DS magazine
Bertrand Russell
Gardner Dozois "The Year's Best Science Fiction 29" (2011)

Paul McAuley "The Choice". To samo uniwersum, co w rok późniejszym "The Man", ale tu jesteśmy na Ziemi, po podniesieniu się poziomu mórz, oraz przybyciu statków Jackaroo. In exchange for rights to the outer solar system, the aliens had given the human race technology to clean up the Earth, and access to a wormhole network that linked a dozen M-class red dwarf stars. Soon enough, other alien species showed up, making various deals with various nations and power blocs, bartering advanced technologies for works of art, fauna and flora, the secret formula of Coca-Cola, and other unique items. Dwóch nastolatków wybiera się zobaczyć smoka wodnego, który nie jest żadnym smokiem, tylko maszyną alienów. Matka jednego z bohaterów jest czołową postacią ruchu żądającego odrzucenia obcej technologii. Bardzo plastyczne i wielowymiarowe.



David Moles "A Soldier of the City". Jest rok 34821 (ale nie wiadomo od czego licząc), jest Babilon i miasto Isin, ale nie jesteśmy w przeszłości, tylko w bardzo zaawansowanej technologicznie przyszłości, gdzie bogowie i boginie są rzeczywiści i mają swoich żołnierzy. Ginie Lady of Isin, bogini bohatera, który postanawia dołączyć do jej kochanka i ją pomścić. Porywająca wizja, tylko mnie zawsze dręczą pytania, dlaczego Babilon (bo ładnie brzmi, zapewne) i dlaczego mierzą w łokciach i ligach - czy nie mogli w tej przyszłości wymyślić czegoś nowego?



Damien Broderick "The Beancounter’s Cat". The beancounter spotyka kota. Gadającego. O czym opowiada się tu bardzo wymyślnym językiem. Jesteśmy najwyraźniej w odległej przyszłości, na innej planecie, tylko koty nadal są kotami, nawet jeśli są akurat czymś więcej. Bardzo fajne.



Elizabeth Bear "Dolly". Odziana w strój francuskiej pokojówki Dolly budzi się z zakrwawionymi rękami na środku nieskazitelnie białego pokoju, który kalają zwłoki oraz wnętrzności miliardera przemysłowca. Dolly jest oczywiście androidem i nie ma majtek. Już wiem, skąd pomysł Bacigalupiego na "Mika Model" (Dozois 34). Poza tym Bear próbuje pokazać, jak można udowodnić posiadanie świadomości, co mnie ostatnio zajmuje, ale nie przekonała mnie. Napisanie programu, który będzie udawał zachcianki i osobiste preferencje, nie jest specjalnie trudne.



John Barnes "Martian Heart". Wiekowy narrator opowiada botowi (botterogatorowi) swoją historię to inspire a new generation of Martians. Był siedemnastoletnim analfabetą, kiedy w 2082 przymusowo wysłano go na Marsa (mam wrażenie, że to pierwszy raz, kiedy osadnicy nie są ochotnikami, a przecież to taki oczywisty pomysł). Bardzo plastyczne, świetnie napisane.



Ken MacLeod "Earth Hour". Morderca czyha na ofiarę (i ma rower, który można przerobić na broń, potrzebuję tego). Ofiara idzie do baru, pod którym czyha morderca. Urzekła mnie scena, w której konającym obcina się głowy i wkłada do wiaderek z lodem, na co wpada policja. Poza tym biotech, genetic upgrade, i Warm War. Fajne, bardzo sprawne, krótkie.



Karl Schroeder "Laika’s Ghost". Sequel "The Dragon of Pripyat", które było w zbiorze 17 z roku 2000, i którego akcja rozgrywa się koło Czarnobyla, w skażonej strefie. W tym natomiast bohater poprzedniego, Gennady (Ukrainiec), ląduje w Stepnogorsku. Dalej klasyczny technothriller, wykradziono plany podręcznej bomby atomowej i trzeba dojść do tego kto i co.



Michael Swanwick "The Dala Horse". Czerwony Kapturek... to znaczy, Linnéa, musi iść do babci. Kiedy jest jej zimno, podkręca temperaturę płaszczyka. Za nią idzie gadający plecaczek. Czyli odległa przyszłość i technologia nieodróżnialna od magii. Ładnie zrobione.



Peter S. Beagle "The Way It Works Out and All". Avram Davidson był pisarzem sf złotego okresu (zmarł w 1993), jego opowiadanie jest w "Drodze do science fiction". Narrator odczytuje pocztówki od niego. W roku 1992 otrzymywał je niemal codziennie, z tak odległych od siebie miejsc, że nie było możliwości fizycznego się między nimi przemieszczenia. A potem spotyka Davidsona i odkrywa the Overneath. Przyjemnie klasyczne, bardzo ładne.



Carolyn Ives Gilman "The Ice Owl". Nominacje do Hugo i Nebuli (novella; przegrana z ostatnim w tym zbiorze). To jest dziewiąta planeta, na której mieszka nastoletnia protagonistka Thorn ze swoją matką. "Every planet was different, it seemed, except that on all of them women wanted something that was forbidden." Podróżuje się przez lightbeam, ale to nadal zajmuje dziesięć czy dwadzieścia lat, podczas których cel zmienia się, nie zawsze na lepsze. Mam wątpliwości, skąd bierze się pieniądze na podróż międzyplanetarną, ale poza tym świat doskonale skonstruowany. Kobiety obowiązkowo nosza kwefy, The Incorruptibles palą szkołę, a Thorn przechodzi okres nastoletniego buntu (chociaż według sequential time ma 145 lat). Precyzyjnie skonstruowany bogaty świat, akcja miejscami ocierająca się o sentymentalizm, ale świetnie się czyta i aż chciałoby się więcej.



Paul Cornell "The Copenhagen Interpretation". Nominacja do Hugo 2012 (novelette*). Trzecie z serii o Hamiltonie, poprzednie też z nominacją do Hugo 2010, ale nie czytałam żadnego. Tu Hamilton przybywa do Kopenhagi, ale ewidentnie nie jest to ta znana nam Kopenhaga. W ambasadzie trzymają panią, którą bohater okazuje się znać. Choć znać jej nie może, bo wygląda tak samo, jak 15 lat temu. Dalej jest jazda bez trzymanki: skrzyżowanie thrillera, historii alternatywnej, lekcji fizyki, oraz czystego szaleństwa. Przedziwna rzecz.



Stephen Baxter "The Invasion of Venus". Narrator jedzie do swojej starej przyjaciółki, żeby z nią pogadać o zbliżających się Obcych, których zamiary nie są znane szerokiej publiczności, natomiast bohaterowi już tak. Nie kierują się na Ziemię, tylko na Wenus. Muszę przyznać, że pomysł świetny i bardzo byłam ciekawa, co dalej (Dozois spojluje w przedmowie, na szczęście unikam ich czytania). Nie rozczarowuje, bardzo ciekawe.



Ian McDonald "Digging". Jesteśmy w the Big Dig na Marsie, gdzie się mieszka pod kopułami, zapasy przybywają z the High Orbital, a Tash jest nastolatką. Są dwa tysiące ludzi w czterech Excavating Cities, więc wszyscy są tu krewniakami, In-cousins i Out-cousins. Dziura natomiast ma 500 km średnicy i kopie się ją, żeby powietrze spłynęło. Pressure, that’s always been the problem with making Mars habitable. Get all the gas into one place. When you’ve got enough of it, turning it into something you can breathe is the easy bit. That’s just bugs and plants and life. Nie jestem przekonana, czy to faktycznie tak działa, ale pomysł ładny, i jak to McDonald, narracja gęsta jak atmosfera Wenus. Akcja za to prosta.



Alastair Reynolds "Ascension Day". Kapitan statku kosmicznego spędził ostatnie 96 lat na planetce, ale w hiperprzestrzeni akurat otworzyło się okienko i pora ruszać w drogę. Bardzo krótkie.



Maureen F. McHugh "After the Apocalypse". Jane z trzynastoletnią Franny próbują przenocować w szopie opuszczonego domu. Są w drodze od miesięcy. Niewiele się tu wydarza, bardzo realistyczne, pomysł zdecydowanie nienowy, ale końcówka mnie zaskoczyła.



Catherynne M. Valente "Silently and Very Fast". Nominacje do Hugo, Nebuli, WFA i Sturgeona, laureat Locusa. Narrator jest AI. Ciągle ewoluuje, a o swoich uczuciach pisze używając notacji z przekreśleniem. Opowieść używa baśni i mitów, i mimo tego wachlarza wyróżnień zupełnie mnie nie przekonała.



Jay Lake "A Long Way Home". Rok 2977, uwzględniając przesunięcie relatywistyczne. Bohater ma 800 lat i eksploruje kosmos, żeby dostarczyć sobie jakiejś rozrywki. Jest w jaskiniach na planecie Redghost, kiedy coś smaży wszelką elektronikę, i Ask ma problemy, ale musi tylko dotrzeć do pobliskiej wioski, dwa tygodnie piechotą, pestka. Okazuje się jednak, że z całej planety tajemniczo wyparowali ludzie, nie zostawiając ciał. Kosmiczne "Wielkie solo". Podobno wyjaśnienia są w kolejnych opowiadaniach z cyklu, albo nawet w powieści, ale nie odczuwam potrzeby ich poznania.



Dave Hutchinson "The Incredible Exploding Man". Narrator wojskowym helikopterem przybywa do Point Zero, nad którym unosi się chmura. Żadne wiatry jej nie rozpraszają. Okazuje się, że to wynik wypadku Zderzacza, w którego epicentrum narator się znalazł. Świetnie napisane, bardzo staroświeckie, uwierzyłabym, że zostało napisane w 1952, oczywiście z tytułu widać, że to celowa konwencja.



Geoff Ryman "What We Found". Nebula 2011 (novelette). Makurdi, Nigeria, podobno miejsce nie tak zacofane, jak ludzie myślą. Narrator wspomina swoje dzieciństwo, trudne. Czytelnik się zastanawia, gdzie tu fantastyka, i istotnie jest jej niewiele. Bohater odkrywa, że stres przeżyty w dzieciństwie ma wpływ na potomków tej osoby przez dwa pokolenia. A potem, że the mere act of repeated observation changed the real world. Przepiękna rzecz, wspaniale wyrastająca ponad fantastykę, tak świetnie napisana, że długo nie mogłam się otrząsnąć z wrażenia.



Tom Purdom "A Response from EST17". Na orbitę planety Extra-Solar Terranoid 17 wchodzi wysłana przez ludzi zwiadowcza AI, the Betzino-Resdell Exploration Community, i odkrywa, że jest tam już konkurencyjna AI, która wystartowała później, dotarła wcześniej, a teraz żąda od Betzino-Resdell zaprzestania eksploracji. Ta ostatnia nie zamierza jednak zrezygnować. Na planecie natomiast jest zaawansowana cywilizacja. Kilka świetnych pomysłów, wrzuconych jakby od niechcenia. Jest to rzecz o skomplikowanej wojnie opartej na kalkulacjach matematycznych.



Ian R. MacLeod "The Cold Step Beyond". Bess of the Warrior Church trenuje w lesie w oczekiwaniu na wroga. Zamiast niego pojawia się jednak półnaga dziewczynka. Fantasy typu "bardzo zaawansowana technologia, której nikt już nie rozumie".



David Klecha and Tobias S. Buckell "A Militant Peace". Bliska przyszłość, inwazja na Koreę Północną. Pokojowa, jak w tytule. Pytanie, jak długo uda się utrzymać ten stan rzeczy. Interesujące, sprawne.



Robert Reed "The Ants of Flanders". Współczesność. Simon Bloch, niemal dwumetrowy szesnastolatek, niezdolny do odczuwania strachu, wraca do domu późno wieczorem z the Zoo School gdy nagle świat wpada w popłoch, bo okazuje sie, że statek alienów wielki jak Ziemia szybko się do niej zbliża i za pięć minut z nią zderzy. Miałabym parę pytań, na przykład, dlaczego wszyscy przeoczyli coś wielkości planety w Układzie Słonecznym. Autor powiada, że po prostu - nie zauważyli, i płynnie przechodzi do dalszej części akcji, w której pod nogi Simona spada kosmiczne jajo, a w środku jest alien. Bardzo precyzyjna wizja apokalipsy i chaosu. Były o tym miliony komiksów i filmów, ale sposób opowiadania Reeda ma w sobie coś świeżego.



Gwyneth Jones "The Vicar of Mars". Aleuta i obcy spotykają się w miejscowości Butterscotch na Marsie, gdzie żyją głównie osadnicy ludzcy, do obcych mający stosunek podejrzliwy. Ten konkretny alien jest natomiast the High Priest of the Mighty Void i czuje się w obowiązku odwiedzić kobietę najwyraźniej potrzebującą duchowego wsparcia. Lub szaloną. Rzadka mieszkanka sf planetarnego z horrorem.



Lavie Tidhar "The Smell of Orange Groves". Opowiadanie wchodzące w skład Stacji Centralnej, chociaż delikatnie rozbite. Opowiada o Klątwie Weiweia, który zapragnął, żeby cała jego rodzina dzieliła się wspomnieniami, i tak się stało. Uświadomiłam sobie, że narracja mi przypomina "Kroniki marsjańskie" Bradbury'ego.



Michael F. Flynn "The Iron Shirts". Year of Grace twelve hundred and four and twenty, mężczyźni o irlandzkich, a raczej gaelickich, nazwiskach biorą udział w jakiejś malowniczej potyczce. Potem pojawiają się tajemniczy goście zza Zachodniej Wody, the Red Foreigners. Przydaje się wiedza, że w Ameryce w epoce lodowej wyginęły konie, i wróciły tam dopiero z Kolumbem. Rozdziały noszą natomiast tytuły podgatunków muzyki irlandzkiej. Dopracowane w najmniejszym szczególiku.



Pat Cadigan "Cody". Bohater jest w hotelu w Kansas City, jest bliska przyszłość. A potem go porywają, gdyż jest kurierem przenoszącym wiadomości we własnym mózgu. Sprawne i nastrojowe, ale nieco wydumane. Zwłaszcza tej obcej osoby w pokoju motelowym na samym początku kompletnie nie zrozumiałam. Chyba nawet w Stanach nie ma takiego zwyczaju?



Michael Swanwick "For I Have Lain Me Down on the Stone of Loneliness and I’ll Not Be Back Again". 200 lat po dublińskim powstaniu w 1916 Amerykanin irlandzkiego pochodzenia przed wylotem w kosmos (wygrał bowiem bilet na loterii) przyjeżdża odwiedzić ziemię przodków. A tam spotyka Mary. Na Ziemi są też Obcy, zwani Outsiders. Znakomicie napisane, świetni bohaterowie, nieoczywiste wybory, przyjemnie prosta historia, zaskakuje mnie brak nominacji do nagród.



Yoon Ha Lee "Ghostweight". Lisse ukradła statek wojenny, war-kite, a raczej właśnie próbuje go ukraść. Wszystko się tu składa jak origami, a bohaterka nosi ze sobą ghosta. Przedziwna space opera, niepozbawiona specyficznego uroku.



Jim Hawkins "Digital Rites". Oscarowa gwiazdeczka Amber Holiday ginie na wakacjach w Grecji. To dopiero pierwsza z cyklu podobnych śmierci. Wszystko opisane w czasie teraźniejszym w konwencji scenariusza. Bardzo sprawny technothriller, dużo Grecji, zakończenie rozczarowujące.



Alec Nevala-Lee "The Boneless One". Jacht na środku Atlantyku północnego. "For the past two years, he knew, the 'Lancet', under Ray’s funding and guidance, had been using the latest technology to sample the incredible genetic diversity of life in the ocean, with the unspoken goal of finding genes and microbes with commercial potential." Trzecia w nocy, w wodzie światła, okazuje się, że to świecące ośmiornice. Nieoczekiwanie jest to thriller.



Peter M. Ball "Dying Young". Do baru wchodzi cuchnący siarką smok i zamawia whisky. W barze są też klony szeryfa, ’borgi Doca, oraz narrator, który ma trzecie oko. To mogłaby być westernowa fantasy, ale to jest jednak sf. Westernowe. Rewelacyjnie napisane i pomyślane też nieźle.



Chris Lawson "Canterbury Hollow". Moko i Arlyana spotykają się na wycieczce na umierającej planecie Musce, której słońce zniszczyło atmosferę, ludzie żyją więc pod powierzchnią. Wychodzi na jaw, że obydwoje są balloted i chcą się wspiąć na Cantenbury Hollow. Fantasy typu "odległa przyszłość", z ładnie zrobioną scenografią. Smutne.



Ken MacLeod "The Vorkuta Event". Strasznie nadęta pierwszoosobowa narracja, uzasadniona tym, że bohater jest studentem ostatniego roku, pisze pracę końcową, i przy tej okazji odkrywa, że jego szanowany profesor był w młodości wyznawcą Łysenki. Ten opowiada mu, jak w 1947 spotkał Stalina, Berię, i Łysenkę właśnie. Bardzo staroświeckie opowiadanie.



Kij Johnson "The Man Who Bridged the Mist". Laureat Hugo i Nebuli (novella). Kit przybywa ze stolicy do Nearside, i szuka promu, żeby przekroczyć mgłę do Farside. Będzie pracował przy budowie mostu przez mgłę, która rozdziela Imperium na część wschodnią i zachodnią, a przepływanie przez nią jest niebezpieczne. Low fantasy podbudowana bardzo solidną technologią i rzetelną konstrukcją świata, pomysłowe, świetnie przemyślane, doskonale napisane, im dalej w tekst, tym lepsze, przejmująco prawdziwe i doskonałe. Koniecznie muszę sprawdzić, co autorka jeszcze ma na koncie, bo to nie pierwszy raz, kiedy mnie zachwyca.


___

*Hugo 2012 w kategorii novelette zdobyła Charlie Jane Anders za "Six Months, Three Days". Prześliczna rzecz, w której parę stanowią widząca możliwe przyszłości Judy i widzący tylko jedną przyszłość Doug.




-> 30

2019-04-12 09:13:59 Komentuj (0)

---


"Jak pokochać centra handlowe" Natalia Fiedorczuk-Cieślak

Na początku książki narratorka jest w ciąży. Bierze hormony na podtrzymanie, znosi ich skutki uboczne, ma problemy z akceptacją zmieniającego się ciała. Widzimy obrazki z kolejnych centrów handlowych, przed i po urodzeniu dziecka. Potem autorka odchodzi od tej klamry narracyjnej. Oglądamy jej wizytę u psychiatry, z depresją poporodową. Bohaterka ma sporo szczęścia: stać ją na lekarza i leki, które bardzo szybko jej pomagają. Ma dobrego męża, który bardzo ją wspiera, oboje mają lepszą czy gorszą pracę, jest do pomocy babcia. A jednak to męcząca lektura, pełna rzeczy, których o macierzyństwie się nie mówi, a czasem można być zaskoczoną nawet z osobistymi doświadczeniami w tej materii. Zdumiało mnie na przykład, że karmienie piersią może boleć. W rodzinie bardzo szybko pojawia się kolejne dziecko, co nie ułatwia życia. Książka kończy się przejmującą sceną, w której matka w hipermarkecie patrzy na swoje - wyjątkowo grzecznie się bawiące - dzieci, i wyobraża sobie, jak znika, wyjeżdża gdzieś daleko, podejmuje własne życie. Samodzielne.

Miałam wrażenie, że to bardzo szczera narracja - może nawet aż przesadnie. Otóż w posłowiu Fiedorczuk wyjaśnia, że tekst powstał nie tylko na podstawie jej własnych przeżyć, ale również i rozmów z kilkudziesięcioma kobietami. Trochę mi idiotycznie ulżyło, że to wszystko nie było udziałem jednej kobiety, choć ponownie - nic tu się strasznego nie wydarza. Są miliony kobiet, które mają gorzej, trudniej, ciężej. Porównywać można bez końca, i bez sensu.

Mąż i ojciec dzieci jest tu tylko statystą. Słusznie, bo najczulszy, najlepszy, najbardziej świadomy i wspierający mężczyzna nigdy nie będzie miał tych czysto fizycznych doświadczeń, która ma kobieta. 10 miesięcy po teście ciążowym ojciec nadal jest sobą, identycznym jak wcześniej, nawet jeśli pojawiła się u niego miłość i poczucie odpowiedzialności. Kobiecie świat wywrócił się do góry nogami ze trzy razy. Nawet tym, które świetnie zniosły ciążę, poród, i wróciły błyskawicznie do formy.


2019-04-10 10:16:04 Komentuj (0)

---


"Oczy uroczne" Marta Kisiel

Trzecia część cyklu "Dożywocie", choć bohaterowie poprzednich się tutaj w ogóle nie pojawiają. Warto natomiast przeczytać zawczasu opowiadanie "Szaławiła", tam bowiem poznajemy Odę Kręciszewską, która w "Oczach urocznych" jest główną bohaterką, lekarką po czterdziestce. Mieszka w domu na odludziu z Bazylem i Kuleczką (Kuleczka jest psem; Bazyl bynajmniej) i pracuje na pół etatu w pobliskiej przychodni, razem z doktorem Krzysiem. Przyjaźni się z Rochem, milkliwym płanetnikiem. Po bardzo długiej i ciepłej jesieni nadchodzi zima, która przyniesie ze sobą coś złego. Oprócz zimna nadciąga śmierć, a przesilenie zimowe jest czasem, który sprzyja nieludziom, również tym o złych zamiarach.

Wierzenia słowiańskie są mocną stroną powieści Kisiel, tu kolejny raz udowadnia, że potrafi ze swojej wiedzy zrobić doskonały użytek. Są tu też aluzje do klasyki literackiej, i miejscami bardzo zabawna narracja, śmiałam się głośno i to więcej niż raz. Poza zabawą jest nieco dramatyzmu, przewijają się poważne tematy - czyli zupełnie jak u Pratchetta. Będę niecierpliwie czekać na kolejne jej książki.

2019-04-08 09:47:40 Komentuj (0)

---


"To nie jest kraj dla starych ludzi" Cormac McCarthy

Na pierwszej stronie Chigurh ucieka z aresztu, mordując policjanta. Na paru kolejnych Llewelyn Moss polując na granicy meksykańskiej na antylopy, natrafia przypadkiem na trzy samochody podziurawione kulami, zawierające trupy, narkotyki, i pieniądze. Te ostatnie zabiera, i zaczyna ucieczkę, która będzie tematem powieści. Przeplatana dochodzeniem prowadzonym przez policjantów. Zastanawiałam się, dlaczego mam wrażenie, że akcja jest tu niezwykle skoncentrowana, skoro McCarthy opisuje każdą czynność bardzo szczegółowo: zatrzymał się, stanął, położył, nasłuchiwał. To kwestia używania głównie czasowników i pozbycia się opisów do absolutnie niezbędnego minimum. W każdym zdaniu coś się tu dzieje. Stąd wrażenie gorączkowego pośpiechu, mylące, ponieważ jednocześnie jest tu ogromna precyzja w tworzeniu opowieści. McCarthy nie uznaje w tekście żadnych ozdobników, jak choćby myślniki do zapisu dialogu, twierdząc, że jeśli coś jest dobrze napisane, to nie są potrzebne. Ma rację, choć w mojej głowie to brzmi, jakby postaci posługiwały się telepatią. Nie słyszę ich.
 

Zmęczyła mnie ta lektura, zupełnie nie jestem przekonana do sensu opisywania kolejnych krwawych zabójstw. Jeśli chodzi o psychopatów, to o wiele lepsza jest "Inna dusza". McCarthy próbuje co prawda wprowadzić jakąś filozofię na temat "jest coraz gorzej, coraz więcej zła na świecie" - cóż, mam własne zdanie na ten temat. Zła jest coraz więcej, ponieważ jest coraz więcej ludzi w ogóle, krzywa Gaussa jest nieubłagana. Od pisania i czytania takich książek się ta sytuacja nie zmieni.
 

Istnieją dwa polskie tłumaczenia, należy czytać to nowsze, Roberta Sudoła.


2019-04-06 20:14:13 Komentuj (7)

---


Krótkie opowiadania nominowane do Hugo 2019

Na liście nominacji do Hugo w kategorii krótkich opowiadań znalazły się ku mojej radości trzy najlepsze opowiadania z listy nominowanych do Nebuli , czyli
  • “The Court Magician” Sarah Pinsker
  • “The Secret Lives of the Nine Negro Teeth of George Washington” P. Djèlí Clark
  • “A Witch’s Guide to Escape: A Practical Compendium of Portal Fantasies” Alix E. Harrow

Pozostałe trzy to


The Rose MacGregor Drinking and Admiration SocietyT. Kingfisher (pseudonim Ursuli Vernon). Sześciu mężczyzn, selkie, oraz koń, który zazwyczaj jest koniem, chyba że chce więcej piwa, siedzą przy ogniu i wspominają tytułową Rose MacGregor. Pratchettowa w duchu fantasy, urocza i przezabawna.

STETSarah Gailey. Arcyciekawe ze względu na formę: to współedytowany fragment pracy naukowej o autonomicznych samochodach, pisanej około 2043, składający się z przypisów, komentarzy i odpowiedzi na nie. Bohaterka, czyli autorka pracy, ma bardzo osobiste podejście do tematu, w trakcie czytania dowiadujemy się, dlaczego. Przejmujące, świetnie przemyślane, aktualne, nieoczywiste.

The Tale of the Three Beautiful Raptor Sisters, and the Prince Who Was Made of MeatBrooke Bolander. Dawno dawno temu były sobie trzy siostry dromeozaury. A potem pojawił się książę, z gatunku człowiek. Baśń opowiadana dziecku, które zdecydowanie człowiekiem nie jest. Ładne, ale wydaje mi się, że już taki pomysł gdzieś widziałam.

*

Sześć świetnych opowiadań. Ze względu na wagę tematu i nowatorskie podejście wybrałabym "Stet".

Na liście nominacji powieściowych, ku mojej jeszcze większej radości, jest "Moc srebra" Naomi Novik oraz "Record of a Spaceborn Few" Becky Chambers. Cały cykl Wayfarers Becky Chambers jest również nominowany i konkuruje z "The Laundry Files" Strossa. W kategorii novella znalazł się oczywiście Murderbot.





2019-04-04 09:24:51 Komentuj (0)

---


"Czerwone krzesło. Tajemnica mostu. Olbrzym" Andrzej Maleszka

Pierwszą książkę z cyklu "Magiczne drzewo" dostaliśmy od koleżanki, i lektura nas bardzo wciągnęła (tak bardzo, że ściągałam kolejne części w papierze z Polski, ebooków bowiem nie ma), chociaż przyznaję, że dziecko musiało znosić moje nieustanne uwagi typu "do Kopenhagi nie da się dojechać pociągiem z Polski! Jakim cudem jadą przez przełęcz, ona jest na granicy, już przejechali przez granicę! Jaki szlaban na granicy, w Unii jesteśmy! Jakie 400 km, najwyżej 200! Tsunami by ich zmiażdżyło, a nie uniosło do góry!" i tak dalej. Są tu takie, mnie irytujące, szczegóły - nie nazwę ich niedoróbkami, bo są konieczne dla rozwoju akcji, poza tym thrillery też nie są w końcu realistyczne i nikt się nie czepia (chyba, że ja). Natomiast cała reszta jest obmyślona bardzo starannie. Odgrywające tu istotną rolę czerwone krzesło może magicznie oddziaływać, ale tylko na to, co widać. To bardzo dobre ograniczenie. Fajne jest też to, że dzieci nie zawsze formułują swoje życzenia przezornie, stąd dostają rzeczy nie całkiem praktyczne. Wielokrotnie pytałam dziecko, co teraz bohaterowie powinni zrobić, i parę razy wpadliśmy na lepszy pomysł niż autor, ale wcale nie tak często. Parokrotnie zwroty akcji porządnie zaskoczyły nawet mnie. Ba - kilka razy wybiegłam w przód oczami tak bardzo, że z wrażenia przestawałam czytać na głos. Z punktu widzenia smrodku dydaktycznego też jest całkiem nieźle. Dzieci niekoniecznie się lubią, ale na ogół odpowiedzialnie ze sobą współpracują. Autor nie twierdzi, że się nie boją - przeciwnie, pokazuje, jak przełamują swój strach.

2019-04-02 09:24:29 Komentuj (0)

---


Maltuzjanka

Kiedy koleżanka opowiedziała mi o przejawie agresji, jaki ją spotkał zupełnie przypadkiem, podzieliłam się z nią moją hipotezą, która głosi, że podświadomie jako gatunek czujemy, że zrobiło się nas za dużo, stąd narastająca w ludziach agresja i podziały. Koleżanka spojrzała na mnie kątem oka i rzekła "to ty taka maltuzjanka jesteś!". W pierwszym odruchu się oburzyłam, że zaraz takie określenia - ale przeludnienie jest złe, i to jest fakt. Koleżanka oględnie stwierdziła, że to hipokryzja, bo mamy przecież dzieci (ona właśnie urodziła drugie, więc nie był to najlepszy moment na takie dywagacje), miałam jednak odpowiedź i na to - dopóki ograniczamy się do najwyżej dwójki, jest ok. Biorąc pod uwagę kobiety, które nie chcą lub nie mogą mieć potomstwa, ta cyfra zapewniłaby nam przedłużenie gatunku zmniejszając jednocześnie łagodnie jego liczebność.

Człowiek jest zwierzęciem stadnym, lecz przystosował się do życia w niewielkich grupach. Są badania mówiące, że ogarniamy umysłem około 500 znajomych, a 1500 jesteśmy w stanie rozpoznać z twarzy (to jest, jeśli nie mamy prozopagnozji - ja rozpoznaję po twarzy może ze cztery osoby, i to niekoniecznie znajome). Zwierzęta też żyją w stadach, których liczebność ulega zmianie z powodu naturalnych wrogów, więc w obrębie gatunku nie muszą już ze sobą walczyć - robią to tylko tak silne zwierzęta jak lwy. Problem homo sapiens polega na braku wrogów. Przez tysiąclecia utrzymywał więc swoją ekspansję w ryzach we własnym zakresie, tworząc zwalczające się grupy. W ostatnich czasach na świecie zapanował niespotykany pokój, gatunek ludzki rozmnaża się więc niepohamowanie. Uważam, że nasza podświadomość ostrzega nas przed płynącym z przeludnienia niebezpieczeństwem, stąd narastająca wrogość i wyraziste podziały na "my" i "oni". Podświadomość szuka drogi do przetrzebienia homo sapiens. I znajdzie ją. Zawsze byliśmy swoim najskuteczniejszym wrogiem. Natura wiedziała co robi, wbudowując nam ograniczniki.


2019-03-31 17:48:59 Komentuj (0)

---


"Tamte dni, tamte noce" André Aciman

Książka leżała na kindlu, i leżała, i leżała, ponieważ wprawdzie zazwyczaj nie pamiętam filmów, ten jednak pamiętałam doskonale, łącznie ze swoją żywiołową antypatią do jednego z głównych bohaterów. Obawiałam się, że to wspomnienie wpłynie negatywnie na odbiór powieści. Otóż niesłusznie. Owszem, charakterystyczne "later" natychmiast zadźwięczało mi w uszach (tłumacz zdecydował się na dosłowne "później", naturalniej po polsku zabrzmiałoby "na razie" czy wręcz "narka"), i potem też przed oczami miałam kadry z filmu, natomiast zasadnicza różnica jest taka, że tu mamy wgląd w Elia, narratora pierwszoosobowego. Reżyser i aktorzy zrobili doskonałą robotę oddając jego stany ducha, ale nadal - z zewnątrz wielu subtelności nie widać tak, jak opowiada o nich bohater. A o tym właśnie jest opowieść. O pierwszym zakochaniu, niosącym w dodatku smak zakazanego owocu. O wiwisekcji własnych, sprzecznych uczuć - intensywnych, jak żadne później już nie będą. Aciman umiejętnie podszywa tę relację nostalgią. Wiemy od początku, że opowiada to człowiek sporo starszy, który dopiero z perspektywy czasu wie, co naprawdę go spotkało, wtedy, tamtego lata. To wybija się też na pierwszy plan w filmie, stąd podobał mi się polski tytuł. Dopiero z książki widzę, jak istotna jest tu oryginalna zamiana imion, symbolizująca tak totalne pragnienie splecenia się z drugą osobą, żeby aż się nią stać.

Film jest bardzo wierny książce, natomiast urywa się przed jej zakończeniem. Słusznie. Płakałam nad nim tak, że przemoczyłam sobie nie tylko poduszkę, ale i kołdrę, mimo że nie dzieje się tam nic, co by taką reakcję usprawiedliwiało. Te strony są dojmująco, przeraźliwie smutne. Autor z niezrównaną maestrią pokazuje, że za każde przeżyte w życiu piękno trzeba zapłacić jego utratą. Że gwiazdy są nam dane tylko raz. Że raj naszej młodości, który wtedy przyjmowaliśmy za coś oczywistego i danego raz na zawsze, przemija, i nie ma doń powrotu. Bardzo piękna, przejmująco smutna książka.

Zuzance też się podobała.


2019-03-29 09:19:49 Komentuj (5)

---


"Pani Kebab. Opowieść polskiej emigrantki" Kamila Czul

Pani Kebab bynajmniej nie sprzedaje kebabów, jak sądziłam w pierwszej chwili, widząc tytuł. Mieszka w Anglii, w mieścinie pod Notthigham oraz w Leeds (te dwa miasta pojawiają się tu na przemian) i uczy tam angielskiego w szkole, gdzie trafiają uczniowie, którzy sobie nie radzą gdzie indziej. Zbieranina Polaków, czeskich oraz słowackich Cyganów, i wszelkich innych narodowości, których rodziny nierzadko ocierają się o więzienie. "Nazwa mojego stanowiska pracy brzmi: asystent ds. języków wschodnioeuropejskich. Uznali pewnie, że wsio rawno, Lech, Czech czy Rus, i już pierwszego dnia pracy okazało się, że moi nowi uczniowie to wyłącznie czescy i słowaccy Romowie. Miałam szczęście, że moją pierwszą podopieczną została Katrina, fajna, inteligentna dziewczynka, która uczyła mnie czeskiego z równą cierpliwością, co ja ją angielskiego".

Narratorka posługuje się niezwykle barwnym i potoczystym językiem, nie unikając wulgaryzmów, ale to, co opisuje, dorównuje stylowi. Jest raczej gorzko i przejmująco niż zabawnie, choć bywa i tak. To pierwsza część. W drugiej są migawki z rozmaitych prac zleconych: autorka pracowała jako tłumaczka, na przykład przy policyjnym nalocie na burdelik, gdzie pracowały Polki. Jak się okazało, z własnej woli, zachwycone warunkami.



2019-03-27 09:15:54 Komentuj (0)

---


Biblioteki

Siedem lat później postanowiłam dopisać ciąg dalszy o bibliotekach mego życia.

Czwarta, a właściwie trzy czwarte, była duża biblioteka niedaleko od naszego domu - szło się koło mojej podstawówki, jeszcze kawałek prosto, przez skwer na skos (teraz na skos nie można, zbudowano tam muzeum), jeszcze kawałek, i były wąskie drzwi do trzypiętrowego raju. Na samej górze biblioteka dla dzieci, niżej dla młodzieży, na dole dla dorosłych. Z tej dziecięcej korzystałam chyba relatywnie niewiele, bo musiałam tam chodzić z Mamą (aczkolwiek utkwił mi w pamięci "Pinokio", do którego żywiłam uczucia mieszane - jakoś za dużo nieszczęść go spotykało), natomiast po drodze do niej przechodziło się obok cudnego małego okrągłego okienka, które fascynowało mnie prawie tak jak księgozbiór. W późniejszych klasach podstawówki usamodzielniłam się i zaczęłam łazić co najmniej raz w tygodniu na spacerek do tamtejszej biblioteki na pierwszym piętrze. Pamiętam z niej obfity wybór powieści Erskina Caldwella, które dlaczegoś mi się straszliwie podobały, oraz Steinbecka "Pastwiska niebieskie", które podobają mi się do dzisiaj. I "Grendela" Johna Gardnera. I Borgesa. I Cortazara. I.

Potem była biblioteka licealna, i tu zaskoczenie, ponieważ nie korzystałam z niej praktycznie wcale. Nie mogę sobie przypomnieć dlaczego. Zdaje się, że nie było tam wolnego dostępu do półek, co w moim pojęciu natychmiast przekreśla ideę biblioteki, a nawet zaprzecza jej definicji. Pożyczyłam tam zaledwie parę książek w ciągu czterech lat edukacji. Był wśród nich jednak tom wierszy Herberta, co sprawia, że nie mogę z czystym sumieniem tej biblioteki wykreślić ze spisu. W liceum zapisałam się również do biblioteki British Council i zakochałam się natychmiast w ich systemie kopertek i kart książek. Poza tym pożyczyłam z niej "Franky Furbo" Whartona, którego "Ptaśka" uwielbiałam, i przeżyłam pierwsze w swoim życiu świadome zetknięcie z grafomanią. Bolało - ale tak dalece nie ufałam swojej zdolności oceny, że przeczytałam ją do końca, a nieco później pożyczyłam jeszcze polski przekład i też go przeczytałam, nie mogąc zrozumieć, jakim cudem autor "Ptaśka" napisał tak złą książkę. Ba, gwoli całkowitej pewności przeczytałam jeszcze z 10 jego kolejnych książek (w tym naprawdę potwornych "Spóźnionych kochanków", którym nawet Paryż nie pomógł, a to już jest wyjątkowa sztuka). No cóż, zawsze byłam uparta. Z British Council wyjątkowo wyraziście pamiętam też "Vermillion Sands" Ballarda, jednego z najdziwniejszych i najciekawszych brytyjskich autorów sf. Niezwykle nastrojowy zbiór opowiadań, do dziś nie przełożony na polski, a szkoda. Biblioteka British Council była również pierwszą, w której miałam problem z terminem oddawania - po angielsku czytałam jednak sporo wolniej niż po polsku. W pozostałych bibliotekach problemem było raczej ograniczenie na liczbę pożyczanych książek, które zresztą niejednokrotnie przekraczałam, posługując się siłą sugestii i wrodzonym urokiem osobistym. Parę razy też zdarzyło mi się zanieść do jednej biblioteki książkę z innej, co nieodmiennie zadziwiało bibliotekarki.

Biblioteka na wydziale posiadała oczywiście jedynie podręczniki i inną literaturę fachową, więc była znacznie mniej interesująca, poza tym też nie było swobodnego dostępu do półek i trzeba było pożądaną pozycję zamawiać. Bywałam w niej jednak często, bo miała przecudną, świeżo odnowioną czytelnię z niesłychanie wygodnymi fotelami. Można się nawet było w nich nieco zdrzemnąć pod pozorem nauki.

Po przeprowadzce do Wrocławia okazało się, że dorosłe życie oznacza chodzenie do pracy, a to jest niekompatybilne z chodzeniem do bibliotek, które się zamykały bodaj o 18. Na szczęście okazało się również, że w tym pięknym mieście biblioteki są czynne w soboty, co spowodowało, że zapisałam się do biblioteki osiedlowej, do biblioteki nieco dalej, gdzie był lepszy wybór, oraz do biblioteki w Rynku, gdzie wyboru nie było w ogóle - prawie dosłownie puste półki, pewnie dlatego, że zapisany tam był cały Wrocław. Obok natomiast była biblioteka obcojęzyczna, do której też uczęszczałam z radością, a pamiętam z niej wyjątkowo szczegółowe rewersy, których wypisanie zajmowało całe długie minuty. A na dole było przyjemne stoisko z fantastyką. Wychowana byłam w przekonaniu, że książek się nie kupuje, ewentualnie wyjątkowo, bo przecież są biblioteki. Zawsze było w domu coś pilniejszego do kupienia. Już w dorosłym życiu pewnego dnia nagle do mnie dotarło "ach, przecież ja zarabiam pieniądze, stać mnie, mogę sobie KUPOWAĆ KSIĄŻKI!". I właściwie wtedy dopiero odkryłam księgarnie. Wracając jednak do tematu bibliotek, tej na Sztabowej wierna byłam jeszcze po mojej przeprowadzce do własnego mieszkania, chociaż zupełnie nie było mi to po drodze. Tak było aż do wyjazdu z Polski, i pewnie nadal gdzieś tam mam kartę z tej właśnie biblioteki.

A potem przyjechałam tu, rozeznałam się w kwestii bibliotek, okazało się, że muszę przynieść dowód zamieszkiwania (justificatif de domicile), a zanim się takiego doczekałam, pragnienie zapisania się do biblioteki zeszło chwilowo na dalszy plan. Potem z kolei zaczęłam mieć obsesję, że muszę czytać po polsku, bo przecież inaczej natychmiast zapomnę języka ojczystego, i zaczęłam się zaopatrywać w książki polskie (z pewnością zadziałał tu mechanizm, że pożądane jest to, co niedostępne aktualnie). Moje obecne miejsce zamieszkania ma jedną kartę działającą we wszystkich lokalnych bibliotekach, bardzo dobry wynalazek. Nauczyłam się zamawiać w nich książki przez internet, po czym loterią jest, do której z dwóch głównych mediatek dostarczą zamówienie, i czy w mailu udzielą informacji właściwej, czy jednak mylącej. Odwiedzamy też regularnie jedną mniejszą bibliotekę, żeby pożyczać tam lektury dla dziecka. Przy tej okazji nieodmiennie ciekawie zerkam na półki, pamiętając jednak, że na kindlu czeka kolejka.

Poza tym w moim życiu były rozmaite małe wypożyczalnie na wakacjach, oraz zostawało pożyczanie książek od znajomych. W ten sposób na wakacjach z rodzicami nad morzem, gdy szłam do pierwszej klasy, przeczytałam "Mity greckie", nie pamiętam które, ale chyba Markowskiej (te miałam na pewno w domu) i to była kolejna moja miłość na długie lata, do tego stopnia, że konkurs mitologiczny w pierwszej klasie liceum wygrałam w cuglach i właściwie nawet się do niego nie przygotowując. Do dzisiaj, kiedy jestem u kogoś w gościach, sprawdzam, co ma na półkach. Ponieważ znajomych dobieram sobie starannie, zazwyczaj kończy się to wyciągnięciem szczególnie interesującej pozycji i odkryciem czegoś, w co muszę potem się zaopatrzyć we własnym zakresie, żeby spokojnie doczytać. Tak było na przykład ze "Stulatkiem, który wyskoczył przez okno" oraz "Panem Lodowego Ogrodu".


2019-03-25 09:22:07 Komentuj (6)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Anglik w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem