DS magazine
Bertrand Russell
Serce umiera ostatnie
- Oo, Atwood napisała na nowo "Szklany dom" Strossa - zaśmiałam się w pewnym momencie, ale mimo pewnego podobieństwa to jednak bardzo odmienne książki. Bliska przyszłość kryzysowa, zgodnie ze specjalnością Atwood; nie wydarzyło się nic specjalnego, ale Charmaine i Stan musieli opuścić swój dom i zamieszkać w samochodzie, co nie jest fajne również dlatego, że po ulicach włóczą się hordy zombie - znarkotyzowanych nastolatków o pustych spojrzeniach (genialnie trafny w swej prostocie pomysł). Bohaterowie podejmują dorywcze prace i raczej wegetują niż żyją, bez specjalnych widoków na przyszłość. Zatem kiedy Charmaine widzi w telewizji reklamę eksperymentalnego miasta, z pracą i mieszkaniem dla każdego, nie waha się ani chwili, podpisuje kontrakt nie przeczytawszy go dobrze, ale przecież nie może być gorzej niż na zewnątrz.

Mieszkańcy Consilience żyją i pracują przez miesiąc w przyznanych im mieszkaniach, do dyspozycji mają też skutery elektryczne. W następnym miesiącu idą pracować i mieszkać do Pozytronu, więzienia. Skojarzenie ze "Szklanym domem" miałam, bo w Consilience zakazane są filmy czy literatura stworzone po latach 1950. Wszechobecna jest też oczywiście inwigilacja, i centralne sterowanie. Wiemy, że to nie może działać bez względu na autentyczność entuzjazmu uczestników.

Lubię współczesność tej powieści napisanej już w tej dekadzie: są blogerzy i smartfony, i androidy służące do seksu. Mam mieszane uczucia, jeśli chodzi o resztę. Jeśli miała to być wizja dystopii, to jednak średnio oryginalna, zwłaszcza jak na autorkę "Opowieści podręcznej". Dużo miejsca Atwood poświęca miłosnej relacji protagonistów, i ten wątek w zasadzie nie potrzebuje otoczki sf. W połączeniu z tytułem aż się chce napisać jakiś straszliwy banał typu "miłość zwycięża wszystkie przeciwności". Trudno mi uwierzyć, żeby właśnie to było celem autorki.


30 sierpnia 2016, 09:29 Komentuj (0)

---


Diuna
Organoleptycznie przekonałam się, że nadal nie lubię "Diuny". Czytałam ją raz wieki temu i postanowiłam się przekonać, czy moja ówczesna niechęć jakoś uległa zmianie, w końcu to wielka klasyczna powieść. Niestety. Niech sobie będzie wielka, nie lubię, a najgłupsze, że nie wiem dlaczego. Mój mózg na indagacje wydusił z siebie "a bo to takie Starwarsowe", na co reszta mózgu padła plackiem, bo to w końcu Frank Herbert był znacząco pierwszy, a poza tym ja przecież lubię Star Wars, więc o co niby mi chodzi? Świat jest świetny, należało go wymyślić. Wykonanie jest doskonałe, chylę czoła szczerze. Całość nie zestarzała się ani na jotę przez pół wieku, które właśnie skończyła, duża rzecz. Krysnoże, Fremeni, jazda na czerwiu, szanowanie i zbieranie wody, filtr(fr)aki, wszystko bardzo ok. Harkonnenowie i Atrydzi - tu się zaczyna problem, nie lubię fantasy, pisałam już. Irytuje mnie Paul Atryda i cała jego przemiana, matka jego też mnie w zasadzie irytuje. Chyba się nie mogę z nikim tu utożsamić i to mi przeszkadza. Absolutnie nie znoszę tej sceny, w której Paul nagle oświadcza, że z powodów politycznych poślubi wiadomo kogo, a jego konkubina Chani na to się płaszczy i pyta nieśmiało czy ją w takim razie odrzuci. Chani, dumna Fremenka, zamiast wyjść trzaskając drzwiami - naprawdę, Herbert masz szczęście, że już nie żyjesz. 

I tak to. Największy problem w tej chwili sprawia mi decyzja, czy mam czytać dalsze części, których nigdy nie przeczytałam. Nie ma to chyba specjalnego sensu, skoro pierwsza mnie nie zachwyca; z drugiej strony sporo osób mówi, że podobała im się tylko oryginalna, może ze mną będzie odwrotnie. Kto to może wiedzieć.


28 sierpnia 2016, 21:40 Komentuj (0)

---


Inne rozkosze
Z zaskoczeniem odkryłam, że przeoczyłam jakoś "Inne rozkosze" Pilcha, tym większą przyjemnością było ich przeczytanie na wakacjach. To niedługa, znakomicie napisana opowieść, przywodząca nieco na myśl Hrabala, ale to po prostu Pilch, całkowicie osobny ze swoim Śląskiem Cieszyńskim, luteranizmem i wielopokoleniową rodziną żyjącą w dużym domu pamiętającym czasy pradziadów. Tam właśnie pojawia się pewnego wieczoru aktualna kobieta Pawła Kohoutka, z plecakiem i wielką walizą pełną książek, zdecydowana z nim zamieszkać. Nie bardzo jest dla niej miejsce, bo jest Oma, babka Kohoutka i pan Naczelnik, i pani Wandzia i matka pani Wandzi, matka Kohoutka i ojciec Kohoutka, Pastorowa i Pastor, i jeszcze przystojna żona Kohoutka oraz jego osowiałe dziecko. Wszyscy oni mogą ją zauważyć. Pokój może by się i znalazł, ale nie wynajmuje się pokojów żadnym przypadkowym ludziom, bo przecież chcieliby korzystać z łazienki i kuchni, co za koszmarna myśl (to najzabawniejsza scena książki i w ogóle jedna z najśmieszniejszych, jakie ostatnio czytałam). Aktualną kobietę Kohoutek umieszcza więc cichcem na strychu. W tle są urodziny Omy, babki Kohoutka, i ukryty przez nią gdzieś słój pulpetów wołowych, oraz doktor nauk weterynaryjnych Franciszek Józef Oyermah, leczący niezliczone pokolenia protestanckich zwierząt domowych.

Nie umiem zdecydować, czy większą rozkoszą w tej opowiastce jest śledzenie perypetii, dziejów, i charakterów bohaterów, czy samo napawanie się każdym idealnie napisanym zdaniem, doskonałym i trafnym. Zapomniałam, jak Pilch dobrze pisze, a teraz mam ochotę wrócić do jego innych książek, i do Hrabala.


26 sierpnia 2016, 09:28 Komentuj (0)

---


Dworzec Perdido
Znalazłam Mieville'a. Od pierwszej lektury minęło sporo czasu, niemało przez ten czas przeczytałam, i ciekawa byłam, czy to faktycznie jest tak dobre, jak mi się wydawało. Nie jest tak dobre; jest znacznie lepsze. Pierwsze trzy strony przykuwają do siebie w sposób hipnotyczny, a dalej jest tylko intensywniej. Po 270 stronach dość drobnego druku sapnęłam z niedowierzaniem "a przecież to się dopiero zaczyna!" - właściwie dopiero naszkicował ten świat i zaczyna go wypełniać. Na 270 stronach, niejeden by w tym trylogię zmieścił. Bez złośliwości, szanuję VanderMeera, ale naprawdę - stawać w szranki z Mievillem się jednak nie da. To jest tak niewiarygodnie intensywne, tak pomyślane i opisane, tak odważne, tak plastyczne i gęste, że zwyczajnie zapiera dech. Niemal bezczelne, Mieville pisze, jakby żadna fantastyka w ogóle poza nim nigdy nie istniała, jakby on to wszystko właśnie wymyślił, i właściwie można mu uwierzyć. Wszystko inne blednie. Może poza Huberathem; to dość zaskakujące skojarzenie, Huberath ma większy ciężar gatunkowy, Mieville to jednak rozrywka, ale obaj są mroczni i szczegółowi w podobny sposób. Obaj kojarzą mi się z malarstwem Boscha. Dlatego nawet nie próbuję pisać o czym to jest, bo każda taka próba byłaby jak powiedzenie, że Bosch malował takie kolorowe obrazeczki.

Ta powieść ma oczywiście pewne niedostatki logiczne. Jakim niby cudem ćmy nie znalazły wcześniej tak znakomitego terenu łowieckiego, jakim jest Nowe Crobuzon. Finałowa rozgrywka jest zdecydowanie napisana z myślą "o cholera, przecież to ma tytuł Dworzec Perdido, muszę ten dworzec gdzieś szybko wstawić, żeby jakoś to uzasadnić". Ale to naprawdę drobiazgi w obliczu tego oszałamiającego pokazu wyobraźni. Chciałabym również, żeby polski tłumacz nie zachowywał zangielszczonej nazwy "vodyanoi", tylko wrócił do oryginalnego słowiańskiego wodnika, którego swoją drogą Mieville wykorzystał naprawdę pomysłowo.

23 sierpnia 2016, 09:18 Komentuj (2)

---


Tyrolka
Nigdy mnie nie kusiły rozrywki typu ekstremalnego, żadne tam skoki ze spadochronem, paralotnie czy inne bungee jumpy. Nawet nie to, że strach, po prostu nie miałam i nie mam ochoty. To samo zresztą z jazdą konną, ładnie wygląda na filmach, ale ja i koń nie idziemy w parze. Ale jest jedna rzecz, która mnie pociągała od kiedy ją zobaczyłam bodaj w Fort Boyard: tyrolka. Dziecko robiło to w parku linowym, i cichcem bardzo mu zazdrościłam. No, nie aż tak, żeby samej leźć do parku linowego, oczywiście. W wakacje dotarliśmy do Skaliska w Złotym Stoku, a tam - tyrolka dla dorosłych, bez konieczności łażenia po linach. 
- Oo, zawsze chciałam spróbować tyrolki! - wyrzekłam nieopatrznie. Mówisz masz, otrzymałam bilet, uprząż, i wepchnięto mnie na szkolenie. Liny ze trzy metry półtora metra nad ziemią, wpięłam rolkę, dwa karabinki, i jazda. Właściwie może by to już mi wystarczyło, ale gdzie tam, idziemy na trasę. Pierwszy przejazd krótki, nisko i lekko pod górę, żeby się nauczyć wyciągać własnymi rączkami, jeśli nie dojedziemy do końca. Było ok. A potem doszliśmy do pierwszego prawdziwego zjazdu. Lina nikła gdzieś hen w oddali, zawieszona ze 100 metrów nad ziemią, grubości pajęczyny. 
-  Zostawiłam żelazko na gazie, właśnie sobie przypomniałam - oznajmiłam desperacko i odwróciłam się na pięcie. Zatrzymano mnie. Wpięłam się w linę, wzięłam głęboki oddech... nie pojechałam. 
-  Nie, nie i nie, to absurd, nie ma sensu, ja już nie chcę - uświadomiłam sobie dobitnie, że mam zawisnąć na paseczku szerokości 5 cm nad przepaścią, i przejechać kilkaset metrów po stalowej linie. To nie tak miało wyglądać, miał mnie przypinać specjalista, a nie ja osobiście tymi rączkami, i nie tasiemką, tylko jakimiś solidnymi pasami, i miałam przejechać raz, a potem zemdleć, a nie jeszcze chodzić pod górę i jeździć wielokrotnie.
-  Nie. - rzekłam stanowczo. Ale że niby co, nie pojadę, a potem będę żałować? 
Wzięłam głęboki oddech i pojechałam. Wrzeszcząc. Głośno. Bardzo głośno. Potem tych przejazdów było jeszcze 5, gdyż odwrotu już naprawdę nie było i były emocje. Przy ostatnim zjeździe odkręciło mnie tak, że całkiem już nie wiedziałam gdzie dół gdzie góra, na szczęście tam amatorów jazdy łapał znudzony młodzieniec.


21 sierpnia 2016, 18:02 Komentuj (5)

---


Niuch
Po VanderMeerze zajrzałam na półkę w poszukiwaniu Mieville'a, ale obok stał "Niuch", który czytałam tylko raz.

Vimes prowadzi dochodzenie, co jest jego chlebem powszednim, jako komendanta Straży Ankh-Morpork. Tyle że nie jest u siebie. Żona wywiozła go na wieś do swojej posiadłości rodzinnej, żeby odetchnął świeżym powietrzem, i odpoczął. Jak tu odpoczywać, kiedy napotyka się zwłoki brutalnie zamordowanej goblinki. Chociaż może nie ma to znaczenia, to w końcu nie ludzie, tylko najbardziej pogardzana z wielu rozmaitych ras Świata Dysku, w dodatku dogłębnie przekonana, że pogarda im się należy. I te specyficzne wierzenia religijne, ohyda. Gorzej, że Vimesa próbuje aresztować lokalny policjant... dziewiętnastoletni zalążek policjanta raczej, ale z tradycjami rodzinnymi. Jeszcze gorzej, że niektórzy mieszkańcy okolicy go nie cierpią jako diuka i właściciela sporej części tutejszych ziem, choć stosunek Vimesa do bycia diukiem jest znany od dobrych czterech poprzednich powieści i nie ulega zmianie. W tle Młody Sam, lat sześć, przeżywa fascynację produktami przemiany materii, a rodzice wcale go przed tym nie powstrzymują, w związku z czym możemy się z tej książki dowiedzieć, dlaczego właściwie krowi placek wygląda zupełnie inaczej niż to, czego pozbywa się z organizmu koń, choć przecież to zwierzęta podobne budową, wagą, i jedzące to samo. No nie mówcie, że nigdy się nad tym nie zastanawialiście.

To zdecydowanie jedna z moich najulubieńszych książek o Straży (nie, wcale nie mówię tego o każdej). Nie pamiętam, czy przy pierwszej lekturze zauważyłam aluzje do "Dumy i uprzedzenia", ale chyba nie mogłam tego przeoczyć. Oraz nie, nie ma żadnych przegadanych dialogów.


28 lipca 2016, 09:58 Komentuj (0)

---


Krivoklat
Ta nieduża, precyzyjna książeczka (nie wspominam o tym, że doskonale napisana, bo nazwisko autora to automatycznie gwarantuje) traktuje o obłędzie i sztuce, co jeśli się chwilę zastanowić, zadziwiająco często idzie w parze. Rzadko jednak w ujęciu takim jak u Dehnela: tytułowy bohater niszczy obrazy oblewając je kwasem siarkowym. Zamykają go w psychiatryku, spędza tam lata, wychodzi udając wyleczonego, i znowu. Historię poznajemy z pierwszoosobowej narracji Krivoklata, ale nie dowiemy się, jakie są jego faktyczne motywy. Wielokrotnie powtarza, że przecież je wyjaśnił, widać, że dla niego są logiczne, nie dla nas. Dehnel rozważa, czym jest sztuka (w szczególności malarstwo), jak z nim obcować, jak uczyć z nim obcowania, co nam właściwie daje, dlaczego myśl o świecie bez Wieży Babel Bruegla wcale nam się nie podoba. To obraz, którego zniszczenie narrator planuje w kulminacyjnej scenie, i również jeden z moich absolutnie ukochanych od lat, więc odbierałam lekturę bardzo osobiście. Choć nie wiem dlaczego i co by to zmieniło w strukturze wszechświata, gdyby oryginał przestał wisieć w Wiedniu. Być może nic. Może to właśnie jest tematem Dehnela: jak możemy kochać jakąś farbę na płótnie, albo inne czarne znaczki na białym tle, po co nam to. Kto tu właściwie jest obłąkany. A zupełnie innym tematem jest motywacja Krivoklata, im więcej o tym rozmyślam, tym mniej ją rozumiem - o ile tu w ogóle jest cokolwiek do zrozumienia.



27 lipca 2016, 09:27 Komentuj (1)

---


Zamknięty świat
Niemożliwe, żebym przedtem nie czytała tej książki, musiałam ją w takim razie czytać tylko raz i nie docenić. Silverberg kreuje tu utopijny świat ludzi żyjących na Ziemi w przyszłości w trzykilometrowych samowystarczalnych wieżowcach, nigdy ich nie opuszczając, mnożąc się w nich entuzjastyczne i nieskrępowanie, miejsca bowiem wystarczy przecież dla kolejnych miliardów. Rozmnażanie jest absolutnym priorytetem, każdy jest więc seksualnie dostępny dla każdego, wymiana partnerów następuje co noc, odmów nie ma - również po to, żeby unikać frustracji związanych z życiem w mrowisku (naciągany argument, wiem). To jest ta z pewnego punktu widzenia przyjemna wizja, którą autor zawarł w opowiadaniu "Szczęśliwy dzień w roku 2381", i którą powieść rozwija pod innymi kątami: okazuje się, że to nie taka znowu sielanka. Po pierwsze kobiety nie przechadzają się w celach seksualnych, to mężczyźni lunatykują, a kobieta siedzi w domu i czeka, kto przyjdzie ją pokryć, ładne mi wyzwolenie. (Jasne, że Silverbergowi akurat to w niczym nie przeszkadzało, mnie już bardziej). Po drugie z monady nie można wyjść. "Po co mielibyśmy wychodzić" dziwi się szczerze prawomyślny protagonista "przecież tu mamy wszystko, czego nam potrzeba!". Są jednak tacy, którzy zobaczyliby chętnie świat zewnętrzny - i realizują to marzenie, płacąc za nie bardzo wysoką cenę. Zresztą świat poziomy na Ziemi też wcale nie jest utopią. Po trzecie wiadomo, są równi i równiejsi. Wejście do grona równiejszych wymaga poświęceń nawet w tym pozornie totalnie wyzwolonym społeczeństwie. Są również inżynierowie moralni, którzy łagodnie naprostowują tych, którym życie w mrówkowcu cokolwiek przestało się podobać. A że przy okazji traci się dotychczasową osobowość - komu by to przeszkadzało, skoro osobowości jest na planecie 75 miliardów i nieustannie przybywa. Dlatego też tych, których naprostować się nie da, higienicznie i bez zbędnych rozważań wrzuca się do zsypni.

Kolejny raz jestem pod wrażeniem precyzji, z jaką Silverberg tworzy świat i pokazuje go z punktów widzenia różnych bohaterów. Jasne, ponosi go temperament twórcy erotyków, szczegółowo opisane biusty czy pośladki, nagość w różnych stadiach i pokrywanie z detalami przewijają się co chwila wszędzie: ale to nie przeszkadza. Przeciwnie, pozwala namacalnie odczuć możliwość takiej ewolucji gatunku homo sapiens, i się przerazić. Choć przecież - zupełnie przewrotnie - Silverberg wcale nie stara się nas straszyć. Na pierwszy rzut oka ten świat może wyglądać kusząco, żadnych problemów z miejscem do życia ani pokarmem, radosna swoboda obyczajowa, raj. Kiedy trochę poskrobać pozłotkę, wygląda to jednak inaczej - a autor umie skrobać. Zaskakujące, jak na tym, co pod innym piórem byłoby co najwyżej naciąganą i lekko niesmaczną fantazją erotyczną, i co prawdopodobnie z takiego pomysłu się zrodziło, Silverberg potrafi jakoś mimochodem zbudować dużo więcej.

26 lipca 2016, 08:52 Komentuj (2)

---


Kocia kołyska
Z Kurtem Vonnegutem było tak, że zapałałam do niego absolutnym uwielbieniem mając chyba dokładnie 15 lat, przeczytałam wszystko po parę razy, cytowałam, podrabiałam styl, nikt mnie nie rozumiał jak on - po czym nagle ze dwa lata później minęło mi całkowicie, przestałam rozumieć, o co mi w ogóle chodziło. To był pierwszy z (rzadkich jednak) razów, kiedy wyrosłam z jakichś książek, i przeżyłam to mocno.

Niechęć ominęła natomiast "Kocią kołyskę" (i opowiadania, w tym genialne i nadal aktualne "Witajcie w małpiarni", i być może nie obejmuje też "Syren z Tytana", ale czytałam je chyba tylko raz), którą teraz pod wpływem Jo Walton powtórzyłam, pierwszy raz od nastu lat. To nadal jest po prostu dobra książka, przyzwoite sf, z niewieloma manieryzmami, inteligentna i gorzkawa opowieść o końcu świata.

25 lipca 2016, 14:31 Komentuj (4)

---


Florence i jej partner
Obejrzałam ostatnio "Florence Foster Jenkins" z cudowną Meryl Streep. Bardzo dobrze zagrał jej agenta i życiowego partnera Hugh Grant, i to jest naprawdę ciekawa rola w tym filmie, na którą łatwo nie zwrócić uwagi, bo oczywiście jest Meryl. Nie dostajemy odpowiedzi na pytanie, czy Florence znała prawdę (na jakimś poziomie chyba musiała) ani na to o motywacje Bayfielda. Jasne, że finanse były niezwykle istotne, ale wcale nie jest tak, że człowiek dla każdych pieniędzy zrobi wszystko. Bayfield był aktorem, zapewne nie wielkim, ale chyba dość przyzwoitym, dałby sobie radę. Dla materialnych korzyści jego związek z Florence mógłby potrwać parę lat, nie do końca. Hugh Grant zdaje się sugerować w filmie, że doskonale się bawi. Czy Bayfield mógł to traktować jak swoją życiową rolę aktorską? Czy mogła go napędzać zwykła ciekawość, jak długo  uda im się ciągnąć tę mistyfikację? Czy coś takiego może wystarczyć na 36 lat życia? Nie dowiemy się, trochę żałuję.



24 lipca 2016, 18:25 Komentuj (0)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Towary Mieszane
Quijote
Idiomka
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Inka od wiatraka
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Odwodnik
Tuv
Wróciła z BuenosAires
Paradowska
Radziecki
Mignona
Nielot
Trochę jedzenia
Żona No. 1
Zimno i Troje
Ola
Hania
Barbarella

Prasa zagraniczna
Janina
Amsterdam
Miski do mleka
Amerykanka w Polsce
Stardust
Nina już nie w Kalifornii
Thernity
Dudla

Pożółkłe kartki
Aga emigrantka
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
Thea
W kątku z książką
Zupka
Helena
Prawdziwy dr House
Kwoka w dolinie
Mama grzdyla
Melissa
Chustka Joanny
Vestigia
Wężon
Nowojorskie gadanie
Towary mieszane
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Femme
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Snafu
Dzieci Thei
Laska
Działa, nie działa
Matylda
Stara panna
Uczy polskiego
Matka jego dziecka


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej