DS magazine
Bertrand Russell
Hamlet
Pamiętam, jak czytałam pierwszy raz "Makbeta", był lekturą szkolną, miałam może 16 lat, i nastawiałam się na jakieś okropne nudziarstwo, jak poprzednie lektury, z których niewiele mnie zachwyciło. Pamiętam nawet, gdzie go czytałam: u ciotki, zwinięta na fotelu z małą lampką obok, wzięłam domowe wydanie, Biblioteki Narodowej w tłumaczeniu oczywiście Paszkowskiego. I wsiąkłam, urzekło mnie wszystko: krew na rękach, trzy wiedźmy, chodzący las i mąż niezrodzony z kobiety. Z rozpędu potem przeczytałam "Hamleta", który podobał mi się jeszcze bardziej, i którego od tego czasu czytuję regularnie. Ostatnio zajrzałam do tłumaczenia Barańczaka, kolejny raz stwierdzając, że Szekspir znakomicie umiał tworzyć należyty dramatyzm.

Doskonale współcześnie zrozumiała jest pierwotna reakcja Hamleta: nie tylko świeżo stracił ojca, ale jeszcze matka pośpiesznie wyszła ponownie za mąż. W dodatku nie za jakiegoś bohatera, którego można by ewentualnie szanować, tylko za doskonale znanego nudnego stryja. Nic dziwnego, że Hamlet się buntuje i narzeka. Matka, zamiast okazać mu współczucie, bagatelizuje i powiada "wszyscy umrzemy, taki los, lepiej się uśmiechnij", a nowy król nazywa synem. Nie znali się na psychologii ci duńscy władcy. Pojawia się duch, i to budzi mój niesłabnący zachwyt. Można było po prostu wprowadzić jakiegoś zaufanego sługę, który przypadkiem widział coś podejrzanego. Nie - duch. Szekspir doskonale wiedział, że gawiedź przychodzi do teatru szukając zadziwienia, nie realizmu, i dał jej to. Reakcja Hamleta jest natomiast bardzo rozsądna i godna pochwały: może to i duch ojca, może i mówi prawdę, ale sprawdźmy to. To dość zaskakujące, bo właściwie nieszczęśliwy syn powinien natychmiat pognać z rapierem w dłoni do mordercy, a tu proszę, dystans i na chłodno obmyślona intryga z aktorami. Hamletowi jakoś nie przychodzi do głowy, że człowiek, który z zimną krwią zamordował brata, może potrafić zachować spokój również w obliczu dodatkowej sceny w sztuce. Szekspirowi pewnie też nie, ponieważ wierzy w wyrzuty sumienia, albo przynajmniej chce, żeby wierzyli w nie widzowie. Król więc reaguje jak przewidziano, Hamlet zyskuje pewność, i czy teraz biegnie z rapierem pomścić ojca? Ależ oczywiście, że nie. Skrada się i niechcący zabija Poloniusza. Jak reaguje facet, który zamordował teścia in spe, i który podobno Ofelię kocha? Typowo po męsku: udaje, że nic się nie stało i mówi "idź do klasztoru". Istotna jest przecież w tej chwili wyłącznie zemsta. Nie żeby miał jakiś na nią pomysł (dlaczego nie pójdzie w ślady stryja i nie użyje trucizny? Bo to niemęskie?), pozwala więc się odesłać w eskorcie Rosencrantza i Guildensterna, po czym niczym szesnastowieczny James Bond: wykrada listy, podmienia, ucieka, myli tropy, i wraca. Czy teraz w końcu wpadnie z rapierem i wrzaskiem? Ależ oczywiście, że nie, będzie się snuł, weźmie udział w ustawce z Laertesem, bo oczywiście nie przyjdzie mu jakoś do głowy, że stryj truciciel mógł zatruć jeszcze parę rzeczy; a na końcu Szekspir gęsto zaściele trupem scenę i postawi na niej Fortynbrasa.

Uwielbiam ten dramat.

2018-04-23 11:08:57 Komentuj (0)

---


Koniec śmierci
Zaczęłam czytać "Koniec śmierci", trzeci tom nagradzanej trylogii Cixina Liu, i otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia, zaczyna się bowiem upadkiem Konstantynopola i obecną przy nim czarodziejką.
- Ale co to nagle jest, jakieś fantasy historyczne? Ja nie za to płaciłam! - wrzasnęłam do kindla. Na szczęście po tym wstępie wracamy do normy, czyli wydarzeń początkowo równoległych do dwóch poprzednich tomów. Pierwszy rok ery kryzysu, a potem rok 208, czyli tuż po "Ciemnym lesie". Dość długo nie ma tu jednego bohatera, co przypomina nieco "Długą Ziemię", a rozmach tej wizji nadal kojarzył mi się z "Fundacją". Liu świetnie łączy elementy kompletnie fantastyczne z całkiem twardo naukowymi, i jest oryginalny do końca, dość powiedzieć, że w 43% trzeciego tomu trylogii nadal nie wiedziałam, co zdarzy się za chwilę. Ten tom otrzymał Locusa oraz nominację do Hugo 2017, które przegrał z "Obelisk Gate".

Oczywiście do paru rzeczy można tu się przyczepić. Qynpmrtb Gevfbynevnavr avr jlfłnyv bqjrgbjrw vasbeznpwv b cbłbżravh Mvrzv qb pvrzartb ynfh? Mr fmpmrerw antłrw flzcngvv nyob jfcółpmhpvn? Pb fvę fgnłb mr fcłnfmpmnavrz Jfmrpuśjvngn qb qjópu jlzvneój? Nhgbe mncbzavnł?


2018-04-20 09:25:44 Komentuj (0)

---


Broniewski. Miłość, wódka, polityka.
Ta biografia powinna być lekturą obowiązkową dla kobiet. Broniewski był przeuroczym kobieciarzem zaangażowanym, z tych co to zakochują się bez pamięci, absolutnie szczerze - na dwa tygodnie. Potem obiekt muszą zmienić. Są to ludzie, którzy nie pojmują, że druga osoba ma do nich jakieś roszczenia, a choćby proste pytania: odbierają to tak, jakby kotlet schabowy zeskoczył z restauracyjnego stołu i biegł za nimi po ulicy pytając z żalem, dlaczego dzisiaj nie je go na obiad. No nie je, oczywiście smakowało mu wczoraj i przedwczoraj, ale dzisiaj idzie gdzie indziej, przecież to normalne, z czego tu się tłumaczyć? Była miłość, namiętna, gorąca i prawdziwa, ale się skończyło, cześć. Przy czym osobnik nieustannie szuka prawdziwej miłości na całe życie i za każdym razem jest przekonany, że w końcu ją znalazł. W obecnych czasach pełno takich w internetach, gdzie się czują jak łasuch w wielkim sklepie z cukierkami. Natomiast przed wojną było inaczej. Broniewski się ożenił, co skończyło się oczywiście dość szybkim rozstaniem, aczkolwiek żona była wyrozumiała i przyjaźnili się jeszcze bardzo długo. Chodziła na przykład z listem do niechcianej już kochanki oraz wysłuchiwała żali, że jakaś inna nie chce ciąży usunąć. Po rozstaniu zaś mieszkali w jednym dwupiętrowym domu: była żona z nowym partnerem na górze, Broniewski z partnerką i jej córką na dole.

W warstwie pozaobyczajowej wiadomo, w dwudziestoleciu poeta był komunistą ideowym i zaangażowanym, siedział za to w więzieniach. Te wszystkie żelaza, krwi, bagnety i zaciśnięte pięści w jego wierszach są wyrazem autentycznej wiary, nie oportunizmu. W 1934 pojechał do Związku Radzieckiego. Urbanek się naśmiewa, że jego reportaże z podróży wyglądają jak czysty socrealizm, a potem wysnuwa przypuszczenie, że zobaczył tam jednak więcej niż się przyznawał, bo rok później mimo licznych zaproszeń jechać już nie chciał. To wszystko łatwo oceniać z naszej perspektywy, oczywiście. Najładniejsza jest chyba anegdota o tym, jak w więzieniu usłyszał piosenkę więzienną napisaną przez siebie do sztuki, z przekręconymi słowami. Poprawił tekst, na co osadzeni powiedzieli mu, żeby się nie wtrącał, bo to jest ich więzienna piosenka, co on tam może wiedzieć.

Następnie tenże Związek Radziecki zamknął poetę w więzieniu, jak i licznych innych intelektualistów polskich. Najpewniej sądzili, że udaje swoją wiarę w komunizm, bo przecież nikt naprawdę nie mógłby wierzyć w te idiotyzmy. Przesiedział tam 19 miesięcy, a kiedy go wypuszczono w 1942, pojechał walczyć. Znalazł się w Iraku, a potem w Jerozolimie. To wszystko wygląda jak materiał na scenariusz niezłego filmu sensacyjnego, bo Broniewski bynajmniej nie był delikatnym uduchowionym poetą, wprost przeciwnie, był niezłym twardzielem, niesłychanie sprawnym fizycznie. Kiedy miał 60 lat, potrafił jeszcze stanąć na rękach na krawędzi stołu. Kawaler Virtuti Militari, walczył w dwóch wojnach, nie dał się złamać ani mrozowi w radzieckim karcerze, ani zesłaniu (na szczęście krótkotrwałemu), ani upałowi i malarii na pustyni irackiej. Pokonała go ukochana ojczyzna w wersji socjalistycznej. Jeszcze walczył o granice powojenne, wrócił do kraju dla swojej drugiej żony, a potem... jak ten człowiek mógł agitować wbrew faktom, jak mógł pisać teksty wychwalające Stalina? On, który przecież doskonale znał brutalną prawdę? Ze wszystkich ludzi właśnie on? Urbanek pisze zwięźle "może nie potrafił się już zbuntować". Najwidoczniej spadła ta kropla przepełniająca czarę, za dużo już było tułaczki, wojen, walki z cenzurą, biedowania, zdrad, śmierci. I alkoholu.

Nigdy nie przepadałam za Broniewskim, mając go za dyżurnego piewcę PRL-u, to łomotanie kolbami w drzwi nie przemawiało do mnie. Właściwie dopiero dzięki tej biografii odkrywam w nim znakomitego poetę lirycznego, autora rzeczy tak pięknych jak "Ulica Miła" i tak wzruszających jak te pisane po śmierci córki Anki. To jest najciekawsze w tej postaci: pragnął być przede wszystkim poetą prawdziwym, pisać to, co czuje, bez względu na to, czego się od niego oczekuje. Niełatwo zrealizować takie pragnienia, a w wieku dwudziestym to chyba nie było możliwe. Urbanek też zauważa, że albo się ma poetę lirycznego, wrażliwego i biorącego wszystko do siebie, albo ma się człowieka umiejącego sobie poradzić z cierpieniami w inny sposób niż alkohol. Nie dało się tego pogodzić.


2018-04-18 10:40:53 Komentuj (4)

---


Dziennik Agnieszki Osieckiej 1954-55
Siedemnastoletnia Agnieszka Osiecka na początku roku 1954 robi kurs na prawo jazdy, do którego musi się uczyć o półośkach, chodzić na warszaty z odpowietrzania hamulców, rozmontowywania chłodnicy i grzebania przy instalacji elektrycznej, a na egzaminie wyjaśnić różnice między dwu- i czterotaktem, podać skład chemiczny elektrolitu i opisać budowę gaźnika. Pokażcie mi dzisiaj siedemnastolatka, który to wszystko opanowałby tylko po to, żeby jeździć autem. Poza tym rozpacza nad swoim brakiem praktyki językowej, zwłaszcza jeśli chodzi o francuski, po czym pisze akapit w tym języku, owszem, z błędami, ale całkiem składnie i zrozumiale. Z angielskiego i niemieckiego jest zadowolona, po rosyjsku czyta ukochanego poetę - Puszkina, i zamierza jeszcze kupować włoską "Unitę". Czyta, chodzi do teatru (gdzie się wdziera bez biletów, mimo obecności milicji, muszę przyznać, że to są ustępy niewyobrażalne jak ze sf), kocha się w Januszu, chociaż widzi jego wady. Właściwie bardziej sobie to zakochanie wmawia, bo jej się ten romantyczny stan podoba, co się potwierdza za chwilę, kiedy go rzuca dla Ryszarda. I tu dopiero robi się śmiesznie. Mimo upierania się przy miłości Agnieszka odmawia pójścia z nim do łóżka (co następnie będzie całymi miesiącami rozdrapywać), mimochodem zapisuje, że całuje dużo gorzej niż Janusz, a w którymś miejscu wspomina wręcz o fizycznej odrazie. Odrzucony Ryszard twierdzi, że kocha się w innej, niedostępnej, Agnieszka płacze, że jej nie kocha i notuje pomysł zrobienia sobie z nim dziecka, co jej na szczęście błyskawicznie przechodzi. Żali się, że ona najchętniej by flirtowała, a oni od razu chcą się żenić, i cieszy się, że nie ma większego temperamentu, bo by była niezłą kurtyzaną. A potem, w lecie 1955, poznaje Witka - Witolda Dąbrowskiego, w którego tłumaczeniu (wraz z Ireną Lewandowską) czytałam "Mistrza i Małgorzatę", ale to było dużo później. I notuje swoje zdumienie, kiedy w końcu odkryła, czym jest prawdziwe zakochanie.

Z matką dogaduje się słabo, ale to widać bardziej między wierszami, omija ten temat. Musiało ją przerastać cierpienie matki porzuconej przez ukochanego męża, podejrzewam też, że miała nie całkiem uświadamiane pretensje o brak wsparcia ze strony córki. W którymś momencie Agnieszka napomyka też o swojej pracy w gazecie, gdzie pisuje recenzje, potem w zeszytach notuje bruliony kolejnych artykułów. I poznaje Dygatów, Kobielę, Zbyszka Cybulskiego, pomaga malować Franciszkowi Starowieyskiemu (wielokrotnie żałując, że sama nie ma talentu malarki). Zaczyna ten tom podlotek, kończy już dojrzała kobieta, rozważająca propozycje małżeństwa, zarabiająca pieniądze i -w końcu - pisząca piosenki, w tym czasie nawiązuje bowiem współpracę z STS.

Redaktorka zdecydowała o włączeniu do wydania praktycznie całości zapisków Osieckiej z tamtego czasu, mamy więc zwłaszcza pod koniec całe strony zupełnie niezrozumiałych skrótowych haseł czy wyrazów, albo fragmenty korespondencji ze znajomymi. Mam wątpliwości, czy to było potrzebne. Pominięte są na szczęście notatki z wykładów. Połowę tomu zajmują poza tym przypisy, wiele bardzo ciekawych, ale są też wyjaśnienia, co to są Sukiennice oraz Luwr.

2018-04-16 09:40:40 Komentuj (2)

---


Ślepy zabójca
Pod koniec dwudziestego wieku (powieść jest z 2000) o swoim życiu opowiada Iris urodzona w Kanadzie w 1916, córka fabrykanta guzików, żona przemysłowca, siostra pisarki. Z początkowych wyimków gazetowych wiemy, jak zginęli i umarli jej bliscy, w pierwszych rozdziałach mamy natomiast fragmenty wydanej pośmiertnie powieści jej siostry. Potem głos przejmuje Iris, opowiadająca nie tylko o czasach minionych, lecz również na bieżąco o swojej starości, co jest niezwykle realistyczne (Atwood miała ledwie 60 lat pisząc to). Cudownie napisane, zachwyciłam się niemal od pierwszej strony.

Nie miałam żadnych wątpliwości, kto jest autorką książki, ani kto jest ojcem dziecka, natomiast do końca nie domyśliłam się intrygi w całości. Nie ona jest tu poza tym najważniejsza. Atwood kolejny raz precyzyjnie i bezlitośnie pokazuje los kobiety w świecie, w którym są one głównie przedmiotami do ozdoby i urozmaicania życia. Mężczyźni mają potrzeby, kobiety mają obowiązki. Przy czym kobiety są tu bardzo różne, i bynajmniej się ich nie gloryfikuje - czarnym charakterem jest tu Winifred, choć oczywiście jest jasne, skąd wzięła swoje metody postępowania. Ona też jest ofiarą. Postać samej Iris również jest wieloznaczna. Została wciągnięta w trybiki sił wyższych, w jakiś sposób się z nich ostatecznie uwolniła, płacąc jednak za to straszliwą cenę rozdzielenia z bliskimi na całe życie. A może to kara za zdradzenie siostry. Prawdziwą bohaterką tej książki jest paradoksalnie nieobecna Sabrina. Jej wyobrażenie jest motorem dodającym siły narratorce. Nie mówi tego, ale jasna jest jej nadzieja na to, że chociaż tamta w końcu żyje swoim życiem, dokonuje własnych wyborów, ponosi własne konsekwencje.

Piszę o karze i cenie, jakby to było oczywiste. Tymczasem tak samo jak w "Grace i Grace" i tu bohaterka wcale pozornie nie cierpi aż tak. Z pewnego punktu widzenia przeciwnie: ma bogatego męża, nie musi pracować, nosi piękne suknie, spotyka bogatych, sławnych i ważnych ludzi, jak nie bankiet to rejs. Żyć nie umierać. Mistrzostwo Atwood polega na tym, że dokładnie widzimy, co jest pod spodem. I nie zazdrościmy ani przez chwilę, raczej współczujemy. Bez tej podstawowej rzeczy, jaką jest wolność wyboru, najwspanialsze rzeczy są co najwyżej szczerozłotą klatką.

2018-04-12 11:01:25 Komentuj (3)

---


Nowele nominowane do Hugo 2018
Trzy z nich mają również nominacje do Nebuli i są to dokładnie te trzy, które typowałam na zwycięzców, w tym moich dwóch ulubieńców.
  • “A Series of Steaks” Vina Jie-Min Prasad
  • “Small Changes Over Long Periods of Time” K.M. Szpara
  • “Wind Will Rove” Sarah Pinsker
Pozostałe:
 
Children of Thorns, Children of Water” Aliette de Bodard. Zdewastowany Paryż, magia różnych rodzajów, pod Sekwaną jest smocze królestwo, dwoje szpiegów stamtąd przychodzi, żeby się wkręcić do House Hawthorn, ale sprawy się cokolwiek komplikują. Jak to de Bodard, sprawność godna pozazdroszczenia, ale nic oryginalnego, oraz jest to oczywiście część cyklu.
 
Extracurricular Activities” Yoon Ha Lee. Bohater jest międzyplanetarnym wojskowym i otrzymuje przesyłkę od matki. A potem wzywa go nowa generał, żeby powierzyć mu misję specjalną. Bardzo Banksowe, chociaż bezpośrednią inspiracją była być może Leckie, wzmianka o czuciu się nagim bez rękawiczek chyba nieprzypadkowa. Bardzo sprawne i przezabawne. Autor ma w tym świecie nieukończoną jeszcze trylogię, pierwszy tom dostał Locusa oraz nominacje do Hugo i Nebuli, muszę wciągnąć na listę. Poprzednie opowiadanie z cyklu, "The Battle of Candle Arc", jest bardzo zachęcające.
 
The Secret Life of Bots” Suzanne Palmer. Boty są na statku, który dokądś leci, chociaż jego stan techniczny pozostawia bardzo wiele do życzenia, a załogi jest za mało. Bot, który jest centralną postacią akcji, dostaje zadanie złapania szczurowęża grasującego na pokładach, i stopniowo odkrywa prawdę o położeniu statku. Kulminacyjny moment akcji dość oczywisty, ale poza tym bardzo świeże i zabawne. Jest to właściwie space opera z innego niż zwykle punktu widzenia.


Nadal mam nadzieję na obie nagrody dla mojego faworyta "Small Changes", poza tym poziom dość wyrównany. Nadal podejrzewam, że duże szanse ma “Wind Will Rove”, ale wolałabym nagrodę dla “Extracurricular Activities”, które ma świat ciekawszy, niż to się wydaje na pierwszy rzut oka, i bardzo dobrze poprowadzoną narrację. Chociaż “The Secret Life of Bots” właściwie w niczym mu nie ustępuje.

Sarah Pinsker ma również obydwie nominacje w kategorii długie opowiadanie za "And Then There Were (N-One)", które zaczyna się od zaproszenia narratorki Sarah Pinsker na SarahCon - konwent dla Sar z równoległych wszechświatów. Zachwyciłam się pomysłem, po czym powiedziałam podejrzliwie do opowiadania "ale to jest pomysł na short. To jest w kategorii długie opowiadanie, serio?!". Otóż kluczem do fabuły jest oczywiście tytuł. Nie wiem, jakie są pozostałe w kategorii, ale to jest doskonałe, przezabawne, świetnie pomyślane, niegłupie, dające do myślenia, błyskotliwe do końca. Wolę dla niej nagrody za to niż za "Wind Will Rove".

-> Krótkie opowiadania nominowane do Hugo 2018


2018-04-10 09:45:45 Komentuj (0)

---


Thoiry
Tegoroczną nowością w Thoiry jest tyrolka nad wybiegiem dla lwów. Jako realistka przyjęłam, że to dobrze brzmiąca reklama, i że jedzie się nad jakimś fragmentem krzaków, a lwy są na pewno pochowane gdzie indziej, ale i tak się tam wybraliśmy. Atrakcja jest dostępna dla osób od lat 8 i 120 cm wzrostu, do wagi niepodanej, trzeba się zważyć na chytrym urządzeniu, które nie ma cyfr, tylko pasek zielony i czerwony, bardzo uprzejmie. Mieściłam się w zielonym ze sporym zapasem, więc nie było możliwości odwrotu z honorem. Wydano nam uprzęże, całkiem klasyczne Petzle samozaciskowe, z dwoma karabinkami, oraz jednorazowe czepki i kaski. To mnie bardzo rozbawiło, bo tyrolka jest na wysokości 15 metrów, kask w niczym tu nie pomoże, ale możliwe, że to dyrektywa UE albo zwyczajnie na odczepnego, żeby umyć ręce od wszelkiej ewentualnej odpowiedzialności. Uprzęż i kask dociska obsługa. Następnie idzie się na krótkie szkolenie, na którym mówią, jak wczepiać karabinki w rolkę, ale dodają, że nic nie będziemy sami robić, od wszystkiego są instruktorzy. 

Z rolką w garści idzie się kawałek wyżej na platformę. Linki są dwie równolegle, instruktor wczepia poszukiwaczy wrażeń w rolkę, przyczepia dodatkową linkę zabezpieczającą do równoległej liny wyżej, i jazda. Tu się okazało, jak się myliłam: przejazd jest rzeczywiście nad dwoma lwami rozwalonymi centralnie pod liną; oczywiście nie spodziewam się, że leżą tam cały czas, ale pewnie wystarczy mieć trochę szczęścia. 250 metrów dalej wyłapuje człowieka kolejny obsługant, przeczepia na drugą parę lin, i przejeżdża się nad kawałkiem safari samochodowego, ze strusiami i antylopami, oraz nad stawkiem z wodą. Z impetem przelatuje się również nad końcową platformą, o czym na szczęście poprzedni obsługujący uprzedził, miałabym bowiem chyba zawał, przekonana, że coś się zepsuło. Hamulec jest za nią, człowiek się od niego odbija, przefruwa nad platformą z powrotem, wyłapuje go drugi hamulec i dopiero się staje na platformie. Na miękkich nogach w moim wypadku, ale i tak zdecydowanie wolę tyrolki niż wszystkie te rollercoastery i inne huśtawki w parkach atrakcji. Syn miękkich nóg nie miał i radośnie zaliczył jeszcze jeden przejazd.

Przy końcowej stacji tyrolki jest kolejna nowość - małpi gaj dla dzieci i dorosłych, wielkie miękkie siatki porozpinane między drzewami, można się wspinać, skakać i fikać koziołki. Poza tym nadal jedną z największych atrakcji jest karmienie lwów i tygrysów oglądane ze szklanego tunelu, na który lwy wskakują. W tym roku są trzy dość młode lwie podlotki, a dorosły samiec już się zrobił za stary na takie rozrywki. Nie ma już niestety natomiast gepardów. W enklawie australijskiej (gdzie są moje ulubione wallaby) zrobiono wolierę z rozmaitymi papugami, a najbardziej widoczne lorysy górskie, przepięknie ubarwione, strasznie wrzaskliwe, i jak się okazało po krótkiej chwili, niezwykle przyjacielskie. Weszły dziecku memu do kaptura, na głowę, usiłowały mu zdjąć okulary i próbowały, czy jego ucho nadaje się do schrupania. 

Na samym wejściu jest natomiast nadal wybieg surykatek. Za nim wyskoczyła na mnie uśmiechnięta para ludzi, czy mogą zadać mi parę pytań. Zezwoliłam. Okazało się, że pytania dotyczyły oglądanych właśnie surykatek: gdzie żyją. Odparłam w pierwszym odruchu, że nie wiem, bo wprawdzie spojrzałam na nową (dwujęzyczną) planszę informacyjną z uznaniem i przeczytałam z niej fragment, ale akurat bez zwracania uwagi na te szczegóły po lewej stronie. Po czym przed oczami stanęły mi nory w piasku i poprawiłam się, że oczywiście wiem, że w Afryce. Dalej już było łatwo.

Część safari (słonie, rozmaite antylopy - już pamiętam, które to gnu - zebry, strusie, żyrafy, hipopotamy, nosorożce, wielbłądy, i w specjalnie wydzielonej części niedźwiedzie) się nie zmieniła, nadal jeździ się tam swoim autem, chociaż można też teraz wykupić przejazd specjalnie dostosowaną ciężarówką, ale kosztuje to bodaj 8€ od osoby, co jest zupełnie nieopłacalne. Siedzi się też wyżej, tracąc zapewne trochę przyjemności z ocierania się zebr i strusi o samochód. Zaobserwowałam stadko żyraf spożywających obiad z paśnika umieszczonego na odpowiedniej wysokości, pod spodem zaś stały zebry i czekały, aż coś im spadnie z pańskiego stołu.

-> Thoiry w 2013
-> Thoiry w 2012
-> Thoiry w 2011


2018-04-08 19:54:12 Komentuj (0)

---


"Dom nad jeziorem" Kate Morton
Poszukiwałam jakiegoś czytadła, znalazłam "Dom nad jeziorem" Kate Morton, w nadziei na coś pokroju całkiem przyzwoitego "Strażnika tajemnic" . Niestety to już czytadło klasy C, co mnie zmartwiło, bo to książka nowsza (2015) od "Strażnika", ta ewolucja przebiega w złą stronę.

Sadie Sparrow, trzydziestoletnia londyńska policjantka, zostaje wysłana na przymusowy urlop, ponieważ przekroczyła swoje uprawnienia kontaktując się z prasą w sprawie porzuconego dziecka. Jedzie do dziadka do Kornwalii, jest 2003. Równolegle oglądamy pobliskie miejsce w roku 1933, mianowicie dom nad jeziorem, zamieszkiwany przez arystokratyczną rodzinę Edevane: matka, ojciec, szesnastoletnia Alice, która pragnie zostać pisarką, jej dwie siostry i najmłodszy niespełna roczny beniaminek Theo. Chwilę później Theo zniknie porwany, a we współczesności Sadie trafi na ślad tamtej nigdy niewyjaśnionej sprawy. Dowiemy się też, że Alice jest bardzo już wiekową, ale nadal aktywną sławną autorką kryminałów.

Dalej wiadomo: Morton podsuwa umiejętnie kolejne fałszywe tropy (to, co przemilczała, pozwoliło mi się dość szybko zorientować, kto porwał chłopczyka, ale do odkrycia całej intrygi było mi bardzo daleko). Poza tym zastanawiało mnie długo, dlaczego jest tak duży odstęp czasowy między przeszłością a współczesnością, co na przykład zmusza 86-letnią kobietę do biegania po lesie (ja wiem, Morton sama nie miała jeszcze czterdziestki pisząc to, ale mogła zapytać kogoś bardziej doświadczonego). Rzecz spokojnie mogłaby się rozgrywać 10 lat wcześniej, czyniąc fabułę nieco mniej naciąganą. Rozumiem, że potrzebowała telefonu komórkowego - ale właściwie tylko w jednym momencie akcji i dałoby się go spokojnie zastąpić zostawieniem na siebie namiarów. Internet nie jest tu używany, idzie się do biblioteki i wysyła papierowe listy. No dobrze, musiała to tak wykombinować, żeby rodzaj pokrewieństwa się zgadzał (Złbqfml Oregvr avr zótłol olć qmvnqxvrz Fnqvr).

Za wciągnięcie w zagadkę płaci się natomiast koszt polegający na konieczności znoszenia ulizanych opisów oraz tłumnie porzucanych dzieci, które jednakże mają tłuste nóżki, są największym szczęściem ludzkości i rozstanie z nimi jest straszne i łamie serce, ale czego w końcu człowiek nie zrobi dla dziecka, nawet je porzuci, prawda. W każdym razie w świecie Morton. Oraz Kate, czy mogłabyś proszę raczej pokazać uczucia bohaterki zamiast je wyjaśniać prozą ? Kolejnym błędem autorki jest prąd elektryczny przepływający między palcami dwóch osób mających się ku sobie, i ja nie mogę takich rzeczy czytać, bo mam od tego ataki bruksizmu. Innym to, że jak bohaterka ma jakieś wrażenie, to wiemy z góry, że z pewnością będzie ono prawdziwe. Poza tym chwyty w rodzaju "Luke, jestem stryjecznym mężem twojej babci" są dobre w świecie Star Wars i tam powinny pozostać. Najlepsza z tego wszystkiego jest jeszcze trauma wojenna, zupełnie sensownie pokazana.

To mogłaby być nawet przyzwoita książka, jakby co nieco z niej wyciąć (co nieco, powiadam, nie więcej niż 50%), ale zdaje się, że jak autorka jest poczytna, to wydawnictwo ją zachęca do klepania i zwiększania objętości, bo pewnie można więcej na tym zarobić. Cóż, na kolejnej na mnie nie zarobią.


2018-04-06 09:58:52 Komentuj (0)

---


Wodny nóż
Post-apo ekologiczne, jak to Bacigalupi, chociaż właściwie nie post: apokalipsa właśnie trwa. Nic nadzwyczajnego, zwykłe ocieplenie klimatu, temperatura w Stanach sięga 49 stopni, szaleją burze piaskowe. I nie ma wody. Z przyczyn politycznych bardziej niż naturalnych: federacja USA się rozpadła, na granicy każdego stanu stoi straż, i wszyscy pilnują zazdrośnie swoich zasobów wodnych. W tej walce nie bierze się jeńców. Na rzekach tamy, podziemne złoża też się eksploatuje, zwykli ludzie płacą 6 dolarów za galon wody albo filtrują efekty własnej przemiany materii. W tym wszystkim buduje się inteligentne wieżowce, z własnym systemem ekologicznym, za pieniądze Chińczyków i karteli. Oczywiście mieszkać tam mogą tylko wybrańcy.

Oglądamy losy dziennikarki Lucy, które przyjaciel właśnie został znaleziony martwy z wyłupionymi oczami. Jeszcze niedawno chwalił się jej pomysłem na biznes, dzięki któremu będzie miał własny basen (w tym świecie luksus niewyobrażalny i wręcz nieprzyzwoity), teraz leży w pyle. Czy Lucy będzie następna? Mogłaby wprawdzie wyjechać na północ, gdzie jest woda, praca i nadzieja, ale nie chce, choć jest to marzeniem milionów ludzi płacących fortuny przemytnikom żywego towaru. Równolegle mamy Angela, pitbula Catherine Case, Królowej Kolorado - to on jest tytułowym nożem wodnym. I nastoletnią Marię, której ojciec pracował przy budowie arkologii i miał zarobić tyle pieniędzy, żeby się wydostać z piekła, w jakie zamieniło się Phoenix, ale nie zdążył. Maria uczy się chińskiego i odkrywa, że może zarobić na fluktuacjach cen wody, liczonych automatycznie.

To bardziej thriller niż fantastyka, jak to u tego autora. Z typowym dla gatunku sztafażem: pan postrzelony w bark i torturowana pani po paru godzinach radośnie uprawiają intensywną aktywność fizyczną. Wątek Weterynarza jakoś się nagle urywa. Skąd Maria nagle wzięła pieniądze na bilet i sprzęt. I tak dalej. Poza tym tłumacz uparł się, żeby wszyscy co chwila mówili "ehe", co doprowadzało mnie do szału. Ale to bardzo plastyczny świat i niezwykle wciągająca wizja. Oby pozostała tylko przerażającą wizją.

2018-04-04 10:37:25 Komentuj (2)

---


Krótkie opowiadania nominowane do Hugo 2018
Cztery z listy mają również nominacje do Nebuli i pisałam o nich, podając linki do tekstów. Trzy z nich wymieniłam jako prawdopodobnych zwycięzców.
  • “Carnival Nine” Caroline M. Yoachim
  • “Clearly Lettered in a Mostly Steady Hand” Fran Wilde
  • “Fandom for Robots” Vina Jie-Min Prasad
  • “Welcome to your Authentic Indian Experience™” Rebecca Roanhorse 

Pozostałe:

The Martian Obelisk” Linda Nagata. Osiemdziesięcioletnia bohaterka w świecie post-apo buduje na opuszczonym Marsie obelisk. "It would still be standing long after the last human had gone the way of the passenger pigeon, the right whale, the dire wolf." Tymczasem w stronę budowli zbliża się tajemniczy pojazd. Bardzo dobre, wciągające, świetnie wyważone, przyjemnie zwięzłe, doskonale naszkicowany realistyczny świat. 

Sun, Moon, Dust” Ursula Vernon. "Allpa received the magic sword from his grandmother, as she lay dying. “I’m afraid I don’t really need a sword, grandma,” he said." Vernon pisze tak bardzo Pratchettowo, że to jest aż niepokojące, ale przy tym pozostaje oryginalna. To nie jest podróbka, to jest własny sposób widzenia świata, choć pokrewny. Cudownie błyskotliwe.


W nominacjach powieściowych odnalazłam ku mojej radości "Provenance" Ann Leckie. Wolę cykl "Ancillary", ale to też kawałek naprawdę niezłej fantastyki. Jest też trzeci tom cyklu N.K Jemisin "The Stone Sky", dobre domknięcie świetnej trylogii.


2018-04-02 11:49:43 Komentuj (0)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Angol w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Amerykanka w Polsce
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem