DS magazine
Bertrand Russell
Bellew Zawierucha
Zdarza mi się czasem śnić, że czytam książkę, przy czym zazwyczaj przenoszę się po chwili w akcję, stając się jednym z bohaterów. Zdarza mi się też mieć sny inspirowane aktualną lekturą. W święta jednak pierwszy raz zdarzyło mi się, że wyśniłam książkę, której nie czytałam ze ćwierć wieku, i o której bynajmniej ostatnio nie myślałam. Uwielbiałam ją za młodych lat, a po tym śnie pragnienie ponownej lektury stało się przemożne. Opierałam mu się chwilę z niedowierzaniem, bo czytanie Jacka Londona w XXI wieku wydawało się dziwnym pomysłem, poza tym rzadko kiedy książki, które kochaliśmy za młodu, wytrzymują próbę czasu. "Bellew Zawierucha", lat 105, wytrzymuje. Idealnie wytrzymuje. Bawiłam się świetnie, przekonując się, że to jest po prostu urocza, znakomicie napisana opowieść, zabawna i wciągająca, awanturnicza,  pełna cudnych postaci i niezapomnianych pomysłów - trust jajczarski, system w ruletce, miasto Tra-La. Pamiętałam je doskonale, co nie przeszkadzało mi czytać chichocząc, jakbym znowu miała te dwanaście lat. Wszystko w scenerii kanadyjskiej zimy, z gorączką złota w tle. Dlaczego to nie zostało sfilmowane w ciągu ostatnich osiemdziesięciu lat, pytam uprzejmie. 

15 stycznia 2017, 14:47 Komentuj (2)

---


Zapiski nosorożca
O własnej prozie Orbitowski wyraża się tu niemal pogardliwie, co wzbudziło moje niedowierzanie. Rozumiem poczucie, że nie wyszło tak jak się chciało (nigdy nie wychodzi), krygowanie się, i zresztą autentyczną skromność, ale musi przecież wiedzieć, jak znakomitym jest pisarzem. Inteligentny jest. Szczerze brzmią na pewno zastrzeżenia, że "Zapiski nosorożca" to nie żadna literatura podróżnicza, był w Afryce południowej raptem trzy tygodnie. Tak oczywiście, tylko że większość ludzi spędziwszy tam i trzy lata nie umiałoby napisać nic poza tym, że klimat gorący, a Orbitowskiemu trzy tygodnie to aż nadto na książkę. Ani to dziennik ani reportaż, coś pośrodku, napisane tym specyficznym stylem Orbitowskiego, precyzyjnym, potocznym i poetycznym jednocześnie. Zazdroszczę, bo zawsze mam wrażenie, że niczego nie obmyśla i nie cyzeluje, że po prostu ot stawia słowa obok siebie, i wychodzi dokładnie tak, jak powinno być, ani za dużo ani za mało. A do tego ma ten swój absolutny dar obserwacji.

Może zresztą tych notatek nie byłoby dość, ale autor przeplata je napisanymi na nowo legendami afrykańskimi, w tym swoim stylu opowieści niesamowitej, do którego został stworzony. Żadnych tu morałów i łatwych pocieszeń, niepojęte byty walczą ze sobą, rządzone własnymi, nieludzkimi prawami. Jest w tym pierwotna groza, pewnie dlatego zresztą Afryka była od początku inspiracją licznych autorów fantastycznych. Obrazy z tych baśni mam potem jeszcze długo przed oczami. Lejtmotywem książki, od tytułu poczynając, jest pragnienie zobaczenia nosorożca, tych zwierząt bowiem autor jest fanem. Są tu pawiany, pingwiny (!), nawet lampart - czy uda się z nosorożcem?

Wspomniałam o potocznym stylu Orbitowskiego. Będę uczciwa: właściwszym określeniem byłoby dosadny, a miejscami po prostu wulgarny. Autor lubi sobie smacznie zakląć i się nie cenzuruje, co jest dobre z dwóch powodów. Uwielbiam kontrast między tym sposobem ekspresji a licznymi opisami i porównaniami zdumiewającymi subtelnością. Po drugie podkreśla w ten sposób, jak bardzo nie napisał poważnej książki podróżniczej. Jakby się z góry zabezpieczał przed wszelkimi zarzutami typu "Orbitowski pojechał na trzytygodniowe wakacje i wydaje mu się, że coś wie". Wie, ponieważ on jak patrzy, to widzi, a jak widzi, to ubiera to w słowa.


10 stycznia 2017, 09:44 Komentuj (1)

---


Kto spowodował korki przedświąteczne
Jedziemy ze szwagrem z lotniska. Trochę korka przedświątecznego, im bliżej domu, tym większy. W domu siostra przygotowuje jedzenie według wskazówek ("wrzuć pół szklanki... albo dwie") męża, kucharza natchnionego, i ma coraz więcej wątpliwości, tymczasem utykamy pod domem chyba już na amen. Siostra dzwoni po raz enty, z paniką w głosie informując, że TO (czymkolwiek to jest) jest podejrzanie gęste, szwagier obiecuje po raz enty, że się zbliżamy, jesteśmy o rzut kamieniem, lecz stoimy. 
- Ty idź, przecież będziesz za trzy minuty w domu, ja tu wjadę na parking - wpadam na pomysł. Szwagier działa szybciej niż myśli, wyskakuje z auta i leci w stronę domu. Wysiadam dostojniej, obchodzę auto, moszczę się na miejscu kierowcy, odsuwam nieco siedzenie, przede mną na desce rozdzielczej świeci kontrolka ręcznego, automatycznie sięgam prawą ręką w dół. Dźwigni ręcznego tam nie ma, całą przestrzeń zajmuje chytry pojemnik na różności, którego im zawsze zazdrościłam z siedzenia pasażera, ale teraz jestem zajęta poszukiwaniem ręcznego. W środku nie ma, obok nie ma. Korek się odblokowuje, z tyłu zaczynają trąbić. Wciskam awaryjne, włączam światło w środku i oglądam uważnie jeszcze raz, gdzieś ten ręczny musi być, dlaczego nigdy ich nie zapytałam gdzie właściwie jest, skoro na jego miejscu ten pojemnik? Dlaczego interesuje mnie wszystko poza tym, co naprawdę mogłoby się przydać? Łapię telefon, szwagier oczywiście nie odbiera. Wymija mnie samochód z tyłu.
- Co za jakiś absurd! - złoszczę się i spoglądam na okolicę guzika od awaryjnego. Jest tam guzik z wykrzyknikiem w kółku. 
- Rany - wzdycham z ulgą i naciskam. Nie dzieje się nic, kontrolka ręcznego świeci jak świeciła. Naciskam jeszcze pięć razy, naciskam dłużej, nic. Wymijają mnie kolejne auta, będziemy tak stać do końca roku, decyduję się jechać z zaciągniętym ręcznym, może się akurat guzik zepsuł, naciskam gaz, auto drga, ale ani myśli ruszyć. Wypowiadam rozmaite znane sobie przekleństwa, wciskam cholerny guzik teoretycznie od ręcznego, a potem podnoszę wzrok i widzę umieszczony centralnie ekran, na którym zazwyczaj wyświetla się gps. Teraz widnieje tam uprzejmy napis żeby zwolnić ręczny, wciśnij pedał hamulca. Nie mówię nic przez dwie sekundy, nie oddycham i gapię się na to jak na objawienie. Potem wciskam pedał hamulca. Oczywiście nie dzieje się nic. Wciskam raz jeszcze guzik ręcznego, a potem pedał hamulca. Kontrolka ręcznego znika, ruszam, wjeżdżam na parking, i potem już tylko muszę obejrzeć dźwignię zmiany biegów. Znam trzy metody biegu wstecznego, to jest ta trzecia, ale po hamulcu to już żaden problem.

Zjadamy kolację, pijemy wino, opowiadam o swoich przeżyciach, szwagier obśmiawszy mnie należycie wyznaje w końcu
- Jak kupowałem ten samochód, musiałem zawołać pana z obsługi, żeby mi pokazał ręczny, bo nie mogłem wyjechać z salonu... 


6 stycznia 2017, 13:36 Komentuj (4)

---


Tak czy inaczej
"Wiem, że ta książka ma być autobiografią, ale faktem jest, że większość z was guzik obchodzę jako człowiek i nie macie za grosz współczucia dla moich licznych cierpień, które sprawiły, że jestem tak wyjątkowy. Nie, kartkujecie przeraźliwie smutną historię mojego życia w nadziei, że znajdziecie parę śmiesznych kawałków, zgadza się?"

Owszem, biorąc do ręki wspomnienia Johna Cleese'a spodziewałam się, że będzie zabawnie. Jest - parę razy śmiałam się do łez. Jest też wnikliwie, refleksyjnie, rzetelnie, a chwilami plotkarsko i dość intymnie, łącznie z utratą dziewictwa w wieku prawie 25 lat. Jak to możliwe, że ten nieśmiały i bardzo angielsko sztywny student prawa został aktorem i Monty Pythonem.. Cleese właściwie sam się temu dziwi, i poniekąd odpowiada tą opowieścią. O Pythonach jest tu relatywnie niewiele, więcej o prapoczątkach, zbiegach okoliczności, które doprowadziły go tam gdzie jest, na poczesne miejsce w historii światowej rozrywki. Najzabawniejsza chyba jest historia jego występu w musicalu, pomysł cudownie absurdalny, równie dobrze mogłabym występować ja. A jednak dał radę. Pokonywał straszliwą tremę niezliczone razy i zostanie zapamiętany jako wyjątkowy twórca. 


5 stycznia 2017, 16:49 Komentuj (0)

---


Australijczyk
Styl Marka Niedźwieckiego nie jest wybitny literacko, trochę za dużo tu wielokropków. I całe szczęście, bo pisze tak jak mówi (a mówić umie, co wszyscy wiemy), i pisze o tym, co go naprawdę pasjonuje. Miałam wrażenie czytając, że opowiada mi o tej swojej Australii do ucha, prostymi słowami, krótkimi opowiastkami, powtarzając, że tam jak w raju, i to są świadome powtórzenia. Miałam to czytać w ebooku, dorwałam papier, i całe szczęście, bo połowa przyjemności z lektury jest w zdjęciach (w dodatku książka wydana została na ładnym albumowym papierze). Zdjęcia Niedźwiecki robił osobiście, przez lata, zaczynając, gdy człowiek był ograniczony pojemnością rolki filmu i nad każdym kadrem się zastanawiał. Autor wspomina te czasy z sobie właściwą, zaraźliwą melancholią. 

Niedźwiedź jest podróżnikiem ostrożnym, bez żadnej żyłki awanturniczej, bezwstydnie przyznaje, gdzie nie wszedł, nie poszedł, że zniechęcił go deszcz, nie chciał spać w namiocie. Opisuje swoje martwienie się, że nikt po niego nie przyjedzie na lotnisko. A jednocześnie zobaczył tyle, i opisuje to tak, że ja, nigdy w życiu nie planująca wyprawy na zachodnie krańce świata (bo daleko, oraz węże i pająki), zamknęłam książkę i zażądałam - jedźmy do Australii. 


4 stycznia 2017, 10:37 Komentuj (3)

---


Jak mnie wiózł organista
Kierowca niedużego BMW na lotnisku CDG pyta skąd przybyłam, więc mówię. Zna Polskę, jeździ tamtędy na Ukrainę dawać koncerty, dobre drogi mamy. Najpierw nieco mnie zatyka, potem się śmieję i mówię, że wszyscy Polacy z przyzwyczajenia narzekają, ale faktycznie mamy nowe autostrady, zupełnie niezłej jakości, a i boczne drogi często poodnawiane z funduszy unijnych. No fakt, wcale nie gorsze niż niemieckie, a nawet może i lepsze, bo nowe, powiada kierowca. Ale na Ukrainę strasznie daleko, ile panu to zajmuje, pytam z ciekawości. Dwa i pół dnia, pierwszego dnia do granicy Polski, potem przez Polskę, potem Ukraina, nie pamiętam dokładnie, żongluje sfrancuszczonymi nazwami ukraińskich miast, Dniepropietrowsk, Odessa? Ale do Odessy chyba nie jechał samochodem jednak, zastanawiam się mgliście, ale górę bierze inne zainteresowanie. W odtwarzaczu fortepianowy koncert Brahmsa, wspomniał też przed chwilą, że akompaniował śpiewaczce. 
- Więc pan gra... na pianinie? - strzelam
- Nie - mówi - ale całkiem blisko. Organy. - I wraca do wspomnień, jak miał zobowiązanie tu w Paryżu i nie mógł lecieć samolotem o 14, więc musiał jechać samochodem, wyjechał w niedzielę po południu, we wtorek o piątej rano był... we Lwowie bodaj. Miał pasażerów z blablacar, oni prowadzili przez Polskę, mógł się przespać, ale potem odsypiał 12 godzin. Poza tym zakupy potem robi, wiózł kiedyś dwa kartony papierosów, i polscy celnicy się przyczepili, musiał jeden komuś oddać. Dziwię się, bo sprawdzałam to parę razy, dwa na głowę wolno, chyba że z Ukrainy jest jakoś inaczej. Macha ręką. Bezczelnie pytam, czy to koncertowe życie wymaga uzupełnienia dochodów jazdą na taksówce. Na to wygląda, ma jakiś kontrakt organisty w Paryżu, ale dorabia taksówką, poza tym lubi, kontakt z ludźmi.
- Ale to chyba jednak męczące w tych paryskich korkach - krzywię się - ja wcale nie przepadam za prowadzeniem. 
Tak, ale stara się jeździć w porach, kiedy korków nie ma, pracuje dla firmy, gdzie może sobie dowolnie ustawić godziny pracy, poza tym nie przekracza sześciu godzin dziennie, nie zdąża się zmęczyć. Z odtwarzacza leci Schubert.



2 stycznia 2017, 19:12 Komentuj (2)

---


"Strażnik tajemnic"
Zuzanka znalazła w necie jakąś listę książek z twistem, znajdowała się na niej "Dziewczyna z pociągu" obok "Zabójstwa Rogera Ackroyda": skrzywiłam się nieco. Na tej zasadzie to prawie każdy kryminał ma twist, bo nie wiadomo, kto zabił (aczkolwiek u Christie cokolwiek bardziej nie wiadomo, tu akurat się zgadzam). Była tam też między innymi "Trzynasta opowieść" Setterfield, którą obie czytałyśmy, pamiętamy, że jakieś zaskoczenie było, ale jakie dokładnie - to już nie. Zresztą twist nie oznacza dla mnie, że odkrywamy jakiś sekret, o którego istnieniu od początku wiemy, tylko zaskoczenie, którego zupełnie nie oczekiwaliśmy i mamy ochotę krzyczeć do autora, że nie tak się umawialiśmy.

"Strażnik tajemnic" Kate Morton należy do tej pierwszej kategorii. Szesnastoletnia Laurel w roku 1961 była świadkiem, jak jej matka zabiła mężczyznę, który pojawił się pod jej domem. Oficjalna wersja stwierdzała, że w samoobronie, matka nie została ukarana, właściwie wszyscy przeszli nad tym do porządku dziennego. Pół wieku później matka leży na łożu śmierci, cztery córki i syn zjeżdżają się ją żegnać, i postanawiają nagle dowiedzieć się prawdy. To prosty chwyt stosowany milion razy przez rozmaitych pisarzy, choćby Kate Atkinson, którą Morton nieco tu przypomina (aczkolwiek to nie ta klasa). Wędrujemy w czasie, oglądamy wojnę w Londynie oczami pięknej Dolly, późniejszej matki Laurel, a przedtem jej dzieciństwo, mrzonki o miłości, sławie i niezwykłym życiu. Tymczasem w czasie wojny została opiekunką ekscentrycznej starej brytyjskiej damy, z którą się niespodzianie dobrze dogadywała. Czy tu jest klucz do późniejszych wydarzeń, czy może jednak w przyjaźni z tajemniczą Australijką Vivien? Okaże się.

Pierwszy delikatny twist jest w połowie książki, uświadamiając nam, że nie wszystko wygląda tu tak prosto, jak się nam zdawało. Drugi pod koniec, i tego się już domyśliłam, oraz uważam, że nic nowego nie wniósł do akcji, a nawet wprost przeciwnie, jest całkiem niepotrzebny, lepiej i składniej byłoby bez tego. Tak czy owak czyta się doskonale, jest to przyzwoita i dobrze opowiedziana historia, z wojną w bliskim tle. Przywykłam już do tego, że autorzy urodzeni w jakimś 1976, w Australii, z dużą dozą realizmu opisują bomby lecące na Londyn. Kiedyś sądziłam, że to dobrze - pamiętajmy, może uchronimy siebie i dzieci nasze przed takim losem. Dzis już mam tej nadziei znacznie mniej.


20 grudnia 2016, 09:27 Komentuj (0)

---


W metrze
Wracam metrem po nocy z imprezy firmowej, wsiadam w sam środek jakiegoś zgromadzenia staruszków. Trzy mocno dojrzałe panie licytują się ze śmiechem, która ustąpi której miejsca, moralnie wygrywa ta, która z pobłażliwym uśmiechem upiera się, że bardzo jej dobrze na stojąco (ciekawe, ile potem będzie po cichu w domu cierpieć). Do tego dosiada się para jeszcze bardziej zaawansowana w życiu, koło osiemdziesiątki jak nic, pani o bielutkich włosach związanych w kucyk, musiała kiedyś być bardzo piękna, nadal nosi puder na twarzy i czerwoną szminkę na ustach. Jej mężowi o lasce ustępuje miejsca jedna z tamtych starszych pań. W tle peroruje młody facet w koralowych butach, chyba nie jest pijany, ale musi być albo chory, albo pod wpływem czegoś, usta mu się nie zamykają, nie sposób powiedzieć o czym mówi, ale myślą przewodnią są najwyraźniej ludzie, którzy mają i wykonują zawód. Nie mówi bardzo głośno, ale z ogromnym zaangażowaniem. Przez pierwsze parę minut wydaje mi się, że po prostu z kimś rozmawia, dopiero potem orientuję się, że rozmówca jest imaginacyjny. Kiedy na sekundę milknie, ktoś z całkowitą powagą i bez śladu sarkazmu mówi "dziękujemy panu za to przemówienie".

Obserwuję to wszystko podpierając drzwi, a najbardziej kobietę naprzeciwko, którą na pierwszy rzut oka klasyfikuję jako kloszardkę, a potem długo zastanawiam się dlaczego. Chyba przez ten wymięty papieros, który trzyma w palcach i co pewien czas wkłada do ust. A może przez sposób, w jaki stoi, właściwie raczej wisi opierając się na składanym siedzeniu. Ma oczy człowieka permanentnie niedopitego, pod nimi niewiarygodne wory na pół twarzy. To przez nie dopiero po namyśle spostrzegam, że kiedyś z pewnością była naprawdę ładna: struktura kostna twarzy, kości policzkowe, wygięte teraz w permanentnym wyrazie pogardy usta. Po jeszcze dłuższym namyśle dociera do mnie, że wcale nie jest taką staruszką jak otoczenie. Prawdopodobnie jest niewiele starsza ode mnie - i to spostrzeżenie mnie dopiero otrzeźwia. Jej długie włosy przetyka siwizna, chyba nigdy nie były farbowane, ale pewnie nie ma jeszcze pięćdziesiątki, nie zdziwiłabym się, gdyby niedawno przekroczyła czterdziestkę. Dalszą część drogi przebywam snując w głowie opowieści na jej temat, wymyślalając, co mogło sprawić, że jedzie taka wychudzona i zmięta, z tym wyrazem pogardy na twarzy, z tym papierosem w palcach. Zrobiła jeden zły krok w swoim życiu, czy było ich więcej?

19 grudnia 2016, 09:27 Komentuj (5)

---


Dziewczyna z poczty
Rok 1926, Europa wyniszczona wojną, Austria, wieś dwie godziny jazdy od Wiednia. Dwudziestoośmioletnia Christine pracuje na miejscowej poczcie, klepie biedę, opiekuje się schorowaną matką, przygniata ją zmęczenie i zniechęcenie. Pojawia się bogata ciotka z Ameryki, siostra matki, spędzająca wakacje w luksusowym kurorcie szwajcarskim. Zaprasza siostrzenicę, ta pisze podanie o urlop (używając rygi! Używałam tego w dzieciństwie), pakuje parę ubogich ciuchów w walizeczkę i wsiada do pociągu. Wysiada w innym świecie, czyta się od tego momentu prawie jak "Tajemniczy ogród", bo ciotka kupuje dziewczynie drogie eleganckie stroje, karmi najwyszukańszą strawą, wszystko jest opisane z najdrobniejszymi detalami i smakiem. Christine zaprzyjaźnia się ze złotą młodzieżą, chłonie luksus, jakiego sobie nigdy przedtem nawet nie umiała wyobrazić, w wirze emocji i nowych przeżyć zapomina o chorej matce. A potem trzeba będzie wrócić.

Druga część jest zupełnie inna w tonie, bardzo przygnębiająca. Okazuje się, że w powojennej Austrii praca na pełen etat nie chroniła przed życiem w ubóstwie, i nie mówię tu o problemach typu "nie starcza mi na najnowszy model smartfona", tylko o zupełnie innym poziomie niedostatku. Aż chwilami się zastanawiałam, czy Zweig przypadkiem nie przesadził, ale pewnie nie, to zapewne tylko ja w 2016 nie zdaję sobie sprawy. Akcja jest okrutnie logiczna do końca, który jest urwany, ponieważ autor nie dokończył tej powieści. Chyba nie czuł potrzeby, skoro to nie tyle śmierć go zabrała, co sam ją wybrał, w wieku lat 61. Z tą świadomością należy czytać "dziewczynę z poczty", Zweig sporo swoich przemyśleń przekazał bohaterom. A urwane zakończenie nie przeszkadza, można by je nawet uznać za zamierzony efekt, gdyby się nie znało prawdy.

Kapitalnie napisane, ze szczegółami przemyśleń i zmiennych odczuć wszystkich bohaterów, niewiarygodnie dzięki temu pełnokrwistych. Zdumiewające, że świat się naprawdę w ogóle nie zmienił przez te niemal sto lat, niby smartfony i internet, a pod spodem cały czas te same pragnienia i reakcje. Niektóre obserwacje mogłyby spokojnie być napisane w 2016. I nadal pieniądz rządzi, wiadomo.

16 grudnia 2016, 09:22 Komentuj (4)

---


Sońka
Zaczęłam czytać i pojękiwać, stężenie egzaltacji na pierwszych stronach jest dość nieznośne, figury stylistyczne drażnią oczy i mózg, "ale to takie będzie już do końca? To ja nie przeczytam" oznajmiłam twardo "i przecież wiedziałam, że po "Balladynach i romansach" Karpowicz już nie umie niczego napisać, wiedziałam, nic mi się już nie spodoba, przecież wiem, i po co mi to było" marudziłam dalej. 20% książki dalej wyrywałam sobie kindla z prawej ręki lewą, a potem na odwrót, a i tak nic to nie dało.

Warszawski młody reżyser, Igor, jedzie przez zapomnianą przez Boga i operatorów sieci komórkowych Polskę wschodnią, gdzieś niemal na granicy, za Białystokiem, psuje mu się samochód, zasięgu oczywiście nie ma. Spotyka Sońkę, żyjącą w jednej z czterech miejscowych chałup, z krową, kotem i psem. Sońkę mówiącą lokalną gwarą, mieszanką polskiego i białoruskiego, i przyznaję, nie wiedziałam o jej istnieniu, chociaż na studiach miałam przez chwilę koleżankę Białorusinkę albo właśnie z tamtych okolic, oczywiście teraz żałuję, że nie rozmawiałam z nią bardziej. I chociaż moja własna rodzina pochodzi z Podlasia. Zatem Igor spotyka Sońkę, która żyła w tym miejscu od urodzenia, przez wojnę. Ponieważ tak, to jest historia o życiu, które naznaczyła wojna, i z początkowej egzaltacji nie zostaje nic, kiedy Karpowicz na pół stroniczce opisuje nagle sucho i precyzyjnie zagładę Żydów w Gródku. "Ale nie będziesz chyba teraz ryczeć nad trzema akapitami Karpowicza, nad rozstrzelaniem raptem setki Żydów, ponad 70 lat temu?" powiedziała ze zdumieniem racjonalna część mojego mózgu (nieracjonalna wiedziała swoje). Potem spłakałam się jeszcze raz, pod koniec, nie zdając sobie zresztą z tego sprawy, dopóki nie poczułam, że twarz zrobiła mi się dziwnie mokra. "I czy to ma znaczenie, co wzrusza? Arcydzieło czy szmira? Wzruszenie jest takie samo."

Jest to historia o miłości. I o spektaklu, jaki Igor - choć naprawdę nazywa się Ignacy - zrobi z tej opowieści w Warszawie. Jest miejscami zaskakująco liryczna, miejscami zabawna, czasem smutna, czasem egzaltowana; jest o świecie dziś i świecie kiedyś. Jest o ludziach. Jest autoironiczna: kiedy unosiłam brew zastanawiając się, czy naprawdę trzeba było dawać przypis do każdej wypowiedzi w podlaskiej gwarze, Karpowicz chwilę później kpił z reakcji na identyczne przypisy w książce Igora.

Jest to historia prosta, dałoby się ją opowiedzieć w trzech akapitach, może nie trzeba było kombinować aż tak, jak Karpowicz, a może tylko tak się dało. Jest to historia prawdziwa: upierałam się, że Sońka nie istnieje, ale ona istniała, każda z tych rzeczy się wydarzyła, nie tylko raz, wielekroć. Wydarza się teraz. I wydarzy się znowu.

W jednym miałam rację, to nie są "Balladyny i romanse". To dużo więcej.


15 grudnia 2016, 14:20 Komentuj (6)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Towary Mieszane
Quijote
Idiomka
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Inka od wiatraka
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Odwodnik
Tuv
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Nielot
Trochę jedzenia
Żona No. 1
Ola
Hania
Barbarella

Prasa zagraniczna
Margot w Irlandii
Iskra w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Miski do mleka
Amerykanka w Polsce
Stardust
Nina już nie w Kalifornii
Thernity
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Aga emigrantka
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
Thea
W kątku z książką
Zupka
Helena
Prawdziwy dr House
Kwoka w dolinie
Mama grzdyla
Melissa
Chustka Joanny
Vestigia
Wężon
Nowojorskie gadanie
Towary mieszane
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Femme
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Snafu
Dzieci Thei
Laska
Działa, nie działa
Matylda
Stara panna
Uczy polskiego
Matka jego dziecka


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej