DS magazine
Bertrand Russell

Rodzicem być

Kiedy zostajesz rodzicem, nie mówią ci, że od tej pory twoje życie będzie pełne wyłącznie sprzecznych uczuć, doświadczanych jednocześnie. 
Duma i przerażenie. 
Tęsknota, kiedy go nie ma, i radość z możliwości odpoczynku. 
Strach i zachwyt. 
Pragnienie uchronienia przed całym groźnym światem, i pragnienie wychowania niezależnego człowieka. 
Przekonanie, że bez względu na wszystko zawsze będę przy nim, i brutalna świadomość, że kiedyś zostanie sam.  

Nie mówią ci, że będziesz już zawsze żyć w strachu przed pojawieniem się na twoim progu ponurych panów w czerni, którzy surowo zapytają, gdzie masz zdane egzaminy, świadectwa ukończenia kursów i szkoleń, i co sobie właściwie myślisz wychowując człowieka bez wymaganych licencji i zezwoleń.


2019-05-26 12:28:35 Komentuj (0)

---


"The Fated Sky" Mary Robinette Kowal

W czasie pisania "The Calculating Stars" Kowal stwierdziła, że ma materiału na dwie książki, co mnie osobiście bardzo cieszy. (Bardziej by mnie ucieszyło pięć albo dziesięć; jedna w każdym razie ma nadejść w przyszłym roku). Tu odchodzimy nieco od prawdy historycznej, lecimy bowiem na Marsa, natomiast nadal jest to rok 1962, nie ma żadnych fantastycznych wynalazków, ba - nie ma przecież nawet komputerów ani internetu. Jest czysta żywa technika, inżynieria, mechanika orbitalna, i ludzie. Autorka świetnie odmalowuje problemy związane z interakcjami uczestników wyprawy. Parker jest znacznie bardziej wielowymiarowy, niż można było się spodziewać po pierwszym tomie, a nasza bohaterka Elma nie jest tak nieskazitelna, jak chcielibyśmy w to wierzyć. Jestem pełna uznania dla katastrofy kosmicznej, wynikającej z najbardziej przyziemnego powodu, jaki można sobie wyobrazić, a przecież bardzo realistycznej. Nie pamiętam, kiedy coś przeżywałam do tego stopnia, wielokrotnie ze łzami w oczach. Jest tu kawał solidnego researchu i wielkiej wyobraźni.

Za naciągany uważam pomysł wysyłania dwóch statków oddzielnie, zupełnie nie widzę sensu (wiem - oni widzieli), a już zupełnie nie ogarniam tego trzeciego, bezzałogowego. Po co trzykrotnie zwiększać konieczność manewrowania? Pomysł, że na statku będzie pralka i piekarnik, też wydaje mi się wątpliwy (acz uroczy). No i szyfr: nie mogli wymyślić czegoś nieco bardziej skomplikowanego, a przynajmniej pisać bez spacji? Ale to się jeszcze broni, po pierwsze bez komputera trudno coś innego zakodować i odczytać; po drugie, jak to zwykle ludzie ponadprzeciętnie inteligentni, nie doceniali inteligencji otoczenia; po trzecie autorka zadbała o to, żeby w tych okolicznościach nawet trudniejszy szyfr dało się złamać. Męczyło mnie trochę nieustanne dziwienie się Elmy zachowaniu Parkera, ale to też się broni psychologicznie. Oczywiście, że przebywając tyle czasu w ograniczonej przestrzeni z sześcioma osobami przypisuje się nadmierne znaczenie każdemu słowu i gestowi innych. W końcu innej rozrywki nie mieli.

*

Uzupełnieniem dylogii jest opowiadanie "The Lady Astronaut of Mars", chronologicznie pierwsze, i nagrodzone Hugo 2014 (w kategorii novelette). Opowiada o tym, co się wydarzyło trzydzieści lat później, kiedy Nathaniel był umierający, a sześćdziesięcioletnia Elma dostała propozycję ostatniej misji. Co prawda dwie powieści Kowal oswoiły mnie nieco z jej bardzo przyziemnym, pozbawionym ogródek podejściem do tematyki, ale i tak uważam, że fantastyka nie powinna tak wyglądać. Nie chciałam przeczytać tak bezpośredniego opisu umierania ukochanej osoby, zwłaszcza tej, do której zdążyłam się przywiązać przez dwa tomy. Ale to jest dobre opowiadanie, w którym mamy wnikliwy opis trudnego wyboru.

2019-05-23 09:38:40 Komentuj (0)

---


"The Calculating Stars" Mary Robinette Kowal

Zaczyna się mocnym uderzeniem, mianowicie meteorytu, który kompletnie niszczy Waszyngton i okolice. Pomysł nie całkiem oryginalny, ale w tym ujęciu i owszem, ponieważ jest 1952. Stany rządzone przez Thomasa Deweya (w naszej linii czasowej przegrał w 1948 z Trumanem) wyniosły właśnie na orbitę trzeciego satelitę. Zimna wojna trwa. Protagoniści, młode małżeństwo, pracują dla NACA, ówczesnego pierwowzoru NASA. Narratorka jest świetną matematyczką, ma doktorat z fizyki, i potrafi pilotować samoloty, podczas wojny była bowiem w Women Airforce Service Pilots. W obliczu tej straszliwej katastrofy czuje się jednak kompletnie bezradna. Obraz po zniszczeniach odmalowany jest tu bardzo precyzyjnie i realistycznie, z ogromną dbałością o szczegóły, z masą konkretnych obliczeń. Natychmiast gorąco pokochałam Elmę: "Give me an unpowered landing and I was fine. Addressing a roomful of people? Thank you, but no". Jest doskonale spójną bohaterką. Poza tym jest 1952, kobiety są kobietami, trwa segregacja rasowa, szaleje polio, a w tym wszystkim okazuje się, że apokalipsa dopiero się zaczęła.

Świetna, pomysłowa, oryginalna, wciągająca, znakomicie napisana rzecz, coś między "Hidden Figures" a "First Man": mimo otoczki fantastycznej zbudowana jest z prawd historycznych, i pokazująca pewne rzeczy bez ogródek. W 1944 kobiety były pilotkami samolotów, gdzie teraz są pilotki? W latach 1950 słowo "computer" oznaczało kobietę, powszechnie uważano, że matematyka to jest odpowiednie dla nich zajęcie (mężczyźni byli inżynierami), maszyny komputery zostały zaprojektowane dla nich i były przez nie programowane. Co się z tym wszystkim stało w roku 2019? Kto i kiedy uznał, że to nie jest odpowiednia dziedzina dla kobietek? A do tego Kowal wplata tu aluzje do obecnego powszechnego odbioru zagrożeń dla środowiska naturalnego. Zastanawiałam się tylko, skąd właściwie Stany po katastrofie brały pieniądze na program kosmiczny - ale w tamtej wersji świata zbrojenia nie były konieczne.

Świeżutka Nebula 2018, z której się cieszę, jakbym to ja osobiście ją dostała, gorąco jej kibicowałam. Nominacje do Hugo i Locusa.

2019-05-20 09:40:12 Komentuj (0)

---


"Córka zegarmistrza" Kate Morton

Jestem słabą kobietą, puchem marnym, miękką istotką bez silnej woli. I to mimo posiadania mózgownicy, która mówiła
- Nie czytaj tego, ja ci powiem, co tam jest: starzy ludzie z ukrywaną tajemnicą, dużo napomknień o tajemnicy, niewyjaśniona śmierć sprzed lat, a na końcu bohaterka okaże się wnuczką albo prawnuczką innej postaci. Nie czytaj, jest tyle innych książek. - Ale nie posłuchałam.

Po mglistym prologu, który ma nas wprowadzić w klimat, mamy rozdział pierwszy: Londyn, lato 2017. W drugim akapicie mózgownica prychnęła złośliwym śmiechem, kiedy się okazało, że "biuro z jego zapachem kurzu i toczącą swe wody Tamizą było niemal urocze". Nie każdy ma szczęście mieć w biurze Tamizę. W akapicie trzecim zgodnie doszłyśmy do wniosku, że nie lubimy głównej bohaterki, bo musi zaparzać herbatę dokładnie trzy i pół minuty. Pomyślałam, że na pewno jest męczącą starą panną, zasuszoną i zgryźliwą. Nie. Elodie Winslow jest archiwistką, ma 31 lat, za sześć tygodni wychodzi za mąż. Ślub organizuje jej przyszła teściowa, ponieważ Elodie nie sprawia wrażenia osoby, która mogłaby zorganizować cokolwiek poza pójściem do toalety. Narzeczony natomiast jest bankierem zajmującym się niejasnymi finansami (bo oczywiście jest zupełnie normalne, że wychodzi się za mąż nie wiedząc, co dokładnie kandydat robi w pracy, przecież oblubienica nie będzie sobie ślicznej główki zaprzątać takimi nieciekawymi drobiazgami, nawet w 2017), co natychmiast sytuuje go w kategorii podejrzanych, ale w akcji go w ogóle nie ma, bo akurat dogodnie wyjechał. To pozwala Elodie spokojnie zajmować się odkrytym właśnie pudłem zawierającym torbę należącą do niejakiego Jamesa Strattona, wiktoriańskiego reformatora, oraz szkicownik malarza Edwarda Radcliffe'a, również z tamtej epoki, który nigdy się nie otrząsnął po tragicznej śmierci swojej narzeczonej. Do tego mamy piękną fotografię wiktoriańskiej damy. Elodie natychmiast czuje niewytłumaczalny związek ze zdjęciem, oraz odkrywa, że zna dom ze szkicownika, choć nigdy go nie widziała. Poza tym ma starego ojca i dziadka ciotecznego, oraz nie ma matki, która zginęła w wypadku samochodowym, kiedy córka miała sześć lat, a była sławną i genialną wiolonczelistką. Niesłychanie wprost genialną. I piękną (co za zaskoczenie, i wyjątkowo doskonały zbieg okoliczności). Tak genialną, że ćwierć wieku później nadal jest powszechnie pamiętana. No co, nie pamiętacie wiolonczelistów sprzed 25 lat? Słabo. Ojciec Elodie strasznie kochał żonę i bardzo cierpiał po jej śmierci, a właściwie ciągle nie przestał.

Tę umieszczoną w teraźniejszości narrację przerywają pierwszoosobowe wspomnienia córki zegarmistrza, która obecnie znajduje się w domu, gdzie spędziła życie, a w wiktoriańskim dzieciństwie porzucona przez ojca wychowywała się u pewnej kobiety, i to są oczywiście kawałki z Dickensa. Morton wie, na kim się wzorować - tego jej odmówić nie można. Córka zegarmistrza miała jakieś powiązanie z Edwardem Radcliffe'em, i tak fabuła zaczyna się zawiązywać. Dalej jest kawałek "Tajemniczego ogrodu", szkoła dla panien, dwie wojny światowe, oryginalności niewiele, bohaterów za to mnóstwo - natomiast całość jest ostatecznie całkiem składna i wciągająca. Podoba mi się pomysł hpmlavravn aneengbexv qhpurz i to, że Morton nie domyka na siłę wszystkich wątków. Nie ma tu też bardzo irytujących wpadek, chociaż nadzwyczaj durnym pomysłem jest, że Nqn qnłn Ołęxvg Gvcbjv (n jpmrśavrw Yhpl Nqmvr). Wolałabym również, żeby Elodie nie zabierała wszystkiego pod wpływem niewytłumaczalnego impulsu, i czasem jednak odbierała telefony.

Po "Riverton" byłam bardzo ciekawa, czy w posłowiu będzie napisane, że Ch. Dickens istniał naprawdę i pisał książki nieco podobne do tej. Ale nie. Jest po pierwsze wyjaśnione, o czym jest ta powieść (nie przesadzam), a po drugie jest informacja, że istnieją muzea (nadal nie).

Z ciekawości zajrzałam do anglojęzycznych opinii o książce i nieco opadła mi szczęka. Przeważają rozczarowane głosy, że jest za skomplikowana, za dużo bohaterów i epok. Pisane są językiem poprawnym i każącym podejrzewać, że autor ma IQ w normie, więc zachodzę w głowę, co ci ludzie czytają. Wyłącznie powieści jednowątkowe o chronologicznej fabule? Wymieszane epoki i odkrywanie powiązań między bohaterami to jest tu w ogóle jedyne, co usprawiedliwia lekturę, inaczej byłaby to jakaś nuda śmiertelna. A kiedy czytam niektóre zadawane przez czytelników pytania, mam wrażenie, że albo czytali co drugi akapit, albo chińskie tłumaczenie.

2019-05-17 09:42:01 Komentuj (4)

---


"Raising the Stones" Sheri S.Tepper

"Trawa" robi takie wrażenie, że natychmiast poszłam kupić kolejną książkę autorki, opisywaną jako druga z "Trylogii Arbaiów", ale to tylko dlatego, że żyjemy w 2019 i wszystko musi być częścią cyklu. W rzeczywistości powiązanie jest tylko anegdotyczne: to jest samodzielna rzecz, a jej początek jest jeszcze bardziej oszałamiający i zbijający z tropu, niż w "Trawie". Jesteśmy w odległej przyszłości, w innym układzie słonecznym, na planetce zwanej Hobbs Land, skolonizowanej przez ludzi, którzy zastali tam niedobitki wymierającej rasy, oraz jednego ich boga. Nikt nie wiedział, czy ten jest rośliną, zwierzęciem, czy minerałem, nikt tego nie badał, bóg był sobie, aż umarł. To miało nieoczekiwane skutki dla miejscowej społeczności farmerów, żyjących w Settlement One, jednej z dwunastu tutejszych niewielkich osad. Ale nie przywiązujmy się nadmiernie do teraźniejszości, bo autorka natychmiast zaczyna opowiadać o przeszłości Sama, miejscowego Topmana. W ogóle zachowuje się tak, jakby nikt nigdy nie nauczył jej żadnych zasad pisania powieści: wrzuca nam od razu swobodnie kilkanaście dziwacznych imion i nazwisk (Sam jest skrótem od Samasnier; ziemskie imiona są dobre dla Ziemian), przenosi się w czasie i przestrzeni, czytelnikowi kręci się w głowie; i jakimś cudem z tej rozsypanej układanki wyłania się świat.
- Ty, ale to wcale nie jest fantastyka. To jest realizm magiczny... w sf - szepnęła do mnie część mózgownicy, wstrzymując oddech z zachwytu. Istotnie, Settlement One to jest właściwie Macondo na innej planecie, chociaż nie tylko i nie cały czas.

Matka Sama uciekła z rodzinnej planety z dziećmi, a kiedy przybyła na Hobbs Land, powiedziała z ulgą, że tu nie ma legend. Dorastający Sam chce się jednak czegoś dowiedzieć o baśniach, idzie więc do lokalnych Archiwów - i odkrywa przeszłość ludzkości. W tym mit o Tezeuszu. Ponieważ tęskni za swoim ojcem, zostawionym na tamtej planecie, wyobraża sobie od tej pory, że ten pod jakimś kamieniem zostawił mu sandały i miecz. Nawet rozumiejąc, że to tylko metafora, chodzi i podnosi kamienie - stąd tytuł, a za nim idący mocny, precyzyjny i plastyczny przekaz. Na Hobbs Land panuje matriarchat, dzieci nie mają ojców, tylko nieistotnych progies (progenitorów), wychowywane są przez matki wspierane przez wujów, Sam nie może więc zajmować się własnym synem. A chciałby. To, co opisałam, to nawet nie jest jeszcze początkowe 4% powieści, co daje pewne pojęcie o gęstości narracji Tepper.

W jednej trzeciej książki dostajemy podrozdzialik zupełnie odmienny w tonie od dotychczasowej solennej powagi: właściwie satyryczny, nieco w duchu Vonneguta. Byłam tym zupełnie zaskoczona, a potem autorka wykorzystuje to do wprowadzenia pewnej lekkości do swojej opowieści, co wychodzi jej częściowo na dobre, choć jednocześnie miałam nieco za złe nadmierną dosłowność paralel ze światem nam współczesnym. Potem wracamy do spraw poważnych. Od połowy już mniej więcej wiadomo, co dalej będzie, co zupełnie mi nie przeszkodziło czytać z zapartym tchem, a nawet dyskretnie otrzeć oko. Pod koniec rozwój wydarzeń znowu mnie nieco zaskoczył.

Można się tu czepiać wielu rzeczy; autorka chwilami bywa zbyt dosłowna, chwilami naiwna. Co wcale tej książce nie przeszkadza, jest to rzecz wyrastająca ponad fantastykę z zaskakującą łatwością. Jedna z tych, przy których człowiek myśli "ale dlaczego właściwie wszyscy tak nie piszą, przecież to wygląda na takie proste". Bohaterowie są wielowymiarowi, świat porywająco złożony i realistyczny.  

Sheri Tepper docenia moc opowieści, i daje przepiękne porównanie ich do pajęczyny. Jak jej nitki, tak mity łączą przeszłość z teraźniejszością, a potem splatają się ze sobą, tworząc oddzielną przestrzeń ułatwiającą zrozumienie siebie nawzajem i siebie samych. A z drugiej strony przypomina, że patrząc wstecz nie da się iść do przodu.

2019-05-14 10:06:46 Komentuj (0)

---


"Trawa" Sheri S. Tepper

Kolejna polecanka znajomego, przy której wpadłam w dół, nie mogąc pojąć, jakim cudem nawet nie słyszałam o tej powieści ani o jej autorce. Nic nie wiem o niczym, oto naga prawda (za to znajomych mam odpowiednich). Jest to coś w rodzaju Le Guin zmieszanej z Miéville'm, i to w zasadzie powinno już stanowić wystarczającą zachętę oraz wyjaśnić mój dół. 

Jesteśmy na planecie Trawie, która jest porośnięta tym, co z nazwy wynika. Wielobarwnym i w nader różnych rozmiarach. W posiadłościach mieszkają tu arystokraci, którzy właśnie wyruszają na Polowanie.
- Ale to jest chyba fanta...- zdążył zgłosić pół zastrzeżenia mój mózg. Ocknął się dwa rozdziały dalej, mówiąc, że żadne klasyfikacje gatunkowe go nie obchodzą, i proszę mu nie przeszkadzać, on teraz czyta.

Polowanie wygląda z nazwy jak to tradycyjne angielskie: są wierzchowce, ogary, i lis. Tylko nic tu nie jest tym, na co mogłoby wyglądać, drobiazg. Oglądamy je oczami piętnastoletniej Diamante, która uczestniczy w nim pierwszy raz, pod przymusem. Za chwilę dowiemy się, dlaczego. Impreza jest potwornie niebezpieczna i męcząca; pozostaje zagadką, dlaczego ludzie się w to w ogóle bawią. Nie mamy jednak czasu się tym zajmować, bo zmieniamy rejestr przenosząc się w świat polityki rodem z Diuny. Miejscowi zarządcy nie życzą sobie, żeby mieszała się do nich rządząca Terrą Świętość, i snują intrygi. Za chwilę obejrzymy Terrę z bliska. Logika homo sapiens pozostała tam niezmienna: nie wolno mieć więcej niż dwoje dzieci, ale Świętość nie zezwala również na aborcję ani antykoncepcję. Niech pospólstwo sobie to pogodzi, a jak nie może, to władza da radę. Nie pierwszy raz to na Ziemi i nie ostatni. Aha, Świętość nie ma związku z katolicyzmem. Przeciwnie, starokatolicy uważają tamtych za heretyków. To wszystko to jest dopiero sam początek powieści, w którym pojawia się jeszcze siedziba Świętości i umierający jej Hierarcha, i staje się jasne, że dopiero liznęliśmy z wierzchu tego powieściowego wszechświata, a już wszystko ulegnie zmianie. Chwyt typowy dla Miéville'a, jako się rzekło.

Tepper ma fantastyczny sposób wprowadzania w opisywaną rzeczywistość: to jedna z tych książek, przy których lekturze wierzę bez zastrzeżeń, że autorka tam była i wszystko widziała na własne oczy. Wymyślenie czegoś takiego wydaje się zwyczajnie mniej prawdopodobne. Natomiast czym dalej, tym bardziej mi to wyglądało na inną wersję "Mówcy umarłych", wydanego trzy lata wcześniej. Paralele są rozmaite, na przykład (nie ujawniając za wiele) sporą rolę odgrywa tu religia - katolicka oczywiście - i rozważania, jak ją przyłożyć do Obcych. Tak się pisało w latach 80, to prawda, i to są w pewnej warstwie ciekawe rozważania, poza tym autorka świetnie prowadzi psychologię postaci, ale mój początkowy zachwyt leciutko jednak zbladł. Ale nie tak bardzo, żebym natychmiast nie sięgnęła po następną


2019-05-11 22:13:17 Komentuj (0)

---


"Trup na plaży" Aneta Jadowska

Jesteśmy współcześnie w Ustce, narratorka pierwszoosobowa jest młodą dziewczyną, pochodzącą z tego miasteczka, a po śmierci ojca wyjechała do ciotki do Łodzi. Teraz po licencjacie wróciła, pomaga babci prowadzić pensjonat i pracuje w kawiarni. Jej wujek Marek, brat ojca, jak on jest policjantem, więc kiedy Magda wcześnie rano znajduje trupa w morzu przy plaży, wie, kogo zawiadomić. I wie też, jak prowadzić własne śledztwo, zwłaszcza że zwłoki okazują się ich byłym pensjonariuszem, który dwa dni wcześniej zniknął. W dochodzeniu pomaga bohaterce jej kuzynka, która za chwilę wychodzi za mąż, oprócz akcji dziewczyny są więc zajęte również przygotowaniami do wieczoru panieńskiego.

Autorkę odkryłam w "Hardej hordzie". Tutaj stwarza bardzo fajną bohaterkę, narracja jest klarowna i ozdobiona humorem, a przy tym akcja wciąga i pojawiają się całkiem poważne tematy. Będę czytać jej więcej i mam nadzieję na kolejne części o Garstce z Ustki.


2019-05-09 09:22:16 Komentuj (2)

---


"Storytellers" Bjørn Larssen

Blog Miłość po 30 czytam od kilkunastu lat. Na początku autor wyśmiewał się z porad okołozwiązkowych, potem przeszedł na tematy bardziej osobiste, pozakładał (i pokasował) inne blogi, oraz stronę na fejsie. Przez cały ten czas śledziłam jego losy wiernie, ponieważ lubię ludzi szczerych i ładnie piszących po polsku. Co podziwiam, ponieważ mieszka od lat poza krajem, i co prawda w dobie internetu oraz ebooków utrzymanie kontaktu z językiem nie jest specjalnie trudne, nie przychodzi jednak samo z siebie, coś o tym wiem. Następnie okazało się, już parę lat temu, że autor będzie pisał książkę, ucieszyłam się więc bardzo i natychmiast postanowiłam się w nią zaopatrzyć, o czymkolwiek by nie była. W postanowieniu utwierdzały mnie informacje o wykonywanym przez autora researchu (bowiem ten polski Holender piszący po angielsku zdecydował się zająć Islandią sprzed stu lat), i o reagowaniu na uwagi redaktorki. Byłam przekonana, że osoba zwracająca taką uwagę na szczegóły, wyposażona w poczucie humoru, i generalnie umiejąca pisać, nie może napisać złej książki. Miałam rację.

Marzec 1920, Islandia. Gunnar jest mrukliwym kowalem, cierpiącym na ciężką depresję, pomaga mu lekarstwo (na receptę, ponieważ panuje prohibicja, ale on wcale nie jest alkoholikiem, w każdej chwili mógłby przestać, gdyby chciał, tylko akurat nie chce) i praca. Pojawia się u niego dziwny gość - Sigurd, z Ameryki, który skręcił kostkę. Gunnar wcale nie chce się nim opiekować, ten jednak przekonuje go pieniędzmi, których ma sporą kwotę. Podobno to spadek. Nie wiemy, dlaczego woli się pozbyć zasobów finansowych, a w zamian za to upewnić się, że nikt nie dowiedział się o jego pobycie u Gunnara. Ta zagadka wciąga. Jest jeszcze Brynhildur, która koniecznie chce wyjść za mąż, potencjał komiczny został tu świetnie wykorzystany. A w drugim wątku jest snuta przez Sigurda opowieść, o Arnarze, któy pojechał do Ameryki, tam poznał Juanę, i przywiózł ją do swojego zimnego kraju. Dla dziewczyny to szok kulturowy. A jeszcze są bracia Arnara: jego bliźniak Ingvar, ambitny pastor, i cierpiący na wrzody żołądka Bjarni. Oraz zamożna Gullveig, którą podejrzewają o bycie czarownicą. I cała wioska postaci: najbliższe to chyba jest "Tortilla Flat", miejscami prześmieszne, czasem dramatyczne.

Obydwa wątki wciągają natychmiast. Postaci są świetnie skonstruowane. Wbrew wszelkiej logice lubimy Gunnara i mu współczujemy. Islandia z początku XIX wieku odmalowana jest doskonale, a całość okraszona fantastycznym poczuciem humoru. Stylistycznie irytowały mnie tylko zakończenia rozdziałów w stylu "a ja wiem, co będzie dalej", ale to drobiazg w porównaniu z tym, ile razy byłam uczciwie zaskoczona, i ile razy wybuchałam śmiechem w całkiem nieoczekiwanych miejscach. Zwroty akcji są przy tym przemyślane i prawdopodobne, a nie żadne naciągane siostry bliźniaczki rozdzielone przed urodzeniem, ani zasuszone staruszki, tu znacząco patrzę w stronę Kate Morton, która mogłaby się wiele nauczyć od autora. Miałam jedną wątpliwość: fxąq Neane jmvął grtb boprtb cemlfmłrtb gehcn? Ebmhzvrz, żr zhfvnł tqmvrś qnyrw, nyr wnx tb genafcbegbjnł? Autor bardzo uprzejmie udzielił mi wyjaśnienia, i teraz już wszystko mi się zgadza. 



2019-05-07 10:11:42 Komentuj (2)

---


"Dom w Riverton" Kate Morton

Wyszła nowa książka Morton, ale po "Domu nad jeziorem" wcale się do niej nie paliłam, tymczasem znajoma, której gustowi literackiemu bardzo ufam (zbieżny z moim - czyli znakomity) napomknęła, że najlepszy i tak jest "Dom w Riverton". Niezwłocznie zaopatrzyłam się więc w lekturę. Początek jest dość dezorientujący, z mnóstwem imion i dat wrzucanym w cokolwiek chaotyczną (celowo) narrację, ale dość szybko się dowiadujemy, że narratorką jest 98-letnia Grace, mieszkająca (współcześnie - czyli w 1998) w domu opieki, i wspominająca dawne czasy, kiedy w roku 1914 jako czternastolatka poszła na służbę do domu w Riverton. Był własnością lorda Ashbury, którego dwaj synowie przyjeżdżali w odwiedziny, jeden z nich z dziećmi. Błękitnoocy i jasnowłosi rówieśnicy Grace natychmiast ją zafascynowali. A dziesięć lat potem wydarzyło się tam coś tajemniczego, czego bohaterka nigdy nikomu nie zdradziła, ale teraz postanawia nagrać wyznanie dla swojego nieuchwytnego wnuka Marcusa.

Miałam nieco pretensji o wiek narratorki, choć pradziadek syna mego ma lat 92 i mieszka sam, a mój osobisty wujek w wieku 91 lat jest sprawny umysłowo oraz fizycznie. Poza tym tutaj Morton pamięta o przykrościach starości i nie szczędzi nam ich opisów, nie wymagając od bohaterki żadnych wyczynów poza wspominaniem. Lecz i tak zastanawiałam się, dlaczego akcja nie toczy się te 8 lat wcześniej. Usilniej jednakże rozważałam, co mi to właściwie przypomina, przekonana, że gdzieś już się natknęłam na taką wiekową narratorkę, wspominającą dla wnuka i przeplatającą wspomnienia aktualnością; gdzieś już była ta żona zamknięta w złotej klatce, ta niepokorna młodsza siostra, ten gentvpmavr mznełl xbpunarx... oczywiście, "Ślepy zabójca"! I Morton się do tego przyznaje otwartym tekstem w posłowiu, mówiąc, że gdyby jakiś czytelnik chciał coś podobnego, to istnieje ta właśnie książka. Otworzyłam oczy tak szeroko, że mi wypadły, a brwi poszybowały w stronę Księżyca. Doprawdy nie wiem, gdzie stałam, jak była kolejka po tupet, ale Morton z pewnością w pierwszej linii, a potem przyszła jeszcze trzy razy, albo piętnaście. Nie mieści mi się w głowie, jak w ogóle debiutująca autorka może radośnie rzec "a, podobna do mojej książki jest taka jedna Atwood". Może w takim razie napiszę powieść o małych ludkach mieszkających w norkach i wyruszających na spotkanie ze smokiem, a w posłowiu napomknę "gdybyście chcieli przeczytać coś podobnego, to niejaki Tolkien kiedyś tam napisał".


2019-05-05 10:20:17 Komentuj (4)

---


"Harda horda"

Odkryłam ten zbiór oczywiście z powodu Marty Kisiel, ale Harda Horda to coś więcej niż książka - to nieformalne stowarzyszenie dwunastu polskich pisarek fantastycznych. Połowę nazwisk znałam, niektóre dobrze. Po każdym opowiadaniu jest krótka notka biograficzna. Jestem bardzo przyjemnie zaskoczona wysoką jakością wszystkich tekstów. Mają ze sobą niewiele wspólnego, poza przeważnie ściśle kobiecą perspektywą (wyłamują się z tego trzy opowiadania).


Marta Kisiel "Jawor". Klasyczna opowieść niesamowita ubarwiona pomysłowym nawiązaniem do znanej piosenki dziecięcej. Świetnie napisane.

Aleksandra Janusz "Dróżniczka". Postapo w Japonii. Po powstaniu Bram nikt już nie podróżuje pociągami, ale ostatnia dróżniczka nadal pilnuje swojej stacji. Nastrojowe.

Ewa Białołęcka "Tylko nie w głowę". Atak zombi, opisywany przez cierpiącą na depresję singielkę, mieszkającą w bloku z kotem, i robiącą zakupy w Biedronce. Niezwykle realistyczne opisy, plus zabawny i pomysłowy sposób radzenia sobie z nieumarłymi.

Magdalena Kubasiewicz "Dokąd odeszły cienie". Zamiast wiedźmina bohaterem jest tu nekromanta, który ma się pozbyć duchów z posiadłości Treylów. Wpływ Sapkowskiego widoczny, ale jest to dość oryginalne.

Aleksandra Zielińska "Po drugie". Horror opowiadany przez dziewięciolatkę. Ładnie rozegrane podteksty.

Anna Hrycyszyn "Z góry nie patrzą". Narratorka pisze list, chociaż nie bardzo wie, co chce przekazać. Czasem urywa tekst w połowie zdania, stąd nasz obraz sytuacji jest na początku mocno niejasny. Stopniowo się klaruje i okazuje się, że to postapo ekologiczne.

Aneta Jadowska "Zielona zemsta". Zielona magia polega na hodowaniu roślin, uprawia ją chłopak młodej narratorki, która z kolei para się magią zaczepno-obronną. Wszystko w polskim małym miasteczku, którym trzęsie miejscowy bogacz. Świetne, chcę tego więcej.

Anna Kańtoch "Szanowny panie M." Narratorka po latach pisze list do mężczyzny, którego przelotnie spotykała w czasach swojej młodości, spędzonej na podróżowaniu z rodziną, w tym śmiertelnie chorą siostrą. Nastrojowe. Muszę w końcu przeczytać jej inne książki.

Martyna Raduchowska "Bezduch". Jedyny tu pierwszoosobowy narrator męski, nekromanta. W zasadzie horror.

Milena Wójtowicz "Lot wieloryba". Na świecie pojawiły się zony, w których przenikają do nas istoty z innego wszechświata. Fantastycznie pokazane ich interakcje z bardzo ciekawie zbudowaną narratorką. Czytałabym dalej, zwłaszcza, że brakuje tu trochę zakończenia.

Agnieszka Hałas "Jest nad zatoką dąb zielony". Zupełnie poważnie zastanawiałam się nad porzuceniem lektury w połowie, ponieważ jest tu śmierć głodowa w oblężonym Leningradzie oraz w bliskiej przyszłości umieranie pięcioletniego dziecka (syna prawnuczki pana, który dokonał żywota w Leningradzie). Zanadto rzewne jak na moje potrzeby.

Anna Nieznaj "Ognisty warkocz". Jedyna tu klasyczna sf, a autorka musiała czytać "Seveneves", trochę to wygląda jak jego streszczenie. Plus relacja matki z córką pokazana z innej perspektywy.

2019-05-03 09:31:55 Komentuj (1)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Anglik w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem