DS magazine
Bertrand Russell
Opowiadania Kena Liu ("La menagerie de papier")
W bibliotece napadł na mnie tom opowiadań Kena Liu. To autor "Papierowej menażerii" i "Mono no aware", które dlaczegoś zdobyły Hugo ("Menażeria" w dodatku Nebulę i WFA, o dziwo), czego kompletnie nie rozumiem, bo może i są dość ładne, ale potwornie przewidywalne i naiwne do bólu zębów. Trzymałam więc ten tom w dłoniach ważąc za i przeciw. Wygrały argumenty, że po dwóch opowiadaniach trudno jednak osądzić pisarza (ja też jestem naiwna, wiadomo), w końcu on nie ma wpływu na to, że akurat te się ludzkości podobały najbardziej, że przecież nie zapłacę za czytanie jego twórczości (mnóstwo jego rzeczy można wprawdzie przeczytać w sieci, ale dobrze by mi zrobiło poczytanie dla odmiany po francusku), i że zawsze mogę po jednym czy dwóch tekstach rzucić. Może nie książką w ścianę, bo biblioteczna, ale przynajmniej dalszą lekturę.

W przedmowie, okrutnie się wdzięcząc do czytelnika, autor beztrosko powiada, że nie przejmuje się żadnych podziałem gatunkowym, pisze co mu ślina na język przyniesie i co mu w duszy gra. Już po tym wiedziałam, że się z Kenem Liu nie dogadamy, nie mój rodzaj człowieka. Po pierwsze jest to gadanie typu "ja tam się znakami przy drodze nie przejmuję, po prostu wsiadam i jadę, jak mam wenę, ważny jest wiatr we włosach, a nie czerwone światło!". Po drugie i ważniejsze: w fantastyce akurat najistotniejsza jest doskonała znajomość konwencji. Fantastyka z założenia zajmuje się tym, co poza aktualną nauką, moralnością, świadomością, zbiorową nieświadomością i wyobraźnią. Żeby móc się tym uczciwie zajmować, trzeba to znać, bo inaczej jest się jak szesnastolatek przekonany, że właśnie osobiście wynalazł seks. Wszyscy to przechodziliśmy, ale żeby się tym w przedmowie chwalić na serio mając już lat nieco więcej niż naście, to jednak nie.

Pierwsze opowiadanie, "Reborn" jest całkiem przyzwoite, tylko że jest "Zakochanym bez pamięci" plus Obcy. Przylecieli i postanowili złym ludziom wymazywać złe kawałki osobowości czyniąc ich w ten sposób dobrymi ludźmi. Ken Liu rozgrywa to dość ładnie, i dość przewidywalnie łącznie z opisem seksu międzygatunkowego z sześcioramienną istotą, z czego może dałoby się coś więcej wyciągnąć, ale to nie w tym opowiadaniu. Reszta wiadomo: czy jesteśmy aby sumą naszych wspomnień, czy jednak nie.

Miniatura "Before and after" czyli jak Ken Liu potrafi napisać przegadane jednozdaniowe opowiadanie w trzech akapitach.

"The Algorithms for Love" pani zrobiła lalkę AI. A potem ją ulepszyła. Pani ma aktualnie ciężką depresję i wspomina, oraz przewiduje co kto powie. Byłam przekonana, że znam puentę, ale Liu postanowił mnie przechytrzyć, chociaż tyle. Poza tym czytał Chianga, co  w zasadzie mu się chwali, natomiast osoba o IQ wystarczającym, żeby Chianga przeczytać, powinna mieć go też tyle, żeby już nie pisać. Jestem złośliwa; to byłoby niezłe opowiadanie, gdyby coś wyraźnego zrobić z puentą. A może problem polega na wymieszaniu testu Turinga z determinizmem. Mam wrażenie, że Liu sam nie bardzo wiedział, o co mu chodzi.

Miniatura "Nova Verba Mundus Novus", jestem przekonana, że gdzieś już czytałam ten początek, ale nie wiem gdzie. Pomysłowe. I krótkie.

"The Perfect Match" Bohater ma asystentkę posługującą się danymi zbieranymi przez Googla, przemianowanego tu na Centillion, asystentka podpowiada mu co jeść i co mówić na randce. Ma też paranoiczną sąsiadkę, która uważa zbieranie danych za ZŁO. Dalej przewidywalnie do końca, ale przyjemnie się czytało. Oraz mam wrażenie, że autor czytał "Press Enter" Varleya.

"Ask Emily", wracamy do tematu wymazywania wspomnień, to opowiadanie jest częścią całej antologii  o tej tematyce. Jest krótkie, zabawne i niegłupie.

"Arc" całe życie pierwszej pani, która stała się nieśmiertelna. Ma w sobie coś. Udało mu się pozostać przekonującym do końca.

"The MSG Golem": początek mnie mile zaskoczył. "Nazajutrz po opuszczeniu Ziemi przez statek kosmiczny, Bóg przemówił do Rebeki". - Ken, czy mógłbyś tego nie zepsuć? - suplikowałam. Udało się, jest to przezabawna igraszka. Aż się zdziwiłam, że tak umie.

"The plague": Eloje i Morlokowie w nowej odsłonie. No dobrze, nie całkiem: po katastrofie ekologicznej mamy ludzi żyjących pod kopułami, i nowy gatunek, który się przystosował do skażenia. Następuje kontakt między przedstawicielami gatunków.

"Single-Bit Error": Ken, chłopaku, a ty znowu Chianga czytałeś, i nie mogłeś się powstrzymać? Niestety tutaj zabrał się za jedno z najlepszych opowiadań Chianga "Piekło to nieobecność Boga", walące prosto w żołądek. Ja wiem, że jak spadać, to z wysokiego konia, ale tu Liu postanowił spaść z olifanta. Poza tym chyba czytał też Wattsa o tym, że wizje religijne są wynikiem uszkodzenia jednego miejsca w mózgu, tylko uprościł to do jednego bita. Nie przekonał mnie. Siebie chyba też nie.

"The Bookmaking Habits of Select Species": A to Borgesowskie i śliczne, o książkach pisanych przez inne istoty rozumne. Tak trzymać!

"The Journal": Bardzo dobre, bardzo proste, pani znajduje dziennik intymny swojego męża, wyobraża sobie, co też tam może być i ze stresu traci zdolność czytania. Trochę przewidywalne.

"The Oracle": ludzie mają wizję zwrotnego punktu w swoim życiu, te wizje zawsze się sprawdzają, więc kiedy szesnastolatek odkrywa, że zostanie skazany na karę śmierci za morderstwo, wszyscy go traktują jakby to już się stało. Znowu o determinizmie, ale nie do końca. Mimo zwyczajowego przegadania ma dobrą końcówkę.

"The Ligatrix": Chiński kryminał, dziejący się w państewku na granicy Chin i Korei, w jakimś pewnie XIX wieku, jest morderstwo i dochodzenie, śliczność! Niech on tego więcej napisze zamiast Chianga udawać, proszę. Po czym mózgownica mi zazgrzytała, zatrzeszczała, i rzekła "Zagadki sędziego Di...".

"The People of Pele": ludzie lecą lata świetlne i lądują na obcej planecie, takie trochę początki Ekumeny, w innym ujęciu. Kolejny raz trochę mu zabrakło wyrazu.

"The Shape of Thought": ludzie na Pele rozbudowali cywilizację i polecieli dalej, przylecieli na Kalanthi, gdzie są istoty rozumne, z którymi nie idzie się dogadać mimo wysiłków lingwistki, więc dogadają się dzieci. Zenna Henderson to napisała lata temu, tylko zwięźlej, i zdaje się, że siedmionogowy też tu nieco wpłynął na pomysły Liu. Jak zwykle za dużo słów, ale wychodzi to całkiem ładnie.

"The Waves": 300 osób wyleciało z Ziemi w podróż obliczoną na 400 lat. Ledwie wyleciawszy dowiadują się, że wynaleziono nieśmiertelność. Mogą też sobie ją zrobić, tylko jest problem, zasoby statku są obliczone na konkretną liczbę pasażerów. Dziecko nie może dorosnąć, dopóki jakiś dorosły nie zdecyduje się umrzeć. Wydumane, najwyraźniej Ken Liu nie zna dziesięciolatków, które jedzą więcej od niego. Dalej jednakowoż się rozpędza i leci "Accelerandem" Strossa. No tak, Strossa przecież nie mógł pominąć wśród swoich lektur.

Szkoda, że w tym zbiorze nie znalazła się "Cassandra", jedno z lepszych opowiadań Liu, znowu o przewidywaniu przestępczej przyszłości, ale tu plus Superman. Wyjątkowo mało przegadane. A podsumowując, to niezły, sprawny i oczytany autor, który wykorzystuje oryginalne pomysły na swój, nieco melodramatyczny, sposób. W końcu zawsze tak było, że epigoni znajdowali większe uznanie, niż ich mistrzowie.

22 września 2017, 09:39 Komentuj (0)

---


Hugo dla opowiadań
Kontynuacja notki o nagrodach Hugo dla opowiadań.

2005: Mike Resnick "Travels with My Cats". 11-letni chłopiec przypadkowo kupuje książkę, i od pierwszej strony uśmiechałam się do ekranu, bo Resnick zdecydowanie wie, jak opisać nagłą i absurdalną miłość do książki, zwłaszcza kiedy ma się 11 lat. Potem narrator ma 40 lat, puste życie, i nagle pragnie odnaleźć książkę swojego dzieciństwa. Dalej przewidywalnie, ale lubię zakończenie. Nominowane wtedy było "The Best Christmas Ever" Jamesa Patricka Kelly'ego, nawiązujące do klasycznego "Kto zastąpi człowieka" Aldissa, ładnie pomyślane i rozegrane, ale z bardzo niewyraźną puentą. Nie mam pewności, które z tych dwóch bardziej zasługiwało na nagrodę, choć chyba jednak Kelly.

2004: Neil Gaiman "Studium w szmaragdzie". Alternatywna wersja "Studium w szkarłacie", osadzona w uniwersum Lovecrafta, ale w nieoczywisty sposób, mianowicie rodzina królewska to zielonokrwiści Przedwieczni spoza czasoprzestrzeni. To trzeba było Gaimana, żeby to wymyślić. Sam ten pomysł wystarczyłby, ale tu są jeszcze ze dwa twisty, całość zostawia czytelnika z poczuciem miłego rozbawienia i głębokiej satysfakcji.

2003: Geoffrey A. Landis "Falling Onto Mars": właściwie czemu nie miałoby się rozgrywać w czasach kolonizacji Ameryki, na przykład? Jeśli już koniecznie gdzieś się musi rozgrywać?

2002: Michael Swanwick "The Dog Said Bow-Wow". Szalona wizja atechnologicznej przyszłości, stylizowanej na jakiś osiemnasty wiek, z królowymi, hrabinami, diamentowymi naszyjnikami, i modemem, z którego wyłazi demon. I z odpowiednią stylistyką wypowiedzi. Jakby jeszcze puentę miało lepszą... Druga część tego opowiadania, "The Little Cat Laughed to See Such Sport" nominowana była rok później, bohaterowie są tam w Paryżu i odnajdują wieżę Eiffla. Znaczy, usiłują o tym przekonać pewną kobietę-kot. W 2002 roku nominowane były przepiękne "Kości ziemi" Le Guin, i naprawdę niezrozumiały jest dla mnie wybór między tą wyważoną, dojrzałą opowieścią a sowizdrzalską zabawką Swanwicka.

2001: David Langford "Different Kinds of Darkness". Niezłe, przykuwające uwagę od pierwszej linijki, dobrze poprowadzone. Robi jeszcze większe wrażenie, kiedy sobie uświadomić, że napisane zostało przed WTC. A jest o terrorystach. Szkoda, że rozwinięcie i końcówka boleśnie przewidywalne.

2000: Michael Swanwick "Scherzo with Tyrannosaur". I co ja mam napisać. Owszem, ładnie się zaczyna. Przyjęcie z dinozaurami w epoce kredy, podróż w czasie używana w celach rozrywkowych, na początku sama przyjemność. Tylko że "All You Zombies" Heinleina było napisane w 1958 roku. Swanwick myślał, że po czterdziestu latach nikt go nie pamięta i że spokojnie można je przepisać? W każdym razie rozwinął pomysł w powieść "Bones of Earth", którą może nawet kiedyś ewentualnie przeczytam.
Nominowane było również inne opowiadanie Swanwicka, "Ancient Engines", o nieśmiertelności maszyn, niegłupie, przemyślane i dające do myślenia, szkoda tylko, że w połowie doskonale wiedziałam, dokąd autor zmierza.
W ogóle w ciągu pięciu lat 1999-2003 nominowanych było dziewięć (!) opowiadań Swanwicka, trzy z nich wygrały, co go czyni chyba absolutnym rekordzistą.

1999: oczywiście Michael Swanwick "The Very Pulse of the Machine". Io, księżyc Jowisza, kobieta ciągnie ciało drugiej kobiety, bardzo martwej, lecz jednak gadającej. Świetne otwarcie. Do lądownika jest 45 mil, wśród siarki. Widzieliśmy tę scenerię dwanaście milionów razy (na przykład w opowiadaniu Landisa "A Walk In The Sun", Hugo 1992, podobieństwa zapewne nieprzypadkowe), nadal działa. Pytanie, co autor z tym zrobi dalej, i tu Swanwick nie zawodzi. Trzyma w napięciu do końca.

Nominowane były dwa inne opowiadania Swanwicka: "Radiant Doors", które jest POTWORNE. Jest tak przerażające, że przez chwilę chciałam przestać czytać. Ma więc potencjał być dobre, tylko niestety akcja jest straszliwie przekombinowana, i człowiek zamiast dać się ostatecznie przygnieść koszmarną mrocznością i wizją zastanawia się, PO CO tak, i cały wysiłek autora na nic. Natomiast "Wild Minds" ("Surowe umysły" w Krokach w nieznane 2007) jest doskonałe. Wizja ludzi ze zoptymalizowanymi mózgami, ze zdolnością do błyskawicznego uczenia się, za to pozbawionych uczuć - ale rozegrane w nieoczywisty sposób, zmuszające do zastanowienia, zostające w człowieku. Wolałabym widzieć właśnie to nagrodzone, choć przyznaję, że wybór był trudny. Zaskoczyło mnie, że do Nebuli nominowane były dwa pozostałe, a akurat "Wild Minds" nie.
W 1999 nominowane też było "Maneki Neko" Sterlinga, do którego odwołuje się nagrodzone w 2016 "Cat Pictures Please" Naomi Kritzer.

1998: Mike Resnick "The 43 Antarean Dynasties", tytuł w połączeniu z nazwiskiem autora spowodował u mnie reakcję "błagam, nie każcie mi tego czytać!!" Ale skoro nikt mi nie kazał, tylko sama chciałam, przeczytałam. Znudzeni turyści na Antares III zwiedzają the Temple of the Honored Sun, narratorem jest miejscowy przewodnik oprowadzający ich po cudach stworzonych przez 43 dynastie władców, dawno obrócone w proch. Wspaniałości zostały rozgrabione przez ludzkich i nie tylko najeźdźców, turyści też nie szanują pozostałości, opowieści o dumie i potędze przewodnik zachowuje dla siebie, a o co właściwie chodziło Resnickowi, wie tylko on. Równie dobrze mogliby to być amerykańscy turyści na przykład w Grecji.
Nominowane było "Itsy Bitsy Spider" Jamesa Patricka Kelly'ego, w którym córka po latach odwiedza bardzo starego ojca. Opiekuje się nim bot zrobiony na podobieństwo jej samej, kiedy miała 4 lata. Jej dawno rozwiedziona matka zostawiła ojcu większość swojego majątku.
Subtelne.
Zdumiała mnie natomiast nominacja dla "Standing Room Only" Karen Joy Fowler, które jest relacją w stylu Henry'ego Jamesa z dnia 14 lipca 1865 oczami nastolatki zakochanej w aktorze Johnie Wilkesie Boothu (który tego dnia zamordował Abrahama Lincolna, czego się z opowiadania nie dowiemy). Jest świetne, tylko skąd się wzięło na liście nominowanych i w ogóle w Asimov's Science Fiction, nie pojmuję. Nie ma w nim ani słowa jakkolwiek fantastycznego, chyba to, że w rzeczywistości Anna w 1865 miała lat 22, nie 17.

1997: Connie Willis "The Soul Selects Her Own Society: Invasion and Repulsion: A Chronological Reinterpretation of Two of Emily Dickinson's Poems: A Wellsian Perspective". które sama wybrała do zbioru najzabawniejszych opowiadań sławnych autorów sf, które znajduje się w co najmniej dwóch jej zbiorach "best of", i które jest, no cóż, przekomiczne. To praca studenta udowadniająca w bezczelny i błyskotliwy sposób, że autorką dwóch odnalezionych ostatnio wierszy jest niewątpliwie Emily Dickinson, i że napisała je wprawdzie pośmiertnie, ale za to przegoniła nimi Marsjan, tych z "Wojny światów". Jest to zupełnie co innego niż klasyczna fantastyka, nawet w specyficznym dorobku Willis nietypowe (oczywiście pokrewne apokryficznym recenzjom Lema z nieistniejących książek), i bardzo mnie cieszy, że zostało docenione. Chociaż nominowane było znakomite "The Dead" Swanwicka ("Umarli" w Krokach w nieznane 2013), oparte na obłędnym pomyśle (zombie wykorzystywani w przemyśle oraz usługach) i doskonale wykonane, trochę Silverbergowe w duchu. Trudno chyba znaleźć opowiadania, między którymi byłaby większa przepaść.

1996: Maureen F. McHugh "The Lincoln Train" to zabawne, że dwa lata później nominowane było opowiadanie Fowler o dniu zabójstwa Lincolna. Tymczasem to jest poniekąd historia alternatywna: Lincoln nie został zamordowany, zapadł w śpiączkę. Ale to jest tylko w dalekim tle, na pierwszym planie mamy historię wygnania donikąd, głęboko przygnębiającą, smutną, bardzo plastycznie opisaną. I z wieloznacznym zakończeniem. Bardzo dobre, bardzo mało fantastyczne.

1995: Joe Haldeman "None So Blind" o genialnym trzynastolatku, jego zakochaniu w niewidomej skrzypaczce, funkcjonowaniu mózgu (jak było to rozumiane w roku 1994) i co z tego wynikło. Przewrotne zakończenie.

20 września 2017, 14:10 Komentuj (2)

---


Pałac Elizejski
W ramach Europejskich Dni Dziedzictwa wybór atrakcji w Paryżu i okolicach jest ogromny. W ubiegłym roku francuska koleżanka powiedziała, że była w ambasadzie polskiej, podobno przepięknej, planowałam więc wizytę w tym roku - i nic z tego, akurat jej nie otworzyli. Trudno, może będzie jeszcze okazja. Udało mi się natomiast załapać na wizytę w Pałacu Elizejskim, kupionym przez Ludwika XV dla markizy de Pompadour, gdzie od czasów de Gaulle'a mieszka i urzęduje prezydent państwa. Jest to miejsce rokrocznie budzące ogromne zainteresowanie, niektórzy stoją w kolejce podobno 6 godzin.

Na wejściu wstępnym, ustawionym po prostu na ulicy, dokładnie przetrzepali nam torby, pani przede mną rozkładali nawet parasolkę, moją się jednak nie zainteresowali, ma się tę szczerą polską twarz. Wszystkich też badali wykrywaczem metali. Następnie wejście właściwe, gdzie lotniskowa bramka oraz jeszcze raz zaglądanie do toreb z otwieraniem wszystkich kieszonek. Zdziwiło mnie, że nie mieli prześwietlacza bagaży jak na lotnisku. I już byliśmy w ogrodach, gdzie stała kolejka do wejścia do pałacu, oraz przechadzała się Brigitte Macron wraz z psem, czarnym labradorem wziętym ze schroniska miesiąc temu. Pies oryginalnie nazywał się Marin, para prezydencka zmieniła mu imię na Nemo. Za chwilę wzdłuż barierek przeszedł sam prezydent Macron, oboje z synem zasłużyliśmy na uścisk dłoni (oczywiście mój aparat w telefonie akurat w tym momencie zgłupiał i odmówił współpracy, nie żebym bardzo tego żałowała, w końcu wszyscy wiedzą jak prezydent wygląda). Zaskoczyło mnie, że prezydent jest niższy niż się wydaje w telewizji, ale to chyba reguła.

Potem mogliśmy już wejść do środka. Na parterze mój zachwyt wzbudził zwłaszcza gabinet niebieski (miała tam biuro Cécilia Sarkozy) i Salon Ambasadorów, gdzie co środa odbywają się zebrania Rady Ministrów. Na piętrze w westybulu wiszą portrety de Gaulle'a, Pompidou i Mitteranda. Dalej jest oszałamiający salon złoty, który na początku był wielkim salonem madame de Pompadour, a później prezydenci zrobili tam swoje biuro, aż do czasów Macrona, który przeniósł je obok, do salonu zielonego, gdzie w 2008 prezydent Sarkozy poślubił Carlę Bruni. Następnie schodzimy do dawnego ogrodu zimowego pod szklaną kopułą, obecnie jest przedłużeniem sali bankietowej znajdującej się obok, ogromnej, z przepięknym sufitem kasetonowym (obrazy na nim pochodzą z 1896 roku). Z okazji Dni Dziedzictwa wystawiono tam Legię Honorową oraz prezenty podarowane prezydentom przez różne głowy państw. Były też rozmaicie ładnie ponakrywane stoły i wystawy sztućców. Kiedy przechodziłam, akurat szef sali pokazywał szczypce do szparagów.

W pałacu natomiast nie było zbyt czysto, i nie mówię o efektach przejścia przez budynek 10 tysięcy ludzi: na świecznikach kurz, którzy gromadził się tam zdecydowanie dłużej niż tydzień, smugi na lustrze, brudnawe okna. Infrastruktura wizyty za to przygotowana wspaniale, na każdym kroku poustawiane butle z wodą oraz toalety, mnóstwo pilnujących ubranych w mundury galowe, wszyscy bardzo grzeczni i pomocni. Widziałam też cały sztab osób przygotowanych do opieki nad niepełnosprawnymi.



Nakrycie stołu







Niebieski salonik



Prezent od Putina

18 września 2017, 14:51 Komentuj (3)

---


Hugo. Jakie Hugo?
Policzyłam, że z 18 powieści nagrodzonych Hugo w tym tysiącleciu (raz było dwóch zwycięzców, roku 2000 oczywiście nie liczę) przeczytałam dokładnie połowę, to niezły wynik. Większość jest dobra, jeśli nie bardzo dobra. Zachęcona postanowiłam się przyjrzeć nagrodom za krótkie opowiadania, i przeżyłam ciężki szok.

2017: Amal El-Mohtar "Seasons of Glass and Iron", Nebulę też dostała. Co to w ogóle jest?! Jedna panna siedzi na szklanej górze, druga panna łazi w żelaznych butach, spotykają się i mówią sobie wzajemnie "ależ nie zrobiłaś nic złego" (nie przesadzam ani odrobiny). Terapeutyczna bajka, niech będzie. Opowiastka napisana dla siebie i dla przyjaciółki, niech będzie. JAKIE HUGO I JAKA NEBULA, pytam dramatycznie?!?! W dodatku wygrało Hugo z Jemisin "The City Born Great", które jest lekko licząc jakieś 720 razy lepsze, chociaż obiektywnie też niekoniecznie powalające.

2016: Naomi Kritzer "Cat Pictures Please", zabawne i powołujące się na rozkoszne "Maneki Neko" Bruce'a Sterlinga z 1998 (niech ktoś napisze tę aplikację). Ale jakie Hugo?

2015: nie przyznano nagrody. Nie odważę się czytać kandydatów.

2014: John Chu "The Water That Falls On You From Nowhere", ładny, poetyczny pomysł, potem straszliwie przegadane opowiadanie dla nastolatków o coming oucie wobec rodziny. Jakie niby Hugo?!

2013: Ken Liu "Mono no Aware", przeraźliwie duszoszczypatielnaja historia o zagładzie świata z punktu widzenia Japończyka, który ją przeżył trafiając w wieku pięciu lat na statek kosmiczny, a dwadzieścia lat później naucza na nim dzieci. Dużo o odwadze, bohaterstwie, poświęceniu i haiku. Oryginalności jak na lekarstwo, naiwności za to porcja, jakiej nawet pięciolatek by się wstydził.

2012: Ken Liu "The Paper Menagerie". Imigrant wspomina swoją matkę, która robiła mu papierowe zwierzątka, i której bardzo nie doceniał w nastolęctwie, lecz dorósł. Opowiadanie dostało Hugo, Nebulę i WFA, czytałam je już parę lat temu, i nadal nie ogarniam jakie Hugo, jaka Nebula?! To nawet nie jest złe opowiadanie jako takie, chociaż doprawdy mało oryginalny wyciskacz łez, ale gdzie mu do nagród za fantastykę?

2011: Mary Robinette Kowal "For Want of a Nail" (ujmuje mnie zestawienie tytułu z nazwiskiem). Zaczyna się fajnie i ciekawie. Po czym okazuje się, że AI na wielopokoleniowym statku kosmicznym straciła dostęp do całej swojej pamięci z powodu upuszczenia oraz jednego kabelka o nieznanej wtyczce. AHA. Prawie przestałam czytać dalej, ale jednak kontynuowałam, i słusznie, bo jest nieźle napisane, i robi się dość ciekawie, acz puenta jest tu nienadzwyczajna. Jako zapchajdziura w jakimś zbiorku opowiadań może być. Jako laureat Hugo natomiast... nie skomentuję, zwłaszcza że konkurentem w tym roku były nieporównywalnie lepsze "The Things" Wattsa ("Rzeczy" w Krokach w nieznane 2010), a drugim zdobywca Nebuli "Ponies" Kij Johnson ("Kucyki), które już czytałam, i które też jest zdumiewająco dobre przy całej swojej zwodniczej prostocie.

2010: Will McIntosh "Bridesicle", u nas jako "Mrożona panna młoda" w "Krokach w nieznane 2010". Zdaje się, że niekoniecznie mi się wtedy podobało, a jest całkiem dobre, lekko makabryczne, ze świetnym pomysłem. Ludzi pośmiertnie się ożywia, ale to sporo kosztuje, robią to więc mężczyźni, którzy wśród zmarłych chcą znaleźć kobietę swego życia. Najoryginalniejsze z wyżej wymienionych, i przynajmniej trochę w stronę sf.
Konkurentem było "Spar" Kij Johnson, które otrzymało Nebulę, i które jest bardzo dobre, obrzydliwie fizjologiczne (ale wolę odrazę połączoną z fascynacją niż tęczowy rzyg z nadmiaru mli-mli), eksplorujące limity człowieczeństwa w zwięzły, zaskakujący sposób. Do tego Hugo i tej Nebuli było również nominowane "Non-Zero Probabilities" N.K. Jemisin: w Nowym Jorku jakaś siła zaburza prawdopodobieństwo, przy czym działają ludowe sposoby chronienia się przed urokiem, kolejny tekst z modnego rodzaju "w naszej znanej codzienności nagle pojawia się element magiczny". Trochę za bardzo przypominało mi klasyczne "Jądro krystalizacji" Stephena Barra, choć zupełnie inaczej rozegrane.

2009: Ted Chiang "Exhalation". To jest Chiang, klasa sama dla siebie, czytałam to w jego zbiorze, i tu nie mam niczego krytycznego do napisania. Jest doskonałe, zaskakująco oryginalne, zostaje w czytelniku.

2008: Elizabeth Bear "Tideline". Zniszczona maszyna wojenna u schyłku życia spotyka na plaży chłopca. Ładne, melancholijne, nastrojowe, przegadane, mli-mli, i okropnie przewidywalne.

2007: Tim Pratt "Impossible Dreams". Zatwardziały filmowy fan trafia na wypożyczalnię dvd z równoległego wszechświata, ziew - ale ładnie napisane. Nie może wypożyczyć tych filmów, bo pieniądze i formaty dvd są inne. Wyliczanka filmów, które mogły powstać w innej rzeczywistości, dość nużąca, ale zastrzeliło mnie "And Return of the Jedi, I know a lot of people hate it, but it’s one of the best movies David Lynch ever directed". Dalej bardzo przewidywalnie. Sympatyczne.
Nominowane było chyba lepsze "How to Talk to Girls at Parties" Gaimana, gdzie dwóch nastolatków jakoś w latach sześćdziesiątych trafia na imprezę, na której upragnione dziewczyny okazują się być zupełnie nie tym, kogo chłopcy się spodziewali.

2006: David D. Levine "Tk'tk'tk" Sprzedawca z Ziemi znajduje się na bardzo odległej i egzotycznej planecie, gdzie usiłuje sprzedawać, co nie bardzo mu wychodzi, ale spotyka ezoteryczną knajpę, tam go uczą, co jest najważniejsze w życiu. Przyjemne, spokojnie mogłoby być napisane w 1946... no dobrze, Sheckley w 1964, zawsze lubiłam tę stylistykę.

15 września 2017, 09:26 Komentuj (2)

---


Wizja lokalna
Dawno się tak nie uśmiałam, jak przy "Wizji lokalnej", przy czym faktycznie trzeba znać twórczość Lema, bez tego jest mniej zabawnie. Pisarz wrócił tu do swoich poprzednich pomysłów: bystry są inną wersją betryzacji z "Powrotu", jest tu melancholijno-absurdalny Tichy z "Dzienników", jest opowieść o innym świecie rodem z "Kongresu", jest fantomatyka i "Dialogi", są aluzje do "Pamiętnika". Bez znajomości zainteresowań Lema ta książka złożona z czterech zróżnicowanych części może robić wrażenie zlepku różnych styli. Nie zestarzała się jednak. Modelowanie znanych osobowości w komputerze nadal jest świetnym pomysłem sf, to samo z etykosferą, i te rozważania są jak zwykle błyskotliwe. Lem pokazuje tu cały swój temperament satyryczny, plus oczywiście ogromną wiedzę i inteligencję. Musiał się świetnie bawić pisząc to.


13 września 2017, 09:29 Komentuj (5)

---


Lem jutro miałby 96 urodziny
Największy opad szczęki zaliczyłam czytając, że Eden był autobiograficzny. W ogóle nie umiem sobie wyobrazić, jak Orliński na to wpadł. To jest absolutnie oczywiste, kiedy się już o tym pomyśli, ale odkryć to? Jak? Drugie zdziwienie wywołała informacja, że pierwsza część Solaris powstała na wakacjach w Zakopanem (druga też, rok później), w ciągu trzech tygodni. I że Lem do końca nie miał pewności, o czym właściwie jest ta powieść, a przecież właśnie mimochodem stworzył całą gałąź literatury.

To musiał być ktoś o takim umyśle i przeżyciach, żeby wymyślić, że ta najodleglejsza od codzienności dziedzina literatury - fantastyka - będzie się najlepiej nadawała do pisania o sobie i ludziach. Od początku - miałam ile, 14 lat? - widziałam, o czym jest "Powrót z gwiazd". Kocham ją do dzisiaj, Lem jej nie lubił: za sentymentalizm, krzepę bohaterów, i papierowość bohaterki. Sentymentalna - w pewnym sensie, ale to nie zarzut, ona jest przecież zbudowana na uczuciach, i całe szczęście, właśnie dlatego nadal się broni po prawie 60 latach. Krzepa bohaterów zawsze mnie bawiła, ale ona tu też jest wymagana. Hal Bregg jako chudy intelektualista - nie. Musiał być fizyczny. Podejrzewam zresztą, że ta krzepa i wzrost wyrażały uczucia Lema jako giganta intelektu wobec nierozumiejącego go otoczenia. Papierowość bohaterki - a to TAK, od początku mnie to irytowało niezmiernie i zawsze jak to czytam (albo sobie przypominam, znam ją bowiem na pamięć), mam ochotę wsiąść w maszynę czasu i wrzasnąć "na litość bogów, panie Lem, weź pan się z kimś skonsultuj, i napisz to pan trochę lepiej!" Gdyby ona miała jakąkolwiek osobowość, ta powieść byłaby nieznośnie genialna. Tylko wcale nie jestem pewna, czy Hal Bregg mógł się w tamtym momencie zakochać w kobiecie z wnętrzem. Kobiecie, na którą życie w zbetryzowanym społeczeństwie musiało wpłynąć w szczególny sposób, i to w ogóle byłby temat na zupełnie oddzielną świetną powieść. Lem nie lubił też happy endu, ale ten akurat świadczy o dojrzałości bohatera - i zapewne autora, który przekazał mu własne odczucia, pewnie podświadome, niemniej autentyczne. Dziwi mnie, że nie widział wspaniałości swojego protagonisty, odważnego i zagubionego, pełnego życia i melancholijnego, rozdartego i rzucającego się zachłannie na ten nowy świat.

Ale nie miałam pisać o "Powrocie z gwiazd" (to temat, na który zawsze potrafię zdryfować), tylko o "Życiu nie z tej ziemi". To jest wspaniała biografia, Orliński umiał z niewiarygodną przenikliwością zobaczyć to, co Lem przemilczał i ukrywał całe życie. Nie stracił przy tym sympatii do swojego bohatera. Nawet kiedy się z niego naśmiewa - bo po najdłuższej wycieczce lądowej w swoim życiu, do Pragi, Lem ma do opowiedzenia tylko jak się świetnie sprawowało jego auto - robi to subtelnie i z przychylnością. To samo, jeśli chodzi o pisarza w roli ojca, trudny temat oczywiście najlepiej opisany w "Awanturach" Tomasza Lema, z których Orliński korzysta. Jest w swoich ocenach wyważony i delikatny. Można by pewnie te niełatwe wątki drążyć znacznie bardziej, autor biografii mówi, że zostały wojenne przeżycia Lema, których nie poruszył, ponieważ po pierwsze przerastają go emocjonalnie, a po drugie nie zamierza oceniać z naszej perspektywy tamtych wyborów. Nie jestem zwolenniczką dociekania całej prawdy za wszelką cenę, ona i tak jest z założenia nieosiągalna. W tej biografii dostajemy akurat właściwą jej dawkę. A teraz idę czytać "Wizję lokalną".

FAQ u autora. Wcale nie ma dużo o Holokauście, i całe szczęście, że nie bawił się w Domosławskiego.


11 września 2017, 09:31 Komentuj (0)

---


Blizna
Po pierwszej lekturze "Dworca Perdido" czytałam "Bliznę", pamiętam, że szaleńczo mi się podobała, ale z nieznanych przyczyn nic o niej nie napisałam. Powtórzyłam lekturę i na początkowych stronach zdziwiłam się, że nie pamiętam niczego oprócz oczywiście Armady.

To jest ten sam świat, co "Dworzec", ale odległa kontynuacja: protagonistka Bellis Coldwine jest byłą przyjaciółką Isaaca Grimnebulina i mieszkanką Nowego Crobuzon - a raczej była, bo właśnie pośpiesznie opuściła miasto udając się na statku do odległej kolonii. Jest ponura i tęskni, a w dodatku do celu nie dociera, bo "Terpsychoria" wraz z pasażerami zostaje porwana. Równolegle oglądamy losy Tannera Sacka, jednego ze znajdujących się na statku prze-tworzonych (nadal okropnie mnie denerwuje to tłumaczenie oryginalnego Remade, a w dodatku pan Tomasz Bieroń z niejasnych przyczyn uważa, że ludzie wywijają oczami. Z drugiej strony doceniam łańcolę z chainday, czaszelę ze skullday, oraz strupodziejów z scabmettlers. Aczkolwiek dlaczego okręg Jhour to Czasy, a nie Ghodzina, nie wiem).  

"Dworzec Perdido" wciągał właściwie natychmiast, Nowe Crobuzon było pełne niezwykłego życia i energii, a szalony naukowiec Isaac budził odruchową sympatię. Początek "Blizny" jest znacznie cięższy, Bellis to bardzo trudna bohaterka, jest posępna, oziębła i krytyczna, najpierw wobec statku, a potem Armady. Wstawki zwane interludiami są przynajmniej na początku egzaltowanie niejasne i często pisane kursywą (jednym z praw tego świata jest, że w powieściach rzeczy pisane kursywą są egzaltowane). Po czym oczywiście okazało się, że jest północ, a ja mamroczę do siebie "tylko do końca rozdziału", "tylko szybciutko zerknę na następny", "ach, jeszcze tylko jeden i już naprawdę koniec"). Czyli jednak wciąga.

Przepadam za pomysłowością i plastycznością tego świata, to zupełnie nie jest Nowe Crobuzon, a przecież rzecz jest konsekwentnie utrzymana w tej samej stylistyce. Miéville fantastycznie opisuje społeczność powstałą z wyrzutków i porwanych. Przez długi czas właściwie nie ma tu akcji; Bellis poznaje świat, w którym się znalazła, i szuka drogi ucieczki, poza tym nie dzieje się w zasadzie nic, a jednak postaci podlegają ciągłej przemianie. Potem zaczyna się dziać więcej, kulminacja wraz z zakończeniem są znakomite. Środkowa część natomiast bywa nadmiernie nachalna. Chwilami miałam wrażenie, że autor nade mną stoi i szturcha palcem "ale zauważyłaś, jakimi zdegenerowanymi masochistami są Kochankowie? Ale chodź, pokażę ci jeszcze raz! Ale jeszcze raz, bo na pewno nie dotarło! Ale jacy to ohydni degenaraci, opiszę to jeszcze piętnaście razy, żeby na pewno było widoczne". "Dworzec Perdido" był bardziej wyważony, tu chyba Miéville uznał, że koniecznie musi dostarczyć jeszcze większych wrażeń, a to się na siłę nie da. Ale to jest jednak drobiazg w porównaniu z pomysłem na Armadę, z całą przemyślaną fabułą, z polityką, fintami w fintach w fintach, i z bohaterami. Zachodzę w głowę, jakim cudem jednak lubimy Bellis.

Wszystkie części cyklu o Bas-Lag Miéville'a były na liście finalistów Hugo, żadna go nie zdobyła (pierwsza przegrała z "Ameryńskimi bogami" Gaimana, co mogę zrozumieć, choć to jednak przypadek de gustibus).

7 września 2017, 09:24 Komentuj (0)

---


The Stone Sky
Tegoroczna nagroda Hugo za najlepszą powieść przypadła znowu N.K. Jemisin, za drugą część cyklu o Pękniętej Ziemi, czyli "The Obelisk Gate" ("Wrota obelisków"). Czyni to ją pierwszą autorką od ponad dwudziestu lat, która dostała to najważniejsze wyróżnienie anglojęzycznej fantastyki drugi raz z rzędu (poprzednio Lois McMaster Bujold, a przedtem Orson Scott Card, i więcej już nikt). Ucieszyło mnie to bardzo, bo wprawdzie zaczynałam lekturę uprzedzona, na siłę, i wbrew sobie, ale szybko moja opinia wykonała zwrot o 180 stopni i tak już została. 

W połowie sierpnia wyszła trzecia część cyklu, "The Stone Sky", którą prawie natychmiast przeczytałam, z niesłabnącym zachwytem. Nie podobały mi się tutaj tylko jedne drzwi w skale otwierające się jak w klasycznej grze komputerowej, drobiazg. Niepotrzebny jest też pamiętnik Alabastra. Podobało mi się wszystko inne, a najbardziej, że Jemisin obmyśliła niezwykle starannie całość tego świata. Tutaj w końcu dowiadujemy się dokładnie, kim są stone eaterzy, Stróżowie, i co wydarzyło się czterdzieści tysięcy lat wcześniej. Wszystkie dotychczasowe zagadkowe sceny, wzmianki i powiedzenia teraz nabierają głębokiego sensu. Drugoosobowa narracja również. Owszem, to odbiera tajemniczość tej opowieści, ale coś za coś. Albo mamy mglisty świat i możliwość rozmaitych interpretacji, albo starannie przemyślaną i opowiedzianą historię. Z zakończeniem dość oczywistym, a miałam słabą nadzieję na coś nietypowego. Nadal czekam na powieść, której finał naprawdę mnie zaskoczy, i nie mam na myśli urwania akcji w połowie, bo to tylko irytuje.

Finałowy pojedynek jest oczywiście przewidywalny od połowy drugiego tomu, ale jest znakomicie napisany. Oraz godne pochwały jest, że wcale nie stacza go zwyczajowe dobro ze złem, tylko przypadkowe osoby, wplątane w wir wydarzeń. W ogóle tu właściwie nie ma dobra i zła, są jedynie sprzeczne interesy i skomplikowane emocje, których autorka się nie boi. Pozostając jednocześnie nieustannie tak blisko sf, jak to możliwe w powieści, która jest jednak fantasy. Zachwyca mnie, że nie ma tu żadnej romantycznej miłości, chociaż relacji międzyludzkich jest pełen wachlarz, w tym rozmaitych typów miłości, ale nic tu prostego. To jest też powieść o relacji matki z córką, i również tu autorka nie poszła na łatwiznę. Jestem nieustająco pod wrażeniem pogardy i strachu żywionego dla roggas; to w ogóle jest zaskakujący wybór fabularny, o ileż łatwiej byłoby zrobić z nich potężnych magów. A nie. Ciekawe, czy w żadnym momencie nie bała się tego zrobienia bohaterów z pariasów.

Nadzwyczajna rzecz. Jemisin w posłowiu powiada, że postanowiła zostać pełnoetatową pisarką, i ta informacja też mnie cieszy, może doczekamy się jeszcze czegoś podobnego. Le Guin potrzebuje godnej następczyni (choć to jest tak niepodobne do Le Guin, jak tylko inteligentna fantasy może być). 


5 września 2017, 21:24 Komentuj (0)

---


Wyspy Liparyjskie
Propozycję rejsu na wyspy Liparyjskie przyjęłam z bardzo mieszanymi uczuciami. Uwielbiam rejsy i wyspy, ale przy ostatnim na Belle-Île-en-Mer miałam chorobę morską. Tak, w białej flocie na kawałku morza przy brzegu, bardzo mi było głupio, ale nic na to nie mogłam poradzić. A ja, jeśli już mam chorobę morską, to pełnoobjawową, jak bardzo niewielu ludzi: nie tylko efekty żołądkowe, ale ogólną ciężką niemoc organizmu, coś w rodzaju naprawdę dotkliwego kaca. Rzekłam sobie jednak, że to przecież nie będą dwie doby na morzu, tylko półtorej godziny (a potem jeszcze godzina, i jeszcze godzina...), pogoda jest śliczna i żadnych fal nie będzie, na wszelki wypadek nabyłam tabletki na mal di mare, i pojechaliśmy.

Nie wiem, czym są napędzane statki pasażerskie z Milazzo, ale moim zdaniem energią kosmiczną, midichlorianami, albo co najmniej atomowo. Tak szybko po morzu jeszcze nigdy nie jechałam. To sformułowanie z żargonu żeglarskiego, w tym przypadku wyjątkowo trafne: nie da się tego nazwać płynięciem, nie ma praktycznie żadnego kołysania, bo nie ma na nie czasu, z tyłu ciągnie się za pojazdem absolutnie obłędny kilwater, chyba sto metrów wysoko spienionej białej wody, z boków woda chlapie przez okno. Oczywiście choroby morskiej nie miałam nawet cienia, równie dobrze mogłabym ją mieć w samolocie. Trochę żałowałam, bo uwielbiam kołysanie, o ile nie przyprawia mnie o cierpienie.

Zwolniliśmy na wysokości wysp, gdzie czarne wulkaniczne skały kontrastowały z błękitem morza oraz bielą żagli, i nie obchodzi mnie, że to modelowo kiczowaty opis, ponieważ tak to właśnie wyglądało i nic na to nie poradzę. Lipari jest największą z Wysp Eolskich, dziesięć tysięcy mieszkańców. Jednego spotkaliśmy w bardzo szykownej restauracji Filippino, był kelnerem i Polakiem. Wcześniej wchodzi się do katedry św. Bartłomieja z bardzo malowniczym sklepieniem, a obok są dwunastowieczne normańskie krużganki (wyspy najeżdżali najpierw Arabowie, a potem Normanowie), które zostały odkryte dopiero w 1978 roku.

Potem wraca się do portu i płynie krótką chwilę na wyspę Vulcano, która jest, co za niespodzianka, wulkaniczna, a dokładniej jest po prostu czubkiem podwodnego wulkanu. Co krok znajdują się tam fumarole, czyli dziury w skale, z których wydobywają się żółtawe opary siarki. Obok portu jest staw z siarkowym błotem, w którym kąpią się ludzie. Kiedy o tym przeczytałam, przez chwilę nawet rozważałam taką kąpiel, ale kiedy już poczułam ten zapach, mój żołądek oświadczył stanowczo, żebym wybiła sobie ten pomysł z głowy. Przeszliśmy mimo nie oddychając i wykąpaliśmy się po prostu w morzu, na brzegu którego leżał całkowicie czarny piasek. Oczywiście rozpalony i parzył stopy, za to woda była absolutnie rozkoszna, a niektórzy pracowicie zbierali muszelki.

Po drodze rano minęliśmy wschód słońca nad morzem; nisko nad horyzontem wisiała taka doskonale pomarańczowa świetlista kula, tak samo codziennie od milionów lat, wszystko i jeszcze sto razy więcej zostało już na ten temat napisane i namalowane, a jedynym, co byłam w stanie z siebie wydobyć, było "oooooooooooch". Tak właśnie.



4 września 2017, 09:13 Komentuj (2)

---


Wireless
Po "The Delirium Brief" tak bardzo nie mogłam się rozstać ze Strossem, że zabrałam się za jego opowiadania z tomu "Wireless".

"Missile Gap" to długa i przegadana rzecz z prześlicznym pomysłem: powierzchnię Ziemi z roku 1962 tajemnicza siła przenosi nagle na powierzchnię gigantycznego dysku (promień to ze dwie jednostki astronomiczne) znajdującego się milion lat później w Obłoku Magellana. Rosjanie i Amerykanie kontynuują zimną wojnę, jednocześnie eksplorując okolicę, co nie jest łatwe, specyfika grawitacji (kazałam znajomemu fizykowi sprawdzić - okazało się, że Stross porządnie odrobił zadanie, wszystko się zgadza) nie pozwala bowiem żadnym rakietom wznieść się na porządną wysokość, a satelit już oczywiście nie ma. Są za to tajemnicze inne kontynenty. To wszystko dla słabawej i dość oczywistej puenty.

"Rogue Farm" jest za to zwięzłe i bardzo ładne, bliska przyszłość postapokaliptyczna, niepodobne do typowych zainteresowań Strossa.

"A Colder War" natomiast jest tym pomysłem, który dał początek The Laundry Files. W czasie zimnej wojny Rosjanie usiłują wykorzystać Cthulhu w ramach broni, co oczywiście kończy się bardzo źle.

"MAXOS" to parostronicowy wygłup, który ukazał się w Nature w 2005. Nawiązaliśmy kontakt z inteligentnymi cywilizacjami, i okazało się, że przysyłają nam... spam nigeryjski. Trochę w duchu zabawek Lema.

"Down on the Farm" czytałam już wcześniej, stanowi część The Laundry Files, i zupełnie nie wiem, czy da się je czytać bez znajomości tamtego świata.

"Unwirer" napisany wspólnie z Corym Doctorowem opowiada o walce podziemnego montera usług internetowych, które są w Stanach zakazane (faktycznie w latach 90 mało brakowało do takiej sytuacji). Historia alternatywna, bardzo dobrze napisane opowiadanie o dążeniu do zdobycia wolności, z ładną puentą.

"Snowball's Chance": kolejny dowcip. W Szkocji po zmianie klimatycznej pod koniec maja panuje straszliwe zimno i śnieżyca. Do pubu, gdzie pije dwóch miejscowych cwaniaczków, przybywa nieoczekiwany gość. Logika rodem z Lema "Inwazji z Aldebarana", czyli nic specjalnie oryginalnego.

"Trunk and Disorderly" to zabawna historia dziejąca się w odległej przyszłości, ludzie swobodnie podróżują między planetami, trochę NFR. Bohater, bananowy młodzianek, surfuje po atmosferze, cierpi z powodu porzucenia przez ukochaną, oraz ma nową kamerdyner. Wyszedł z tego przepisany na fantastykę "Jeeves" Wodehouse'a z aluzjami typu "w czasach cara Putina Pierwszego", Stross znakomicie umie się bawić takimi konwencjami. Pomyślałam nawet, że mógłby tego napisać więcej, a potem doszłam do wniosku, że jednak nie byłoby tak zabawne. Otóż w posłowiu autor wzdycha "humor is hard", wyznaje, że pisał to opowiadanie trzy lata, i dodaje, że myślał o dalszych tekstach w tym świecie, ale zrezygnował.

"Palimpsest" straszliwie mi się nie podobał w Krokach w nieznane (uczcijmy ten nieodżałowany zbiór minutą ciszy)  a przecież to jest zdobywca Hugo 2010. Pomysł jest ładny, Strossowy: globalne przerabianie historii, żeby maksymalnie rozprzestrzenić ludzkość w czasie. Natomiast wykonanie jest z jednej strony okropnie przegadane, a z drugiej strony Stross stwierdza w posłowiu, że ten tekst bardzo chciał być powieścią. Wyszło nie wiadomo co: za długie na opowiadanie i brakuje mu puenty, a z kolei za mało rozbudowane na powieść i brakuje mu akcji. Nadal nie jestem zachwycona.


1 września 2017, 09:02 Komentuj (0)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Towary Mieszane
Quijote
Idiomka
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Inka od wiatraka
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Odwodnik
Tuv
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Nielot
Trochę jedzenia
Żona No. 1
Ola
Hania
Barbarella

Prasa zagraniczna
Margot w Irlandii
Iskra w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Miski do mleka
Amerykanka w Polsce
Stardust
Nina już nie w Kalifornii
Thernity
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Aga emigrantka
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
Thea
W kątku z książką
Zupka
Helena
Prawdziwy dr House
Kwoka w dolinie
Mama grzdyla
Melissa
Chustka Joanny
Vestigia
Wężon
Nowojorskie gadanie
Towary mieszane
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Femme
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Snafu
Dzieci Thei
Laska
Działa, nie działa
Matylda
Stara panna
Uczy polskiego
Matka jego dziecka


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem