprawnie napisane, wciągające czytadło, dotykające tematu przemocy domowej. Zawsze się zastanawiam, czy takie książki pomogły kiedyś jakiejś kobiecie, czy w takiej sytuacji przypomniała sobie, jak bohaterka myślała, porównała swoją sytuację i postąpiła inaczej.

2 czerwca 2017, 10:36 Komentuj (0)

---


Wydziedziczeni
Czyta się nieco gorzej niż poprzednie (1974, Nebula, Hugo i Locus). Pamiętałam z młodych lat wrażenie, jakie na mnie zrobiła, i stąd trochę rozczarowania. Byłam bardziej zafascynowana ideą anarchistycznego komunizmu, bez pieniędzy, z wynikami pracy jako największą wartością i satysfakcją. Wtedy byłam przekonana, że mogłabym tak i chciała. Rozdzielanie z rodziną pomijałam jako zupełnie nieistotne: teraz oczywiście bardziej mnie rusza. Lepiej znam ludzi - mogę się tylko uśmiechnąć na pomysł, że dobrowolnie pójdą pracować tam gdzie akurat trzeba, czy będzie to sprzątanie wychodków czy wywóz śmieci, jeśli bez tego i tak dostaną dach nad głową i coś na ząb. A nawet jeśli do roboty się zgłoszą, to czy faktycznie będą się przykładać, skoro nie ma specjalnego nadzoru? Oczywiście, u LeGuin to działa, bo to od początku byli wyłącznie ludzie, którzy tak chcieli, żadnego przymusu. A potem tak wychowywane dzieci, którym od małego wpajano, że nie wolno egoizować - czy to faktycznie by działało? Altruizm jest podobno uwarunkowany biologicznie, ale mam wrażenie, że przetrwanie własnych genów może być jednak silniejszym atawizmem u większości. Ale załóżmy, że to funkcjonuje: LeGuin pokazuje, że czynnika ludzkiego i tak nie da się pominąć. Jeden nieprzyjemny Sabul z powodu osobistych animozji utrąca bezcenną pracę największego fizyka na dwóch planetach.

Zdziwiłam się, że powieść nie zdaje testu Bechdel. Oczywiście głównym protagonistą jest Szevek, z którym ani na chwilę się nie rozstajemy, więc można to jakoś usprawiedliwiać, a jednak zaskakujące. Zwłaszcza, że połowa akcji toczy się na Anarres, gdzie panuje całkowita równość międzypłciowa. Przynajmniej teoretycznie, bo kto pracuje w noclegowniach i ośrodkach edukacyjnych dla dzieci? Mowa o opiekunce (chociaż to krótka wzmianka i to może być akurat wina tłumaczenia, łudzę się). I dalej: pierwsza miłostka Szeveka jest przedstawiona w złym świetle, bo chciała go zawłaszczyć i w ogóle roszczenia miała, a przecież nie należy. Z Takver już zupełnie co innego, można mieć roszczenia i być w związku, ale to on ją podrywa, jak już ją zauważy, bo jej w oko wpadł wcześniej, ale nie śmiała czy coś. To on do niej potem jedzie - to on decyduje. Gdzie równouprawnienie? W teorii zostało, jak zwykle?

To wbrew pozorom optymistyczne spostrzeżenia. Znaczy, że przez 40 lat jednak się świat zmienił, skoro takie rzeczy natychmiast zauważamy. I oczywiście mogę marudzić, ale to jest wielka powieść, z niesłychanie wnikliwie opisanym procesem twórczym, z inteligentnym zderzeniem dwóch światów, dwóch ustrojów. Bez jasnych odpowiedzi. Bez idealizowania.


31 maja 2017, 09:30 Komentuj (0)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Towary Mieszane
Quijote
Idiomka
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Inka od wiatraka
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Odwodnik
Tuv
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Nielot
Trochę jedzenia
Żona No. 1
Ola
Hania
Barbarella

Prasa zagraniczna
Margot w Irlandii
Iskra w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Miski do mleka
Amerykanka w Polsce
Stardust
Nina już nie w Kalifornii
Thernity
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Aga emigrantka
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
Thea
W kątku z książką
Zupka
Helena
Prawdziwy dr House
Kwoka w dolinie
Mama grzdyla
Melissa
Chustka Joanny
Vestigia
Wężon
Nowojorskie gadanie
Towary mieszane
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Femme
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Snafu
Dzieci Thei
Laska
Działa, nie działa
Matylda
Stara panna
Uczy polskiego
Matka jego dziecka


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej