DS magazine
Bertrand Russell
Aleja samobójców
Krajewskiego kryminalną twórczość znam, Czubaja ostatnio też poznałam, ciekawa byłam bardzo, jak wygląda efekt ich współpracy. Nadkomisarz Jarosław Pater słucha dużo muzyki, to pewnie rys ojca Mariusza, oraz jest bardzo wrażliwy na zapachy, to zapewne wkład ojca Marka. Poza tym jest z wykształcenia polonistą przeczulonym na punkcie poprawności językowej, na przykład żąda e ruchomego w odmianie swojego nazwiska. Jest szczupłym czterdziestoletnim szpakowatym brunetem porzuconym przez żonę, mieszka w Gdańsku i w lecie 2006 zajmuje się sprawą morderstwa w domu seniora. Ale na własną rękę, ponieważ natychmiast odsunęła go od tego ABW, co było motywem również u Czubaja. To chyba jest tutaj najmniej prawdopodobne, już widzę jak policjant dobrowolnie bierze urlop, żeby wbrew zwierchnikowi tropić jakiegoś zabójcę, zwłaszcza że ofiarą nie jest bezbronne dziecko. Jest to uzasadnione niechęcią żywioną przez Patra do ABW. Powieść zaczyna się nieźle, pomijając kiczowaty, ale króciutki prolog, na pewno dzieło Krajewskiego, potem trochę grzęźnie w upale i niemożności posunięcia akcji do przodu. Pater ma przebłyski na granicy świadomości, że właśnie usłyszał coś ważnego, tylko nie wie co dokładnie - co mnie już u Czubajowego Heinza drażniło. Ale czyta się bardzo dobrze.

2018-02-19 09:48:22 Komentuj (0)

---


Le MoMA à Paris
Wahałam się nad wystawą "Le MoMA à Paris", bo opinie były podzielone, niektórzy mówili, że za skromna. W końcu ciekawość zwyciężyła, i nie żałuję. Żadne "za mało" - jasne, to jak kropla w morzu w porównaniu ze zbiorami MoMA, ale przecież całego przewieźć nie mogli. Jest natomiast "The Persistence of Memory" Dalego, widziałam je prawdziwe, byłam w szoku, że jest takie malutkie, ale jestem szczęśliwa. Są dwa Picassy, jeden abstrakcyjny, a drugi wprost przeciwnie. Jest "Le faux miroir" Magritte'a, Klimt, Picabia, Chirico, Matisse, "Le Baigneur" Cézanne'a, koło rowerowe Duchampa, fotografie Maxa Ernsta, Paul Signac, nie do opisania piękny ptak Brancusiego, a także pierwszy udźwiękowiony film Disney'a z Myszką Miki: to wszystko na pierwszym poziomie, zakończonym Pollockiem i Rothką, których nigdy nie rozumiałam i zapewne już nigdy nie zrozumiem. 

Wyżej przenosimy się do czasów nowocześniejszych, a tam biały kwadrat Malewicza, "Identical Twins" Diane Arbus, oraz oczywiście zupa Warhola: 32 obrazy malowane ręcznie, przedstawiające 32 ówcześnie sprzedawane smaki zupy. Tegoż Warhola również podwójny Elvis, a dalej Edward Krasiński, który podobno odgrywał znaczącą rolę na scenie artystycznej Europy Wschodniej w latach sześćdziesiątych, na co się zakrztusiłam, bo w życiu nie słyszałam nazwiska. Jego znakiem rozpoznawczym była niebieska taśma samoprzylepna (skąd on wziął niebieską taśmę w Polsce w latach sześćdziesiątych?!) i taką instalację pokazało nam MoMA, zawierającą między innymi czarny telefon tarczowy. Dalej piętro z eksperymentami, i nagle w kącie sterta czegoś w kolorach flagi amerykańskiej. Jakaś zwiedzająca podeszła i wzięła sobie jedno coś, okazało się, że to... cukierek, stanowiący integralną część dzieła Felixa Gonzalesa Torresa "Untitled (USA Today)" z roku 1990, to znaczy cukierki są chyba bardziej współczesne. Należy się częstować, w ten sposób wchodząc w interakcję ze sztuką. Nie zostało wyjaśnione, czy należy ją zjadać, czy może lepiej przechowywać jako relikwię. Zastanawia mnie w jaki sposób kupuje się takie dzieło, o postaci zmiennej w czasie i wymagające ciągłej inwestycji. 

Pod koniec cała mała salka obwieszona fotografiami Cindy Sherman, odtwarzającej kadry z filmów hollywoodzkich z lat 50 i 60. Dające do myślenia na temat modelu kobiety w ówczesnej zbiorowej nieświadomości, ale równie dobrze mogłabym to chyba obejrzeć w spokoju na komputerze. Jeszcze dalej wiek XXI: cała ściana emoji, dzieło interaktywne trawestujące gry na Atari, i rekonstrukcja kiosku z metra nowojorskiego, z roku 2013. Po drodze jeszcze sala z "Measuring the Universe" Ondaka, wszechświatem są tutaj widzowie. A na sam koniec sala, w której rozstawione jest czterdzieści głośników, każdy odtwarzający głos pojedynczego śpiewaka z chóru wykonującego polifoniczną pieśń szesnastowiecznego kompozytora Thomasa Tallisa, i jest to rzecz tak piękna, że dech zapiera. Można i należy chodzić po sali przysłuchując się każdemu głośnikowi z osobna i wielu razem, a dzieło nazywa się "The Forty-Part Motet" Janet Cardiff: i taką sztukę rozumiem, idealne połączenie nowoczesności i tradycji, indywidualizmu i zbiorowości, genialne w swej prostocie.

To była moja pierwsza wizyta we wnętrzu relatywnie nowej Fondation Louis Vuitton, którą nie tak dawno temu widziałam w budowie i której przedziwne kształty wpisały się w krajobraz Jardin d'Acclimatation (aktualnie w renowacji). Wnętrze jest nie tak udziwnione jak się obawiałam, można wyjść na wielopiętrowe tarasy i podziwiać zachód słońca nad Laskiem Bulońskim oraz wieżowce La Défense na bliskim horyzoncie. A na zakończenie wizyty, po ponownym obejrzeniu "The Persistence of Memory", zjechaliśmy do Grotto na dole, które gości instalację "Inside the horizon" Olafura Eliassona, tego samego, w którego twórczości zakochałam się parę lat temu w Wersalu. W łagodny łuk ustawione są 43 kolumny lustrzane, wszystko oblane żółtym światłem, w tle dziwne dźwięki, niezwykle kojąca przechadzka. Wiem, że sztuka nie ma być kojąca, ale estetyka Eliassona podoba mi się tak bardzo, że można to sobie zwać jak się chce. Zastanawiam się nad ponownym odwiedzeniem tej wystawy.


2018-02-18 08:58:02 Komentuj (2)

---


Piąty Beatles
Czwarta i ostatnia część kryminalnego cyklu Mariusza Czubaja. Czerwiec 2012. W Pile, gdzie Heinz jest na gościnnych występach, policja znajduje ciało niespełna dwudziestoletniego syna śląskiego prominenta. Śledztwo przejmą Katowice. Muzyka Beatlesów odgrywa tu dość istotną rolę, choć ofiara była raperem. Męcząca w tej części jest zmiana narracji między pierwszą a trzecią osobą (trzeciej jest więcej), wolałabym już się trzymać jednego sposobu. Miłe jest to, że Heinz ma w końcu kobietę, w poprzednich tomach trudno było mi uwierzyć, że po tylu latach od śmierci żony komisarz nikogo sobie nie znalazł.


2018-02-16 09:06:30 Komentuj (0)

---


Kołysanka dla mordercy
Drugi tom cyklu Mariusza Czubaja. Na początku oglądamy psychopatę mordującego bezdomnych w październiku 2008 w Warszawie. Potem centrum uwagi przenosi się na osobę komisarza Rudolfa Heinza, kolejny raz oddelegowanego do stolicy do pomocy w tej sprawie. Heinz nie protestuje, czuje się dość samotny w katowickim mieszkaniu, które opuścił jego syn, studiujący w Gdyni. Zaczyna się również odzywać ojciec, czego komisarz wcale sobie nie życzy. Jak zwykle swój epizod ma mistrz karate Kastoriadis. Pojawia się też dziennikarz interesujący się osobą siedzącego w psychiatryku złapanego przez Heinza mordercy zwanego Inkwizytorem, czyli kontynuacja wszystkich wątków z "21:37". Ponieważ zaczęłam lekturę cyklu od trzeciego tomu, mogę docenić, jak to jest wszystko ładnie skomponowane i od początku przemyślane, aczkolwiek pozbawiłam się w ten sposób suspensu, bo wiem już, jak się te sprawy zakończą. 


2018-02-15 09:22:46 Komentuj (0)

---


"21:37" Mariusz Czubaj
Kwiecień 2007. W Warszawie policja znajduje zwłoki dwóch młodych kleryków. Do pomocy przyjeżdża z Katowic profiler Rudolf Heinz, chociaż niechętnie, bo ma na głowie seryjnego mordercę kobiet na swoim terenie, oraz maturę syna. Z tym ostatnim kontakt ma słaby, choć wychowuje go samotnie - żona zginęła w wypadku szesnaście lat wcześniej. Heinzem interesuje się też siedzący w psychiatryku morderca zwany Inkwizytorem, którego komisarz pomógł ująć.

Bardzo dobre otwarcie cyklu, wciągające, dobrze napisane, chociaż po "Zanim znowu zabiję" byłam przez chwilę rozczarowana, że tu Heinz nie przemawia w pierwszej osobie. Fajne postaci, sprawna narracja, świetne tło obyczajowe.  



2018-02-14 09:22:40 Komentuj (0)

---


Zanim znowu zabiję
Bohaterem jest Rudolf Heinz, komisarz, wdowiec z dorosłym synem, z którym nie bardzo ma kontakt. Nie ma go też z własnym ojcem, który jednak się nagle pojawi i odegra istotną rolę w wydarzeniach zaczynających się samobójczą śmiercią młodego piłkarza. Jest rok 2010, większość fabuły rozgrywa się na Śląsku, a z psychiatryka ucieka morderca, który ma z komisarzem na pieńku. Polubiłam Heinza od razu, czyta się doskonale, chociaż trochę się naśmiewałam z tych krótkich męskich zdań. Końcówka ma trochę za dużo "nagle sobie uświadomiłem, co przeoczyłem" czy "jak mogłem tego wcześniej nie zauważyć". Ale wciąga uczciwie. To trzecia część cyklu i moje pierwsze spotkanie z Czubajem w roli twórcy kryminałów, nadal bowiem nie przeczytałam efektów współpracy z Krajewskim, chociaż mam je w kolejce - ale najpierw poprzednie o Heinzu.

2018-02-13 11:46:02 Komentuj (0)

---


"Niksy" Nathan Hill
Późne lato 2011, Chicago. Niemłoda kobieta pod wpływem impulsu rzuca żwirem w spacerującego tam gubernatora, pomniejszego kandydata na prezydenta. Rozpoczyna się burza w mediach, wszyscy usiłują ustalić kim jest atakująca. W tym samym czasie na uniwersytecie w Chicago siedzi Samuel, wykładowca literatury, i z zapałem gra w sieciową grę Elflandię. W prologu widzieliśmy, jak w 1988 roku porzuciła go matka, zostawiając z ojcem. Kiedy Samuel dowie się o ataku na gubernatora, ze zdumieniem odkryje, że zrobiła to jego własna matka, od której nie miał żadnych wieści przez ponad dwadzieścia lat. I to jest początek tej wciągającej historii, która stopniowo odkrywa tajemnice Samuela i jego matki, przerzucając się między 1968, 1988 oraz 2011.

Jest tu tyle tematów, że spokojnie starczyłoby na dwie powieści, a bez paru wątków spokojnie można było się obejść, zwłaszcza przerysowanego i melodramatycznego Pwnage'a. Mamy protesty w Chicago w 1968, wzmianki o Wietnamie, kawałek wojny w Iraku, molestowanie, uzależnienie od gier komputerowych, nieumiejętność wychowania dziecka, autoironiczne wzmianki o procesie pisania książki, norweską mitologię ludową, satyrę na współczesnych studentów robiących wszystko, żeby uniknąć nauki, znęcanie się nad kolegami w szkole, młodzieńczą miłość, upadek amerykańskich mitów, i tak dalej, plus Allen Ginsberg na okrasę. Hill wszystko to umiejętnie ogarnia, gładko łączy, miesza stylistyki, za jedną tajemnicą kryje się druga, czyta się z zapartym tchem - mniej więcej do 85%, kiedy stwierdziłam, że jednak trochę przesadził z objętością i lekko mnie nuży. Nie jest to bowiem rzecz oryginalna, wszystko to już było. Sekrety nie są bardzo zaskakujące, ponieważ autor wprowadza je stopniowo, nie ma tu gwałtownych zwrotów akcji.

Mottem powieści jest buddyjska przypowieść o ślepcach dotykiem badających słonia: każdy wnioskował o jego wyglądzie na podstawie jednego fragmentu (trąby, ucha, ogona...) i każdy był święcie przekonany o własnej racji. Hill pokazuje, że życie ludzkie jak ten słoń, jest ogromnie skomplikowanym splotem okoliczności, decyzji (złych; to nie jest szczególnie radosna książka), relacji z innymi. Że nie można go oceniać na podstawie jednego fragmentu. Choć jest i druga strona medalu. Każdy ślepiec miał rację, kawałki słonia są jego integralną częścią. Każda podejmowana przez nas decyzja, czasem jedno wypowiedziane słowo, ma wpływ na resztę naszego życia. Czasem potworny. Czasem aż chce się krzyczeć o niesprawiedliwości tego wpływu. Przyznam, że pod koniec mamrotałam do kindla "ale może byś tak jednak zakończył to jakoś w miarę łagodnie, ci ludzie naprawdę nie zasłużyli na to wszystko", a przecież szczerze nie lubię happy endów. I kto z nas niby zasłużył; a jednak.

Końcówka jest niestety okropna, przeraźliwie łopatologiczna. Nigdy nie zrozumiem pomysłu, żeby przez dziesięć lat pisać siedemset stron, wymyślić licznych bohaterów i ich szczegółowe losy, wprowadzić duchy i inne symbole, po czym pod koniec nagle zwątpić i zacząć z ambony wyjaśniać, o co chodziło autorowi. To trzeba było się może jednak ograniczyć do krótkiego eseju? Albo zatrudnić się jako nauczyciel, skoro się taką ma potrzebę wyjaśniania i wskazywania słusznej drogi... chwileczkę, sprawdzam zawód autora... i wszystko jasne. 


2018-02-11 19:09:38 Komentuj (0)

---


Artemis
Przeczytawszy wzmiankę u Barbarelli natychmiast pobiegłam szukać książki i nie żałuję. Weir zachowuje swoją stylistykę kosmicznego MacGyvera, tym razem na Księżycu. Dużo tu użycia palnika acetylenowego, nieustannie trzeba pamiętać o braku atmosfery oraz mniejszej grawitacji (autor raz zapomina, nikt nie jest doskonały), przydaje się znajomość składu skał księżycowych, pełno tu liczb. Miód na moje serce, wszystkie książki powinny tak wyglądać, aczkolwiek mogę być w tym poglądzie odosobniona. Chociaż muszę zauważyć, że kiedy bohaterka ma czterocyfrowy kod składający się z trzech cyfr, to źle liczy liczbę możliwych różnych kombinacji (36, Weir podaje 54).

Akcja daje radę. Na Księżycu jest miasto, niewielkie, ale zawsze, regularnie przylatują tam bogaci turyści (za pomysł spaceru w chomiczych kulach wybaczam Weirowi dużo), mieszkają biznesmeni w luksusach oraz obsługujący - zdecydowanie bez luksusów. Jedną z obsługi jest bohaterka Jazz, kurierka oraz przemytniczka. Udanym pomysłem było umieszczenie na końcu każdego rozdziału maili pisanych przez nią do kolegi z Ziemi od dziesiątego roku, w ten sposób poznajemy jej historię. Resztę wyjaśnia sama, co literacko jest takie sobie, ale nie zwracałam na to uwagi, bo bardziej interesowały mnie szczegóły techniczne, które są wielce wciągające i realistyczne. Najsłabsza jest warstwa obyczajowa, ten wątek ze Svobodą oraz Tylerem to wydawca chyba z Weira wyduszał bijąc go w pięty żelazną rurką, nawet piętnastolatki się nie wzruszą. W samej akcji sensacyjnej też znalazłoby się parę rażących niedociągnięć (qhżl snprg ovwr qmvrjpmlaę j tłbję, n ban fvę anjrg avr cemrjenpn, wnfar. Cbmn glz qynpmrtb avr mqneł wrw cb cebfgh znfxv?). Ale nikt nie jest doskonały, jako się rzekło. Mam nadzieję, że napisze jeszcze coś w tym stylu: o technologię mi chodzi, nie o księżycowe romanse i bijatyki.


2018-02-08 10:52:46 Komentuj (0)

---


Ostatnie historie
Przepięknie skomponowany tryptyk (2004). W pierwszej części jest zima 2003, Ida (urodzona 29 stycznia 1950, o równo 12 lat starsza od autorki) jedzie drogą do Kłodzka, jest mnóstwo śniegu, nie zauważa zakrętu, wpada w poślizg i do rowu. Wydostaje się z samochodu, odnajduje pobliski dom, gdzie prosi o nocleg. Rozmawiając z gospodarzami wspomina swoją córkę, która pracuje pisząc przewodniki po egzotycznych miejscach, oraz swoich nieżyjących rodziców, których stary dom chciała odwiedzić. Narratorką drugiej części jest Parka (Paraskewia), żyjąca w domu na górze staruszka, której mąż Petro właśnie zmarł. Jest uwięziona w domu z powodu ciężkiej zimy. Opowiada swoją historię, jest Ukrainką przesiedloną po wojnie z mężem na zachód Polski. Kiedy wspomina, że córka nazywa się Ida, staje się jasne, że oglądamy wcześniejszą część poprzedniej historii, a Parka to matka Idy. Łatwo już zgadnąć, że bohaterką trzeciej historii jest Maja, córka Idy. Aktualnie, czyli równolegle do pierwszej części, na jakiejś filipińskiej czy indonezyjskiej wyspie. Zmiana scenerii jest gwałtowna, w poprzednich dwóch częściach był obfity śnieg i zima, tu mamy upał i morze.

W tej misternie skonstruowanej książce Tokarczuk mówi o śmierci i życiu, o zmianach świata, o sztafecie pokoleniowej, o nieoczywistości powiązań między rodzicami a dzieckiem. Można bez końca wyszukiwać podobieństwa między bohaterkami i przeciwstawiać im różnice. Maja pisze kartki zdaniami od myślników, jak jej ojciec. Parka i Ida używają tych samych słów obserwując własne przemijanie. Bezimienny syn Mai mówi, że każdy ma swoją właściwość, jak kiedyś mówiła jego prababka. Maja pisze przewodniki, Ida pracuje jako przewodnik. Babka odbyła tylko jedną podróż w życiu, wbrew własnej woli; matka jest obywatelką Europy, oprowadzając wycieczki po Wiedniu, Pradze i Berlinie; córka porusza się swobodnie po świecie, odnajdując się na egzotycznej wyspie. Tej pierwszej mąż jest obecny w historii, choć jako zwłoki. Tej środkowej jest wspominany. W historii tej najmłodszej nie ma nawet najdrobniejszej wzmianki o ojcu jej dziecka, choć pada sugestia o porzuceniu. Paralele można mnożyć: u Tokarczuk jest jak w życiu, wszyscy mamy własne katalogi podobieństw i różnic nawet z bliskimi znajomymi, a co dopiero z tą najważniejszą rodziną. Tak właśnie się definiujemy.

Najważniejsze jest jednak to, że wszystkie trzy w tych historiach stają się mimowolnymi towarzyszkami umierania i śmierci. Każda w inny sposób, lecz wobec ostateczności wszyscy jesteśmy równi. W pierwszej części kpiącym tonem Ida rozważa możliwość zorganizowania warsztatów z umierania. Ma rację w tym, że coraz bardziej nie umiemy sobie poradzić z nieuchronnym, że nie godzimy się na własną bezradność w obliczu kostuchy. Zatraciliśmy posiadaną przez wieki umiejętność łagodnej akceptacji śmierci, którą tu ma jeszcze Parka, ale jej córka i wnuczka już nie. To bardzo bliska mi obserwacja. 


2018-02-06 08:31:39 Komentuj (3)

---


Drogie życie
To najnowszy oryginalny zbiór opowiadań Alice Munro, z 2012, chociaż spora część opowiadań publikowana była już wcześniej. Jest ich dziesięć plus cztery, oddzielone podtytułem "Finał". Kanadyjska noblistka tłumaczy w nocie równie zwięzłej i precyzyjnej co jej proza, że są tak autobiograficzne, jak nigdy wcześniej i nigdy później. 

Wróciłam do Munro i pewnie wracać będę jeszcze nieraz. Przepadam za jej spokojną i gładką hiperrealistyczną narracją, za szczegółami, za przejrzystością prozy, za mistrzowskim przeplataniem przeszłego z teraźniejszym. A najbardziej za tym, że na ogół nie tłumaczy swoich bohaterów. Streszczanie tych opowiadań jest niemożliwe, zawierają zbyt dużo detali, każde zdanie ma tu znaczenie: a przecież absolutnie nie ma się wrażenie przeładowania, wręcz przeciwnie, zawsze o niej myślę jako o minimalistce. Nie ma tu żadnych ozdobników stylistycznych, a poza tym mało tu uczuć, chociaż Munro pisze głównie o uczuciach, ale z pewnego dystansu. A właściwie inaczej: ona miesza obserwacje bohaterów z odległości i z bardzo bliska. Jakby tę samą rzecz portretować z lotu ptaka i spod mikroskopu. Motywacje postaci pozostają nieprzeniknione. W pewnym momencie staje się jasne, że właściwie nie ma sensu ich szukać. Tak po prostu wygląda życie. Zawiera idiotyczne decyzje, które zmienią czyjeś życie, chwile strachu, zachwytu. Wszystkie staną się przeszłością. Takie właśnie zostały przez Munro uchwycone jak mucha uwięziona na wieczność w jasnym kawałku bursztynu.


2018-02-05 13:19:50 Komentuj (0)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Inka od wiatraka
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Odwodnik
Tuv
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Nielot
Trochę jedzenia
Żona No. 1
Ola
Hania
Barbarella

Prasa zagraniczna
Sistermoon w Irlandii
Angol w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Amerykanka w Polsce
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Aga emigrantka
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
Thea
W kątku z książką
Zupka
Helena
Prawdziwy dr House
Kwoka w dolinie
Mama grzdyla
Melissa
Chustka Joanny
Vestigia
Wężon
Nowojorskie gadanie
Towary mieszane
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Femme
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Snafu
Dzieci Thei
Laska
Działa, nie działa
Matylda
Stara panna
Uczy polskiego
Matka jego dziecka
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem