DS magazine
Bertrand Russell
Rybak znad Morza Wewnętrznego
Wzięłam do ręki ten almanach opowiadań Le Guin, sześć tomów w jednym, i pomyślałam "no nie, tyle jej opowiadań naraz, to się nie da, z całym szacunkiem, ale zanudzę się na śmierć". Zreflektowałam się następnie, że w końcu nie muszę od razu czytać wszystkiego, obowiązku nie ma, mogę sobie przeczytać tylko jeden tom, albo nawet tylko jedno opowiadanie. Zabrałam się więc za lekturę, przeczytałam pierwsze opowiadanie... chociaż nie, pierwszego akurat nie czytałam, bo to "Naszyjnik Semley", który stanowi integralną część "Świata Rocannona", i dopiero co go czytałam. Przeczytałam drugie opowiadanie, poczułam się usatysfakcjonowana, i lekturę przerwałam. Po przerwie przeczytałam kolejne opowiadanie... i nagle okazało się, że Kindle wskazuje 50% całości, zegar północ, a ja znowu się zachwycam.

Nie ma mowy o znużeniu, to jest twórczość znacznie bardziej różnorodna, niż sądziłam. Jest tu i sf, i dowcipy, i trochę oryginalnych pomysłów, ale oczywiście przede wszystkim są ludzie i ich relacje, bo to interesuje tę autorkę od początku najbardziej. To są opowieści o tworzeniu świata, o historii, polityce i rewolucjach. Czytając "Cztery drogi ku przebaczeniu" chwilami żałowałam, że nie napisała czegoś bardziej realistycznego, bo te opowieści o walce niewolników są tylko lekko przebranym fragmentem autentycznej historii amerykańskiej. Niewątpliwie miała ochotę odwrócić role: tutaj panowie mają czarną skórę, niewolnicy jasną. Nie ustrzegła się uproszczeń, ale jest w tym gigantyczny, szczery humanizm. Jest też masa pomysłów kulturowych i socjologicznych, oraz straszna ilość seksu, który u Le Guin jest sposobem na wszystko od złego samopoczucia po wyrażanie bliskości bez względu na płeć. Dwie osoby dowolnej płci, które się lubią, kochają, przyjaźnią, ewentualnie nienawidzą, muszą wylądować razem w łóżku (aczkolwiek w całym tym tomie są takie dwie, które akurat nie wylądowały, co jest podkreślone trzy razy). Chmielewska napomykała z oburzeniem w autobiografii, że brano ją za erotomankę, to co można powiedzieć o Le Guin? Ale zawsze jest to ładne i napisane ze szczególnym ciepłem.

Odwrócenie ról jest też w genialnej "Kwestii Seggri", która powinna być lekturą obowiązkową dla każdego wieku. Na tej planecie kobiet jest 16 razy więcej niż mężczyzn, ci ostatni są więc hołubieni, nie pracują, mieszkają w zamkach, karmi się ich i odziewa, zajmują się wyłącznie sportem i świadczeniem usług seksualnych, za które się im płaci. Po prostu męski raj na planecie, lepiej być nie może. Tak? To przeczytajcie. (Nie pamiętałam lektury tego opowiadania sprzed 14 lat, ale moja opinia pozostała identyczna.) Le Guin fantastycznie pokazała różnicę między prawami i przywilejami. To jest jedyna w swoim rodzaju fantastyka antropologiczna, urzekająca w swojej konsekwencji.

Opowiadaniem, które dało tytuł całemu almanachowi (i również jednemu z podzbiorów, co jest nieco mylące) jest "Inna opowieść, lub Rybak znad morza Wewnętrznego" (1994), opowiadająca o planecie O, gdzie małżeństwa zawierane są w czworokątach. Pierwszy raz czytałam je w "Krokach w nieznane 2012", i wtedy nieszczególnie mi przypadło do gustu. Przy ponownej lekturze zyskuje - tamte Kroki muszą być naprawdę wyjątkowo świetnym zbiorem, skoro uważałam to opowiadanie za najsłabsze! Przeszkadzało mi, że Le Guin upiera się przy obowiązkowej biseksualności wszystkich ludzi, małżeństwo zawiera się tam bowiem równolegle z mężczyzną i z kobietą. W "Urodzinach świata" są kolejne opowiadania o tym świecie, w których okazuje się, że kwestia biseksualności nie jest taka prosta. Myślałam też, że to okropna komplikacja: jakby nie było wystarczająco trudne znalezienie jednej osoby do wspólnego spędzania życia, a co dopiero trzech. Le Guin na to też wpadła i opowiada o tym, w ten swój niezrównany kameralny sposób.

Ostatnie w "Urodzinach świata" są "Raje utracone" podejmujące stary temat lecącego do gwiazd statku wielopokoleniowego. Le Guin precyzyjnie pokazuje, jak nawet wśród tych starannie początkowo wyselekcjonowanych ludzi może zrodzić się religia i zagubić cel. Jak w ciągu kilku pokoleń wartości ulegają zatarciu. I jak ostatecznie można odnaleźć sens życia. Albo go stworzyć.


23 lutego 2017, 09:22 Komentuj (1)

---


Chmielewska
Szósty tom autobiografii Chmielewskiej "Stare próchno" (2006) jest momentami wciągający, a w większości narzekający. Korzysta z okazji, żeby krytykować wszystko, co jej się nie podoba, a jest tego dużo, na czele z jej własnym plenipotentem Tadeuszem Lewandowskim, który wydał wywiad-rzekę z pracodawczynią "Chmielewska dla zaawansowanych". Tej pozycji nie mam zamiaru czytać, bo skrytykowali ją wszyscy, łącznie z osobą najbardziej zainteresowaną. Rozumiem, że się zgodziła na rozmowę, że sama była ciekawa rezultatu, że poczuła się rozczarowana i dała temu wyraz, ale trochę jednak przesadnie. Momentami to jest natomiast ta Chmielewska gawędziarka, którą znamy i mimo wszystko kochamy. A na koniec jest o kotach.

"Studnie przodków" (1979) są bardzo dobre, mam wrażenie że czytałam je przedtem tylko raz, może dwa, a to wciągająca i zabawna powieść, dość mocno naciągana, ale trzymająca się ram. Akcja nawiązuje do "Bocznych dróg", odnajdujemy te same bohaterki: matkę protagonistki i jej dwie młodsze siostry. Śmiesznie się czyta o Marku supermanie wiedząc z autobiografii, kim się okazał, ale w końcu literatura ma swoje prawa, i całe szczęście.

Siódmy i ostatni tom autobiografii Chmielewskiej "Okropności" (2008) zaczyna się opowieścią o Alicji, która umarła dwa lata wcześniej. Opowieścią szczerą do bólu, niemal plotkarską, jak to Chmielewska - i przedziwnie, autentycznie wzruszającą "Odebrała mi coś okropnie potrzebnego i nie do zastąpienia. Jej własne istnienie." Potem jest o pogrzebach, podróżach, kotach, jeżach, ślimakach, oraz starości.

Siłą pisarstwa Chmielewskiej jest, oprócz ogromnego poczucia humoru i niewiarygodnej łatwości pisania, trzymanie się znanej rzeczywistości i znajomych ludzi: pracownia architektów, konie, znaczki, Dania, rodzina: wszystko to jest z życia wzięte. Ubarwione fantazją, oczywiście, ale podstawa jest doskonale znana i sprawdzona. Pisze o konsultowaniu swoich pomysłów z milicją i innymi specjalistami. Tym bardziej nie mogę zrozumieć, dlaczego w autobiografii pozwala sobie na kawałki w stylu opisu zwierząt widzianych w Kanadzie zwanych czipmanek i grandhok, albo o różnicy czasu z Teksasem wynoszącej rzekomo 12 godzin (!) i Alicja się pomyliła w złą stronę (!!!), chociaż może to było 9 godzin i Kalifornia. Nie rozumiem, dlaczego tego nie sprawdziła. Może w przekonaniu (zresztą słusznym), że czytelnicy i tak będą ją kochać, może z lenistwa na starość. A może w nie do końca uświadamianym sobie pragnieniu odcięcia się w końcu przynajmniej trochę od swojej bohaterki Joanny, obdarzonej całym życiem, przyjaciółmi, znajomymi, partnerami życiowymi, dziećmi, pracą, perypetiami. Wszystkim. To rzadki przypadek tak dokładnego stopienia życia z literaturą. I całe szczęście, że ją mamy. Mieliśmy.

21 lutego 2017, 09:48 Komentuj (0)

---


Hel 3
Nie należy czytać informacji od wydawcy, bo natychmiast zdradza to, o czym mowa będzie dopiero w drugiej połowie powieści, w związku z czym blisko połowy sprawdziłam, czy ja aby na pewno czytam właśnie tę książkę, bo coś mi się nie zgadzało. Jest 2058, Europa wyznaje doktrynę dobrowolnego ubóstwa, szaleje ekologia, brakuje prądu, nie ma samochodów benzynowych, normalne jedzenie jest wyłącznie na czarnym rynku. Inne części świata mają się lepiej, lub gorzej, zależy z której strony na to patrzeć. Arabscy terroryści w każdym razie dalej szaleją. Protagonista Norbert, iwenciarz, coś w rodzaju niezależnego dziennikarza MegaNetu siedzi w Dubaju i czeka, aż wydarzy się coś, co mógłby nakręcić i wrzucić na portale, zarabiając w ten sposób pieniądze, których mu braknie. Coś się faktycznie wydarza, i to intensywniej, niż się tego spodziewał. Cudem uratowany z wiru wydarzeń wraca do Warszawy, tam pakuje się w nową aferę, a ostatecznie wyląduje na Księżycu. 

Świetnie napisane, nieźle pomyślane. Księżyc chyba został mocno zainspirowany "Pokojem na Ziemi", ale nie upieram się, dawno go nie czytałam. Redakcja niestety pozostawia do życzenia, niedoróbki stylistyczne zdarzają się trochę za często. Klimat oddany znakomicie i bardzo widowiskowo. Geopolityka przemyślana. Zakończenie zaskakuje, i idę o zakład, że na Grzędowiczu ostatnio duże wrażenie zrobił Watts (a na kim nie zrobił). Nie jestem zresztą pewna, czy końcówka jest naprawdę zrozumiała dla kogoś, kto nie czytał "Ślepowidzenia".


19 lutego 2017, 17:54 Komentuj (0)

---


Chmielewska
Przeczytałam otóż, zupełnie już nie wiem dlaczego, pięć tomów "Autobiografii" Chmielewskiej, przeplatanych następującymi książkami, bo kazała, albo bo tak mi samo wyszło:
  • Romans wszech czasów. Ona pisze "wszechczasów", tak było na okładce wydania papierowego, które miałam za młodu, i dlatego do dziś mi się wydaje, że to się powinno pisać łącznie, jest to jedyny błąd ortograficzny, jaki zrobiłam na maturze. Nie, nie pisałam na maturze o Chmielewskiej, za to o wszech czasach tak. "Mianowicie Romans wszechczasów pierwotnie miał mieć tytuł Romans tysiąclecia. W sprawę wkroczyła cenzura, protestując stanowczo, okazało się bowiem, że słowo „tysiąclecie” stanowi świętość narodową, której po kryminałach szargać nie wolno. Musiałam zadowolić się wszechczasami."
  • Całe zdanie nieboszczyka
  • Wszyscy jesteśmy podejrzani
  • Upiorny legat
  • Boczne drogi
  • Od paru miesięcy czytam dziecku o Janeczce i Pawełku, aktualnie "2/3 sukcesu".
I wszystkie te książki są bardzo dobre, a miejscami śmieszą do łez. Trochę mi się zdawało, że przeceniałam Chmielewską, albo może byłam młoda, albo z rozpędu. Nie. Ma niewiarygodną lekkość pisania i niesłychaną wyobraźnię, uzupełnione samym życiem, które dostarczało jej materiału obficie, albo może umiała go wydobyć ze wszystkiego. "Romans wszech czasów" jest rewelacyjny, "Całe zdanie" naciągane chyba najbardziej z jej książek, ale czyta się doskonale (swoją drogą naprawdę powinien to ktoś porządnie sfilmować, to jest genialny scenariusz). "Wszyscy jesteśmy podejrzani" jest oparte na uroczym pomyśle. "Boczne drogi" są świetne, a "Upiorny legat" przegadany. Piąta część "Autobiografii" jest za to najsłabsza, marudna i krytykancka strasznie.

16 lutego 2017, 09:59 Komentuj (7)

---


Letni dom z basenem
To powieść bardziej klasyczna niż "Kolacja", również dziejąca się współcześnie w Holandii. Narratorem jest lekarz, który nienawidzi ludzkiej fizjologii. Dość dziwne zestawienie, przez Kocha wygrywane znakomicie, wręcz obrzydliwie realistycznie. Chwilami nie jest to lektura przyjemna. Lekarz jednakże udaje się na urlop z ukochaną żoną i nastoletnimi córkami, spotyka swojego pacjenta, relatywnie znanego aktora, razem mieszkają w tytułowym letnim domu z basenem, sielanka. Nie do końca, ponieważ wydarzą się tu rzeczy paskudne. Koch do końca właściwie pozostaje nieoczywisty, to jest wieloznaczna opowieść o zbrodni i karze. Trochę może McEwan, choć z zupełnie innym sposobem narracji.

14 lutego 2017, 09:56 Komentuj (0)

---


Urodził go "Niebieski Ptak"
Nie wiem już czego szukając sięgnęłam nagle po Grodzieńskiej "Urodził go 'Niebieski Ptak'" i wsiąkłam, płacząc na każdej stronie najpierw ze śmiechu. To jest rzecz w założeniu o Jarosym, legendarnym konferansjerze i dyrektorze teatrów w przedwojennej Warszawie, który z pochodzenia był Węgrem, polskiego nauczył się przyjechawszy do naszego kraju, a miał już 34 lata. Grodzieńska najpierw była girlsą ("piplają") w jego kabaretach, potem awansowała na autorkę i współpracownicę, a ostatecznie na przyjaciółkę. Jarosy do końca mówił po polsku z charakterystycznym akcentem, który Grodzieńska pewnego razu udatnie podrobiła na scenie w skeczu, gdzie miała grać francuską nauczycielkę. Ugotowała swojego mistrza totalnie, co wspomina ze zrozumiałą dumą. Co mi zresztą przypomina jakieś przedstawienie w bodaj Buffo (a może w Rampie), gdzie konferansjerami byli Mann i Materna, tego ostatniego aktorzy czymś rozśmieszyli tak, że nie mógł mówić i chował się za kurtyną. Mann zachował kamienną twarz, co było jeszcze śmieszniejsze.

Wracając do przedwojnia, jest tu masa znanych dowcipów... znanych, tak, pisze z przekąsem Grodzieńska, ale WTEDY były świeżutkie i nowe. Ech, wzdycham z zazdrością, że to wszystko widziała i przeżyła, a potem nieunikniona nadchodzi wojna, i już nie zazdroszczę, i na każdej stronie płaczę tym razem ze wzruszenia. Choć i tu nie brakowało elementów jak z filmu, na przykład bezczelna ucieczka Jarosy'ego z gestapo. A potem to jest już tylko spokojna, przejmująca opowieść o niewyobrażalnym. Grodzieńska przed kapitulacją co rano chodziła stać po chleb w kolejce ostrzeliwanej przez niemieckiego lotnika. Żadna z kobiet się nigdy nie cofnęła, ale na szczęście lotnik nie był specjalnie skuteczny, na miejscu zginęły tylko dwie kobiety, relacjonuje autorka ze niepojętym spokojem, a mnie braknie wyobraźni. Nie rozstała się praktycznie ani na chwilę ze swoim mężem, Jerzym Jurandotem, po wojnie urodziła mu córkę Joannę, która zmarła w grudniu ubiegłego roku. Przetrwali wojnę zachowując niewyobrażalne przecież w tej sytuacji poczucie humoru. Regularnie odwiedzali ukrywającego się (między innymi w getcie) Jarosy'ego.

Grodzieńska pisze o swoim mistrzu w samych superlatywach, trudno jej się dziwić. Ale nawet jeśli przesadziła nieco z wygładzaniem, pochwałami i pozłotą, jeden fakt nie ulega wątpliwości. Jarosy miał obywatelstwo austriackie, mógł wyjechać. Nie mówiąc o tym, że mógł przynajmniej na początku iść na współpracę z Niemcami. Sama Grodzieńska zresztą miała ojca w Szwajcarii. Też mogła się uratować. Teraz już takich ludzi nie robią.


12 lutego 2017, 21:40 Komentuj (0)

---


Sezon burz
Sagę pamiętałam, może nie w najdrobniejszych szczegółach, ale dość jednak dokładnie. Powtarzałam sobie, że po sadze przeczytam "Sezon burz", gdyż pamiętam, że całkiem mi się podobał i ciekawa byłam jak go odbiorę bezpośrednio po lekturze oryginału. W którymś momencie uświadomiłam sobie, że kompletnie go nie pamiętam. Kompletnie niczego: ani akcji, ani postaci (no, tyle że Geralt tam jest, co za niespodzianka). Nic. Trochę mnie to zmartwiło, ale kiedy wzięłam do ręki, okazało się, że jednak zupełnie dobrze pamiętam niektóre sceny, za to rozwiązania intrygi już całkiem nie, więc lektura była bardzo wciągająca. 

Chronologicznie rzecz rozgrywa się rok po rozstaniu z Yennefer, czyli przed "Granicą możliwości", i jak się okazuje, tuż przed akcją "Wiedźmina", co jest dość zabawne, zważywszy, że to było pierwsze opowiadanie o Geralcie. Może to celowe nawiązanie do Uroborosa, nie zdziwiłby mnie ten pomysł u Sapkowskiego. Zaczyna się od tego, że wiedźmin odwiedzający małe państewko Kerack w idiotyczny sposób traci swoje miecze, i będzie usiłował je odzyskać przez większą część akcji. Występuje na arenie, zabija magicznie stworzonego potwora, wplątuje się w dużą aferę z czarodziejami, oraz z aguarą, romansuje z rudą czarodziejką Koral.   

To jest ewidentnie Sapkowski, w świetnej formie. Przy pierwszej lekturze napisałam "wszystkomający"; teraz, po zderzeniu z sagą, mam wrażenie, że jednak czegoś zabrakło, i nie wiem czego. Szczypty natchnienia, odrobiny emocji, wiedźmińskich rozterek. Na pytanie, czy obroni ludzi przed aguarą, bohater odpowiada krótko "obronię", doprawdy, bez żadnego moralizowania, żadnych wahań, co za rozczarowanie: może i logicznie, Geralt się wyraźnie zmienia przez fabułę sagi, a to się przecież dzieje grubo wcześniej. Nie było jeszcze przerażającej i olśniewająco opisanej pożogi wojennej. Ale i tak mam wrażenie, że autor nie włożył tam całego swojego zaangażowania. To pewnie dlatego niczego nie zapamiętałam. A w sumie szkoda, bo dwie ostatnie stroniczki uzupełniają sagę w prześliczny sposób. W usta Nimue autor wkłada odczucia swoich czytelników "czytaliśmy to, przeżywaliśmy, co się stało naprawdę, musimy wiedzieć" i kolejny raz łagodnie powiada, że żadnego naprawdę nie ma. I że nie ma żadnego końca. Wiedźmin, jego przyjaciele i potwory będą żyć tak długo, jak długo będzie ich ożywiać nasza fantazja,  w zbiorowej nieświadomości. Zawsze byłam wyznawczynią Junga, więc ten punkt widzenia natychmiast trafia mi do przekonania, i za to jeszcze długo będę kochać Sapka.


10 lutego 2017, 14:49 Komentuj (0)

---


"Kolacja" Herman Koch
Przedziwna książka, o której właściwie trudno cokolwiek napisać, ponieważ clou polega na stopniowym odkrywaniu wydarzeń. Jesteśmy współcześnie w Holandii. Pierwszoosobowy narrator ma po pięćdziesiątce, żonę, piętnastoletniego syna, i właśnie się wybiera do eleganckiej restauracji na kolację ze swoim znajomym, który jest w Holandii osobą znaną. Przed wyjściem wchodzi do pokoju syna, zagląda do jego komórki i znajduje tam film. Kolacja stanie się osnową akcji, ale dowiemy się też, co wydarzyło się przedtem i dlaczego właściwie do niej doszło. Nie ujawniając za wiele, nie są to rzeczy przyjemne.

Koch spróbował opowiedzieć o powodach złych rzeczy czynionych przez ludzi innym ludziom. Z jednej strony zrobił to w ciekawy literacko sposób, z drugiej okropnie nie podobał mi się zupełnie niepotrzebny pomysł zaburzeń neurologicznych. W dodatku wykrywanych w życiu płodowym, halo? Przez ten drobiazg kompletnie stracił w moich oczach wiarygodność i na koniec mógł już napisać cokolwiek, nic by już mnie nie wzruszyło.  Choć jest tu klimat i jest ciekawy, nieźle zrealizowany pomysł.


8 lutego 2017, 09:16 Komentuj (0)

---


I jeszcze o sadze
Mam trochę pretensji o niedomknięcie kwestii Ciri i jej przepowiedzianego potomka, tyle było szumu, tak wszyscy się tego domagali, i nagle nic. Podejrzewam, że szanowny autor miał jakąś mglistą wizję ciągu dalszego, w którym wiedźminka i Galahad pałętają się po światach w poszukiwaniu Graala, a potem mają dziecko. Chyba lepiej, że tego nie napisał, żadną miarą nie miałoby połowy wdzięku oryginału, jak kocham Ciri. W logikę sagi wpisałoby się rozwiązanie przewrotne: szarowłosa powinna się wypiąć na przepowiednie i żadnego dziecka nie mieć, to całkiem w jej charakterze. W odpowiednim czasie przyszło wielkie zimno i wykończyło wszystkich, taki los. Sapkowski to zresztą sygnalizuje na początku "Pani jeziora", gdy Ciri mówi Galahadowi, że trochę zamieszała w przeznaczeniu. Widziałabym to jasno napisane, saga i tak jest przepełniona melancholijną konstatacją, że koniec zawsze jest taki sam, nieco później czy nieco wcześniej spotka nas jedno nieuchronne, nie ma sensu się bronić. Istotne jest tylko to, co po drodze, i tylko przez chwilę.


6 lutego 2017, 09:36 Komentuj (0)

---


Pani jeziora
Początek "Pani jeziora" jest okropnie irytujący. Wyparłam to i pewnie wyprę to znowu. Sapkowski jest oczywiście konsekwentny. Skacze w czasie pokazując, że historia, którą opowiada, jest tylko legendą. Kolejny raz robi to mistrzowsko. I drażni czytelnika udowadniając, że żaden happy end nie jest obowiązkowy. Z literackiego punktu widzenia to dużo lepiej, ale emocje nie chcą słuchać, a rozbudził je jak nikt. Przyznaję, kupił mnie chyba bardziej niż przy poprzednich lekturach, nie wiem czy to starcze zdziecinnienie, czy przeciwnie: przeczytawszy z biegiem lat masę wszystkiego przekonałam się dobitnie, że tak dobrych książek jest jednak bardzo niewiele. W zasadzie nie zależy mi na poznaniu przyczyny, byłam szczęśliwa przez wszystkie tomy, a jakby Sapkowski napisał, że księżyc jest zrobiony z twarogu, to wyszłabym na dwór i otworzyła buzię.

Saga odstawała od początkowych opowiadań rozmachem, skromne perypetie wiedźmina pogromcy potworów zastępując pożogą wojny ogarniającą cały świat. "Pani jeziora" odstaje od reszty sagi w ten sam sposób, nagle okazuje się, że nilfgaardzki najeźdźca i wszystkie intrygi to drobiazg w porównaniu z tym, co tkwi za kulisami: z wielością czasoprzestrzeni i ras rozumnych. Do tej pory okropnie krzywiłam się na ten pomysł, teraz myślę, że był naturalną konsekwencją odważnej decyzji o niesprowadzaniu akcji do prostego questu. Oczywiście nadal mam wrażenie, że Sapkowski wymyślał to w biegu, i pewnie tak było, ale rezultat jest jednak godny podziwu.

Niedostatek warsztatowy: w "Wieży Jaskółki" mamy bardzo wyraźnie podkreślonego narratora wszechwiedzącego (tam, gdzie Ciri jest u Vysogoty). W "Pani jeziora" Sapkowski dokonuje cudów zręczności, żeby tego narratora pominąć, wprowadzając Nimue i Condwiramurs (oczywiście kolejny raz robi to z denerwującym mistrzostwem). Poza tym sceny z nieszczęsnym Auberonem są okropne, źle pomyślane, przegadane i bezsensowne (Yennefer nie miała żadnego problemu z błyskawicznym magicznym zaradzeniem chwilowej niemocy męskiej Geralta, to co, elfy nagle nie umiały?) Za to scena biblioteczna rekompensuje wszystko, a jest tu jeszcze bitwa pod Brenną, z tym końcowym okrzykiem "orły" (jestem przekonana, że o napisaniu tego marzył ze ćwierć wieku, oraz chciałabym wiedzieć, ile czasu obmyślał spotkanie czwórki rudych medyków), jest finałowa rąbanina, piękna ze wszystkich stron, a szczególnie pojedynek na kratownicy. Jest pokazane, że nawet po zawarciu pokoju nie następuje żaden magiczny dobrostan, że w wojnie przegrywają wszyscy. I jest rozwiązanie kwestii Emhyra, zachwycające swoją bezczelnością. To po to wymyślał panią czasu i przestrzeni, panią jeziora, przepowiednie Itliny, Moc, szkolenie wiedźmińskie, jednorożce, prawa niespodzianki i przeznaczenie, żeby na koniec zrobić to? Powala mnie to absolutnie.

Co za doskonała, doskonała saga. Stworzeni w fantazji niegdysiejszego handlarza świat i bohaterowie są wieczni, prawdziwsi niż życie. Wystarczy otworzyć książkę, żeby ożywić ich kolejny raz.


3 lutego 2017, 09:28 Komentuj (2)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Towary Mieszane
Quijote
Idiomka
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Inka od wiatraka
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Odwodnik
Tuv
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Nielot
Trochę jedzenia
Żona No. 1
Ola
Hania
Barbarella

Prasa zagraniczna
Margot w Irlandii
Iskra w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Miski do mleka
Amerykanka w Polsce
Stardust
Nina już nie w Kalifornii
Thernity
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Aga emigrantka
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
Thea
W kątku z książką
Zupka
Helena
Prawdziwy dr House
Kwoka w dolinie
Mama grzdyla
Melissa
Chustka Joanny
Vestigia
Wężon
Nowojorskie gadanie
Towary mieszane
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Femme
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Snafu
Dzieci Thei
Laska
Działa, nie działa
Matylda
Stara panna
Uczy polskiego
Matka jego dziecka


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej