DS magazine
Bertrand Russell
"Les prénoms épicènes" Amélie Nothomb
Zaczyna się od rozmowy kochanków. 
- Kochamy się już od pięciu lat, i zobacz jak nam jest wspaniale - zachwyca się on.
- To już przeszłość - powiada na to ona, imieniem Reine. - Pojutrze wychodzę za Jean-Louisa.
- Ależ przecież my się kochamy! Kochasz mnie, nie jego! - głupieje on.
- Moi rodzice się szaleńczo kochali, a życie mieli przeciętne. Jean-Louis natomiast zabierze mnie do Paryża - odpowiada mu ukochana i wychodzi.
W następnym rozdziale jest rok 1970, a dwudziestopięcioletnią Dominique podrywa Claude. Pobierają się i mają dziecko. Ponieważ oboje noszą imiona nie zdradzające płci, co po francusku uczenie nazywa się prénom épicène (po ludzku mówi się raczej prénom mixte), dają córce na imię właśnie Epicène. Jest bardzo udana, ale ojciec się nią w ogóle nie interesuje, co dziwne, bo nalegał na posiadanie potomstwa. Aż pewnego dnia planuje intrygę, w wyniku której jego żona zaprzyjaźnia się z pewną elegancką panią imieniem Reine.

Jak to Nothomb: zwięzła (150 stron dużą czcionką), precyzyjna, przenikliwa opowieść, z mottem "Najsilniejszy jest ten, kto kocha". Porusza zwyczajowe tematy autorki, czyli relacje dzieci i rodziców, oraz podstawy konstruowania własnej tożsamości i życia. Można tu debatować, czy to decyzja Reine była odpowiedzialna za dalsze losy bohatera, czy jednak on sam. I pokazuje, jak można postąpić, kiedy cała życiowa konstrukcja rozwala się jak domek z kart. 

Słowo "pneus" jest obecne (jak we wszystkich dotychczasowych jej powieściach), a narracja jest oczywiście teatralna. W dodatku są tu nawiązania do renesansowej komedii "Epicoene or The Silent Woman" Bena Jonsona (rywala Szekspira). Zastanawiam się wobec tego, dlaczego Nothomb nie pisze sztuk. Ta opowieść by się doskonale sprawdziła na scenie, moim zdaniem.

-> Ubiegłoroczna Nothomb


2018-10-21 21:16:13 Komentuj (0)

---


Trakt morski
To w ogóle nie jest fantastyka, ale jest to niewątpliwie Le Guin ze swoją wyciszoną, subtelną narracją. Nie jest to również powieść, tylko zbiór rozdziałów połączonych między sobą miejscem akcji: fikcyjnym miasteczkiem Klatsand na wybrzeżu Oregonu. Kobieta, która w pierwszym rozdziale prowadzi podupadający motel, pojawi się później widziana oczami kolejnego bohatera. To samo zdarzenie będzie zrelacjonowane z punktów widzenia dwóch różnych osób. Przedziwna rzecz, jakoś między wierszami niepokojąca. Nie należy tu się spodziewać żadnych wyraźnych puent: po prostu toczy się życie, ludzie mieszkają, przyjeżdżają, wyjeżdżają, umierają, wchodzą ze sobą w interakcje. Nawet dramaty są tu stonowane.

Ostatni rozdział jest najdłuższy (zajmuje jedną trzecią książki) i jest to zdekomponowana saga rodzinna obejmująca 80 lat wieku XX, relacjonowana w niechronologicznie ułożonych fragmentach opowieści różnych kobiet z tej samej rodziny, a właściwie nawet linii (niektóre z nich pojawiły się przelotnie wcześniej). Ja wiem, że to nie brzmi w opisie dobrze, ale wyszła z tego bardzo ładna mozaika, wnikliwa, dyskretna i niespodziewanie wciągająca. Przyznam, zdarzyło mi się pomyśleć "ale ona umiała TAK pisać, i pisała fantastykę?". Oczywiście to ma sens: w fantastyce była (i nadal jest) niekwestionowaną królową, podniosła poprzeczkę bardzo wysoko, pokazała, jakie światy można tworzyć i jakimi tematami się zajmować. W głównym nurcie byłaby jeszcze jedną pisarką, dobrą czy bardzo dobrą, ale z dużo większą konkurencją.


2018-10-19 09:29:17 Komentuj (0)

---


Rogue Protocol (Murderbot Diaries 3)
Murderbot przemieszcza się na kolejną planetę, gdzie spotyka grupkę naukowców posiadającą bota do towarzystwa, który jest całkowitym przeciwieństwem bohatera. Mianowicie uwielbia ludzi i uważa ich za swoich przyjaciół. To musi być ciekawa interakcja - i jest. When I’d called it a pet robot, I honestly thought I was exaggerating. This was going to be even more annoying than I had anticipated, and I had anticipated a pretty high level of annoyance, maybe as high as 85 percent. Now I was looking at 90 percent, possibly 95 percent.

Wells trzyma poziom narracji, murderbot nadal jest sobą, akcja jest wartka, to w końcu jest SecUnit i musi prowadzić walkę, przy czym jest w stanie ją jednocześnie obserwować i relacjonować bez emocji. Jedyna moja nieustająca pretensja to, że te teksty są za krótkie. Czwarta część już wyszła, i zdecydowanie należałoby je wydać w jednym tomie. Heroic SecUnits were unrealistic, too, but like I had told ART, there’s the right kind of unrealistic and the wrong kind of unrealistic.

2018-10-17 09:16:49 Komentuj (0)

---


"Życie seksualne kanibali" Maarten J. Troost
Ponieważ czytałam jego twórczość od końca, już wiedziałam, że autor urodził się w Holandii z matki Czeszki, potem został Kanadyjczykiem, a studiował w Stanach. Wszystko to wyjaśnia na początku swojej debiutanckiej książki. Wspomina również o poznaniu swojej dziewczyny Sylvie, która po studiach otrzymuje propozycję pracy w Kiribati. I lecą na wyspę Tarawę. Maarten oczywiście z głową pełną wizji nieskażonego tropikalnego raju, tymczasem rzeczywistość skrzeczy. Jest bieda, rafa koralowa zaśmiecona, a miejscowi (I-Kiribati) bez skrępowania załatwiają potrzeby naturalne do malowniczej zatoczki, gdzie autor chciałby zażyć rozkosznej kąpieli. Oraz nie ma co jeść. Teoretycznie są ryby, ale na masową skalę wyławia je Japonia, nie bardzo za to płacąc. Oprócz tego jest trochę importowanych puszek, i to wszystko.

Mieszkańcy atolu bardzo się różnią od Europejczyków czy Amerykanów: kiedy autor woła ostrzegawczo "rekin", zamiast uciekać radośnie wskakiwali do wody, żeby zapolować. Słyną również z umiejętności gubienia się na oceanie (ponieważ na przykład zapomnieli zatankować benzynę) i odnajdywania się w dobrym stanie po tygodniach czy miesiącach.

Styl autora jest ten sam co w pozostałych książkach: zwierzenia osobiste, z dużą dozą poczucia humoru, przesady i autoironii, zmieszane z rzeczowymi informacjami na temat miejsca pobytu. Jest tu mnóstwo gorzkich obserwacji, jak bezsensowna jest pomoc płynąca ze świata, polegająca na organizowaniu rozmaitych konferencji przez i dla ludzi, którzy nie mają pojęcia o życiu na atolu koralowym. Całość w każdym razie bardzo wciągająca, chyba nawet bardziej niż pozostałe książki.

2018-10-15 09:29:44 Komentuj (0)

---


Mock. Pojedynek
Kolejna część nastąpiła, i patrzyłam na nią bardzo podejrzliwie, aż w końcu zdecydowalam się rzucić okiem na początek. 1916, front niemiecko-rosyjski, Feldwebelleutnant Eberhard Mock otrzymuje dziwny rozkaz. Sprawnie napisane. Potem przenosimy się do 1905, ubogi dwudziestodwuletni student filozofii Mock chodzi na uczelnię i ma zostać profesorem gimnazjalnym z wysoką państwową pensją. Jest również wśród studentów outsiderem. To dość zabawna odmiana po poprzednich tomach: poznajemy młodość bohatera, kiedy nie ma jeszcze pieniędzy na wykwintne potrawy. W tle pewien pan baron ma żonę zabawiającą się w ladacznicę, która zostaje pobita przez klienta. Poza tym niewiele się dzieje, jest debata filozoficzna przytoczona z masą szczegółów. A potem Mock w niezwykle naciągany sposób, za to w wielkiej ilości słów oraz starannie odmalowanych nieładnych obrazków zostaje asystentem prywatnego detektywa. Żeby chociaż miał coś ciekawego do znalezienia, ale nie: ma wrobić kolegę ze studiów, który jest z gruntu zły, co wiemy od początku. To niespełna połowa książki i zastanawiałam się poważnie, czy tu już nie porzucić lektury. Wiadomo w końcu, co się stanie: Mock wykryje, że Lotz jest sadystycznym zwyrodnialcem (musi być - przecież to Krajewski), w kulminacyjnej scenie porządnie od niego oberwie, a potem poczuje powołanie do kariery policyjnej. Że Natasza nie jest szlachetną dziewicą, też jest oczywiste od początku. Nie mogłam jednak wpaść na żadne powiązanie z prologiem oraz żoną barona, więc nolens volens czytałam dalej, niepotrzebnie.

Opisy życia studenckiego we Wrocławiu początku wieku, kiedy to jeszcze w modzie były pojedynki i honor, są całkiem fajne; bohater jest dość dobrze skonstruowany... i to koniec zalet tej powieści, która co prawda nie jest tak obrzydliwa i niesmaczna jak poprzednia, za to jest zwyczajnie nudna. Rozdzierająco, przeraźliwie nudna. Plus zawiera zdania, które każą mi podejrzewać, że pisał to jakiś gimnazjalista "Gdyby to, co miał zaraz zrobić, zostało spotęgowane przez furię, cała intryga, nad której misternością jego mentor aż się zadziwił, obróciłaby się wniwecz." Do tego nadużywanie wielokropków. Nie warto, naprawdę nie.

2018-10-11 09:02:32 Komentuj (0)

---


Lethal White
Czwarty tom kryminalnej sagi Roberta Galbraitha zaczyna się dwie godziny po końcu "Żniw zła", czyli weselem Robin i Matthew. Oglądamy to na przemian oczami panny młodej i obecnego tam Strike'a. Ona bardzo chce wrócić do pracy, on bardzo chce, żeby ona wróciła, tylko nie całkiem mogą się porozumieć, co jest zrozumiałe w tych okolicznościach. Potem przeskakujemy rok później. Nie zdradzę wielkiego sekretu pisząc, że Robin wróciła do pracy, i że jest młodą żoną pełną wątpliwości. Tymczasem do biura Cormorana wpada szaleniec bełkoczący o jakimś dokonanym lata wcześniej zabójstwie dziecka. Jest rok 2012 i Strike natyka się na grupę protestujących przeciwko olimpiadzie w Londynie, a potem zgłasza się do niego polityk, który jest szantażowany i prosi o pomoc. Następnie w akcji jest pewien zastój, skupiamy się na prywatnych życiach obojga bohaterów, w pewnym momencie nawet stwierdziłam, że trochę już nudą wieje. W tym momencie pojawia się trup, uzyskany metodą dość oryginalną i inspirującą, więc akcja z powrotem się ożywia. Druga połowa jest świetna, masa naprawdę dramatycznych scen, oraz nie miałam zielonego pojęcia, kto zabił. Ostatnie rozdziały czytałam nie oddychając, dobrze, że są krótkie. Po ochłonięciu mam do nich jednak pewne zastrzeżenia, o których w ostatnim akapicie.

Postaci są bardzo plastycznie przedstawione, a akcja szalenie wciąga, chociaż w pierwszej połowie męczyło mnie chwilami szczególarstwo: jak bohaterowie jedzą, to jedzą, wiemy dokładnie kto co spożywa, ile z talerza już zmiótł, jak kluski nawijał, i tak parę razy. To samo z paleniem, Strike zapala, gasi, wyrzuca, odpala jednego od drugiego, i w kółko, a jak nie pali, to go boli kolano na rozmaite sposoby. Nie lubię takiego zapychania stron. Każdy rozdział ma motto ze sztuki Ibsena "Rosmersholm". Występuje w niej polityk, którego żona popełniła samobójstwo. Pojawia się tam również biały koń symbolizujący przeszłość i nieumiejętność poradzenia sobie z przykrymi wspomnieniami. Łatwo zobaczyć, w jaki sposób Rowling wykorzystała ten motyw w swojej powieści, choć nie przybliża nas to do rozwiązania zagadki.

Znajduje się tu polski akcent, sprzedawczyni mówiąca do Polek na Camden "dziękuję ci", z poprawnymi ogonkami, bardzo mnie to ujęło. Oczywiście postać nauczyła się tego podobno od sprzątaczki, a jakże.

Zirytowała mnie postać Lorelei. Młoda ładna bystra kobieta: obsługuje, obskakuje, robi lody i obiady facetowi, który ewidentnie nie ma ochoty się odwzajemniać w najmniejszym stopniu i co najwyżej robi łaskę swoją rzadką obecnością. Burczałam pod nosem
- Tak, panie Robercie Galbraith, może gdybyś sam był kobietą, to byś nie tworzył takich durnych bohaterek!
Po czym przemyślałam sprawę. Niby czemu Rowling miałaby nie udawać, że takie kobiety nie istnieją, jak pełno ich wokół. Pomysł "jak się dobrze postaram, to on się na pewno w końcu zorientuje, że jestem idealna i mnie kocha" ma się świetnie w XXI wieku. Może właśnie ujrzawszy się w takim krzywym zwierciadle któraś przemyśli swoje postępowanie.

Olbrzymie zastrzeżenia i pretensje mam natomiast do innych rzeczy, w końcówce. Cb cvrejfmr Enss avr zótł zvrć crjabśpv, żr Ebova anqny zn mnoybxbjnal gryrsba Znggn (żr fnzn Ebova avr fcenjqmvłn nqerfh - wrfg gb tłhcvr, nyr gb wrfmpmr zbtę jlonpmlć j mjvąmxh m cbścvrpurz v hpmhpvnzv żljvbalzv qb zężn). Cb qehtvr, bxebcavr ebmpmnebjhwąpr: avr qbjvnqhwrzl fvę, wnx Fgevxr qbfmrqł qb ebmjvąmnavn, n j gerśpv avr zn żnqalpu jlfgnepmnwąpb jlenźalpu jfxnmójrx. Bx, qbść jpmrśavr zbżan fvę mbevragbjnć, żr Xvainen zhfvnłn zvrć jfcóyavxn, n wrtb gbżfnzbść zbżr jlwść mr movrżabśpv wrw mnłnznavn j ovhemr Qryyv benm jcnqxv Encunryn m Senaprfxą. Wrqanx xyhpmrz wrfg boenm, v Fgevxr cbjvavra qhżb jpmrśavrw mnclgnć, pb manpml "cvronyq". Ebov gb b jvryr mn cóźab, żrol gb zvnłb fraf. Cb gemrpvr, xvrql whż cemrłxavrzl, żr Pbezbena, j xbńph xhmla Uneel'rtb Cbggren, anwjlenźavrw manynmł ebmjvąmnavr mntnqxv j zntvpmal fcbfóo, gb pmrzh h yvpun cbmjbyvł Encunrybjv hpvrp, fgbwąp cbq qbzrz, j xgóelz gra fvę hxeljnł m boenmrz an tóemr?!! Cbjvaav j glz zbzrapvr mnjbłnć cbyvpwę mnzvnfg fcbxbwavr fvę bqqnynć, mjłnfmpmn cbqrwemrjnwąp zbżyvjbść xbyrwartb mnoówfgjn. Qynpmrtb Ebova zh an gb cbmjnyn mnzvnfg bq enmh mnżąqnć jlwnśavrń? Bpmljvśpvr, avr olłbol qenznglpmartb bfgngavrtb ebmqmvnłh, nyr ebovravr tłhcbg glyxb j glz pryh gb avrmjlxyr gnav pujlg, xgóertb wrqanx fvę cb Ebjyvat avr fcbqmvrjnłnz. V j xbńph qynpmrtb j bfgngavz zbzrapvr Enss avr ovremr Ebova wnxb mnxłnqavpmxv?

Do kolejnego tomu podejdę z dużym dystansem.

2018-10-09 10:14:21 Komentuj (0)

---


Na marginesie życia
Ostatni tom trylogii Grzesiuka wydany bez skreśleń z okazji jego setnej rocznicy urodzin. Tu też te przywrócone fragmenty są pogrubione, i robi to ogromne wrażenie, mam wrażenie, że wytłuszczona jest połowa książki. Znacznie więcej niż w przypadku poprzednich. Autor ukończył pisanie w 1961, świadom, że zostało mu już niewiele czasu, i dlatego na wszystkie usunięcia się zgodził. Bardzo dobrze, że podjęto decyzję o ponownym wydaniu. Dostajemy niezwykle barwną, ogromnie przejmującą opowieść o walce z chorobą. Wydaje się, że po "Pięciu latach kacetu" trudno napisać coś równie poruszającego, a jednak Grzesiukowi się udało. Może też ze względu na to, że przy tej pierwszej mamy świadomość, że nastąpi dobre zakończenie, a w przypadku "Marginesu" wiemy, że wprost przeciwnie. Najbardziej uderza nieustanny dobry humor autora, który jest autentyczny. Nawet pisząc o rzeczach gorzkich i bolesnych Grzesiuk potrafi je skontrapunktować wygłupem czy psotą. Nie ma tu natomiast żadnego epatowania przeszłością obozową: podświadomie spodziewałam się jakichś porównań, że nawet tam tak nie cierpiał; nic podobnego, to nawet nie przychodzi autorowi na myśl.

Poprzednie wydania były bardzo wygładzone i ugrzecznione. Tu widać wyraźnie agresję bohatera, do której przyznaje się bez dumy, ale i bez fałszywego wstydu. Jest wstrząsający fragment o chorobie dziecka, zarażonego zresztą przez samego Grzesiuka, który usiłował wypierać myśl o własnej gruźlicy. Synek spędził całe lata w sanatorium, a kiedy w którymś momencie jego ojciec myśli, że nie uda się go wyleczyć, postanawia zabrać go do domu skazując na śmierć. Tak będzie lepiej niż obarczać żonę ciężarem. Na szczęście synowi ostatecznie się udało przeżyć. 

Stasiek musiał być w sanatoriach absolutnie nieznośnym pacjentem, opisom dokuczliwych figli nie ma tu końca. Wielokrotnie zaznacza, że płynąca z tego zabawa wpływała dobrze na leczenie, inaczej zwariowaliby z nudów. Inni pacjenci niekoniecznie byli tego samego zdania. Jest tu też rozdział o alkoholizmie, też niezwykle żywo i szczerze napisany, choć kompozycyjnie sprawia wrażenie doklejonego do reszty. Grzesiuk twierdzi, że potem już pić przestał, nie wiem czy to cała prawda. Z wdzięcznością natomiast myślę o szczepionce na gruźlicę. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak straszliwą jest chorobą. Na zakończenie autor odnotowuje swoje uwagi na temat postrzegania gruźlików przez społeczeństwo i odwracania się od nich znajomych. Ze strachu przed zarażeniem nie pozwala im się pracować, nawet jeśli są już wyleczeni. Gruźlików już wprawdzie nie ma, są za to inne choroby, a przez pół wieku niewiele się w tej materii zmieniło. 

Najbardziej żałuję tych książek, na które podobno miał pomysły, a których już napisać nie zdążył. Gdybym się kiedyś przeniosła do alternatywnej rzeczywistości, to na pewno w pierwszym odruchu sprawdziłabym, czy ich tam nie ma.


2018-10-07 11:46:56 Komentuj (0)

---


Gardner Dozois "The Year's Best Science Fiction 32" (2014)
Ian McDonald "The Fifth Dragon". Jak 33, tę też otwiera McDonald z bardzo dobrym opowiadaniem księżycowym: eksploracja, górnictwo, trudne warunki, płacenie za wszystko, wymioty w hełmie w nieważkości. This was an ugly world. Hard and mean. It put a price on everything. Po pewnym czasie trzeba podjąć decyzję, czy się wraca na Ziemię, czy zostaje na Księżycu na zawsze, z powodu odwapnienia kości w zmniejszonej grawitacji. Podoba mi się namacalność wizji; nieco mniej zbyt oczywista końcówka.

Jérôme Cigut "The Rider". Autor jest Francuzem z polskimi korzeniami (dziadek był Polakiem i cukiernikiem, będąc w japońskim mieście Nara znalazł tam makowiec, pieczony prawdopodobnie według przepisu dziadka), pisze po angielsku i francusku, mieszkał wszędzie, ostatnio w HongKongu, gdzie rozgrywa się akcja opowiadania. Bohater uzbrojony w stingpen i bodyguarda "was to enter, check the merchandise, hand over a suitcase full of cash, and leave." Rządzi nim natomiast AI, nieco jak w Maneki Neko Sterlinga z 1998. Długo czekamy na puentę.

Aliette de Bodard "The Days of the War, As Red As Blood, As Dark As Bile". Kosmiczna fantasy, a co niby. Do planety zbliżają się źli rebelianci, mieszka tam dziewczynka z matką i ciotką drugiego stopnia, dziewczynka ma sny, rebeliantów trzeba powstrzymać, wszystko wiadomo.

Chaz Brenchley "The Burial of Sir John Mawe at Cassini". Steampunk w tym samym świecie, w którym rozgrywa się akcja "The Astrakhan, the Homburg, and the Red Red Coat" ze zbioru 33. Czyli skolonizowany przez wiktoriańskich Anglików Mars i pogrzeb tajemniczego dżentelmena obserwowany oczami grabarza. Narracja dopasowana stylistycznie.

Ken Liu "The Regular". Cyberpunkowy thriller w wykonaniu Kena Liu, mhm. W miarę niezłe, acz stereotypowe i niepozbawione głębokich uwag typu "Sometimes you help a friend even when you disapprove of their decisions. It’s complicated." Wiadomo - Ken Liu. Zakończenie po pierwsze oczywiste, a po drugie rozczarowujące, bo co właściwie hfznżlłb gnx b pnłą ryrxgebavxę?

Karl Bunker "The Woman from the Ocean". "Powrót z gwiazd" w innym wydaniu. Lądownik rozbija się na oceanie, kobieta dociera do wioski, i odkrywa prymitywny świat. Zwięzłe, bardziej szkic pomysłu niż opowiadanie.

Paolo Bacigalupi "Shooting the Apocalypse". Świat z "Wodnego noża", nieco wcześniej. Dziennikarka Lucy i fotograf Timo szukają niusa: czegoś jeszcze nieopisanego przez wielkich, to znaczy Google/NY Times, Facebook Social Now, Kindle Post.

Susan Palwick "Weather". Mocne i świetnie napisane. Nie podlega streszczeniu, clou wyjaśnia się powoli. Zaczyna się w każdym razie od tego, że jest bardzo zimny kwiecień, śnieg, gołoledź, i ta pogoda powstrzyma pewnego ojca od ostatniego spotkania z córką.

Elizabeth Bear "The Hand Is Quicker". Ludzie żyją w nakładkach na rzeczywistość, a bohater straciwszy całe pieniądze z nakładki wypada i widzi brudną realność, całkiem jak w "Kongresie futurologicznym". Długie opowieści o tym, jaki świat jest zły i brzydki, po czym nagłe zakończenie. Niegłupie.

Cory Doctorow "The Man Who Sold the Moon". Doctorow, czyli dość mocno techniczne. Czterdziestoletni narrator spotyka młodzieńca pracującego nad drukarką 3D mającą samodzielnie budować domki, i przewożącego bardzo cenną soczewkę. Następnie jedzie z nim i jego gadżetem na imprezę na pustyni. Dobrze się czyta, tylko nie wiadomo dokąd to zmierza (z drugiej strony, jak wiadomo dokąd, to źle, bo przewidywalnie), a zmierza dużo dalej, niż można sobie wyobrazić. Fajne.

Lavie Tidhar "Vladimir Chong Chooses to Die". Vlad spotyka the mortality consultant. Nosi w sobie wspomnienia wszystkich swoich bliskich. Nadmiernie poetyczne, taki trochę Bradbury dla ubogich.

D.J. Cockburn "Beside the Damned River". W zakurzonym i wyschniętym kącie Tajlandii kierowcy wiozącemu Europejkę oraz tajemniczy ładunek psuje się ciężarówka. Bohaterem jest miejscowy starzec, który wie o mechanice więcej, niż na to wygląda. I w ogóle jest tu więcej, niż widać w tekście.

Peter Watts "The Colonel". Było w ostatnich Krokach i od tego czasu pamiętałam o czym jest. To w ogóle jest świat ze "Ślepowidzenia".

Vandana Singh "Entanglement". Bohaterka, Kanadyjka, pływa sobie samotnie łódeczką po Oceanie Arktycznym i zbiera dane dla naukowców. A właściwie dane zbierają ai specjalnie dostosowane do warunków oceanicznych. Druga pani wraca z dżungli, gdzie badała środowisko. Potem pojawiają się kolejni bohaterowie, chodzi natomiast o to, że wszyscy i wszystko jest połączone ze sobą i powinniśmy zapobiegać zmianom klimatycznym. Dużo dobrych chęci, staranne wykonanie, naiwność bijąca po oczach.

Pavel Amnuel "White Curtain". Oryginał ukazał się po rosyjsku w 2007, autor jest doktorem astrofizyki. Żyjemy w multiversum, a przyjaciel narratora może ludzi przerzucać między rozgałęzieniami, więc ten się od niego domaga odzyskania nieżyjącej żony. Delikatnie mówiąc, nie jest to szczególnie oryginalny pomysł, a w wykonaniu więcej dramatyzmu i melancholii niż sensu.

Lauren Beukes "Slipping". Pearl przyjeżdża na jakieś wyścigi w Karachi. Coś wspólnego z nimi ma zapewne fakt, że ma sztuczne nogi. Potem się okazuje, że nie tylko nogi, i muszę przyznać, że to jest dość mocny kawałek, chociaż protetyka w sf występuje nie od dziś. Dalej też jest mocno, chociaż w co drugim rozdziale oglądamy niedawną przeszłość bohaterki, dość przewidywalną. Niezła rzecz.

Michael Swanwick "Passage of Earth". Bohaer wykonuje sekcję zwłok, kiedy przywożą mu ciało aliena. A dokładniej przywozi mu je była ukochana. Alien wygląda jak wielki robak. Dalej klasyczny Swanwick, cokolwiek makabryczny, cokolwiek melodramatyczny, oczywiście sprawny.

Ellen Klages "Amicae Aeternum".  Jedenastoletnia bohaterka budzi się przed świtem i biegnie oglądać ostatni zachód słońca oraz inne proste rzeczy z otoczenia. Szybko się wyjaśnia dlaczego: wylatuje z rodzicami na statku pokoleniowym. I wcale nie chce. Doskonała dawka wzruszenia i prostoty, znakomite.

Alastair Reynolds "In Babelsberg". Narrator jest świadomą AI eksplorującą Układ Słoneczny, ale aktualnie w sztucznym ciele występuje jako celebryta. Jest nieznośnie zarozumiały, a całość brzmi bardzo silverbergowo.

Timons Esaias "Sadness". Narrator przyjmuje przymusowego gościa, jednego z New People, którzy teraz rządzą Ziemią, a ludzi pozamykali w rezerwatach, ulepszywszy im kulturę. Narrator planuje również zabić swoją ukochaną. Intrygujące. Aluzja do Indian czytelna.

Jay Lake "West to East". Narrator się rozbił lądownikiem na planecie, na której są całkiem ziemskie warunki, z wyjątkiem jednego: nieustających potwornych wiatrów, powyżej półtora tysiąca km/h. Na orbicie co prawda jest statek macierzysty, ale co z tego. Bardzo klasyczna sf, bardziej 1950 niż 2014.

Rachel Swirsky "Grand Jeté (The Great Leap)". Stary dobry pomysł, technologia kopiowania świadomości w sztuczne ciało jest w powijakach i nieprzetestowana, ale dwunastoletnia bohaterka właśnie umiera, a jej ojciec w piwnicy ma małe laboratorium, więc spróbujmy. Babcia natomiast była baletnicą, a w ogóle bohaterowie są żydami (nazwiskiem Morawski), na czym zbudowany jest cały klimat. Oczywiście całość w trzech aktach, żeby pasowało do baletu, oraz liczne aluzje do Coppelii na podstawie "Piaskuna" E.T.A. Hoffmanna, baśni o automacie udającym dziewczynę.

Elizabeth Bear "Covenant". Bohater jest byłym psychopatycznym mordercą. Leczy się to teraz chirurgicznie. Dobry, realistyczny pomysł, bardzo interesujące, dobrze napisane, trzyma w napięciu.

Karl Schroeder "Jubilee". Kobieta z chłopakiem idą do twierdzy, gdzie od trzydziestu jeden lat śpią ludzie, którzy za dwa dni mają się przebudzić, a wtedy otworzą się bramy i list zostanie doręczony, po 28 latach od napisania. Przedziwne. Ni to sf, ni fantasy, może bardziej w ogóle satyra, pomysłowa i urocza. Oczywiście jest powieść osadzona w tym świecie, bo czemu nie miałaby być.

Paul Graham Raven "Los Piratas del Mar de Plastico (Pirates of the Plastic Ocean)". Hope Dawson, brytyjska freelancerka włócząca się od siedmu lat po Europie, jedzie do południowej Hiszpanii. Prawie teraz, plus "the price of oil had gone nuts and annihilated the cheap airline sector almost overnight", więc jedzie pociągiem. A w Almerii the legendary Plastic Ocean stretched out to the horizon, mile after square mile of solarised bioplastic sheeting shimmering beneath the relentless white light of the sun. I pojawa się bajecznie bogaty pan, który zamierza przeprowadzić eksperyment ekonomiczny. Bardzo gęste.

Gareth L. Powell "Red Lights, and Rain". Amsterdam w deszczu, pani usiłuje zabić pana, a właściwie wampira, tylko zabiera się do tego jakoś niemrawo. Dużo obrazowej akcji i przemocy, wszystko bardzo przewidywalne.

Jessica Barber "Coma Kings". Opowiada nastolatka, która gra w grę Coma, a na imprezie na czyjąś prośbę wkłada cudzy hełm VR i loguje się na na konto gościa. Ma również młodszą siostrę. Trochę wszystko wiadomo, a trochę jednak poruszające.

Allen M. Steele "The Prodigal Son". To jest jedno z cyklu opowiadań o rodzinie Arkwrightów, które potem zostały złożone w powieść "Arkwright". W tym opowiadaniu właśnie budują statek Galactique, a tytułowy marnotrawny syn przylatuje go obejrzeć. Bardzo dużo słów z mnóstwem stereotypów, żeby powiedzieć "His dreams—his lifelong obsession, really—wasn’t shared by his son, and never had been" - na co prawie wrzasnęłam "przez poprzednie dwie części już zrozumieliśmy!" Właściwie spokojnie można zacząć czytać od części VI (tak, szóstej), gdzie są technikalia, dość fajne: to jest chyba pierwszy pomysł wysyłania na odległą planetę po prostu zamrożonej spermy i jajeczek (żeby można było dokonywać modyfikacji genetycznych na etapie przedembrionalnym).

Rich Larson "God Decay". Bohater, Ostap Kerensky, jest Polakiem, bo czemu miałby nie być, za trudno odpalić gugla i sprawdzić typowe polskie imiona, oczywiście. Jest również supersportowcem bio-modyfikowanym, czyli to samo co w "Slipping" wcześniej, i też o cenie, jaką się za to płaci.
 
Robert Reed "Blood Wedding". Córka najbogatszego człowieka w systemie słonecznym wychodzi za mąż, goście są zieleni, nadzy i porośnięci kwiatkami. Czytelnik nie przepada za nimi, więc nie jest mu smutno, kiedy zaczynają masowo ginąć. Przedziwna rzecz, miejscami coś w rodzaju streszczenia komiksu, a miejscami w ogóle nie wiem co, new-wave'owa baśń chyba.

Ken Liu "The Long Haul, from the Annals of Transportation, The Pacific Monthly, May 2009". Dawno o sterowcach nie było. Narrator wybiera się w parodniową podróż sterowcem transportowym pilotowanym przez małżeństwo, w drodze przelatują przez burzę, a narrator ma obserwacje na temat związków międzyludzkich. Wszystko stylem reportażowym i niedostatecznie przemyślane: małżonkowie się żalą, że sie w ogóle nie widują, tymczasem nawet przy 6-godzinnych wachtach człowiek śpi 8 godzin, więc mogą ze sobą spokojnie spędzać kolejne osiem na dobę.

Greg Egan "Shadow Flock". Drony, drony wszędzie. Najpierw pani buduje most wiszący przy pomocy swoich studentów i dron, a potem inna drona przynosi jej paczkę zawierającą fragment palca. Bohaterka musi oprogramować jeszcze inne drony. Dobrze się czyta, kończy się niespodziewanie.

Adam Roberts "Thing and Sick". Narrator z kolegą Royem w 1986 siedzieli na Antarktyce przetwarzając dane z Proximy i Alpha Centauri. Świetnie napisane, filozofia Kanta zgrabnie połączona z klaustrofobicznym thrillerem - intrygujące. Zostało użyte jako pierwszy rozdział powieści "The Thing Itself".

Mary Anne Mohanraj "Communion". Chaurin, obcy, przybył na planetę Kriti po ciało swojego brata, a Amara, człowiek, sadzi tu jaśmin. Z początku bardzo gęsta narracja. Z tytułu wiadomo, o co chodzi, ale autorka błyskawicznie idzie znacznie dalej. Ciekawy pomysł "mating was never easy; if one took on the responsibility of making a match, surely it followed that one owed the pairing some guidance in the early years, some help going forward?".  Po tym obiecującym kawałku zakończenie jest pośpieszne i dość oczywiste, trochę szkoda.

James Patrick Kelly "Someday". Moje serce zawsze uderza mocniej na widok tego nazwiska, bo nieustająco mam nadzieję na coś miary genialnych "Dinozaurów", i za każdym razem jestem nieco rozczarowana. Koło wioski bohaterki wylądowali "the scientists from space", a ona ma zamiar mieć dziecko, dla którego wybrała tylko trzech ojców. Jednym z nich jest jej brat.  Nie jest jednak wyraźnie powiedziane, że nie jest człowiekiem, a kiedy wyciąga butelkę chardonnay, czytelnik odczuwa zagubienie. Mniej więcej o to tu chodzi.

Nancy Kress "Yesterday’s Kin". Bohaterka odkryła nieznaną wcześniej haplogrupę mitochondrialnego DNA. Z tej okazji uczestniczy w uczelnianym przyjęciu, które przerywają agenci FBI. W drugim wątku jej syn zostaje wyrzucony z domu przez byłą dziewczynę, bo nie chce przestać brać narkotyku zmieniającego osobowość. Przy okazji się dowiadujemy, że w Nowym Jorku od czterech miesięcy jest statek Obcych, którzy są przyjaźni, ale jeszcze się nie pokazali. Jak to Kress, bogate tło obyczajowe, "Relations between the United States and everybody were not good, as the country relentlessly pursued its new policy of economic isolationism in an attempt to protect jobs". Oczywiście wiadomo jak są powiązani Obcy i mitochondrialne DNA, i w ogóle cała ta otoczka wcale nie jest potrzebna (Bopl cemrpvrż jvrqmą, fxąq cbpubqmą), poza tym, że trzeba jakoś zawiązać akcję, a potem ratować świat. Bardzo dobrze napisane, bo to Kress, tylko nie opuszczało mnie pytanie "PO CO?". Choć zakończenie nieco wynagradza.

2018-10-05 09:23:32 Komentuj (0)

---


Beauval
Kolejna wizyta w zoo Beauval dostarczyła równie dużo wrażeń jak pierwsza. Zaczęliśmy oczywiście od pand wielkich (jedyne zoo we Francji i jedne z tylko 23 na świecie poza Chinami), które rok temu doczekały się potomka. Obejrzeliśmy o tym film: maluch ważył po urodzeniu 142 gramy i wyglądał jak mały różowy ochłapek. Matka nie miała pokarmu i trzeba go było początkowo sprowadzić z Chin. Rok później pandziątko waży ponad 30 kg, a podobno bambus jest mało kaloryczny... Nigdy nie rozumiałam, jakim cudem z niedźwiedzi zrobiono poczciwe misie, to są wielkie paskudne drapieżne zwierzaki, tymczasem pandy (i koale) w przeciwieństwie do niedźwiedzi rzeczywiście wyglądają jak wielkie pluszaki, zwłaszcza że kiedy nie jedzą, to śpią.

Potem poszliśmy na pokaz uchatek, który widziany raz jest już mało zaskakujący, chociaż nieodmiennie mnie zachwyca szybkość i łatwość, z jaką pływają, a potem na tych płetwach się przemieszczają po stałym lądzie. Natomiast do tej pory sądziłam, że numer ze znajdowaniem kształtów jest nieco oszukany - że trenerzy wskazują zwierzakowi, gdzie ma znaleźć, albo że po prostu pamięta lokalizację. Otóż nie. Młodsza uchatka miała spore problemy ze znalezieniem zadanego trefla, przepływała trzy razy wzdłuż brzegu, ewidentnie szukając właściwego konturu, w końcu jej się udało i została nagrodzona wielkimi brawami.

Tegoroczną nowością w Beauval są wilki polarne, które moim zdaniem wyglądają po prostu jak spore psy. Taki husky jest bardziej imponujący. Zapewne mówiłabym inaczej spotykając się z nimi oko w oko. Widzieliśmy również białe tygrysy, jest wśród nich jeden mały. Dwie pantery, cętkowana i czarna, się tłukły, a jeden z serwali miauczał jak mały rozkapryszony kotek. Poza tym w zoo są dwie rodziny nosorożców, jedna mieszka na bardzo fajnym wybiegu afrykańskim, gdzie są również żyrafy, antylopy (w tym gnu), zebry i strusie. Struś uprawiał przedziwną gimnastykę, lub może taniec godowy. Oglądaliśmy też oczywiście pingwiny, które można przez szybę podglądać, jak pływają.

Nieodmiennie wspaniały jest pokaz ptaków. Sokolnicy demonstrują imponujące umiejętności łowieckie sokołów, przylatują i latają nad głowami publiczności jastrzębie, orły, marabuty i masa mniejszego ptactwa. Na koniec to wszystko lata nad sceną i nad nami, niebo wydaje się ruszać, wrażenie jest obłędne, niektóre ptaki są egzotyczne i niewiarygodnie kolorowe.

2018-10-03 09:21:01 Komentuj (2)

---


Early Riser
A gdyby ludzie mieli wspólnego przodka nie z małpą, lecz z niedźwiedziem, i zapadali w sen zimowy? A gdyby w dodatku trwała mała epoka lodowcowa, i zimy były bardzo ciężkie i długie? Łatwo sobie wyobrazić: technologia nastawiona na wsparcie zimowej hibernacji, specjalnie wybudowane dormitoria, leki wspomagające długi sen, telewizja nadająca powtórki seriali ułatwiające zaśnięcie tym przedwcześnie wybudzonym, i przede wszystkim tradycja tuczenia się na zimę oraz unikania wysiłku fizycznego. Na tych szczupłych patrzy się z politowaniem i współczuciem - nie dotrwają do wiosny. Chyba, że pełnią funkcję the Winter Consul, pozostającego na jawie zarządzającego tym światem o zminimalizowanych funkcjach życiowych. Uczniem takiego właśnie Konsula jest narrator, Charlie, wkraczający w swoją pierwszą świadomą Zimę. W towarzystwie pani Tiffen, ale to niespecjalna pociecha, ta jest bowiem martwa od kilku lat. Niektórzy z hibernacji wychodzą jako zombie, bez świadomości, jedynym instynktem jest głód. Łatwo sobie z nimi poradzić: wystarczy regularnie karmić. A kiedy zabraknie im troskliwych opiekunów, idą na przeszczepy.

Prześliczny pomysł, jak to Fforde, wykonanie błyskotliwe, jak to Fforde, dużo przypisów, rządząca lokalnym światkiem (Walią) potężna korporacja, dziwne dialogi - jak to Fforde. Początkowa spora dezorientacja czytelnika szybko ustępuje miejsca wciągnięciu w ten świat i akcję, a ta jest oczywiście nieprzewidywalna. Narrator jest wychowankiem zakonu, ale zupełnie niepodobnego do naszych, tamtejszych siostr powołaniem jest bowiem rodzenie dzieci. Przybierają imiona typu siostra Zygotia, Fallopia, czy Placentia, i szczycą się wydaniem na świat dwadzieściorga czy trzydzieściorga potomków. Ten pomysł, zasygnalizowany na początku, jest potem słabo rozwinięty, a od początku dręczyło mnie pytanie, jak pogodzić 9 miesięcy ciąży z czterema hibernacji. Ciężarne musiałyby w sen nie zapadać, ale to wymagałoby utrzymywania w Zimie porodówek. Nic o tym nie wiadomo, dowiadujemy się natomiast, że można w tym świecie handlować opcjami na swoje nienarodzone dzieci. Samochody jeżdżą na sprężone powietrze, broń również tak działa, a ograniczenie na ulicach dotyczy nie prędkości, tylko hałasu.

Miejscami jest to przyzwoita sf (wyglądająca jak historia alternatywna, mamy tu bowiem sławne osoby znane z naszego świata; jedno z dormitoriów nosi natomiast imię Melody Black), chwilami zaś mamy absurd typowy dla Fforde'a, na przykład osoba patrząca tylko lewym okiem widzi wyłącznie lewą stronę wszystkiego, prawej nie jest w stanie w ogóle zobaczyć. U innego autora czepiałabym się takich pomysłów, ale u tego wszystko jest możliwe i akceptowalne. Również zrobienie bohatera ze zdeformowanego nieudacznika.


2018-10-01 09:13:09 Komentuj (2)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Angol w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem