DS magazine
Bertrand Russell
Shantaram
Tę powieść polecano mi bardzo dawno temu na blogu, i ja ją nawet kupiłam w Merlinie, bo jeszcze wtedy kupowało się papierowe książki w Merlinie (wydaje się, że to w zeszłej erze było), po czym Merlin mi jej nie przysłał mówiąc, że nie ma. Machnęłam ręką mówiąc sobie, że będzie okazja. Jak to zwykle bywa, nie było. W erze ebooków nawet sobie kiedyś przypomniałam, że był taki tytuł, i zdaje się wtedy w ebooku nie występował. Machnęłam ręką kolejny raz. Na początku miesiąca natknęłam się na informację o akcji czytajPL, w ramach której przez listopad można wypożyczyć za darmo jakiś ebook, w tym właśnie "Shantaram". Drobnym utrudnieniem był fakt, że w Paryżu ta akcja nie działa, zupełnie nie wiem dlaczego, ale jeśli chodzi o lektury, to nie ma takich kłód pod nogami, których bym nie przeskoczyła, z pomocą rozumiejących przyjaciół; i tak ostatecznie zabrałam się za tę lekturę.
 
Zaczyna się dość grafomańsko, więc mruknęłam do siebie z przekąsem "no przecież wiedziałam, że te znane i popularne powieści to zawsze tak", po czym okazało się, że nie jest tak źle. Owszem: Roberts ma regularnie grafomańskie wstawki, niebo jest jak surowy jedwab, a usta jak różne rzeczy, regularnie uderza w strasznie wysokie c - ale między tymi kawałkami jest masa niewiarygodnie plastycznej i solidnie wciągającej narracji. Autor, Australijczyk, uciekł w 1982 z więzienia o zaostrzonym rygorze i ukrywał się w Indiach. Siedział za napady z bronią w ręku, pod wpływem heroiny, więc nie pomyłkowo ani za niewinność, natomiast co chwila w książce powtarza, ile zrozumiał i jak żałuje. Z drugiej strony w Indiach też parał się nielegalną działalnością, co oczywiście łatwo oceniać z perspektywy wygodnego łóżka i ebooka w dłoni. Bohater generalnie jest bandziorem o złotym sercu, oraz krzyżówką Chucka Norrisa z matką Teresą: ratuje slumsy przed pożarem, ludzi przed cholerą, bawi się w lekarza i regularnie przyjmuje pacjentów (bo ma apteczkę), walczy z dzikimi psami, ratuje ćpuna, naucza dzieci angielskiego, jedzie na wojnę do Afganistanu, i parę jeszcze innych drobiazgów by się znalazło. w połączeniu z rozmaitymi "błękitnymi labiryntami jej oczu" rzecz byłaby kompletnie niestrawna, na szczęście Robertsa ratuje poczucie humoru. Nie jest najwyższych lotów, ale parę razy śmiałam się naprawdę głośno. Autor ma jednak dystans do stworzonej przez siebie postaci, oczywiście nieźle podkoloryzowanej.

Indie natomiast zapewne przerysowane nie są, bo to się nie da. Widać rzeczywistą fascynację autora tym światem pełnym sprzeczności, tą naprawdę odmienną kulturą. Roberts umie to przekazać mimo wszelkich stylistycznych niezgrabności. Nawet jeśli chwilami irytuje tymi nieco naiwnymi "z oczu mu dobrze patrzyło, od razu go pokochałem", to jednak wychodzi tam prawdziwa pasja, a ja mam do tego słabość.  Jest tu akcja, brutalność, wzruszenie, humor. Doskonałe czytadło.

20 listopada 2017, 09:05 Komentuj (1)

---


The Rise and Fall of D.O.D.O.
Gdyby mi kto powiedział, że połączy magię czarownic z podróżami w czasie i fizyką kwantową, to bym się wzdrygnęła. Gdyby mi kto powiedział, że zrobi to Neal Stephenson, to bym się udławiła własną śliną, więc może i dobrze, że tego nie wiedziałam zaczynając czytać "The Rise and Fall of D.O.D.O." (napisane wspólnie z bliżej mi nieznaną Nicole Galland). Oczywiście magia i technologia współistnieją w innych książkach, ale na ogół na zasadzie urban fantasy, w równoległych światach, tylko czasem się stykających, żeby bohater mógł się przenieść z jednego do drugiego. Chyba jeden Tom Holt zrobił współistnienie technologii i magii w "Przenośnych drzwiach", wymyślając firmę, która czerpie korzyści z magicznych artefaktów. I oczywiście Stross w Laundry Files, ale to szczególny rodzaj magii. Tymczasem w "D.O.D.O." do działania magii, uprawianej przez czarownice, niezbędna jest fizyka kwantowa.

Zaczynamy od dziennika (diachronicle) Melisande Stokes, która siedzi uwięziona w 1850 roku i spisuje wspomnienia. Była lingwistką, doktorem uniwersytetu w Bostonie, kiedy spotkała przypadkiem Tristana Lyonsa - to spotkanie jest rozegrane à la Connie Willis. Tristan zaproponował jej pracę przy tłumaczeniach starych dokumentów. Szybko zorientowała się, że one wszystkie mówią o istnieniu magii - która najwyraźniej naprawdę istniała, ale przestała działać w połowie XIX wieku. Tristan i jego tajemnicza organizacja rządowa chcą się dowiedzieć dlaczego, a potem wpadają na pomysł, jak zaawansowaną fizykę kwantową można ewentualnie wykorzystać do jej wskrzeszenia. Następnie zaczyna się właściwa akcja, przeraźliwie wciągająca. Diachronicle przeplatana jest innymi materiałami: zapiskami innej bohaterki, listami pewnej czarownicy z 1601 roku, wymianą maili, prezentacjami Powerpointowymi, i tak dalej. Zastanawiałam się, jak bardzo będzie widać, że to nie jest samodzielna powieść Stephensona: otóż nie widać. Narracja jest jego, akronimy również, i tak samo świat przedstawiony, jak zwykle z powalającym rozmachem sięgający od Konstantynopola w XIII wieku przez siedemnastowieczną Anglię i Amerykę, po współczesność.

Byłam gotowa się zakładać, że po "Seveneves" i paru innych powieściach Stephenson już nic nie wymyśli, przecież to niemożliwe. Byłam również głęboko przekonana, że o podróżach w czasie napisano już z całą pewnością wszystko. Myliłam się w obu przypadkach. Połączenie pomysłów jest tutaj naprawdę oryginalne, przezabawne, wciągające, fascynujące. Myślenie o powieściach Willis jest nieuchronne, ale to jest zupełnie inny styl. Pod sam koniec domyśliłam się większości rozwiązań fabularnych, ale nie głównego.

Rzeczy, które wzbudziły moje wątpliwości:
  • Okropne zdziwienie i niezrozumienie ze strony Tristana i Mel, kiedy okazuje się, że Erszebet ich zna i o wszystkim wie. A niby tacy inteligentni oboje. No dobrze, mogli nie mieć tej wiedzy, którą ma czytelnik.
  • Postaci negatywne są negatywne w nieco przerysowany sposób, i natychmiast wiemy, że zostaną ukarane.
  • Dlaczego, do licha, nie cbebmznjvnyv m Shttrefrz, xvrql whż fvę bxnmnłb, żr wrfg qbtłęoavr jzvrfmnal j snohłę, n an crjab xvrql xhcvł xfvążxę? Mbevragbjnyv fvę cemrpvrż, żr jvr, anghenyalz bqehpurz olłb cbtnqnć b glz, gb avr, cemrzvypmzl qyn qboen gnwrzavpmbśpv nxpwv.
  • Czekałam, aż Erszebet powie "yet".


16 listopada 2017, 14:39 Komentuj (0)

---


Nominacje do Hugo i Nebuli za opowiadanie: 2015
Nominacje do Hugo, która nie została przyznana:
Lou Antonelli ”On a Spiritual Plain” westchnęłam nad tym jakieś dwieście trzynaście razy, powodując zapewne huragan na półkuli południowej. Sucho i straszliwie niezgrabnie napisana historyjka o duchu na obcej planecie, na której duchy zmarłych są na porządku dziennym z powodu silnego pola magnetycznego. Poziom w miarę sprawnego, acz niezbyt zdolnego dwunastolatka - "on powiedział, ja powiedziałam, on powiedział" (nie przesadzam). Bardzo złe.

Steven Diamond ”A Single Samurai” niedostępne elektronicznie, ale jak widzę z recenzji, na przykład tej, to znacznie lepiej dla niedoszłej czytelniczki.

John C. Wright ”The Parliament of Beasts and Birds”  nie mogę tyle wzdychać, to na pewno powoduje rozedmę płuc. Cudowne Miasto Człowieka nagle wymarło, więc rozmawiają czarny Wilk z czarnym Krukiem, a potem proszą Psa, Konia i Byka o pomoc, i wszystko to jest nadęte i wszyscy są czarni, Lew i Lis też. Następnie zwierzęta się kłócą, kto ma zostać panem stworzenia, skoro człowieka już nie ma, i na chwilę robi się jakby lepsze, ale potem kompletnie przestałam rozumieć o co chodzi, i nie zrozumiałam już do końca.

Steve Rzasa ”Turncoat” przemawia maszyna bojowa. Straszliwie przegadane. Straszliwie.

Kary English ”Totaled” bohaterka zginęła w wypadku samochodowym, ale zajmowała się pracą nad ożywianiem samego mózgu, i służy jako materiał do doświadczeń. Byłam zdziwiona, że to opowiadanie nie wygrało, odstaje od reszty jak perła od grzybów. Po czym po skończonej lekturze uświadomiłam sobie, że ja już takie coś czytałam, bardzo dawno temu. Nie pamiętam co, więc nie mogę porównać, ale może głosujący mieli lepszą pamięć i właśnie dlatego tej Hugo nie dostała.


Nebula

Zwyciężczyni Ursula Vernon ”Jackalope Wives” baśń o babce i wnuku, który zrobił głupstwo, cierpieniu i poświęceniu. Zupełnie nihil novi, i oczywiście wiadomo kto jest kim, ale nadzwyczaj ładnie napisane. Coś tu z Babci Weatherwax. "But when it’s over, you’ll be all the way something, even if it’s just all the way dead.” "You get over what you can’t have faster that you get over what you could".

Aliette de Bodard ”The Breath of War” jesteśmy na Voc, właśnie zakończyła się wojna z rebeliantami, ciężarna bohaterka musi się udać w góry w poszukiwaniu swojego breath-sibling, którego niegdyś wyrzeźbiła z kamienia i tchnęła weń życie; ja wiem jak to brzmi w streszczeniu, ale czyta się zaskakująco świetnie. Miałam pewne skojarzenia z "Piątą porą roku", ale to opowiadanie jest zdecydowanie wcześniejsze. Jest bardzo piękne, dramatyczne i wyważone. Wolałabym widzieć je nagrodzone.

Eugie Foster ”When It Ends, He Catches Her”. Primabalerina tańczy samotnie w opuszczonym teatrze, pojawia się jej były partner. Kolejne opowiadanie z rodzaju nietypowe wykorzystanie zombich w literaturze, takie sobie, dość przewidywalne.

Matthew Kressel ”The Meeker and the All-Seeing Eye” "As the Meeker and the All-Seeing Eye wandered the galaxy harvesting dead stars, they liked to talk." a potem znajdują niezidentyfikowany obiekt, i robi się zdumiewająco makabrycznie, żeby potem wykonać jeszcze ze dwa twisty. Doskonała rzecz, gdzie ta nagroda dla niej?

Usman T. Malik ”The Vaporization Enthalpy of a Peculiar Pakistani Family”. Pakistan, bohaterkę w wieku 16 lat wydano za mąż, mając 21 jest wdową, traci brata, chce iść do szkoły, spotkać takich jak ona, pragnących wiedzy. I różniących się czymś jeszcze. Od brutalnego realizmu płynnie przechodzimy w stronę mrocznej fantasy, z naukowymi wstawkami o stanach skupienia materii. Anturaż oryginalny, wykonanie świetne, szkoda, że końcówka bardzo oczywista.

Sarah Pinsker ”A Stretch of Highway Two Lanes Wide”. Dwudziestoletni chłopak budzi się w szpitalu bez prawej ręki, ale ze sztucznym zastępstwem podłączonym bezpośrednio do mózgu. Jego praktyczni rodzice farmerzy z Saskatchewan podjęli decyzję za niego. Ręka okazuje się jednak... być czym innym i gdzie indziej. Aż do końca nie miałam pojęcia, dokąd to zmierza, a zakończenie jest nagłe i dość zabawne.

Alyssa Wong ”The Fisher Queen” "No one can grow up along the Mekong without learning two things: how to swim, and how to avoid the mermaids." Syreny są bardzo realistyczne, piętnastoletnia narratorka jest natomiast córką rybaka, wypływa z nim na rzekę, i to też jest bardzo realistyczne. Po czym łowią to, co mają złowić, aż do przewrotnego zakończenia. Mój faworyt na tej liście.

->Hugo i Nebula 2016

14 listopada 2017, 12:12 Komentuj (0)

---


Nie opuszczaj mnie
Wciąga niesłychanie. Narratorka jest opiekunką, nieco przesadnie dumną ze swojej pracy, trochę przywodzi na myśl Stevensa z "Okruchów dnia". Przez chwilę wydaje się, że jest opiekunką ludzi terminalnie chorych, ale po chwili pada tajemnicze słowo donacje, które będzie się nieustannie przewijać. Kathy była wychowanką szkoły w Hailsham, czym również się szczyci, i szybko zaczyna opowiadać wspomnienia z tamtych czasów. To nie wyjaśnia tajemnicy, co chwila przewijają się sugestie, że te dzieci nie były takie jak inne, że wiedziały o czekających je donacjach, ale nikt niczego nie mówił otwarcie. Lekko irytujące - i fascynujące. Moja wyszkolona na sf wyobraźnia natychmiast podsunęła mi rozmaite obrazy kosmitów hodujących ludzi na organy, z pewnym trudem uświadomiłam sobie, że to jednak raczej nie będzie ten trop (choć owszem, jest to fantastyka). Bardzo chcemy się dowiedzieć, o co tu chodzi, kim są dzieci, i kim jest tajemnicza Madame, która co pewien czas przyjeżdża i zabiera ich prace. 

Odnalazłam tu tematy z dwóch poprzednich czytanych przeze mnie powieści ("Nie opuszczaj mnie" ukazało się w 2005, bezpośrednio poprzedza najnowszego "Pogrzebanego olbrzyma"). Wspominanie i próba zrozumienia przeszłości, po pierwsze, jak w "Okruchach dnia". Wiara, że prawdziwa miłość mogłaby być jakoś oceniona przez kogoś z zewnątrz, i nagrodzona - ten przedziwny pomysł wróci w "Olbrzymie". Bardziej zaskakujący jest natomiast świat stworzony tu przez Ishiguro. Czytelnik ma ochotę wrzeszczeć do postaci "ale zbuntujcie się, zróbcie coś, nie pozwólcie się tak wykorzystywać", psioczy na ten pomysł, wydziwia, że ktoś w ogóle mógł tam na to pozwolić. A potem uświadamia sobie, w jakim świecie sam żyje: parę godzin lotu samolotem ode mnie dzieci umierają z głodu. O ginących w wojnach nawet nie wspominam, przywykliśmy. Masowe hodowanie zwierząt na mięso i ich zabijanie też nie budzi żadnej emocji, przyczyniam się do tego sama codziennie, niestety. Dlaczego nie mielibyśmy pewnego dnia zaakceptować tego, co proponuje Ishiguro. 

Stevensa z "Okruchów" łączy z Kathy pragnienie poczucia się ważnym. W przypadku kamerdynera widzimy, co przeziera spod jego monologu. Im bardziej próbuje nas i siebie przekonać do swoich racji, tym bardziej żałosny się staje. Widzimy, że mógł otworzyć oczy, zobaczyć, co naprawdę jest istotne, i przeżyć satysfakcjonujące życie porządnie, a nie oszukiwać się. Z Kathy jest inaczej. Kiedy już poznajemy zasady rządzące jej światem (poznajemy - to Ishiguro, wyjaśni wszystko szczegółowo, dla pewności dwa razy) okazuje się, że nie miała wyboru. Wyższa instancja też jest bezradna.

Kolejny raz mam problem z tym, co autor chciał powiedzieć. Jeśli jego bohaterowie są alegorią nas samych, to konkluzja jest głęboko pesymistyczna. Iluzoryczna jest nasza wiara w możliwość zmiany przeznaczenia (i to mogłoby się się raczej znaleźć w uzasadnieniu Akademii Szwedzkiej, którego nadal nie umiem przyłożyć do żadnej z tych książek). Trzepoczemy się jak motyle na szpilce, możliwości odwołania nie ma. Nie tego oczekiwał Alfred Nobel. A może przeciwnie: może Ishiguro chciał przekornie powiedzieć czytelnikowi "nie jesteś moim bohaterem, możesz kształtować swój los". Lecz raczej widzę tu namowę do bezwarunkowej akceptacji zasad, nieważne jak okrutnych, do cieszenia się tym, co mamy. Ostatecznie wszystkich nas wcześniej czy później spotka ten sam los, wbrew tytułowi (oryginalne "Never Let Me Go" jest jeszcze wymowniejsze) opuszczą nas wszyscy. Umieramy w samotności.


12 listopada 2017, 21:50 Komentuj (2)

---


Nie rozumiem
Czym starsza jestem, tym mniej rozumiem ludzi, choć niegdyś myślałam, że będzie na odwrót. Przekonania, że jak osobnik o czymś nie wie, to pojęcie to nie istnieje, nie rozumiem zwłaszcza. I analogicznie - że jego prawda jest jedyną słuszną prawdą. Czy żyjemy w jakichś wyjątkowo egocentrycznych czasach, czy tych z przerostem ego po prostu słychać najbardziej?

Znajoma Francuzka, wieku nie będę wytykać, ale jest energiczną babcią kilku wnuków, parę dni temu nie chciała mi uwierzyć w rzucone mimochodem, że po angielsku słowo "wee" oznacza "malutki". Ona ma męża Amerykanina - nieważne, że od pół wieku rozmawiają po francusku - i nigdy w życiu tego nie słyszała, niemożliwe, co ja tam mogę wiedzieć, w końcu nie Amerykanka. Uprzejmie i cicho zasugerowałam, że to dość potoczne, mogła nie zwrócić uwagi - nie, niemożliwe, na pewno nie istnieje, bo ONA nie zna.

Nie pojmuję też, jak publicznie, będąc osobą publiczną, można się rzucać w obronie znajomego, który postąpił po chamsku, nie pierwszy raz zresztą. Osoba z jednej strony przyznaje więc, że on tak ma, i natychmiast używa tego jako argumentu, że obrażać się nie powinno, bo on tak ma. Logiczne. Grube słowo należy  przyjąć jako komplement, bo koleżanka gbura tłumaczy z ogniem, że to porządny człowiek i tak tylko gada, a naprawdę co innego myśli. Mam od razu ochotę iść strzelać do homo sapiens tłumacząc z uśmiechem, że ja tak mam, nie znoszę gatunku, więc musicie mi to wybaczyć, bo z gruntu dobra kobieta jestem, i mam tylko taką drobną przypadłość, wybaczalną, prawda?


10 listopada 2017, 14:24 Komentuj (5)

---


Nominacje do Hugo i Nebuli za opowiadanie: 2016
Zdobywców Hugo opisałam, nadal czytam krótkie opowiadania nominowane do Hugo i Nebuli.

Nominowane do Hugo w 2016
S. R. Algernon ”Asymmetrical Warfare” wojna Ziemian i Obcych, z punktu widzenia tych ostatnich, obie strony nie rozumieją nawzajem swoich motywacji. Zwięzłe i błyskotliwe.

Juan Tabo and S. Harris ”If You Were An Award, My Love” krótki tekścik z bloga, parodiujący wrednie zwyciężczynię Nebuli sprzed dwóch lat, o nagrodzie Hugo, nominowany do Hugo: owszem, to miało zjeść swój własny ogon, a potem zabrać się do reszty, mam nadzieję, że uda się jakoś przywrócić sens procesowi nominowania i nagradzania.

Nebula:
Nagrodzona została Alyssa Wong za "Hungry Daughters of Starving Mothers" bardzo dobry, skondensowany, intensywny horror, w pierwszej osobie. Oczywiście nie całkiem oryginalny, ale sposób podania bardzo interesujący.

Nominowani:
Zdobywczyni Hugo Naomi Kritzer ”Cat Pictures please”.

David D. Levine ”Damage”: "Gwiezdne wojny" z punktu widzenia statku bojowego, w pierwszoosobowej narracji. Rebelianci z Free Belt walczą przeciwko siłom Earth Alliance, a narratorka ma rozterki, których taka maszyna mieć nie powinna. Ładne aż do puenty.

Amal El-Mohtar ”Madeleine” Motto z Prousta w połączeniu z tytułowym imieniem... dobrze się zapowiada. Bohaterka ma wizje, w których przenosi się we własną przeszłość. Nieźle zbudowane, nawet wciągające, roztrzęsienie bohaterki bardzo realistyczne, szkoda że końcówka słabiutka. Takie historyjki wymyślałam mając 16 lat.

Martin L. Shoemaker ”Today I Am Paul”. Android opiekuje się kobietą z Alzheimerem, ma wbudowaną eksperymentalną AI pozwalającą emulować osoby z jej rodziny. Pięknie rozegrane aż do końca. Zdecydowanie wolałabym widzieć to nagrodzone, bo ma i temat i wykonanie.

Sam J. Miller ”When Your Child Strays from God”: prześlicznie napisane opowiadanie bardzo zdaje się młodego autora (nie podaje wieku, ale sądząc ze zdjęć i z historii ma najwyżej dwadzieścia parę lat, i właśnie wydaje jakieś powieści), z ogromnym wyczuciem, i z pomysłem. Matka chrześcijanka szukająca nastoletniego syna (świetna pierwszoosobowa narracja) bierze narkotyk pozwalający dzielić się halucynacjami i odbiorem świata. Bardzo dobre. "Christ, an old woman Googling is more dangerous than a drunk blind bus driver asleep at the wheel."

8 listopada 2017, 13:00 Komentuj (0)

---


Ancillary Mercy
Absolutnie zachwycające jest, że cywilizacja międzyplanetarna, statki kosmiczne, świadome AI, błyskawiczne leczenie prawie dowolnych urazów, i tak dalej, a nadal mnóstwo do powiedzenia ma kapłan, i wszyscy się odwołują do rzuconych omenów. Doskonale pasuje do mojego przekonania, że ludzie zawsze będą ludźmi: racjonalizm i nauka sobie, a wierzenia, przesądy i tradycje swoją drogą. Ludzie zawsze będą ludźmi, nawet jeśli niekoniecznie nimi są, zresztą - o tym właśnie jest ta część, co sobie zresztą sama lekko zaspoilowałam czytając najpierw "Provenance", gdzie jest aluzja do tych wydarzeń w imperium Radchaai. Ale żadna niespodzianka, można się tego było domyślić już w poprzednich tomach.
 
Poznajemy tu bardziej kulturę Radchaai. Widzimy, że wprawdzie płeć nie gra żadnej roli, natomiast nadal jest podział na rozmaite kasty pod względem pochodzenia i wykształcenia. Teoretycznie każdy może przejść testy zdolności i zostać tym, na kogo się nadaje, w praktyce jest jak zwykle: zdecydowanie lepiej pochodzić z odpowiedniej rodziny. Albo przynajmniej z odpowiedniej rasy, jest ich bowiem w układzie Athoek kilka, niektóre znacznie lepiej zasymilowane od innych.

Nie ma tu żadnego jednoznacznego rozróżnienia na dobro i zło, to nie "Star Wars". Są politycy z ich rozmaitymi interesami, wymogami, nakazami. Jest mnóstwo rozważań na temat uczuć innych osób, właściwie cała fabuła jest na tym zbudowana. Zachwyciło mnie, jak narratorka siedzi w kombinezonie na zewnątrz statku, z bronią w pogotowiu, i rozmyśla o uczuciach statku, żeby za chwilę strzelać do innego okrętu wojennego jakbyśmy z powrotem byli w porządnej space operze. Leckie świetnie to łączy. Urzeka mnie też nieustannie tłumaczka Presgerów. W połowie nieco mnie znużyło ciągłe przygotowywanie i picie herbaty, ale potem znowu wciągnęły mnie dramatyczne wydarzenia, a końcówka jest bardzo dobra. Co prawda łatwo się domyślić, jak to się musi skończyć, ale nie wiedziałam w jaki sposób i za jaką cenę.

6 listopada 2017, 09:13 Komentuj (0)

---


"Zabójczy miecz" Ann Leckie
Zaczyna się tam, gdzie się skończyła "Sprawiedliwość", natomiast w zasadzie można czytać niezależnie, bo autorka w paru miejscach wyjaśnia i przypomina wydarzenia z poprzedniej części, co naprawdę doceniam w czasach, kiedy wszyscy piszą wielostronicowe dzieła kompletnie przypadkowo podzielone na tomy wydawnicze. Nasza narratorka Breq jest na statku "Łaska Kair" i udaje się do układu Athoek, żeby sprawdzić, co tam się dzieje. W drodze jednakże ma problem ze swoją nową, bardzo młodą porucznik. Po przybyciu okazuje się, że na planecie jest akurat święto genitaliów, przy czym są to genitalia jednego rodzaju, co zdumiewa Radchaai.

Urzekło mnie od momentu, w którym pojawiła się tłumaczka Presgerów, to było zabawne, oryginalne, i świetnie napisane; a potem robi się dramatyczne, i bardzo dobre. Musiałam tu myśleć o cyklu haińskim Le Guin. Zaskoczyło mnie, że Radchaai powszechnie używają seksu, żeby osiągnąć korzyści. Dziwne wśród istot kierujących się triadą "sprawiedliwość, pożytek i przyzwoitość". Za to ludzkie. Tak samo, jak fakt, że całym tym imperium rządzi jedna tyranka, co prawda w wielu ciałach, ale jedna. I jak to, że powszechnie stosuje się reedukację, czyli pranie mózgu. To nie jest utopijny, idealistyczny świat, i właśnie to jest tutaj najlepsze.


2 listopada 2017, 09:31 Komentuj (0)

---


Zabójcza sprawiedliwość
Czytałam dość sporo fantastyki i rozmaitych innych rzeczy mniej lub bardziej eksperymentalnych, ale muszę przyznać, że początek "Zabójczej sprawiedliwości" wymagał ode mnie znacznego wysiłku. Narratorka otóż nie rozróżnia płci, i o wszystkich pisze "ona", co natychmiast prowadzi do lapsusów w stylu "była płci męskiej". Mętlik, jaki mi to zrobiło w mózgu, jest nie do opisania (co zresztą jest dość zaskakujące, bo niektórzy imigranci francuscy mają tendencję do mieszania "il" i "elle", powinnam się już przyzwyczaić). W drugim rozdziale narratorka okazuje się być byłym okrętem wojennym, aktualnie w ciele ludzkim, a raczej Radchaai, bardzo ekspansywnej rasy nie rozróżniającej płci, kochającej herbatę, oraz zawsze występującej w rękawiczkach. Chyba niezbyt praktyczne:  co z myciem rąk przed jedzeniem?

Polskie idiotyczna wersja tytułu jest niechybnie uzasadniona miłością do pecunia, oryginalne "Ancillary Justice" odnosiło się do roli, jaką okręt odgrywał w podbojach. Poza byciem okrętem wcielał się w ancillaries - serwitorów - przybocznych poruczników, na bieżąco monitorujących ich parametry życiowe, ale też ścielących łóżka i serwujących herbatę. Akcja toczy się dwuwątkowo: w powieściowym teraz narratorka usiłuje odnaleźć pewien artefakt, a w retrospekcjach opowiada o tym, co stało się dziewiętnaście lat wcześniej, kiedy Radchaai podbijali układ Shis'urna. Nieustannie zachwycała mnie narracja, nie ma prawie żadnych opisów wyglądu ludzi i nie znamy płci większości bohaterek, łącznie z narratorką, co niestety ginie w tłumaczeniu, a co zrobiła już Winterson w "Zapisanym na ciele". Bardzo odświeżające. Teoretycznie bezpłciowość jest oczywiście w "Lewej ręce ciemności", ale tam narrator postrzega ludzi przez pryzmat swoich doświadczeń, mamy więc gospodynię i króla, nie ma tego wybicia z kolein myślowych, które osiąga Leckie.

Powieść zdobyła Hugo, Nebulę i parę innych poważnych nagród, nie dziwię się. Czyta się doskonale, pomyślane jest znakomicie, wszechświat przypomina nieco Kulturę Banksa. I ma zakończenie, chociaż jest dalszy ciąg. Doceniam.

30 października 2017, 09:26 Komentuj (0)

---


"Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?"
Oczywiście musiałam, po "2049". Ostatni raz czytałam to pewnie naście lat temu, i miałam tendencję do uważania filmu za lepszy od książki. Nie pamiętam zresztą, kiedy widziałam go po raz pierwszy, pamiętam natomiast, że powieść bardzo chciałam przeczytać już w wieku nastu lat, ponieważ czytałam o niej w "Fantastyce i futurologii". Nigdy nie była moją ulubioną, wolałam "Ubika" i "Człowieka z wysokiego zamku"; właśnie odkrywam, że chyba jej nie doceniałam.

Dick prawdopodobnie faktycznie był kompletnym wariatem, któremu narkotyki wyżarły mózg, ale ta książka jest genialna, po pół wieku też. Sposób, w jaki od samego początku przedstawia świat, nie ma sobie równych, od otwierającej sceny: Rick Deckard budzi się w świecie post-apo, gdzie żywych zwierząt są już tylko nędzne resztki, więc są otaczane niemal czcią, i każdy porządny obywatel chce mieć jakieś. Ci, których nie stać, mają elektryczne namiastki. Korporacja Rosen buduje coraz lepsze androidy, które coraz lepiej wymykają się spod kontroli, a Deckard je łowi, próbując je odróżniać od ludzi testem na empatię Voigta-Kampffa, który właśnie zawodzi. Nexusa-6 nie da się zidentyfikować.

Miałam oczywiście przed oczami sceny z filmu, kolejny raz zachwycając się, jak Ridley Scott to zrobił. Ale to Dick tworzy tę atmosferę nieporównywalną z niczym. Doskonale wiem, o czym to jest, a kolejny raz daję się złapać na dzielnego glinę Deckarda polującego na złe nieempatyczne andki. Po czym pojawia się Rachel. Doskonały jest też wątek merceryzmu. Myślę, że gdybym czytała tę książkę pierwszy raz, i gdyby mi powiedzieli, że nakręcą ją, ale bez tego, protestowałabym i się oburzała. A przecież to była znakomita decyzja. W powieści to się przydaje dla przeciwwagi, ale w filmie nie dałoby się tego pokazać. Uwielbiam w książce ten moment, w którym Dick po swojemu próbuje numeru "rzeczywistość nie istnieje", po czym nagle się reflektuje, że nie o tym miało być, i z niemal wyczuwalnym szarpnięciem wraca na właściwe tory. Przepadam za postacią J.R. (J.F.): właściwie dopiero złożenie wersji powieściowej i filmowej daje tu pełen obraz, uzupełniają się fantastycznie. Żałuję natomiast, że filmowa Priss i Rachel nie są tym samym modelem. Jasne, Rachel była ulepszonym, ale zewnętrze mogli wziąć już sprawdzone.

Wzruszają mnie anachronizmy: umieją zrobić genialne androidy nieodróżnialne od ludzi, a nawet lepsze, ale nadal szukają numeru sklepu w książce telefonicznej i piszą piórem na papierze. I oczywiście wszyscy mają wideofony. Bardzo jestem ciekawa, jak Dick zareagowałby na wiadomość, że pół wieku później istotnie każdy będzie miał w kieszeni wideofon, ale będzie go używał do zgoła innych rzeczy niż oglądanie twarzy rozmówcy. Jeszcze bardziej chciałabym wiedzieć, jakie milczące założenie czynimy dzisiaj, które się za paręnaście lat okaże z gruntu fałszywe.


27 października 2017, 09:34 Komentuj (4)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Towary Mieszane
Quijote
Idiomka
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Inka od wiatraka
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Odwodnik
Tuv
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Nielot
Trochę jedzenia
Żona No. 1
Ola
Hania
Barbarella

Prasa zagraniczna
Angol w Polsce
Margot w Irlandii
Iskra w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Miski do mleka
Amerykanka w Polsce
Stardust
Nina w Urugwaju
Thernity
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Aga emigrantka
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
Thea
W kątku z książką
Zupka
Helena
Prawdziwy dr House
Kwoka w dolinie
Mama grzdyla
Melissa
Chustka Joanny
Vestigia
Wężon
Nowojorskie gadanie
Towary mieszane
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Femme
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Snafu
Dzieci Thei
Laska
Działa, nie działa
Matylda
Stara panna
Uczy polskiego
Matka jego dziecka


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem