DS magazine
Bertrand Russell
The Obelisk Gate
To nie jest żaden drugi tom, tylko zwyczajnie ciąg dalszy, co jest smutne, bo zakończenie ma wyjść w sierpniu, i mam nadzieję, że autorka dotrzyma terminu. Obietnic z pierwszej części w każdym razie dotrzymuje. Bardzo mi się podobają pełnowymiarowe postaci i ich niejednoznaczne relacje. Nie wszyscy tu mówią prawdę, każdy ma swoje interesy, niekoniecznie je ujawnia. Nie ma żadnej jednolitej frakcji, jasnego podziału na dobrych i złych, ani właściwie żadnej nadziei na they lived happily ever after, bo Jemisin nie boi się wykańczać bohaterów.

Oczywiście tutaj pojawia się już quest: otwarcie The Obelisk Gate, i możemy się spodziewać, że pod koniec plan zostanie przeprowadzony, a cała rzecz skończy się tak dobrze, jak może. Pytanie tylko, za jaką cenę. Jak i w poprzedniej części, tu też domyśliłam się rozwiązań fabularnych, ale to nie miało wielkiego znaczenia. Jemisin pozwala nam bez zastrzeżeń uwierzyć w istnienie tamtego świata, swoich bohaterów, w prawdziwość całej tej opowieści.

23 maja 2017, 14:30 Komentuj (0)

---


Wszystko można kupić
Na dorocznym festynie jest masa rozrywek, wszystko bezpłatne, ale oczywiście trzeba poczekać w kolejce, bo chętnych sporo. W tym roku ustawili spory basen z wodą, po nim pływa sześć rowerków wodnych: rękami obraca się korbki uruchamiające dwa boczne koła napędowe, fajny pomysł. Dzieciaków masa, stoimy i czekamy, docieramy już do mety, przychodzi tatuś dziewczynki za nami.
- Chciałabyś popływać dłużej? - pyta córkę. - Ja ci to załatwię. - I zwraca się do animatorki
- Ile trzeba zapłacić, żeby popływać dłużej? Bo wie pani, wszystko można kupić - i oczkiem mruga.
Animatorka spokojnie odpowiada, że nie ma takiej możliwości, każdy by wtedy zapłacił, i inne dzieci by nie mogły skorzystać. Tatuś ponawia pytanie o kwotę, animatorka dalej tłumaczy, że wszystkie dzieci w grupie, i że może ponownie stanąć w kolejce.

Pytanie poza konkursem, jakiej narodowości był zaradny tatuś.

22 maja 2017, 15:33 Komentuj (8)

---


"Piąta pora roku" N.K. Jemisin
Przyznam uczciwie, zabrałam się za lekturę tylko po to, żeby móc się natrząsać z pogardą z tych, którzy dali Hugo tej powieści zamiast Seveneves. Żeby móc wyśmiać i wykpić z brzydką satysfakcją. Streszczenie naprawdę nie dawało nadziei na nic innego. Niespodzianka. To jest trudny świat, z jednym gigantycznym kontynentem, wstrząsanym nieustannymi ruchami górotwórczymi. Krucha cywilizacja w każdej chwili może upaść w kataklizmie, jak upadała już niezliczone razy. Artefakty po poprzednich, zaawansowanych technicznie, nadal istnieją, choć są niepojęte. Właściwie wszyscy tutejsi mniej lub bardziej wyczuwają wstrząsy sejsmiczne, ale istnieją też tacy, którzy mają moc ich powstrzymywania, lub wywoływania na życzenie. Wydawałoby się, że są tu bardzo cenieni: nic bardziej mylnego. Pogardza się nimi, a w niektórych miejscach zabija, jak tylko ich umiejętność się ujawni, najchętniej w dzieciństwie. Ze strachu, na początku nie są bowiem w stanie jej kontrolować, za młodu są śmiertelnym zagrożeniem dla każdego, kto im się jakkolwiek przeciwstawi. Są wyrzutkami, a przecież są niezbędni dla przetrwania gatunku. Że wydumane? A pomyślcie chociażby o śmieciarzach w naszych miastach czy sprzątaczkach w firmach. Świetnie pomyślane, i równie dobrze poprowadzone: oglądamy ukrywającą się górotworkę, która po tragicznej śmierci synka wyruszyła w poszukiwaniu swojej córki również obdarzonej tym talentem. W równoległym wątku mamy młodą wyszkoloną roggę (wulgarne określenie od oryginalnego orogene, tłumacz nie zachował tej etymologii, ale poza tym tłumaczenie jest bardzo dobre), wysłaną na misję ze swoim mentorem, którego nienawidzi, a z którym ma zrobić dziecko - to odgórne polecenie. W trzecim toku narracji dziewczynka, oczywiście również górotworka, zabrana zostaje od rodziców przez tajemniczego Stróża i jedzie w niewiadome miejsce.

Pierwszy z wątków jest w narracji drugoosobowej, której nienawidzę jak niewielu rzeczy na świecie. Jest bezsensowna, egzaltowana i nieuzasadniona. Poza tym byłam do tej książki solidnie uprzedzona, co już napisałam, a w dodatku czytałam ją po siedmiu tomach Strossa, będąc mocno przygnębiona, że taki fajny cykl mi się skończył, i że już nigdy nic tak dobrego nie przeczytam. Niech świadczy o kunszcie autorki, że mimo tych przeciwności pochłonęłam to, co proponuje, bez żadnego czepiania się. Niestety to pierwszy tom "trylogii" i kończy się jak ostatnia moda nakazuje, w połowie zdania.

To mieszanka fantasy z sf, osobliwie mroczna i brutalna, poniekąd w stylu LeGuin, ale w zupełnie innej tonacji i stylu. Coś tu wręcz z klimatu Słońc Wolfe'a, znacznie bardziej klarowne i bez jego gęstości, ale jest jakieś pokrewieństwo w opisywaniu rozpadającego świata, w pokazywaniu bohaterów, którzy bez zdziwienia akceptują rzeczywistość niejasną dla czytelnika i których pochodzenie jest niejasne. W 40% stwierdziłam, że nadal dałabym Hugo Stephensonowi, ale to w dużej mierze dyktowane wyłącznie sentymentem. Obiektywny wybór jest faktycznie trudny, albo i niemożliwy. 


19 maja 2017, 19:56 Komentuj (0)

---


Lost and Found. Opowiadania
Ledwie ledwie starcza tych aż trzech opowiadań na cały zbiór, który czyta się chyba w półtorej godziny. Ale to i tak całkiem dobrze, bo w posłowiu Zadie Smith powiada, że nie umie pisać opowiadań. "Żeby wszyscy tak nie potrafili jak ona" westchnęłam. Rozumiem, o co jej chodzi: ona należy do tych gawędziarzy, którzy nie umieją opowiedzieć prostej historii nie dodając całego tła i licznych szczegółów, a chciałaby krótko, zwięźle, dowcipnie i z puentą. Zawsze chcemy czegoś innego niż mamy. Tymczasem są tu u niej ludzie, uchwyceni w jakimś pozornie przypadkowym momencie swojego życia, i tak pozostawieni. Jak w samym życiu, spotykasz kogoś, przejmujesz się historią, a potem znika z twojego życiorysu, i nie wiadomo, co było dalej. A jednak te opowieści zostają w głowie. Coś tu z Alice Munro, zwłaszcza w "Martho, Martho", bo "Hanwell w piekle" to zupełnie inny klimat, i zresztą cudownie piękne opowiadanie, w specyficzny sposób poruszające duszę czytelnika.


17 maja 2017, 09:00 Komentuj (0)

---


Kolekcjoner
Po "Kochanicy Francuza" i "Magu"  wróciłam do "Kolekcjonera", rok 1963. Nadal jest to świetna powieść. Zabawne, że pamiętałam wprawdzie jak się kończy, ale nie samą puentę, od której jeżą się włoski na karku. Oglądamy urzędniczynę podatkowego, wychowanego przez ciotkę, grzecznego, układnego i bezbarwnego, który już w pierwszym akapicie przyznaje się do fascynacji przypadkowo ujrzaną dziewczyną. Chwilę potem wygrywa w piłkarskim totku sporą kwotę pieniędzy, rzuca pracę, i kupuje dom. Na odludziu. Z piwnicą. A dziewczynę cichcem obserwuje i śledzi - jak motyle, które poza nią są jego jedyną pasją. Świetne jest to, jak Fowles w pierwszej osobie rewelacyjnie buduje swoją postać i pokazuje napędzające go pragnienie. Nie ma tu pozornie nic, co mogłoby budzić przerażenie, ten człowiek wydaje się niezdolny do agresywnych czy nawet zdecydowanych czynów. A jednak niepokojąco skutecznie przeprowadza swój plan. Dostaje to, czego pragnął, tylko że Miranda nie jest jednym z jego przyszpilonych motyli, jest żywą osobą, co go zdecydowanie przerasta.

Fowles to podkreśla, pokazując nam w drugiej części powieści dziennik pisany przez nią w niewoli. To jest ta część, która się trochę zestarzała... albo to ja się zestarzałam. Podejrzewam, że kiedyś się z nią pewnie przynajmniej trochę utożsamiałam: egzaltowaną dwudziestolatką, studentką sztuk pięknych, z głową pełną malarstwa, muzyki, literatury, zadurzenia w sporo starszym od siebie malarzu, wyrażania siebie, i tej całkiem nowej (początek lat sześćdziesiątych, przypominam) swobody seksualnej. Teraz Miranda co najwyżej mnie lekko irytuje z tym swoim przeświadczeniem, że właśnie wynalazła głębię, sens wielkiej sztuki, i skomplikowane uczucia. Ale z pewnością ma rację porównując siebie do swojego porywacza i analizując jego pobudki. Fowles znakomicie pokazuje zło, które nie wypływa z żadnych strasznych motywów, żadnego pragnienia krwi i przemocy, tylko czystego przypadku i zaniechania.

Ta powieść ma jeszcze jednego bohatera, obecnego tylko pośrednio, we wspomnieniach Mirandy. To GP, jej mentor, dwukrotnie starszy, w którym jest zadurzona i który ją dość nieudolnie próbował uwieść. Miranda go wielokrotnie przeciwstawia swojemu porywaczowi, wyobrażając sobie, że jest kompletnie inny, inaczej ją traktował. Planuje związać się z nim, kiedy się uwolni. Tylko że jeśli się uważnie przyjrzeć, widać, że właśnie naprawdę nie ma różnicy w postrzeganiu Mirandy przez psychopatycznego porywacza a wykształconego artystę. Obaj domagają się od niej niewinności i kobiecości (GP mówi o tym otwarcie używając mądrych słów i odwołując się do kultury antycznej), obaj stawiają ją na piedestale, obaj próbują ją sobie podporządkować, każdy na swój sposób: GP psychicznie, Fryderyk fizycznie. Tak jakby kobiety służyły tylko zaspokajaniu męskich zachcianek i fantazji. Młoda i naiwna Miranda tego nie widzi, czytelnik z zewnątrz już tak.

Jest to również rzecz o braku możliwości porozumienia. Być może męsko-damskiego, ale chyba bardziej intelektualnego. Właściwie w którymś momencie starają się oboje, zajmują się tylko tym: nic z tego, tego muru nie można przebić w żaden sposób. Można tu wprawdzie całą winę zwalić na w pewien sposób upośledzonego Fryderyka, ale znając zainteresowania Fowlesa podejrzewam, że widział rzecz szerzej.

Pomyślałam w pewnej chwili, że istnieją kobiety, które miałyby za złe Mirandzie. Powiedziałyby "ale przecież on ją kochał Miuością, wydawał na nią kasę, dbał o nią, nie zrobił jej krzywdy, to z Miuości wszystko, powinna była go zrozumieć i trochę się postarać, nie umiała docenić, a to Miuość, trzeba ją uszanować, głupia dziewucha, to wszystko przecież jej wina!". Nie wiem, czy bardziej mnie przeraża myśl o istnieniu takich Fryderyków, czy takich kobiet.

15 maja 2017, 09:00 Komentuj (3)

---


The Nightmare Stack (The Laundry Files #7)
Po "The Annihilation Score" było trochę rozczarowania, ale przewidzianego. Boba ani Mo tu nie ma, bohaterem kolejnego tomu jest znany z "The Rhesus Chart" Alex Schwartz, młody zdolny matematyk i programista, od niedawna wampir i adept czarnej magii zatrudniony w The Laundry. Firma wysyła go do Leeds, skąd pochodzi, tam spotyka dziewczynę, a z tymi ma bardzo mało doświadczenia, żeby nie powiedzieć, że żadnego. Jedna część mojego mózgu marudziła
- Stross, ale weź oddawaj mi ulubionych bohaterów, to nie ma żadnego sensu, co mnie obchodzi ten wampirzy gówniarz, nie lubię, nie chcę, nie będę tego czytać, chcę Boba i Mo, no weź, oddawaj.
Druga część mówiła na to
- Ale musisz przyznać, że to jest dobrze wymyślone i napisane. Ale musisz przyznać, że doskonale. Ale zobacz, jakie fajne.
A cała reszta nie mówiła nic, bo była pochłonięta czytaniem.

To jest pierwszy raz, kiedy strasznie mnie kusi, żeby wyedytować wcześniejszą notkę na blogu, bo tak mi głupio, że mogłam podejrzewać Strossa o brak pomysłów na siedem tomów. Powinnam wejść pod stół i odszczekać. Otóż na innym świecie żyje sobie rasa blisko spokrewniona z ludzką, tylko najpierw się nauczyli magii, a dopiero potem mowy. Rezultatem jest ściśle feudalne społeczeństwo psychopatów posługujące się wyłącznie zaawansowaną magią. Przy okazji mają spiczaste uszy. Problem w tym, że są na skraju wyginięcia i muszą sobie natychmiast znaleźć jakiś nowy świat, gdzie będzie dużo krwi do picia dla ich magów oraz mięsa dla wierzchowców, przypominają sobie więc o Ziemi i postanawiają ją podbić. Nie spodziewają się napotkać specjalnego oporu, bo zamieszkująca ją rasa podrzędna urük kompletnie nie zna przecież magii, używa tylko jakiegoś bezsensownego martwego metalu. Wysyłają szpiega, a właściwie szpieginię, która kradnie tożsamość przypadkowo napotkanej młodej dziewczyny. Tak, jest to nowa znajoma Alexa.

Wszystko oglądamy najpierw z punktu widzenia Alexa, oraz chwilami jego dziennika, przeplatane wglądem w rodzinę i świat elfki; potem bohaterów pobocznych przybywa. Jest to świetnie wymyślone w każdym szczególe, nieprzypadkowo zadedykowane Pratchettowi. To jest oczywiście zupełnie niepodobne do Pratchetta, ale gdyby Pratchett kiedyś postanowił pisać jak nie on, to mógłby pisać właśnie tak (i nie zmuszajcie mnie, żebym wyjaśniła, co mam na myśli). Nie mogę się nazachwycać, jak Stross się rozwinął w tym cyklu, to jest bardzo przyzwoita fantastyka z elementami wszystkiego, a ta powietrzna walka Typhoona i smoka - smakowity majstersztyk. Końcowa bitwa też paluszki lizać. Mamy tu również ukłon w stronę Rowling, i nie bez przyczyny: tak samo jak u niej kolejne tomy przynoszą nową wiedzę, przy czym wszystko jest spójne z poprzednią wizją tego świata. A teraz muszę jakoś dożyć do lipca, bo ósmy tom dopiero wtedy (a jeśli się opóźni jak "Early Riser" Fforde'a albo "The Thorn of Emberlain"... oto prawdziwie przerażająca myśl).

Trochę się jednak przyczepię. Jak znaleźli ciało Agenta Second, to nie zauważyli, że coś z uszami ma nie tak? Lockhart mógłby się wtedy zorientować, że już tu są, a nie polegać na mglistych przepowiedniach. A po drugie: Boba nieobecność jest w miarę usprawiedliwiona, jest w Japonii, natomiast Mo jest na zwolnieniu lekarskim. Prawie sobie Kindla oplułam z oburzenia: tu koniec świata nadciąga wielkimi krokami, angażują wszystkich, których mogą i nie mogą, na przykład policję kompletnie nieprzygotowaną do radzenia sobie z armią elfów, a Mo ze skrzypcami zostawiają, bo raptem na zwolnieniu?! To do niczego niepodobne. Nie rozumiem też, dlaczego nie poprosili o pomoc The Deep Ones. Gdzie Ramona, kiedy jest naprawdę potrzebna? Persephone też pojawia się we wzmiance i jakoś potem znika. Ale jakbym się nie mogła przyczepić do niczego w siódmym tomie, to byłabym chyba chora.


11 maja 2017, 10:18 Komentuj (4)

---


"Byliśmy łgarzami" E. Lockhart
Symnpatyczne czytadło "z twistem", dla nastolatek, ale nieźle napisane. Opowiada Cadence, prawie osiemnastolatka z bogatej rodziny. Jej dziadek wybudował na prywatnej wyspie w Massachusetts trzy domy dla swoich trzech córek, jego wnuki spędzały tam każde lato. Aż do tego, w którym wydarzył się wypadek. Cadence nadal cierpi na straszne migreny i nie pamięta, co dokładnie się stało, nikt jej nie chce niczego powiedzieć, i to jest ten "twist". W cudzysłowie, bo od początku wiemy, że pod koniec odkryjemy prawdę. Przyznaję, że nawet się nie zbliżyłam do pomysłu autorki, a atmosferę zbudowała całkiem nieźle. Poza tym wiadomo, pozornie szczęśliwi bogaci amerykańscy wysocy piękni ludzie okazują się amerykańsko pokręceni, rodzi się pierwsza nastoletnia miłość, a narratorka pisze bajki z morałem. Można podsuwać dziewczętom w jej wieku.

9 maja 2017, 09:32 Komentuj (0)

---


Co jeść w Bretanii
Pół życia spędziłam w przekonaniu, że nie przepadam za ostrygami. Jadałam je za moim drugim pobytem we Francji, w Normandii, bez zachwytu. Mogę zjeść, ale żeby to miało głębszy sens, to nie; w przeciwieństwie do muli, za którymi przepadam. Unikałam więc ostryg przez kolejne lata, co nie było specjalnie trudne. Ale w Bretanii, gdzieśmy mieszkali praktycznie w hodowli ostryg, zaproponowano nam degustację, zapisałam więc siebie i dziecko na jeden talerz, przewidując, że dziecko spróbuje i się skrzywi, ja zjem bez zapału resztę, i będzie zaliczone. W ramach aperitifu wczasowy znajomy wyciągnął butelkę przywiezionej z Owernii gentiane Salers, nalewki robionej na korzeniach goryczki żółtej. Ma to faktycznie intensywnie żółty kolor, a smak też jak polska nazwa wskazuje: raczej paskudne lekarstwo niż napitek spożywany dla przyjemności. Przy trzecim łyku można przywyknąć, jeśli się lubi gorzkie i ziołowe. Nic dziwnego, że po tym doświadczeniu ostrygi wydały mi się ambrozją, a może po prostu dlatego, że były miejscowe i świeżutkie. Spróbowałam ich zresztą dopiero, kiedy udało mi się wydrzeć talerz osobistemu potomkowi, którego twarz po degustacji pierwszej rozpromieniła się w zachwycie i migiem pożarł jeszcze dwie, otwierając i wyskrobując zawartość, jakby to czynił od urodzenia. Musieliśmy tłumaczyć, że to się smakuje, a nie pochłania. Teraz mam zagwozdkę, skąd wziąć dobre ostrygi w Paryżu; i po co mi to było.

Na bodaj drugą kolację stołówka zaserwowała coś pod nazwą kig ha farz, co nałożyłam sobie na talerz w przekonaniu, że to mięso mielone z cebulką. Dokładnie tak wyglądało. Dopiero potem się okazało, że to mąka gryczana ugotowana i rozdrobniona. Jest to typowa potrawa bretońska, oczywiście danie biedaków, serwowana teraz z gotowanym boczkiem (pewnie oryginalnie rzadko występował) oraz liśćmi kapusty. Smakuje trochę jak rozgotowana kasza gryczana, i kolejny raz zmusiło mnie do rozważania dlaczego w Bretanii je się mąkę gryczaną, a w ogóle nie kaszę, a w Polsce dokładnie na odwrót. Kolejny raz nie wymyśliłam żadnej sensownej odpowiedzi. A pomysł, żeby z gryki robić mąkę, a tę gotować i rozdrabniać, zamiast zrobić normalną pyszną kaszę gryczaną, uważam za chybiony, chociaż danie w całości całkiem smaczne.

Z gryki powstaje również mój ulubiony miód, niestety nawet w Bretanii chyba w tej chwili nie do dostania. Kiedyś jednak był, i robiło się z niego między innymi napitek chouchen, coś w rodzaju naszego miodu pitnego, ale fermentowanego w soku z jabłek. (Dygresja: to moje kolejne odwieczne zadziwienie, że w Bretanii i Normandii z jabłek robi się kilka rodzajów alkoholu: cidre, calvados czy pommeau z tych najbardziej znanych, a w Polsce historycznie żadnego, choć i jabłek i zamiłowania do napojów alkoholowych nie brakowało nigdy.) Miał opinię napitku dającego spektakularne efekty. Nie tyle z powodu zawartości procentów, bo ma ich tyle co miód pitny, ale z racji sposobu uzyskiwania miodu. W dawnych czasach nie wyciągało się po prostu plastra, lecz wyciskało cały ul. Uzyskana w ten sposób substancja zawierała więc również martwe pszczoły, a zwłaszcza ich jad, i to wszystko trafiało do chouchen. Próbowałam go parokrotnie w trakcie pobytu, rzeczywiście mniej więcej jak miód trójniak, ale piorunujących efektów nie zaobserwowałam. Może ilość była nieodpowiednia.

5 maja 2017, 09:35 Komentuj (11)

---


The Annihilation Score (The Laundry Files #6)
Tym razem zaczynamy nawet przed końcem poprzedniego tomu, oglądamy bowiem wydarzenia z końcówki "The Rhesus Chart" oczami Mo.
- No nie - jęknęłam głośno - po pierwsze Stross oddawaj mi ulubionego bohatera, a po drugie Stross nie możesz pisać w pierwszej osobie jako czterdziestoletnia kobieta, nie możesz!
Otóż mógł. Oczywiście, chwilami wyłazi z niego Bob Howard, ale ma na to sposób, dodaje "jak zwykł mawiać Bob". Są w końcu małżeństwem od dziesięciu lat, wychodzi to całkiem naturalnie. Poza tym Mo nie jest też pierwszą lepszą dziewczyną, ma doktorat z matematyki i jest nosicielką bardzo szczególnych skrzypiec. O jej trudnej relacji z tym instrumentem dowiemy się tutaj zresztą sporo, jest to kolejny raz bardzo dobrze wymyślone i opowiedziane.

Główną osnową powieści są natomiast superbohaterowie, których jest nagle wysyp, trzeba więc utworzyć specjalną komórkę do zajmowania się nimi, tu do Mo dołączą bohaterki poprzednich książek. Kto mówi superbohaterowie, mówi superprzestępcy, tych też nie zabraknie. Wszystko jest bardzo fajne, polubiłam Mo, skrzywiłam się tylko na tarzanie się we wnętrznościach, dopiero co było w "The Rhesus Chart", nuda. Za to tu są momenty i to bardzo dobre. Jest informacja, że nie zdadzą testu Bechdel (zdają), i cała masa smaczków, i akcja, i zasadniczo jest to chick lit, tylko że wcale nie. W ogóle wszystko jest naprawdę doskonałe, natychmiast wciągam tę książkę na listę moich absolutnie ulubionych. Kto by się spodziewał, czytając "Atrocity Archives": pozostaję w stuporze, ale jest to stupor zauroczony. 


4 maja 2017, 20:18 Komentuj (0)

---


Dziennik roku chrystusowego
Nieco minoderyjny początek: po co to komu, po co pisać dziennik, kogo to obchodzi, a zanudzę, a ktoś przyśnie nad tą stroną.
- A spróbuj Dehnel, niech przysnę, nie zażądam zwrotu pieniędzy - rzekłam, bo czasem wieczorem czytam w tym właśnie celu. Nic z tego. Rozkręca się i wciąga, w ogóle mnie nie uśpiło. Autor jest wiadomo - miłośnikiem antyków, znawcą malarstwa i poezji, poetą i pisarzem. To jest zapis codzienności składającej się ze spotkań ze znajomymi, spotkań autorskich, czasem kuriozalnych, i podróży. Zwłaszcza wielka podróż do Indii jest imponująca, ale Dehnel pisze właściwie tak samo wnikliwie i ciekawie o tej egzotyce, co o codziennej Warszawie. Co chwila powracają wahania, czy pisanie takiego dziennika ma jakikolwiek sens. Nie wiem, ale zamknęłam z poczuciem, że czytałabym dalej.

2 maja 2017, 14:15 Komentuj (2)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Towary Mieszane
Quijote
Idiomka
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Inka od wiatraka
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Odwodnik
Tuv
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Nielot
Trochę jedzenia
Żona No. 1
Ola
Hania
Barbarella

Prasa zagraniczna
Margot w Irlandii
Iskra w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Miski do mleka
Amerykanka w Polsce
Stardust
Nina już nie w Kalifornii
Thernity
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Aga emigrantka
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
Thea
W kątku z książką
Zupka
Helena
Prawdziwy dr House
Kwoka w dolinie
Mama grzdyla
Melissa
Chustka Joanny
Vestigia
Wężon
Nowojorskie gadanie
Towary mieszane
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Femme
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Snafu
Dzieci Thei
Laska
Działa, nie działa
Matylda
Stara panna
Uczy polskiego
Matka jego dziecka


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej