DS magazine
Bertrand Russell

"Przedrzeźniacz" Walter Tevis

Spofforth jest robotem, Marki 9, najdoskonalszym stworzonym przez człowieka. Nosi w sobie osobowość depresyjnego inżyniera. Chciałby umrzeć, ale nie może się zabić, bo celowo wbudowano mu ograniczenia. A teraz rządzi konającym światem za tysiąc lat, gdzie zostało parędziesiąt milionów ludzi, bezustannie ogłupiających się narkotykami, nieumiejących nawet czytać. A wręcz jest to zakazane, jako szkodliwe. Chyba, że ktoś jednak się nauczy, jak drugi bohater, Paul Bentley, którego poznajemy przez jego dziennik, w którym odkrywa prawdę o świecie.

Narracja i antyutopijny obraz świata bardzo w stylu lat 80, w czym nic dziwnego, bo powieść wydana została w roku 1980 (i nominowana do Nebuli). Pobrzmiewają tu oczywiście echa "Nowego wspaniałego świata" i "Czy androidy..." Dicka. Tak samo jak one, pozostaje aktualna. Nadal łatwo można sobie wyobrazić świat, w którym ludzie tak długo wymyślali coraz znakomitsze ułatwiacze życia, wytłumiacze emocji i inne ersatze wszystkiego, aż przesadzili i nie zostało już nic.


2019-06-24 13:50:11 Komentuj (0)

---


"The Tea Master and the Detective" Aliette de Bodard

Ogromne rozczarowanie, że Nebuli za minipowieść (novellę) nie dostał Murderbot, było tym większe, że dostała ją de Bodard. Czytałam kilkanaście jej opowiadań, bo z jakichś przyczyn Dozois ją ukochał, nie podobało mi się właściwie żadne. Z niejasnych przyczyn nie umiem zaakceptować rodzenia przez kobiety umysłów statków podróżujących przez deep spaces. Odległa przyszłość, niewyobrażalna technologia, a inkubatorów nie mają? Natomiast tutaj jest dość fajne otwarcie. Do statku kosmicznego przychodzi pani w interesach. Statek natomiast jest ubogi i przymierający głodem, ponieważ już nie chce zanurzać się w podprzestrzeń po strasznej traumie, której doświadczył jakiś czas temu (nie rozumiem, nie mają tam psychologów i terapii dla statków?) Musi się zgodzić na propozycję. Specjalizuje się poza tym w parzeniu mieszanek herbacianych pozwalającym ludziom funkcjonować w deep spaces. Long Chau zaś jest specyficzną wersją Sherlocka Holmesa, i razem będą prowadzić dochodzenie w sprawie dawnej śmierci. Odsuwając na bok środowisko, którego nie cierpię, są tu zupełnie niezłe postaci oraz relacje między nimi, na które mają wpływ tradycje azjatyckie. To dość oryginalne podejście, i w zasadzie żałuję, że nie podoba mi się to uniwersum bardziej.

2019-06-16 19:44:33 Komentuj (0)

---


"Ota Pavel. Pod powierzchnią" Aleksander Kaczorowski

Mogę sobie postanawiać do woli, że nie będę już czytać o Zagładzie, a ona mnie i tak znajdzie. Chociaż czego się spodziewałam. Wojna kładzie się cieniem na biografii każdego człowieka urodzonego w wieku XX. Jeśli nie dotknęła jego samego, to jego rodziców lub dziadków. A już na pewno, jeśli nosi w sobie ślad krwi żydowskiej. Ota Pavel urodził się zaś w roku 1930 jako Ota Popper, z matki Czeszki i ojca Żyda, ale niepraktykującego. Ten miał natomiast w Trieście bogatego stryja, Leopolda Poppera, który stał się pierwowzorem Leopolda Blooma, tego bohatera najsłynniejszej powieści XX-wiecznej, który pewnego czerwcowego dnia włóczy się ulicami Dublina. Jego córka - kuzynka zatem Oty Pavla - była natchnieniem dla postaci Molly, tej od monologu końcowego, James Joyce był bowiem w Trieście jej nauczycielem angielskiego. Świat jest mały i zaskakujący.

Wracając natomiast do kwestii żydowskiej, rozumiem - w żaden sposób niczego nie usprawiedliwiając - że w przedwojennej Polsce Żydzi byli wyraźnie widoczni, odmienni, kłuli w oczy odrębnością. Natomiast w Czechosłowacji sytuacja miała się zgoła inaczej: dzięki świeckości państwa już na początku wieku połowa Żydów uważała się za Czechów albo, o zgrozo, za Niemców. Nie bardzo nawet wiedzieli, że są w jakiś sposób inni. Nie było tam w związku z tym antysemityzmu, dopóki nie pojawił się w sąsiednich krajach około 1937. Wtedy zaczęto przebąkiwać o rozwiązaniu tej kwestii, a kiedy weszli Niemcy, nic już do gadania nie było.

Mieli matkę aryjkę, więc dwaj starsi synowie Leona Popppera trafili do getta dość późno. Dzięki temu przeżyli. Jiří do Auschwitz wywieziony zostali ostatnim transportem, jesienią 1944. Przeszedł przez selekcję doktora Mengele, potem trafił do Mauthausen. Wrócił, ale w strasznym stanie. W tym czasie nieletni Ota został z matką. Nie umiem sobie nawet wyobrazić, co musiał przeżywać nastolatek, odkrywający cierpienia braci i ojca z powodu pochodzenia, o którym wcześniej nawet nie myśleli. Kaczorowski podkreśla tę kwestię, w niej bowiem upatruje źródła późniejszej choroby psychicznej pisarza. Był leczony już w wojsku, mając 21 lat, ale katalizatorem późniejszych poważnych problemów było powiedzenie przez hokeistę "Do gazu, Żydzie". Nazwisko natomiast rodzina zmieniła w roku 1955. Wtedy pisarz poznał swoją przyszłą żonę (zresztą starszą o 6 lat i mającą już dwóch synów).

Jest tutaj przejmujący i zdumiewający fragment o tym, jak w getcie w Terezinie w czerwcu 1944 (!) roku nakręcono film propagandowy na użytek Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Niency chcieli udowodnić, że Żydom żyje się tam świetnie. Do końca roku większość aktorów zginęła w Auschwitz, a jedną z pierwszych ofiar był reżyser filmu.

Byłam przekonana, że Ota Pavel popełnił samobójstwo. Okazuje sie, że wprawdzie o tym często myślał, ale jego przedwczesna śmierć była wynikiem nieleczonych skutków ubocznych litu, który wtedy był nowym lekiem na dwubiegunówkę. Pomógł pisarzowi, pozwolił mu napisać "Śmierć pięknych saren" - ale ostatecznie odebrał mu życie.

Dobrze się czytająca, miejscami nieco chaotyczna biografia, w której - podobnie jak u Kostyrko - widać autora, czasami w reportażowym stylu relacjonującego, jak spotykał ludzi i oglądał miejsca związane z bohaterem. Podoba mi się ten chwyt, chociaż nieco bym to zredagowała, niekoniecznie musimy wiedzieć, że autor odwiedzał te miejsca z Mariuszem.


2019-06-13 09:26:51 Komentuj (5)

---


"Rocketman"

Żadnych dat. To nie tyle biopic, co złożony z impresjonistycznych scen musical osnuty na życiu Eltona Johna, który w dzieciństwie był nieśmiałym, tłustawym Anglikiem w okularach, i doprawdy ostatnią rzeczą, której można by się spodziewać, to że zostanie gwiazdą rocka światowego formatu. Albo właśnie pierwszą, bo tak to jakoś w życiu się układa, że dzieci kochane i wspierane wcale nie osiągają tego, co te odrzucane i wyśmiewane. Pytanie jeszcze tylko o cenę, jaką za to płacą. Niezbyt oryginalne spostrzeżenie, ale to pod wpływem filmu, który składa się z banałów i kiczu, więc pasuje doskonale do bohatera. O faktach można sobie doczytać, a pokazanie tego, co przecież wszyscy znamy, wyszło twórcom nieźle. Z drugiej strony chciałabym jednak zobaczyć to, co czyni Eltona Johna Eltonem Johnem: szlachectwo, przyjaźń z księżną Dianą, działalność charytatywną i tak dalej. Tymczasem dostajemy standardową opowieść o surowym ojcu (według brata przyrodniego to zupełna nieprawda, podobno mieli dobre kontakty), zimnej matce, pragnieniu miłości, poszukiwaniu tożsamości, fatalnie ulokowanych uczuciach, złym agencie, uzależnieniach. To mogłaby być biografia niemal każdej gwiazdy mniejszego czy większego formatu. Choć rozumiem, że ponieważ bohater żyje i ma się dobrze,a w dodatku figuruje w tym filmie jako producent, o obiektywność trudno. Za to malowniczość na ekranie była.

2019-06-10 14:58:49 Komentuj (0)

---


"Kult" Łukasz Orbitowski

To dziwne uczucie, kiedy się bierze do ręki nowego Orbitowskiego, a tam Myśliwski. Podział jest nie na rozdziały, tylko na taśmy, każda datowana na lipiec 1997, Oława. Narrator zwraca się do rozmówcy per "panie Łukaszu", i ze swadą opowiada o swoim życiu, choć głównym tematem jest jego brat. Henio zawsze był inny, dziwny i rozmodlony, a w latach osiemdziesiątych na działkach zaczęła mu się regularnie ukazywać Matka Boska. Co bratu, księdzu i miejscowej władzy przysporzyło nie lada problemów.

O tym, że to tylko stylizacja, przekonało mnie użycie określenia "ombre" przez Zbyszka, fryzjera. W 1997 tej techniki nie było jeszcze nawet w planach. Bohater mówi też parokrotnie "zadziało się", to też jest współcześniejsze wyrażenie. Poza tym Henio jest młodszy od Kazimierza Domańskiego, który w rzeczywistości był bohaterem tych wydarzeń, i ma inną biografię. Natomiast cała otoczka wokół nawiedzeń jest zgodna z faktami: Domański rzeczywiście twierdził, że Matka Boska kazała mu uzdrawiać ludzi, że musi na tym miejscu wybudować kaplicę, i rzeczywiście był problem z tłumami odwiedzającymi działki.

Jest to powieść o polskiej naiwnej, prymitywnej religijności, z tymi malowanymi figurami gipsowymi, z krwawymi łzami, z wizją matki Boskiej w niebieskich szatach, z kapryśnymi żądaniami wybudowania okazałych kaplic. Choć właściwie jaka inna miałaby być religijność? Z definicji jest przeznaczona dla maluczkich i ubogich duchem, ma nieść pocieszenie, a nie stanowić wyjście do rozważań intelektualnych. "– chcę być kochany / przez nieuczonych i gwałtownych / są to jedyni / którzy naprawdę mnie łakną" mówi Bóg do Barucha Spinozy w wierszu Herberta. Tu jednak mamy punkt widzenia narratora, który sam siebie uważa za mądrego starca, lepszego od innych. Wielokrotnie wyśmiewa się z niewidzialnego rozmówcy, pana Łukasza (Orbitowski w 1997 miał 20 lat), wytykając mu młody wiek, brak doświadczenia, brawurę młodości. Jest to w ogóle znakomicie napisany bohater, wielowymiarowy. Dobry ojciec, kochający mąż, troskliwy brat, jego pasją są kobiety, zdradza żonę bezustannie, ale zachowując dyskrecję. W młodości przyjaźnił się z Romkiem, późniejszym księdzem, i Waldkiem, późniejszym sekretarzem partii. Na początku pojawia się tu zresztą motyw ze "Szczęśliwej ziemi": nastoletni kumple podbierają ojcu jednego z nich auto, żeby się przejechać, oczywiście kończą w rowie.

Skojarzenie z Myśliwskim szybko mi przeszło, dalej to jest miejscami bardziej Hrabal. Brutalny i gorzko zabawny, szalenie trafny w obserwacjach, to zresztą zawsze była mocna strona Orbitowskiego. Coraz lepiej się czyta tę całą spowiedź, od pewnego momentu zadając sobie pytanie, co jest za kulisami: jak właściwie się dogadali, ten młodziutki pan Łukasz i ten mędrkowaty fryzjer, z którego emanuje ogromna, nietypowa dla Polaków, joie de vivre. Dlaczego tu i teraz zwierza się młodemu chłopakowi.

"Dziewczęta też uwielbiam i traktuję równo. Może być płaska albo gruba, jeśli fajnie się rusza. Wielu facetów wkurwia się na kobietki, ale ja nigdy. Kochałem je, gdy się śmiały i płakały, mogły na mnie krzyczeć i mnie okładać, ale nigdy nie było tak, żebym nie kochał kobiety. To wszystko bardzo piękne i dobre rzeczy są. Wódka. Dzieci. Taniec i dziewczęta. Ale nie ma nic piękniejszego niż golenie klienta na mokro."

Bohaterem tej powieści jest jednak przede wszystkim Polska, ta z lat 1983-1997, z obecnej perspektywy wyglądających paradoksalnie jak czas utraconej niewinności. Przy czym Orbitowski nie jest ani fałszywie nostalgiczny, ani gloryfikujący, ani potępiający. Obserwuje, ogląda, relacjonuje.

Jest to w końcu rzecz o wierze. Siła oraz czystość wiary Henia i jego pierwowzoru jest zaskakująca. Oszałamia to, co Kazimierzowi udało się osiągnąć własnymi siłami. Z mojej perspektywy nieco smutne jest, że ta energia i pieniądze nie poszły na lepszy cel. Orbitowski jednak nie wdaje się w te rozważania. Jeśli nawet brat Henia myśli mniej więcej to samo co ja, to nie daje temu wyrazu. Przede wszystkim ważny jest głęboki szacunek dla brata, bez względu na jego odmienność. Bardzo piękna, bardzo dojrzała, zaskakująca książka.


2019-06-07 09:43:29 Komentuj (4)

---


"Tancerka i zagłada. Historia Poli Nireńskiej" Weronika Kostyrko

Jest to biografia Perli Nirenstein, które to nazwisko nie należy do najbardziej znanych, ponieważ częściej używała nazwiska Pola Nireńska, a jeszcze bardziej znana była jako żona Jana Karskiego. Urodziła się w 1910 i mieszkała w Warszawie, w zamożnej rodzinie żydowskiej, w kamienicy przy Tłomackie. Teraz mieści się tam Żydowski Instytut Historyczny. Ze "Służących do wszystkiego" już wiedziałam, że w takich rodzinach bywały wówczas polskie służące, to mnie więc nie zaskoczyło. Bardziej mnie zaskoczyła informacja, że w Polsce było wówczas 160 kibuców, gdzie pracowały również żydowskie kobiety, syjonistki. I jak zwykle, moja wyobraźnia nie daje sobie rady, kiedy czytam o tym, jak żydowska była wówczas Warszawa, w tamtych właśnie rejonach, od Nalewek po park Krasińskich. Cała ta kultura bezpowrotnie zniszczona. Janusz Korczak ze swoimi sierotami chodził zbierać kasztany do parku Krasińskich, gdzie ja też chadzałam w dzieciństwie, pół wieku później. Ogród Saski (gdzie jeździłam na rowerze) był już polski, Żydzi nie mieli tam wstępu.

W roku 1923 doszło w Warszawie do masowych pobić Żydów (przyczyną była fałszywa propaganda - tak, wcale nie trzeba było w tym celu mieć internetu). Autorka przypomina potem, że w roku 1936 pojawił się pomysł wysłania polskich Żydów na Madagaskar (ówcześnie kolonia francuska), w 1937 pojechała tam nawet specjalna komisja badająca możliwości osiedleńcze, i sporządziła entuzjastyczny, szczegółowy raport. To jeszcze jedno dobitne przypomnienie faktu, że Żydzi dość powszechnie nie byli w Polsce mile widziani, a raczej uważani za problem. Wojna nic tu nie zmieniła, wspólny wróg wcale nie zjednoczył ofiar.

Inaczej niż zazwyczaj w biografiach, tu wyraźna jest obecność autorki, piszącej w pierwszej osobie o tym, że spędziła dzieciństwo na Muranowie (ja też), w jakich archiwach poszukiwała informacji, z kim się spotkała, gdzie była. Można to uważać za skażenie płynące z jej dziennikarskiego doświadczenia, ale podobało mi się, że widzimy tę część pracy nad książką, która na ogół jest ukryta przed okiem czytelnika. Ma się dzięki temu wrażenie obcowania z prawdą o bohaterce. Poruszył mnie zwłaszcza fragment, w którym to właśnie dziennikarka przynosi wiadomości o rodzinie w Polsce potomkom Nirensteinów mieszkającym w Izraelu.

2019-06-03 09:51:52 Komentuj (2)

---


"Kocie oko" Margaret Atwood

Czytałam ją w czasach tak dawnych, że teraz wydają się zmyślone, w czasach, kiedy nie było jeszcze niczego. Chyba niewiele z niej zrozumiałam, ponieważ wydawało mi się, że prawie nic nie pamiętam (podobnie zresztą jest z "Kobietą do zjedzenia", której na razie nie planuję czytać ponownie, aczkolwiek nie wykluczam tej możliwości). Co mnie dziwi, bo w tym samym czasie szalenie mi się podobała "Pani Wyrocznia", a to podobne książki ("Kocie oko" jest o 12 lat późniejsze). Leżała na kindlu cierpliwie, czekając na swój czas. Zaczęłam ją czytać i szeroko otworzyłam oczy, ze zdumieniem odkrywając, że pierwsza część nosi tytuł "Żelazne płuco". W takim właśnie przebywa żona jednego z bohaterów czytanej przedtem "The Calculating Stars", a chyba nigdy przedtem o tym nie słyszałam, w każdym razie nie pamiętam. Co za zbieg okoliczności.

Narratorka, rówieśnica autorki, malarka Elaine, wraca po latach do rodzinnego Toronto, z Vancouver, gdzie mieszka z drugim mężem, i dokąd uciekła, żeby być jak najdalej od tamtych okolic. W Toronto mają zrobić jej retrospektywną wystawę. Zatrzymuje się w kawalerce pierwszego męża i wspomina - tu jest podobieństwo do "Pani Wyroczni", niektóre motywy pojawiają się zresztą ponownie (mostek nad wąwozem, gdzie nie wolno było przechodzić samotnie, bo czaili się tam niebezpieczni mężczyźni). Elaine wychowywała się z bratem, w rodzinie prowadzącej koczowniczy tryb życia, więc kiedy osiedlili się w Toronto i odkryła dziewczęce przyjaźnie i zabawy, była to dla niej ogromna zmiana. Atwood w charakterystyczny dla siebie sposób opisuje dochodzenie do własnej tożsamości, poprzez konfrontację z innymi, których odmienność stanowi krzywe zwierciadło dla tego, co wydawało nam się oczywiste. Tę retrospektywę przerywają obrazki z powieściowej teraźniejszości (około połowy lat 80), w którym bohaterka odkrywa, jak zmieniło się Toronto. I wszędzie doszukuje się śladów Cordelii, swojej przyjaciółki z dzieciństwa. Oczywiście w wątku wspomnieniowym stopniowo dojdziemy do tej relacji.

O ile widać tu paralele z "Panią Wyrocznią", o tyle bohaterki są na zupełnie przeciwstawnych biegunach. Joan została ukształtowana przez oczekiwania innych, pozwoliła się unieść wiatrowi, przeglądała się w oczach otoczenia i do tej wizji usiłowała dostosować swój obraz. Elaine jest zupełnie inna, od początku dokonuje własnych wyborów. Od początku patrzy, jaką drogą poszły inne dziewczyny, wyciąga wnioski i nie popełnia ich błędów. W tej powieści nie ma metafory z poprzedniej, o balansowaniu na linie, ale również tutaj jest to głównym tematem: życie kobiety jest chodzeniem po linie, każdy nieostrożny krok może ją strącić w przepaść: być mądrą, ale nie za mądrą, zajmować się domem, ale pracować, być ładną i zadbaną, ale nie wyzywającą, być matką, ale nie rezygnować z własnych zainteresowań, i tak dalej, ta lista nie ma końca. Elaine się to udaje: ponieważ czujnie śledzi kroki innych kobiet. Tych, które spadły. A kiedy spadają, są jak na jej obrazie kobietami upadłymi, lecącymi bezradnie w dół na czyhające tam ciała mężczyzn. To oczywiście oni stworzyli ten świat, w którym oni mają przed sobą szerokie drogi, boczne ścieżki, możliwość skręcenia w każdej chwili, wybrania powolnego marszu albo biegu. Kobiety mają tylko linę rozciągniętą nad przepaścią. Przy czym jak zwykle u Atwood - pojedynczy mężczyźni są w porządku. Poczynając od brata Elaine, Stephena, błyskotliwego fizyka, przez jej ojca naukowca, do troskliwego drugiego męża: żadnemu nie można nic zarzucić. Jak to zatem właściwie stało, że żyjemy w takim świecie? I dlaczego 30 lat po napisaniu tej książki, pół wieku po opisywanych czasach, jest nadal aktualna?

Przemożny wpływ na Elaine miała Cordelia. Nieuchwytna Cordelia. Fascynujące, że bohaterka, dojrzała kobieta, która odniosła w życiu sukces na wielu płaszczyznach: jest uznaną malarką, ma udane córki i męża, nadal uparcie wspomina byłą przyjaciółkę, widzi ją na każdym rogu. Sama nie wie, czego pragnie. Być może zemsty. A może czegoś zupełnie innego, czego nigdy już nie będzie mogła mieć. "Właśnie tego mi brak, Cordelio. Nie tego, co minęło, lecz tego, co nigdy się nie zdarzy."

Okazało się w trakcie lektury, że pamiętam jednak z niej sporo scen. Na przykład tę, w której bohaterka na początku lat sześćdziesiątych siedzie w otoczeniu feminizujących znajomych i wstydliwie chowa ogolone nogi pod spódnicą, bo przecież golenie wynika wyłącznie z wypranego mózgu. Już wtedy o tym rozmawiały. Ze smutkiem myślę o tym miliardzie kobiet, które przez następne pół wieku wydały fortunę na depilatory, maszynki i woski (sama lepsza nie jestem i nie będę).

Ale to nie jest książka o feminizmie. Jest przede wszystkim o przemijaniu i pamięci, i nic dziwnego, że za młodu do mnie nie dotarła cała jej nostalgia. Bez względu na to czy kochani, czy znienawidzeni, ukształtowali nas ludzie, którzy odeszli. Czasy, które minęły. Bohaterka w roku 85 odwiedza bar zrobiony w stylu lat pięćdziesiątych, taki, w jakim bywała za młodu. Wspomina i myśli, jak inaczej żyją teraz młode dziewczyny, na co się uśmiechęłam, bo to "teraz" było trzydzieści lat temu, i ciekawe, co powiedziałaby o 2019 - a przecież tak naprawdę nie zmienia się nic. Nie to, co naprawdę istotne.

Przepiękna i wybitna powieść. Klarowna, dojrzała, wnikliwa, i doskonale napisana. Kolejna książka Atwood, przy której spoglądam na północny wschód z myślą "królu Karolu XVI Gustawie, przestań jednak im płacić pensje".

2019-05-29 09:33:26 Komentuj (0)

---


Rodzicem być

Kiedy zostajesz rodzicem, nie mówią ci, że od tej pory twoje życie będzie pełne wyłącznie sprzecznych uczuć, doświadczanych jednocześnie. 
Duma i przerażenie. 
Tęsknota, kiedy go nie ma, i radość z możliwości odpoczynku. 
Strach i zachwyt. 
Pragnienie uchronienia przed całym groźnym światem, i pragnienie wychowania niezależnego człowieka. 
Przekonanie, że bez względu na wszystko zawsze będę przy nim, i brutalna świadomość, że kiedyś zostanie sam.  

Nie mówią ci, że będziesz już zawsze żyć w strachu przed pojawieniem się na twoim progu ponurych panów w czerni, którzy surowo zapytają, gdzie masz zdane egzaminy, świadectwa ukończenia kursów i szkoleń, i co sobie właściwie myślisz wychowując człowieka bez wymaganych licencji i zezwoleń.


2019-05-26 12:28:35 Komentuj (2)

---


"The Fated Sky" Mary Robinette Kowal

W czasie pisania "The Calculating Stars" Kowal stwierdziła, że ma materiału na dwie książki, co mnie osobiście bardzo cieszy. (Bardziej by mnie ucieszyło pięć albo dziesięć; jedna w każdym razie ma nadejść w przyszłym roku). Tu odchodzimy nieco od prawdy historycznej, lecimy bowiem na Marsa, natomiast nadal jest to rok 1962, nie ma żadnych fantastycznych wynalazków, ba - nie ma przecież nawet komputerów ani internetu. Jest czysta żywa technika, inżynieria, mechanika orbitalna, i ludzie. Autorka świetnie odmalowuje problemy związane z interakcjami uczestników wyprawy. Parker jest znacznie bardziej wielowymiarowy, niż można było się spodziewać po pierwszym tomie, a nasza bohaterka Elma nie jest tak nieskazitelna, jak chcielibyśmy w to wierzyć. Jestem pełna uznania dla katastrofy kosmicznej, wynikającej z najbardziej przyziemnego powodu, jaki można sobie wyobrazić, a przecież bardzo realistycznej. Nie pamiętam, kiedy coś przeżywałam do tego stopnia, wielokrotnie ze łzami w oczach. Jest tu kawał solidnego researchu i wielkiej wyobraźni.

Za naciągany uważam pomysł wysyłania dwóch statków oddzielnie, zupełnie nie widzę sensu (wiem - oni widzieli), a już zupełnie nie ogarniam tego trzeciego, bezzałogowego. Po co trzykrotnie zwiększać konieczność manewrowania? Pomysł, że na statku będzie pralka i piekarnik, też wydaje mi się wątpliwy (acz uroczy). No i szyfr: nie mogli wymyślić czegoś nieco bardziej skomplikowanego, a przynajmniej pisać bez spacji? Ale to się jeszcze broni, po pierwsze bez komputera trudno coś innego zakodować i odczytać; po drugie, jak to zwykle ludzie ponadprzeciętnie inteligentni, nie doceniali inteligencji otoczenia; po trzecie autorka zadbała o to, żeby w tych okolicznościach nawet trudniejszy szyfr dało się złamać. Męczyło mnie trochę nieustanne dziwienie się Elmy zachowaniu Parkera, ale to też się broni psychologicznie. Oczywiście, że przebywając tyle czasu w ograniczonej przestrzeni z sześcioma osobami przypisuje się nadmierne znaczenie każdemu słowu i gestowi innych. W końcu innej rozrywki nie mieli.

*

Uzupełnieniem dylogii jest opowiadanie "The Lady Astronaut of Mars", chronologicznie pierwsze, i nagrodzone Hugo 2014 (w kategorii novelette). Opowiada o tym, co się wydarzyło trzydzieści lat później, kiedy Nathaniel był umierający, a sześćdziesięcioletnia Elma dostała propozycję ostatniej misji. Co prawda dwie powieści Kowal oswoiły mnie nieco z jej bardzo przyziemnym, pozbawionym ogródek podejściem do tematyki, ale i tak uważam, że fantastyka nie powinna tak wyglądać. Nie chciałam przeczytać tak bezpośredniego opisu umierania ukochanej osoby, zwłaszcza tej, do której zdążyłam się przywiązać przez dwa tomy. Ale to jest dobre opowiadanie, w którym mamy wnikliwy opis trudnego wyboru.

2019-05-23 09:38:40 Komentuj (0)

---


"The Calculating Stars" Mary Robinette Kowal

Zaczyna się mocnym uderzeniem, mianowicie meteorytu, który kompletnie niszczy Waszyngton i okolice. Pomysł nie całkiem oryginalny, ale w tym ujęciu i owszem, ponieważ jest 1952. Stany rządzone przez Thomasa Deweya (w naszej linii czasowej przegrał w 1948 z Trumanem) wyniosły właśnie na orbitę trzeciego satelitę. Zimna wojna trwa. Protagoniści, młode małżeństwo, pracują dla NACA, ówczesnego pierwowzoru NASA. Narratorka jest świetną matematyczką, ma doktorat z fizyki, i potrafi pilotować samoloty, podczas wojny była bowiem w Women Airforce Service Pilots. W obliczu tej straszliwej katastrofy czuje się jednak kompletnie bezradna. Obraz po zniszczeniach odmalowany jest tu bardzo precyzyjnie i realistycznie, z ogromną dbałością o szczegóły, z masą konkretnych obliczeń. Natychmiast gorąco pokochałam Elmę: "Give me an unpowered landing and I was fine. Addressing a roomful of people? Thank you, but no". Jest doskonale spójną bohaterką. Poza tym jest 1952, kobiety są kobietami, trwa segregacja rasowa, szaleje polio, a w tym wszystkim okazuje się, że apokalipsa dopiero się zaczęła.

Świetna, pomysłowa, oryginalna, wciągająca, znakomicie napisana rzecz, coś między "Hidden Figures" a "First Man": mimo otoczki fantastycznej zbudowana jest z prawd historycznych, i pokazująca pewne rzeczy bez ogródek. W 1944 kobiety były pilotkami samolotów, gdzie teraz są pilotki? W latach 1950 słowo "computer" oznaczało kobietę, powszechnie uważano, że matematyka to jest odpowiednie dla nich zajęcie (mężczyźni byli inżynierami), maszyny komputery zostały zaprojektowane dla nich i były przez nie programowane. Co się z tym wszystkim stało w roku 2019? Kto i kiedy uznał, że to nie jest odpowiednia dziedzina dla kobietek? A do tego Kowal wplata tu aluzje do obecnego powszechnego odbioru zagrożeń dla środowiska naturalnego. Zastanawiałam się tylko, skąd właściwie Stany po katastrofie brały pieniądze na program kosmiczny - ale w tamtej wersji świata zbrojenia nie były konieczne.

Świeżutka Nebula 2018, z której się cieszę, jakbym to ja osobiście ją dostała, gorąco jej kibicowałam. Nominacje do Hugo i Locusa.

2019-05-20 09:40:12 Komentuj (0)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Anglik w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem