DS magazine
Bertrand Russell
"Moc srebra" Naomi Novik
W pierwszej osobie opowiada nastoletnia córka lichwiarza. Jesteśmy w bezimiennym miasteczku między Wyżnią a Minaskiem, car w Koronie się zupełnie tym miejscem nie interesuje, a lichwiarz ma zbyt miękkie serce i jego rodzina przymiera głodem. Kiedy matka zaczyna chorować, to Mirjem bierze sprawy w swoje ręce, twardo żądając spłaty długów. Tak trafia do mieszkającego na odludziu wieśniaka, który mówi, że nie ma czym zapłacić. Ma jednak wysoką, silną, jasnowłosą córkę Wandę. Merjem żąda, żeby ta przychodziła do nich do domu odpracować dług. W drugim rozdziale przemawia właśnie Wanda, również w pierwszej osobie (ten sam zabieg stylistyczny, co w "Królestwie"). Okazuje się, że bardzo jej odpowiada praca u rodziny lichwiarza: unika w tej sposób pięści ojca, oraz zagrożenia, że sprzeda ją jakiemuś facetowi. Dostaje też jeść, co jest miłą odmianą po domu rodzinnym.

Wspaniała jest ta narracja, cudownie pomyślany, niesamowicie plastyczny świat, choć przecież zbudowany rzeczowo i skromnie: z zimy, śniegu, i biedy. Od pierwszego akapitu się tam przenosimy w całości. Zaskoczyło mnie, że rodzina lichwiarza to Żydzi, z wszelkimi płynącymi z tego konsekwencjami, po czym przypomniałam sobie o "Związku żydowskich policjantów". O tym, że to fantasy, przypomina kilka wzmianek o Starzykach. Nic o nich nie wiadomo, poza tym, że mają własną drogę "lśniącą jak rzeka w zimie, gdy wiatr zwieje z niej śnieg", czasem napadają na podróżnych zabierając złoto, a ich przejściu towarzyszy przenikliwy mróz.

W tej książce dziewczyny są niewiele więcej niż tylko przedmiotami zależnymi od woli męskiej. Na los wszystkich bohaterek mają wpływ ich ojcowie: alkoholizm, ambicja, czy przeciwnie, brak woli. Klasycznym ratunkiem byłaby oczywiście ucieczka w małżeństwo. U Novik jednak nie jest ono bynajmniej chciane, i jest to zmiana ze złego na dużo gorsze. Dziewczyny muszą ratować się sprytem, nic więcej im nie pozostało.

Po tej baśniowej konwencji nie spodziewałam się specjalnej oryginalności. Błąd. Kraina i zasady Starzyków są doskonale obmyślone, łącznie z barierą uniemożliwiającą porozumienie. Novik z lodowatą precyzją pokazuje, jak się gra w grę, której reguł nikt nie zamierza nam ujawnić, ponieważ w jego oczach jesteśmy z założenia istotą niższą, bezwartościową. Jak spełnianie przez bohaterki stawianych im wymagań nie prowadzi bynajmniej do nagrody, tylko do spiętrzenia kolejnych zadań, aż do nieuchronnego końca. A do tego koronkowo spleciona narracja, przemyślana akcja, i polityka rodem wcale nie z baśni. Oraz Stepon, który robi wrażenie kogoś z innej bajki, a przecież doskonale wkomponowuje się w całość.

Nie jestem całkiem przekonana do zakończenia, bo pachnie flaqebzrz fmgbxubyzfxvz, mimo postawionych przez Mirjem warunków. Choć z drugiej strony jej wybór daje się uzasadnić i zrozumieć. Przykro mi też z powodu polskiego tytułu, znacznie banalniejszego niż oryginalne wieloznaczne "Spinning Silver", choć przyznaję, że na "Wirujące srebro" bym się nie odważyła. Książka w oryginale ukazała się w ubiegłym roku i ma nominację do tegorocznej Nebuli powieściowej.


2019-03-21 09:53:35 Komentuj (1)

---


"Genialni" Eric Weiner
Trafiłam na tę książkę przypadkiem, szukając "Genialnych" Urbanka, i od razu ją też kupiłam, ponieważ bardzo mi się podobały poprzednie książki Weinera.

W "Genialnych", których oryginalny tytuł to "Geografia geniuszu", autor usiłuje zrozumieć, co sprawiało, że w pewnych epokach i miejscach zdarzała się koncentracja osób wybitnych. Niestety przedwojennego Lwowa pod uwagę nie bierze, a potwierdzał on tę regułę. Startujemy oczywiście w Atenach, z którymi w czasach filozofów mieszkańcy byli niezwykle związani. Stąd dotkliwość kary ostracyzmu. Weiner utożsamia geniusz z kreatywnością i stara się dojść do tego, jakie są sprzyjające jej warunki. Nie można żyć w raju, to na pewno. Okazuje się również, że amatorom perspektywa nagrody przeszkadza, profesjonalistom natomiast pomaga. Zgodnie z intuicją odkrywamy też, że potrzebna jest iskra talentu, ale jeszcze bardziej pracowitość.

Weiner jednak wyjeżdża z Aten bez jasnych konkluzji i udaje się do Chin. To było pewne zaskoczenie. Niby pamiętam Marco Polo, ale przywykłam jednak w dzisiejszych czasach, że Chińczycy są raczej sprawnymi odtwórcami pomysłów innych. Tymczasem za czasów dynastii Song było całkiem odwrotnie. To przecież Chińczycy wynaleźli wszystko - dosłownie wszystko. Miasto Hangzhou, opisane przez Marca Polo w XIII wieku, miało co najmniej milion mieszkańców. Kiedy w Europie nurzano się w brudzie i umierano na rozmaite choroby, Chińczycy mieli świetną medycynę i dbali o higienę. Co się z tym stało potem, oto zagadka.

Po Chinach, gdzie autor odkrył genialną herbatę, wraca do Europy: tym razem Florencja i wspomnienie szesnastowiecznych malarzy. Tu sprawa jest jasna: wynaleziono pieniądz i banki, banki miały pieniądze, zwłaszcza jeden, de Medici. Ci oprócz bogactwa lubili piękno, więc zamawiali obrazy i rzeźby. Po śmierci Michała Anioła odkryto, że pod łóżkiem zgromadził małą fortunę, choć za życia z niej nie bardzo korzystał. To stoi w jaskrawej sprzeczności z wcześniejszym stwierdzeniem, że do kreatywności potrzeba, żeby było w życiu trudno.

Z Florencji jedziemy na północ: Edynburg. Komu się wydaje, że geniuszy tam nie było (a może się wydawać, epoka osiemnastowiecznego Scottish Enlightement nie ma nawet swojego hasła w polskiej wikipedii), niech pomyśli o rowerze, lodówce, znieczuleniu przy operacji, higienie: wszystko tam. Bez filozofa Davida Hume'a nie byłoby Darwina. A bez Szkotów nie byłoby być może Kalkuty, gdzie przenosimy się następnie. Potem Wiedeń, dwa razy: najpierw Mozart z Beethovenem, a potem Freud. W Wiedniu były wspaniałe kawiarnie, gdzie genialni się spotykali, co natychmiast każe nam pomyśleć o lwowskiej Szkockiej. A na koniec współczesna Dolina Krzemowa. Czy Steve Jobs był geniuszem? Czy w ogóle Dolinę Krzemową można postawić obok Wiednia, Florencji, Aten?

Żeby geniusz miał sens, musi trafić w swój czas. Łódź podwodną skonstruował w 1620 Holender Cornelis Drebbel. Działała. Wyśmiano go, uznano, że to nieprzydatna zabawka, i nikt o nim nie pamięta. Takich przypadków w historii oczywiście jest o wiele więcej.

Weiner jest Amerykaninem, i to książka dla Amerykanów, autor czasem więc tłumaczy rzeczy oczywiste, a czasem udaje głupszego niż jest - trudno mi uwierzyć, że oczytany dziennikarz nie zna muzycznego terminu "adagio". Do tego dochodzi nienadzwyczajne tłumaczenie. Bardzo dosłowne, często widać składnię angielską. Tłumacz najwyraźniej nie wie, że de Medici po polsku to Medyceusze, a Galleria degli Uffizi jest jego zdaniem "ikoniczna". Ale i tak czytało się świetnie.


2019-03-19 09:10:15 Komentuj (0)

---


"Once Upon a River" Diane Setterfield
Koniec XIX wieku, brzegi Tamizy, jesteśmy w miasteczku Buscot, 35 km na zachód od Oxfordu. Życie toczy się w pubach, z których każdy ma swoją specjalność. Pod Łabędziem opowiadają historie. Aż sami staną się częścią jednej z nich, kiedy pewnej nocy w drzwiach stanie bardzo poraniony mężczyzna trzymający w ramionach martwe dziecko. Nieoczekiwanym gościem zajmuje się miejscowa pielęgniarka Rita. A potem poznajemy innych bohaterów opowieści. Jest wśród nich małżeństwo Armstrongów, on jest czarny, co budzi strach w nieznających go ludziach, ale ma dobre życie i byłby bardzo szczęśliwy, gdyby nie jego pierworodny syn. Jest małżeństwo Vaughanów: kiedy poprosił Helenę o rękę, postawiła warunek, że musi móc zabrać ze sobą swoją łódkę. Ci też byliby całkiem szczęśliwi, gdyby nie straszna strata, która ich spotkała dwa lata wcześniej. Łabędzia natomiast prowadzi Margot, która urodziła 12 córek, a na koniec syna Jonathana, który nie jest zwyczajnym chłopcem. Jest jeszcze Lily White, która pracuje u proboszcza, wcale się tak nie nazywa naprawdę, i ukrywa dużo więcej, niż swoje nazwisko. Wszystkich ich połączą wydarzenia w Łabędziu. I rzeka.

Narracja jest tu bardzo niespieszna, nie dzieje się wiele. Fabuła meandruje jak Tamiza, która jest główną bohaterką. Czasem płynie bardziej wartko, czasem zatrzymuje się w rozlewisku, czasem nieoczekiwanie skręca. To oczywiście powieść wiktoriańska, bardzo starannie zrobiona, z nutką niesamowitości. Miejscowa legenda głosi, że niegdysiejszy przewoźnik, Quietly, utopił się w rzece i od tego czasu w niej mieszka. Ratuje tych, których na rzece spotyka niebezpieczeństwo, chyba że nadszedł ich czas - wtedy przeprowadza ich na drugą stronę. 

Jednym z bohaterów jest fotograf, zamierzający wydać książkę ze zdjęciami Tamizy. Robione przez niego portrety są opisane bardzo realistyczne i szczegółowo, byłam pewna, że Setterfield musiała je widzieć. Owszem, jest wzorowany na postaci istniejącej rzeczywiście, a autorka oglądała jego zdjęcia, posługując się metodą tworzenia fabuły podobną do stosowanej przez Riggsa Ransoma. Szkoda w takim razie, że w książce nie ma ilustracji. Mam natomiast przeczucie, że zaraz zrobią z niej serial. 


2019-03-17 09:21:28 Komentuj (0)

---


"Siedem śmierci Evelyn Hardcastle" Stuart Turton
Podkusił mnie opis napomykający, że to współczesna Agatha Christie, co zgodnie z moimi przeczuciami okazało się nieprawdą. Ani Christie, ani współczesna. Ale to zupełnie nieźle się czytająca mieszanka kryminału, thrillera i fantastyki, coś w stylu "Neverworld Wake". Zaczynamy od zaproszenia na bal maskowy w posiadłości Hardcastle'ów. Pierwszoosobowy narrator się ocyka w lesie. Nie ma pojęcia kim jest, gdzie jest, o co chodzi, wie tylko, że poszukuje jakiejś Anny. Po chwili wraca do domu Hardcastle'ów, tam odkrywa, że jest Sebastianem Bellem, lekarzem, i stopniowo dowiaduje się coraz więcej. Ma osiem dni i osiem różnych wcieleń na odkrycie zabójcy Evelyn. Nie ułatwia mu dochodzenia fakt, że wszyscy tutaj zachowują się jak szaleńcy, albo znikają - nikt na przykład nie wie, gdzie jest pani domu. Nie pomagają mu też umysłowe albo fizyczne ograniczenia jego kolejnych wcieleń. Tajemniczy Doktor Dżuma daje mu natomiast mgliste wskazówki, które bardziej zaciemniają, niż pomagają. Generalnie wygląda to trochę jak gra komputerowa, raczej męcząca i chaotyczna, ale nawet dość wciągająca, im dalej, tym bardziej. Logika chwilami nawala, jak to w przypadku pętli czasowych. Oczywiście mam wątpliwości: cb pb j btóyr Ybxnw? B żnqarw erfbpwnyvmnpwv avr zbżr olć zbjl, n zvryv cemrpvrż pupvrć hłngjvć Nvqnabjv jlwśpvr, gb cb pb zh hgehqavnć? 


2019-03-13 19:51:54 Komentuj (0)

---


"Record of a Spaceborn Few" Becky Chambers
Akcja zaczyna się w tym samym momencie, co "A Closed and Common Orbit", tylko w innym miejscu. Jesteśmy we Flocie Exodan, którzy uciekli z Ziemi. Słyszeliśmy o nich wielokrotnie w pozostałych dwóch książkach, ale dopiero teraz poznajemy z bliska. W prologu, cztery lata wcześniej, jeden ze statków Floty się rozbija i tu jest jeden z tych mistrzowskich szczegółów Chambers: nie są w stanie zająć się czterdziestoma trzema tysiącami ciał i martwią się, jak ustalić kolejność. Ciała są bowiem kompostowane. Od osiemdziesięciu lat pisarze wzmiankują, że na statkach pokoleniowych będzie obieg zamknięty, aż przyszła Chambers i opisała szczegóły, odważnie i subtelnie. W problemie pomogą Aeluoni, a czytelnik przy tej okazji pozna bohaterów, w tym Sawyera mieszkającego na Mushtullo, który potem przyleci na Flotę, żeby tam rozpocząć nowe życie. Na wchodzącej w jej skład Asterii mieszka natomiast z dziećmi Tessa, siostra Ashby'ego znanego z "The Long Way". Isabel pracuje tam w Archiwach i podejmuje u siebie Harmagianina, co pozwala autorce na infodump wyjaśniający, jak zbudowane są statki wchodzące w skład Floty. Ale to jedyna tutaj niezgrabność (chociaż Chambers mylą się czasem lata ze standardami). Postaci zbudowane są znakomicie, bardzo realistyczna jest i matka dzieci, z których jedno chciałoby mieszkać na planecie, i nastolatek Kip szukający dla siebie przyszłości, i Eyas zajmująca się kompostowaniem ciał, i wielu innych. Ich relacje i decyzje życiowe są centrum tej książki, w której znowu nie ma akcji. Odrobinę żałuję, byłaby to rzecz doskonała, ale i tak jest bardzo dobra i przyjemnie odmienna od przeciętnej fantastyki.


2019-03-11 09:28:37 Komentuj (0)

---


"Dwanaście fałszywych tropów" Jeffrey Archer
Przyjemny zbiorek dwunastu mniej lub bardziej sensacyjnych opowiadań z mniej lub bardziej zaskakującymi zakończeniami, który czytałam już albo w całości (jest z roku 1994), albo przynajmniej znaczną ich część, brzmią bowiem bardzo znajomo. W wielu wracamy do rozkosznych lat siedemdziesiątych. Bohaterowie Archera są dość stereotypowi, ale czyta się to dobrze.

Najdłuższe i najbardziej skomplikowane jest pierwsze, w którym narrator objaśnia, dlaczego siedzi w więzieniu i jak się zemścił na swoim byłym wspólniku. W kolejnym piękna Consuela postanawia się zabezpieczyć materialnie naciągając męża na naszyjnik wart milion funtów, a w następnym amerykański student Cambridge na pożegnanie postanawia ofiarować swojemu klubowi wioślarskiemu odlew z brązu ramienia słynnego wioślarza. Te dwa są podobno oparte na prawdziwych wydarzeniach, jak i kolejne, gdzie były minister Saddama Huseina urządza się nieźle w Ameryce, ale ma pechowo nieprzewidziane międzylądowanie w Bagdadzie, gdzie jako uchodźca polityczny zostanie w okrutny sposób zabity, jeśli go tam odkryją. W następnym opowiadaniu oglądamy autora jedzącego w Nowym Jorku kolację ze swoim przyjacielem w ekskluzywnej francuskiej restauracji, wprasza się tam jego niemal była dziewczyna (to jest najbardziej naciągane). Dalej jest wizyta lorda Mountbattena w kolonii angielskiej (oficjalne określenie brzmi "terytorium zależne") na Bermudach. Następne niestety kompletnie traci sens w tłumaczeniu (anyrżnłb mzvravć vzvę an pbś j fglyh Yhpn nyob Zvxn). W kolejnym, trzymającym w napięciu, Diana jedzie do wiejskiego domu przyjaciół, goni ją podejrzana furgonetka. "Nie na sprzedaż" opowiada o debiucie młodziutkiej zdolnej malarki. W "Timeo Danaos" skąpy i niesympatyczny bankier wybiera się na wakacyjny rejs statkiem pasażerskim wokół wysp greckich, a jego żona ma obsesję na punkcie nowej zastawy stołowej (swoją drogą, serio dało się wtedy przewieźć samolotem komplet talerzy i półmisków dla 32 osób?) W przedostatnim adwokat ma bronić kobiety oskarżonej o zamordowanie męża, ale chce jednak dowieść, że rzeczywiście to zrobiła, w tym celu posłuży się tajną bronią w postaci swojego asystenta, choć ten nie grzeszy ni urodą ni rozumem.

Zbiór zamyka "Co jednemu wyjdzie na zdrowie, drugiemu zaszkodzi", w którym narrator ujrzawszy na schodach teatru prześliczną dziewczynę idzie za nią na spektakl, poznaje, a następnie mamy do wyboru cztery możliwe zakończenia. Trzecie jest przepisanym pierwszym à rebours, a czwarte jest przesłodzone. Najbardziej mnie zdziwiło, że w 1994 w Anglii były już telefony komórkowe.

2019-03-08 10:30:13 Komentuj (2)

---


"A Closed and Common Orbit" Becky Chambers
Nazywa się to cyklem "Wayfarers", więc byłam przekonana, że druga część będzie opowiadać o dalszych losach statku kosmicznego. Spore zaskoczenie. To właściwie jest standalone, chociaż zaczyna się pod koniec "The Long Way". Podejmujemy temat dwóch pobocznych bohaterek pierwszej części i zamiast na statku jesteśmy na planetach. W teraźniejszości Pepper opiekuje się świeżo wcieloną w androida AI (jest to absolutnie nielegalne i surowo karane), która musi przyzwyczaić się do posiadania ciała, a nie bycia częścią statku kosmicznego. To jest bardzo ładnie pomyślane. Musi również zachować w tajemnicy swoją tożsamość, co jest trudne, ponieważ ma wbudowany niehakowalny moduł wymuszający prawdomówność oraz posłuszne wykonywanie bezpośrednich poleceń. Jest to bardzo przemyślany i wciągający wątek. Przy okazji odkrywamy, że część ludzi uważa AI za świadome istoty, część nie. Nie wiadomo, jak jest wśród innych gatunków.

Pepper tłumaczy Sidrze, że zajmuje się nią, ponieważ została wychowana przez AI. Jakoż i w drugim wątku, dziejącym się około 20 lat wcześniej, poznajemy dziesięcioletnią Jane, mieszkającą i pracującą w fabryce, gdzie dziewczynki zajmują się odzyskiwaniem, oczyszczaniem i naprawianiem wyrzuconych części elektronicznych. Nadzorują je w tym metalowe roboty zwane Mothers. To nie brzmi fajnie, ale oglądamy to oczami małej Jane, która nie widzi w tym nic nadzwyczajnego, zawsze tak było, tak urządzony jest świat. Dopiero kiedy przypadkiem widzi niebo, i zdaje sobie sprawę, że poza fabryką jest jeszcze jakiś inny świat, o którym nic nie wiedziała, sytuacja się zmienia. Kiedy narracja dziesięciolatki nas nudzi, dostajemy bunt nastolatki, napisany równie dobrze, jak cała reszta.

Moje wątpliwości budzi rozmnażanie Aeluonów: kobiet jest prawdopodobnie mniej niż połowa populacji (ponieważ są cztery płcie), a płodne są dwa-trzy razy w życiu. To niewystarczające dla utrzymania liczebności. Albo powinny rodzić kilkoro dzieci za jednym razem, albo powinny dominować w społeczeństwie, czego z książki nie widać, spotykamy różne płcie po równo. Drugim problemem są numery identyfikacyjne - jeśli mają być unikalnym oznaczeniem istoty rozumnej, to są o wiele za krótkie. Poza tym wszystko tu wciąga i zaskakuje do końca.

2019-03-06 10:12:04 Komentuj (0)

---


"Małżeństwo doskonałe" Wojciech Karolak, Krystyna Pytlakowska
Nie mam zielonego pojęcia, co mnie podkusiło, żeby sięgnąć po to dzieło, ani niczego na swoje usprawiedliwienie. Jakoś mgliście mi przeszło przez głowę "Karolak to przecież nie Czubaszek, może ma coś miłego albo zabawnego do powiedzenia, jeśli już niekoniecznie mądrego". Niestety. Jeśli ma, to skrzętnie to ukrył, jak i niestety wszystkie pozostałe wypowiadające się tu osoby, książka ma bowiem formę rozmowy z Wojciechem Karolakiem przeplatanej wspomnieniami znajomych o Marii Czubaszek. Mąż tejże powiada to, co już było wielokrotnie mówione, na przykład, że seksu nie uprawiali, ponieważ pies im się przyglądał. Mówi też, jak poznał Marię, przy okazji zarzekając się, że nie był - przepraszam, ale dosłownie cytuję lepszych i dostojniejszych od siebie, "jebaką". Nie jest to przypadkowe, rzuca bowiem podobnej jakości mięsem jeszcze nieraz. Niewątpliwie używanie takiego słownictwa ma na celu pokazanie, jacy to autorzy są młodzieżowi, nowocześni i na luzie, a ja jestem starą sztywną ciotką, którą to razi.

Pomijając jednak formę, mamy tu i treść, z której dowiadujemy się, że Maria była pełna wdzięku, paliła papierosy, jadła wyłącznie parówki, oraz miała wyjątkowe, finezyjne poczucie humoru, że Anglicy z Monty Pythonem wysiadają, i tylko ona na całym świecie tak umiała. Na poparcie tego twierdzenia dostajemy po oczach dowcipasem, którego nie przytoczę, ponieważ nie powtórzyłabym go nawet po trzech drinkach i nawet gdyby potencjalny słuchacz był głuchy od urodzenia. Podobno Czubaszek natomiast tak się spodobał, że natychmiast opowiedziała go ze sceny. Albo mamy diametralnie odmienne definicje finezyjności, albo... był to zabieg celowy mający zrobić czytelnika w balon. Drugi raz pomyślałam to samo, czytając jak Karolak zabawnie przekomarzał się z małżonką i nabierał ją subtelnie, a ona przyjmowała to za dobrą monetę. Otóż na przykład mówił jej, że nie ma akurat banknotu 27-złotowego. W ogóle oboje pragnęli najwyraźniej uchodzić za uduchowione istoty, które nie jedzą, żyją nocą, a na przyziemnych kwestiach typy brudne pieniądze się zupełnie nie wyznają. Może bym i w to uwierzyła, gdyby pod koniec pan Karolak nie oznajmił mimochodem, lecz bardzo precyzyjnie, że za mieszkanie płaci trzy tysiące sześćset, w tym rachunki za prąd, wodę i internet. Tak prysł mit bezradnego intelektualisty bujającego w obłokach.

Drugim mitem, który Karolak chciałby podtrzymać, jest ich wielka miłość. Błyskawicznie okazuje się, że się kłócili, były nawet jakieś rękoczyny - ale pono to wszystko zupełnie nieistotne, bo mieli tyle wspólnego. Pytlakowska zadaje pytanie, co mianowicie, na co pan Wojciech powiada, że oboje kochali zwierzątka, ale poza tym tyle ich łączyło, tak dużo, takie mnóstwo, że gdyby chciał wyliczyć, to by zajął dwieście stron! Niestety Pytlakowska też chce na tej książce zarobić i powstrzymuje się przed poproszeniem, żeby wyliczył na początek może chociaż dziesięć rzeczy, więc się nie dowiadujemy niczego więcej.

Najuczciwszy jest tutaj Jan Osiecki, który figuruje jako redaktor książki "Nienachalna z urody", a który zdaje się odegrał większą rolę przy jej tworzeniu. W każdym razie spotykał sę z Czubaszek pod koniec życia, i mówi, że miała dwadzieścia dyżurnych anegdot. Potrafiła je opowiedzieć tymi samymi słowami ze trzy razy w ciągu spotkania. Trudno mieć jej to za złe, a przynajmniej raz czytamy coś innego niż papierosy, parówki, pieski i śliczne nóżki na szpileczkach. Zaskoczył mnie też pozytywnie Jan Pietrzak. Oczywiście nie darował sobie wstawki o złym wpływie złych feministek, ale przynajmniej nie odmówił wypowiedzi.

Czymś tę przestrzeń między okładkami trzeba było wypełnić, więc książkę ozdabiają zdjęcia. Liczne. Możemy na nich odkryć, że to doszczętnie wyeksploatowane przez wszystkich określenie o nienachalnym wyglądzie było jednak kokieterią. W młodości Czubaszek była naprawdę ładna (choć wierzę, że sama nie była o tym przekonana). Niestety musimy też ujrzeć jej męża w slipkach, rozwalonego na kanapie. Zapewne to kolejny sposób na udowodnienie, jakim jest fajnym młodzieżowym luzakiem. Przepraszam, zającem jest.
 
To jest pierwszy raz, kiedy się zupełnie poważnie zastanawiam, czy brukać ten blog (który przecież rozmaitego pokroju lektury już widywał) przyznaniem się do czytania tej książki.


2019-03-04 09:47:25 Komentuj (4)

---


"The Long Way to a Small, Angry Planet" Becky Chambers
Osoba czytająca Leckie, Jemisin i Martę Kisiel wymieniła tę książkę jako "podobną do Firefly", a to jedno z tych rzadkich słów kluczy, które powodują, że podskakuję na krześle jak ukłuta szpilką i biegnę się zaopatrzyć w lekturę. Nie pożałowałam.

W pierwszym rozdziale bohaterka leci przez próżnię w deepodzie, bardzo tanim i ciasnym środku podróżowania, pod wpływem usypiaczy, które nie są najlepszej jakości i nie bardzo działają. Rozmyśla o tym, że leci do pracy i że musi tę szansę koniecznie wykorzystać. W drugim rozdziale jesteśmy na statku kosmicznym, trochę niezgrabnym i poskładanym z materiałów z odzysku, ale działającym. Z rozmowy kapitana ze specjalistą od glonów dowiadujemy się, że czekają na przybycie nowej pracownicy, specjalistki od wypełniania formularzy. Jakoż i deepod dokuje, wyciągają z niego oszołomioną Rosemary, i oprowadzają po statku. Teraz się dowiadujemy, że załoga składa się z ludzi, ludzi modyfikowanych genetycznie, oraz innych istot rozumnych. Statek natomiast tuneluje. Podróż z prędkością szybszą niż światło jest możliwa, ale zabroniona - w tym miejscu pomyślałam, że trochę mi się to kojarzy z "Autostopem przez galaktykę", ale "The Long Way" jest jednak znacznie bardziej serio, i przy tym starannie przemyślana. Kizzy, mechaniczka, jest niewątpliwie siostrą bliźniaczką Kaylee z z Firefly, u kapitana też od razu widać rysy charakteru Mala, ale reszta jest bardziej oryginalna. Jenks jest zakochany w pokładowej AI, Lovey. Asbhy ma romans z istotą innego gatunku, do czego nie mogą się otwarcie przyznać, czyli ta Galaktyka nie jest taka znów otwarta i tolerancyjna. Rosemary natomiast pochodzi z Marsa, z bardzo bogatej rodziny, i wyraźnie coś ukrywa przed resztą załogi i przed czytelnikiem.

Ja jestem wrażliwa raczej na ustawienie słów obok siebie, zazwyczaj świat przedstawiony wyobrażam sobie bardzo szkicowo; natomiast tutaj wyjątkowo miałam wrażenie, że jestem na "Wayfarerze", widziałam dokładnie każdy szczegół i każdą osobę. Zaskakujące i bardzo przyjemne, choć przez pierwsze 30% nie dzieje się dość dokładnie nic, i zaczęłam się już zastanawiać, czy tak to będzie dalej - następnie pojawia się akcja i okazuje sie, że Chambers jednak umie również uzyskać dramatyzm. Trochę nam go dawkuje, ale w drugiej połowie książki dzieje się już znacznie więcej, i każdy członek załogi ma swoje pięć minut.

2019-03-01 09:47:20 Komentuj (0)

---


Krótkie opowiadania nominowane do Nebuli 2019
"Interview for the End of the World" Rhett C. Bruno (w antologii "Bridge Across the Stars"). 142 godziny do zderzenia z Ziemią wielkiej asteroidy... Gdzieś dopiero co widziałam ten pomysł - w rok wcześniejszym "Waiting Out the End of the World in Patty’s Place Cafe" Naomi Kritzer. Nawet tytuł podobny, chociaż dalej zupełnie co innego. Tu narator jest jednym z najbogatszych ludzi na Ziemi (albo był, zanim pieniądze straciły sens), ma statek kosmiczny, i przeprowadza rozmowy z kandydatem do Titan Project, który daje szansę ucieczki przed końcem świata. Mocne, plastyczne, początek serii Titanborn.

"The Secret Lives of the Nine Negro Teeth of George Washington" Phenderson Djèlí Clark. Realizm magiczny. Jak tytuł zapowiada, opisane są tu tajemne moce drzemiące w dziewięciu zębach z kolekcji George'a Washingtona. Autor jest historykiem. Bardzo piękna rzecz, oryginalna i wychodząca z utartych kolein, coś tu z Susan Clarke (zbieżność nazwisk przypadkowa, przypuszczam).

"Going Dark" Richard Fox (w antologii "Backblast Area Clear"). Wojna światów trwa, Naroosha bombardują ludzi blastami energii, sergeant Hoffman i jego ekipa maszyn bojowych nie pozostają im dłużni. Unosiłam brew z niedowierzaniem zastanawiając się, cóż to robi na liście finalistów Nebuli, nawet dwa razy sprawdziłam, czy to na pewno ten tytuł, i mając jednak nadzieję, że pod koniec się wyjaśni. Zazwyczaj nie zdradzam zakończeń, tu jednak zrobię wyjątek: otóż maszyny bojowe muszą zakończyć swój żywot, a sierżant Hoffman bardzo nad nimi płacze. Serio, nie przesadzam. Autor kończył akademię wojskową i walczył w Iraku, więc najpewniej wie co pisze, i to tylko ja jestem sarkastyczna i nieczuła. A w ogóle rozumiem, że to narracja komiksowa, ale to też mi nie pomaga się zachwycić.

"And Yet" A.T. Greenblatt. Masz świeży doktorat z fizyki kwantowej i stoisz na progu nawiedzonego domu swojego dzieciństwa, ponieważ podejrzewasz, że są w nim bramy do równoległych wszechświatów. Dość ładny pomysł, ale ostatecznie dość oczywiste i wcale nie chodzi o równoległe wszechświaty, jak zwykle.

"A Witch’s Guide to Escape: A Practical Compendium of Portal Fantasies" Alix E. Harrow. Czarny nastolatek w kółko czyta "The Runaway Prince", one of those low-budget young adult fantasies from the mid-nineties, before J.K. Rowling arrived to tell everyone that magic was cool. Narratorką jest bibliotekarka, tego drugiego rodzaju: czarownica, która od razu wie, czego czytelnik potrzebuje. Naprawdę potrzebuje. A książki chcą być czytane. Zakochałam się w tym opowiadaniu śmiertelnie i nie jestem obiektywna, chcę, żeby dostało wszystkie nagrody. Oczywiście jest nieco w stylu "Wśród obcych" (która owszem, dostała nagrody).

"The Court Magician" Sarah Pinsker. Chłopiec jest iluzjonistą i marzy o poznaniu prawdziwej magii, jako młodzieniec marzy o poznaniu prawdziwej magii, w końcu zostaje the court magician i zdradzają mu słowo. Za użycie słowa płaci cenę, a używa go po to, żeby Regent nie miał problemów. Żadnych. Bardzo subtelna, bardzo piękna przypowieść.

*

Trzy doskonałe opowiadania, dwa bardzo dobre i jedno, którego najwyraźniej nie rozumiem. Wybór między Pinsker, Harrow i Clarkiem byłby bardzo trudny (sercem jestem oczywiście z Harrow, ale niewykluczone, że Pinsker jest bardziej uniwersalna). Zwłaszcza, że wszystkie trzy są podobne, z gatunku low fantasy (nie jestem pewna, jakie jest rozróżnienie między tym i realizmem magicznym, tak to jest z określaniem gatunków).



2019-02-27 09:19:24 Komentuj (0)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Anglik w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem