DS magazine
Bertrand Russell

"Luna: Moon Rising" Ian McDonald

McDonald wyciąga tu królika z kapelusza, ale nie można mieć o to pretensji, bo albo chcemy ciekawy i zaskakujący trzeci tom trylogii, albo idą, idą i idą wrzucić Pierścień, a Oko na nich patrzy, a oni idą. Jestem niesprawiedliwa, bo Tolkien ani nie napisał, ani nawet nie chciał napisać trylogii, ale to jest odwieczny problem, kto ma rację: czytelnik czy pisarz. Ja raczej stoję po stronie czytelnika.

Wracając na Lunę, okazuje się, że istnieje tam jeszcze jedna siła, o której nie było wcześniej wzmianki, ponieważ lepiej udawać, że ona nie istnieje. Doprawdy? Po pierwsze skąd oni właściwie mają pieniądze, po drugie już widzę, jak te ścierające się bezpardonowo potęgi Smoków pominęłyby zgodnie milczeniem tak smaczny kąsek. Ale cóż, w odpowiednim momencie pojawia się reprezentantka wszystkomająca: albo się kocha to rozwiązanie fabularne i wybacza, albo nie czyta dalej, na co oczywiście nie było mnie stać. Poza tym startujemy w tym miejscu, w którym skończyliśmy tom drugi, i będziemy oglądać, co robią nasi bohaterowie. Marinę oczywiście przewidziałam, ale to właściwie jedyne oczywisty tutaj pomysł. Przykro mi tylko, że gra jągrx avr mbfgnł ebmjvąmnal, gnx oneqmb pupvnłnolz mbonpmlć wrw ernxpwę an mzvnal an Xfvężlph, n Nevry an wrw cbjeóg. Zvnłnz grż cergrafwr, żr pv m qnpuh śjvngn avr ebmcbmanwą Nyrkvv - frevb, znwąp jlzlśyaą NV v onml qnalpu avr znwą antyr ebmcbmanjnavn gjneml? Bx, avr znwą xnfl an qbfgęc qb qnalpu, gb gebpuę głhznpml, npm avr qb xbńpn. Nyrkvn j qbqngxh wrfg punenxgrelfglpman, gnx śjvrżlpu mvryhavnxój avr zn jvryh.

Potem już żadnych pretensji nie miałam, ponieważ przyznaję, zakochałam się durną szczenięcą miłością. Racjonalna i trzeźwa część mózgu mówiła "ale on tu taki raczej egzaltowany jest, nie lubisz egzaltacji przecież" na co reszta z błogim uśmiechem odpowiadała "nie lubię, ale ten McDonald jest taki uroczo egzaltowany! Niech tu jeszcze sobie tak fajnie poegzaltuje, a ja się pozachwycam!". Ale nawet trzeźwa część mózgu musiała przyznać, że labirynt powiązań jest doskonały, że do końca nie wiemy, kto jest złym i komu należy kibicować (no dobra, poza Bryce'em), że wilki są tak dobrze pomyślane, że miasta z kwadrami to taki fajny i inteligentny pomysł. Że w 80% nadal nie miałam pojęcia, co dalej. Że jest tu sąd Claviusa i księżycowe prawo (należało to wymyślić), parkur na Księżycu (to też), Długi Bieg, malandragem, urocze nawiązania do Heinleina, King Dong, portugalski, "The Eagle has landed", żadnych Amerykanów, i Luna Corta. I że scena kulminacyjna jest taka dobra. W ogóle prosi się to o kontynuację, będę żyła nadzieją na kolejne tomy.

Spis postaci tu jest na końcu, nie wiem czy to różnica między tomami, czy specyfika polskiego tłumaczenia, podejrzewam to ostatnie. Na początku jest natomiast streszczenie poprzednich wydarzeń.


2019-10-23 09:40:24 Komentuj (0)

---


"Luna: Wilcza pełnia" Ian McDonald

Z dachu świata spada chłopiec. No, nie świata, tylko komory mieszkalnej, wysokiej na trzy kilometry, i nie spada na ziemię, tylko na księżyc. Ale nawet w tej grawitacji to będzie upadek co najmniej bolesny, a może i śmiertelny. Chłopiec to obecnie trzynastoletni Robson Corta-MacKenzie, a na Księżycu trwa wojna. Klan MacKenzie zgarnął wszystko, a Lucas upiera się, że musi udać się na Ziemię porozmawiać z możnymi tamtego świata. Urodzony na Lunie człowiek nie może oczywiście ot tak wylądować na błękitnym globie, grawitacja to surowa pani, a jego kości zupełnie nie są do niej przystosowane. A jeśli bardzo się uprze? A jeśli uważa, że to jedyny ratunek dla resztek jego rodziny? Tymczasem Marina Calzaghe staje przed wyborem ostatecznym: albo wraca na Ziemię, albo zostanie na Księżycu na zawsze. Nienawidzi Księżyca, oraz tego, jak traktuje ją Ariel. A wojna trwa.

Autor wprowadza nową postać w połowie książki, i samo to mnie zupełnie nie dziwi, natomiast miałam ze złe pomysł "pracuj dla mnie i pomóż mi uratować imperium, w tobie moja jedyna nadzieja" do osoby, którą poznało się wczoraj (i która nie jest Obi-Wan Kenobim). Na nieodwracalną decyzję daje się jej natomiast dwa dni. Tak, zauważyłam, że to fantastyka, i w dodatku materiał na serial, ale trochę umiaru by się przydało. Zirytowało mnie też natarczywe podkreślanie, jakim paskudnym złym jest Oelpr - nie wiem, dlaczego pisarze czasem tak uparcie przeginają, jakby czarny charakter nie mógł być miły i lubić zwierzątek. Nie, czytelnik musi koniecznie wiedzieć, kogo ma nienawidzieć, trzeba mu to podkreślić grubą kreską siedem razy.

Wszystko jednak wybaczyłam w drugiej połowie książki - dawno nie czytałam czegoś tak porządnie dramatycznego, zapominając o oddychaniu. Dalej zaś jest sześć stron o pieczeniu ciast, i to był moment, w którym wciągnęłam McDonalda (a przypominam, że znam go od lat i nigdy nie byłam jego fanką) na elitarną listę pisarzy, którzy mogą napisać WSZYSTKO. Potem w dodatku okazuje się, że żadne przypuszczenia czytelnika się nie sprawdzają, autor zaskoczy nas parę razy, a krajobraz księżycowy pod koniec drugiego tomu nabierze nieoczekiwanych kształtów.
 
To jest zdecydowanie jeden z najlepszych środkowych tomów trylogii, jakie znam. Do tego bardzo dobre tłumaczenie Próchniewicza ("człowiek zadłużony to człowiek mniej awanturujący się").

2019-10-21 09:49:18 Komentuj (0)

---


"Luna: Nów" Ian McDonald

Lunę polecał mi kolega już dawno temu, i czytałam zresztą z satysfakcją opowiadania McDonalda z tego świata (w tym fragmenty tej właśnie powieści, na przykład u Dozoisa), ale jak to ja, odkładałam ewentualną lekturę na bliżej nieokreślone kiedyś tam, bo taka fantasy księżycowa - czy ja wiem, pewnie mi się nie spodoba. Po czym przeczytałam - zresztą ponownie - "Wisznu w kocim cyrku" (ostatnie w "The Best" Dozoisa) , i znienacka opanowało mnie przeświadczenie, że cokolwiek McDonald by nie napisał, może nie będzie to olśniewająco oryginalne, ale będzie napisane znakomicie. Wobec czego natychmiast potrzebowałam Luny (dlaczego nie "Rzeki bogów", z której niczego nie pamiętam, nie podejmuję się zrozumieć).

Zaczyna się mcdonaldowo, mocnym obrazem: sześcioro nagich nastolatków płci obojga siedzi w śluzie księżycowej, czekając aż wypompuje się powietrze, a wtedy wybiegną na zewnątrz, żeby przebiec 20 metrów do drugiej śluzy. W próżni i po rozgrzanym regolicie, bo na Księżycu warunki są nadal takie same jak dzisiaj - to jest świat za niespełna sto lat. Mają 15 sekund na zrobienie 10 kroków, potem śmierć. Taki sport. Robi wrażenie i jest kompletnie bez sensu, ponieważ to są dzieci najbogatszych księżycowych rodów, pięciu Smoków rządzących tym światem twardą ręką. Już widzę, jak rodziny w nich inwestują latami, indoktrynują i płacą za tlen oraz edukację, żeby ot tak wystawić na śmiertelne niebezpieczeństwo. Ale to po pierwsze poetyka tego autora, a po drugie wprowadzenie w księżycową kulturę. To nie jest Ziemia. I zresztą słusznie, jak Ameryka to nie Anglia, i tak dalej. Oczywiście, że pionierzy wymyśliliby własne prawo i zasady, ostentacyjnie inne, choćby dlatego, że mogą. Na Księżycu prawa w naszym rozumieniu nie ma, są wyłącznie umowy i negocjacje, co zobaczymy w drugiej scenie powieści, też widowiskowej. A potem już przepadło i wciąga, chociaż długo wędruje się bez ustanku do początkowego spisu postaci, bo te defilują tłumnie przed oczami czytelnika. Jednym z głównym bohaterów jest w każdym razie nastoletni złoty młodzieniec Lucasinho Corta, syn Corta Hélio, potentatów helu-3, który sprzeciwia się ojcu i zaczyna życie na własny rachunek. Drugą bohaterką jest Marina, zieluniaczka (w oryginale Jo Moonbeam) przybyła z Ziemi ledwie dwa miesiące temu, z trudem wiążąca koniec z końcem w tej niełaskawej rzeczywistości. Ale to oczywiście migiem się odmieni, bo Marina przypadkiem trafi w sam środek wielkiej polityki. A takiej polityki jak McDonald nikt nie robi. Diuna może się schować. To już nie są finty w fintach w fintach, to cały labirynt powiązań, podstępów, przewidywań na 10 kroków do przodu, tajemniczych organizacji, ukrytych celów, starannie skrywanych sekretów.

Nie ma tu natomiast fizyki, czego się zresztą po tym autorze spodziewałam. Urodzeni na Księżycu czy jego stali mieszkańcy są do grawitacji przyzwyczajeni i przyjmują ją za coś normalnego, my z nimi. Natomiast Marina zasadniczo powinna miewać problemy z poruszaniem się - tak, jasne, szkolili ją tygodniami, ale nadal, to jest kompletnie inne otoczenie niż to, co znała całe życie. Trudno mi uwierzyć, że tak normalnie sobie biega po Księżycu i używa mięśni tylko wtedy, kiedy się przydają. Ale ponownie - to McDonald, śmiertelnie poważny, farsy tu nie będzie, od tego są inne książki. 

Cała ta powieść jest polemiką z "Luna to surowa pani", która z całą pewnością stanowiła natchnienie dla McDonalda. Kontrakty małżeńskie i swoboda seksualna niewątpliwie są odpowiedzią na heinleinowe małżeństwa grupowe, chowańce (familiars) to Mike (oraz trzej dostojni), a parokrotnie wzmiankowane pragnienie uzyskanie niepodległości od Ziemi jest żywcem z pierwowzoru. McDonald wytrzymuje wszystkie porównania, co przyznaję z pewną niechęcią, bo zawsze uwielbiałam Lunę Heinleina, ale jest XXI wiek i świeżego na nią spojrzenia nic nie zastąpi. I jest to doskonale napisane (chociaż kompletnie nie rozumiem, o co chodzi autorowi z modą, mógł sobie to darować - ale to też część kultury). Autor jakoś potrafi połączyć szalone rozbuchanie wyobraźni z prawdopodobieństwem psychologicznym, solidną ekonomią, niezbędną brutalnością, niedwuznacznymi opisami seksu (jest tu pewna naprawdę oryginalna scena, co rzadko zdarza mi się powiedzieć), i zaskakującą zwięzłością. Oglądamy tylko te sceny, które naprawdę są potrzebne. Większość innych pisarzy zrobiłaby z tego materiału ze trzy tomy. Oczywiście w dalszych częściach będzie zapewne z tego rozpędu korzystał. 


2019-10-19 09:33:22 Komentuj (0)

---


"Jutro będzie Zemsta. Dzienniki 1984-2005" Andrzej Łapicki

Spodziewałam się typowej aktorskiej minoderii, przemądrzałości i powiewów nudy. Nic bardziej mylnego. Ten dziennik przynajmniej na początku wciąga, jak dawno nic mnie nie wciągnęło. Łapicki zaczyna go pisać w przededniu swoich 60 urodzin, właściwie bez specjalnego powodu, o czym sucho informuje na wstępie. Okazuje się kronikarzem regularnym, rzeczowym, szczerym, zaangażowanym. Jest rok 1984 i jeśli nawet aktor nie interesuje się polityką, to ona interesuje się rektorem PWST. Łapicki musi lawirować, a potem zbliża się do władzy coraz bardziej. Jeszcze w 87 usiłują układać się z nią, na co najpierw wytrzeszczywszy oczy rzekłam "ależ panie Andrzeju, za dwa lata wybory, komuna zginie" po czym się zreflektowałam, że przecież nie mogli wiedzieć. Jakież to teraz wydaje się nieprawdopodobne. Ba, jeszcze w 88 kompletnie nie wiedzą, dokąd to doprowadzi. Łapicki przyjmuje propozycję kandydowania do Sejmu, nie wierząc w wygraną, to wszystko jest chaotyczne, zmienia się z godziny na godzinę. Wygrana budzi ogromne niedowierzanie i entuzjazm, który błyskawicznie umiera. Solidarność się dzieli, niedawni wspólnicy kłócą się z Wałęsą, o którym aktor będzie pisał coraz gorzej. Zniechęca się do polityki, jedyną miłością pozostaje teatr - oraz wnuczka Weronika. Wspomina mimochodem, że wyszedł z jubileuszu Kobuszewskiego, żeby po nią pojechać - on, prezes ZASP. Wzbudził tą wzmianką mój ogromny szacunek.

Jestem bardzo negatywnie nastawiona do KK, byłam zawsze, i radykalizuję się coraz bardziej, straciwszy do nich ostatnio wszelki respekt. Natomiast Łapicki sprawia tu wrażenie człowieka autentycznie związanego z wiarą i Kościołem (oczywiście to aktor, może być, że taką osobę tylko gra, ale jeśli tak, to bardzo konsekwentnie i całym sobą). Czego by tu nie wynajdywać, to nie jest na pokaz. Od początku w Kościele upatruje siły zdolnej przeciwstawić się komunie - i zresztą przecież ma rację.

Poza tym jest tu oczywiście i przede wszystkim teatr. Podskakiwałam na łóżku przypominając sobie, że ja przecież widziałam te "Damy i huzary", te "Śluby panieńskie" w Polskim, byłam na "Letycji i lubczyku" chyba w tym samym momencie, w którym on. Pamiętam dokładnie wszystkie te przedstawienia i nazwiska. Ba, Łapicki nawet zaszczyca swoją obecnością pierwszy polski musical "Metro" (komentuje, że dobre piosenki, ale dyskoteka), przy którym z miłości pracowała wtedy moja siostra. Aktor niczego nie robi na pół gwizdka, ma już 65 lat, narzeka na zdrowie, ale chodzi na wszystkie sztuki, gra w teatrze, gra w filmach, bezustannie lata po świecie; jest oszałamiający. Owszem, bywa nieprzyjemnie pogardliwy wobec ludzi, regularnie pojawiają się tam jakieś "przekupki" i niskie oceny inteligencji otoczenia (ze strony człowieka, który spotkanie z Mrożkiem podsumował "miło sobie porozmawialiśmy. Dobry łosoś."), ale no cóż, jest w końcu Andrzejem Łapickim, czołowym amantem sceny polskiej, rektorem, byłym posłem, i tak dalej. I tak jest skromniejszy, niż się spodziewałam po tym nazwisku i tak prywatnych zapiskach. Zaskoczyło mnie natomiast bardzo, że ten zawodowy aktor, po całym życiu spędzonym na scenie, przy wystąpieniach politycznych ma ogromną tremę. Najwyraźniej łatwiej mu mówić cudzym tekstem niż własnym. Ciekawe.

Zapiski poprzedzone są wyjaśnieniami córki aktora Zuzanny, która się w nich regularnie pojawia, na początku bowiem rozwodziła się ze swoim ówczesnym mężem, Danielem Olbrychskim zresztą. Przyznam, że dziwiła mnie nieco decyzja o pozostawieniu dotyczących ich fragmentów, bo Łapicki bywa bardzo jednoznaczny w swoich ocenach i sugeruje, że rozstanie nie przebiegało bynajmniej gładko. Co zresztą nie przeszkodzi mu za chwilę z Danielem współpracować. Zuzanna zresztą uprzedza, że ojciec taki był, żadnych umiarkowanych uczuć, miłość albo nienawiść, czasem zmieniające się błyskawicznie. Wierny jest tylko Tadeuszowi Konwickiemu, którego wielbi i szanuje.  Czym dalej w lekturę, tym bardziej widać tę dwoistość uczuć: raz kocha i widzi sens tylko w tym, tydzień później nienawidzi i już nigdy nie będzie tego robił. Schodzi ze sceny, żeby zaraz na nią wrócić. Narzeka na prezesowanie ZASPowi, po chwili znowu daje się wybrać i cieszy go ta popularność.

Ostatnie lata to już narzekanie na starość, domaganie się śmierci, znudzenie światem, nieustanne powtarzanie, że nie będzie robił teatru, bo teatr to dla głupków albo młodych (po czym oczywiście ten teatr robi). Zabawna, chociaż chwilami bardziej żenująca, jest ciągnąca się dekadami zawiść wobec Holoubka. Nie ma tygodnia bez nienawistnej wzmianki o tym, jak Gucio świetnie się trzyma, jeździ, pali, pije koniak i będzie żył wiecznie. Z przykrością też odbiera się narastającą pogardę wobec władz wybranych pod koniec XX wieku oraz ich wyborców. Nie wiem, czy tu starość tłumaczy wszystko, czy były inne czynniki, ale z pewnością to symptom obecnego rozdwojenia. Jest natomiast koło 2001 wzmianka o tym, że Kościół broni pedofili.

Dziennik kończy się w dniu śmierci żony. Drukowanymi literami widnieje słowo "KONIEC". Wzruszające, jeśli prawdziwe. Żałuję, że nie pisał do końca (albo, że nie zostało to ujawnione), bo jednak jestem ciekawa, czy młoda żona pozwoliła mu przestać się nudzić pod koniec życia i czy dodała mu nieco energii i chęci do życia. I jak widział przepaść między nimi. Raczej się już nie dowiemy - nawet jeśli te zapiski istniały, to niechętna nowej żonie rodzina je z pewnością zniszczyła.

Drugą połowę książki zajmują obszerne biogramy wszystkich wzmiankowanych postaci opracowane przez Jacka Szczerbę, indeks nazwisk i zdjęcia z archiwum Zuzanny.

2019-10-17 09:19:37 Komentuj (2)

---


"Love etc" Julian Barnes

Po francusku ta książka nosi tytuł "10 lat później" (ponieważ tytuł "Love etc" nosi pierwszy tom, brawo Francuzi) i dokładnie tym jest: po dziesięciu latach wracamy do bohaterów "Pomówmy szczerze", ponownie wypowiadających się w wielogłosie zwierzeń nie wiadomo dla kogo przeznaczonych. Najsłabszym fabularnie pomysłem jest to, że bohaterowie spotkali się ponownie, co jest mało prawdopodobne i pozbawione sensu. Nie wraca się do starych przyjaźni ani miłości, zwłaszcza po takim obrocie spraw. Ale tutaj tak się stało, i dalej Barnes wygrywa na tych strunach przejmująco smutną (aczkolwiek miejscami oczywiście szalenie zabawną) opowieść o miłości, braku miłości, życiu i życiowych wyborach. Do you run your life, or does your life run you? Być może najwnikliwszy jest tutaj jest passus Mme Wyatt, kiedy już przestaje udawać. A może porażająco szczera wypowiedź nieobecnego ojca Gillian, który rozważa możliwość spotkania się z córką, ale rezygnuje z tego w imię świętego spokoju. Jakież to typowe.

Angielski tytuł natomiast pochodzi od tak zatytułowanej teorii Olivera: "the world divides into people for whom love is everything and the rest of life is a mere ‘etc.,’ and people who don’t value love enough and find the most exciting part of life is the ‘etc.’". Można to rozważać na wiele sposobów, ale jedno jest absolutnie jasne: miłość bynajmniej nie prowadzi do szczęścia. Można też debatować, który z bohaterów zawinił najbardziej, a który został słusznie ukarany, lecz pamiętając, że autor będzie zawsze co najmniej krok przed nami. Być może bowiem nie o winę i karę tu chodzi, tylko zwyczajnie o życie. To, które się wydarza wbrew planom i postanowieniom, w czasie kiedy akurat nie patrzymy.

"It’s that unanswered, unanswerable question about the lives we could have led and didn’t; the abandoned alternatives, the forgotten choices. What do you think?"

2019-10-15 10:27:49 Komentuj (0)

---


"Pomówmy szczerze" Julian Barnes

Ona, on, i jego przyjaciel, nic bardziej banalnego pod Słońcem, nic prostszego - i nic bardziej skomplikowanego, jak się okazuje w trakcie lektury. Kiedy Stuart, nudny finansista, który nie ma wyglądu, elokwencji, fantazji ani śmiałości do kobiet, lecz za to umie zarządzać pieniędzmi, poznaje Gillian, z początku wszystko układa się znakomicie. Przyszła żona akceptuje Olivera, najlepszego przyjaciela Stuarta, jego całkowite przeciwieństwo: radosnego lekkoducha, erudytę i podróżnika, zawsze gotowego do wygłupów i obracającego wszystko w żarty. A potem Stuart i Gillian biorą ślub, a Oliver odkrywa, że jest w niej zakochany. Czy odsuwa się na bok, jak powinien zrobić najlepszy przyjaciel? Nie, zaczyna dziewczynę zdobywać. Czy ta lojalnie mówi o wszystkim mężowi lub chociaż stanowczo odcina Olivera? Też nie (ale to wszystko naprawdę nie takie proste). Ich wzajemne powiązania wikłają się coraz bardziej, ale lektura nie byłaby tak wciągająca, gdyby nie to, że oglądamy sytuację jednocześnie z kilku punktów widzenia. Każdy z głównych bohaterów, plus kilkoro postaci pobocznych, zwierza się szczerze tajemniczemu odbiorcy - można się domyślać, że samemu autorowi. Z biegiem lektury odkrywamy, że nic tu nie jest jasne ani oczywiste. Że żadne motywy nie wyjaśniają wszystkiego, co się wydarza. Że to, co zachowujemy w pamięci, ma niewiele wspólnego z tym, co wspomina druga osoba.

To książka z 1991 roku, lżejsza niż późniejsze tego autora, ale Barnes prowadzi nas przez ten wielogłos z właściwą sobie maestrią i poczuciem humoru. Pozwala nam wierzyć, że przejrzeliśmy jego zamysły i wiemy lepiej, żeby potem te odkrycia delikatnie wyśmiać. Protagoniści okazują się bardziej skomplikowani, niż wydawać by się mogło na początku.

Powieść zadedykowana jest oczywiście żonie Barnesa Pat, w czym dopatrywać się można drugiego dna, bo ta krótko po ślubie opuściła go dla Jeanette Winterson, żeby potem wrócić do męża. Czy coś z tego znalazło się w książce, nie wiadomo. 


2019-10-13 14:04:04 Komentuj (0)

---


Tokarczuk!

Tak się cieszę!


2019-10-10 14:00:34 Komentuj (1)

---


"Lampart" Giuseppe Tomasi di Lampedusa

Ta powieść wisiała nade mną jak miecz Damoklesa od czasu, gdy usiłowałam ją przeczytać jako nastolatka, i poległam szybko. Zupełnie zresztą nie wiem czemu, bo byłam fanką na przykład "Trzech muszkieterów", którzy może są bardziej przygodowi, ale językowo i fabularnie też zawikłani. W każdym razie od tamtych odległych czasów gdy tylko myślałam, że wypadałoby to w końcu przeczytać, to stara blizna w mózgu się odzywała mówiąc "o nieee, to nudziarstwo? Nie!". Wpadłam więc na pomysł użycia tego jako audiobooka na drogę (w starym tłumaczeniu, jest nowsze pod tytułem "Gepard"), co okazało się strzałem w środek tarczy. Di Lampedusa natychmiast podbił moje serce.

Wszyscy wiedzą: bohaterem jest sycylijski książę Fabrizio Salina, w 1860, kiedy rozpoczyna się opowieść, pod pięćdziesiątkę, ale jeszcze pełen sił witalnych, pasjonujący się astronomią. Ma żonę i dzieci, ale od swojego syna zdecydowanie woli siostrzeńca, Tancrediego Falconeri, cynicznego młodzianka. Na wyspie lądują Czerwone Koszule Garibaldiego i rozpoczynają się przemiany obyczajowe, którym książę przygląda się ze spokojem. Di Lampedusa bywa zabawny, miejscami śmiałam się na głos z rozmaitych złośliwostek. A o tym, że jest to powieść pełna rozmachu, nikogo nie trzeba informować, to nawet ja wiedziałam. Teraz wiem również, że bynajmniej nudna nie jest.

2019-10-10 11:03:55 Komentuj (0)

---


"Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz" Filip Springer

To jest książka o duńskich mostach, których jest bardzo dużo, ponieważ Dania jest archipelagiem.
To jest książka o prawie Jante, fikcyjnej małej miejscowości z przedwojennej powieści "Uciekinier przecina swój ślad" Aksela Sandemosego, Duńczyka, który uciekł do Norwegii, i który spisał obowiązujące w jego miasteczku rodzinnym prawa w następującym brzmieniu

1. Nie sądź, że jesteś kimś.
2. Nie sądź, że nam dorównujesz.
3. Nie sądź, że jesteś mądrzejszy od nas.
4. Nie wyobrażaj sobie, że jesteś lepszy od nas.
5. Nie sądź, że wiesz więcej niż my.
6. Nie sądź, że jesteś kimś więcej niż my.
7. Nie sądź, że się do czegoś nadajesz.
8. Nie wolno ci się z nas śmiać.
9. Nie sądź, że komuś na tobie zależy.
10. Nie sądź, że możesz nas czegoś nauczyć.
aż do jedenastego "Myślisz, że nic o tobie nie wiemy?".
Oprawione w ramki prawo Jante wisi na ścianach w duńskich domach. Albo nie wisi, zależy kogo zapytać. I kto pyta.

Przybyłemu z Polski reporterowi Duńczyk rano przy śniadaniu mówi "Zauważyłem, że zasłoniłeś na noc okno".

To jest książka o pogoni za nieuchwytnym Olem. Może nieistniejącym.
To jest książka o pewnym egzemplarzu "Uciekiniera" z dopiskami na tylnej wyklejce, które zdradzają, kto był pierwowzorem postaci powieściowych, bynajmniej nie przedstawionych w pozytywnym świetle przez Sandemosego.
To oczywiście nie jest książka o Danii, niby jak jeden cały kraj mógłby się zmieścić w jednym reportażu. Nawet nieliniowym, „ponieważ życie nie jest linią”.

2019-10-08 11:57:53 Komentuj (1)

---


"The Testaments" Margaret Atwood

Popularnym motywem w opowiadaniach z gatunku rzeczywistości alternatywnej jest odnajdywanie rozmaitych dzieł, które w naszej linii nie zostały stworzone, na przykład książek czy utworów muzycznych. Czuję się jak bohaterka takiego opowiadania, przeniesiona do świata, w którym istnieje druga część "The Handmaid's Tale". Dopisywanie ciągów dalszych w znanym mi 2019 nie jest wprawdzie niczym zaskakującym, wręcz ostatnio trudniej znaleźć rzeczy istniejące wyłącznie w jednym tomie, ale akurat "Opowieść podręcznej" znam prawie całe życie. Ze wszystkimi swoimi skazami jest dziełem skończonym i kompletnym, i do chwili wzięcia w rękę kontynuacji nie bardzo w nią wierzyłam, nawet jeśli wiedziałam, że powstaje, a poza tym zawsze chciałam wiedzieć, jak Gilead upadł. Otóż to.

Atwood zachowuje logikę swojej pierwszej powieści: czytamy relacje trzech kobiet. Pierwsza spisuje swoją własnoręcznie, co w Gileadzie było oczywiście surowo zabronione, ale nie jej. Jest Ciotką i to jedną z najważniejszych. Może łamać zasady, które sama tworzyła i których przestrzegania przez innych pilnuje obsesyjnie. Jej opowieść będzie o tym, jak to się stało, że kobieta będąca w poprzednim świecie sędzią, wykształcona i niezależna, została Ciotką. Inaczej jest w przypadku pozostałych dwóch wątków: tu ktoś inny, ewidentnie już po upadku reżimu, nagrywa zeznania dwóch narratorek. Jedna była wychowywana w Gileadzie od wczesnego dzieciństwa, nie pamięta innego świata. Była w dodatku córką ważnego Komendanta, przeznaczoną na Żonę kogoś równie ważnego. Druga natomiast w wieku 16 lat jest zwykłą kanadyjską nastolatką, widującą tylko gileadzkie misjonarki. Jej tożsamość jest błyskawicznie oczywista, i nie ukrywam tego, ponieważ i w książce wyjaśnia się dość szybko. Gorzej, że oczywiste są również poczynania Lydii - muszą, jeśli mamy dowiedzieć się prawdy, ale przez to całość robi przynajmniej na początku wrażenie szytej bardzo grubymi nićmi. Trudno sobie wyobrazić, że Judd, który nie mógł być tak całkiem głupi, bez zastrzeżeń jej wierzył. Również oglądanie świata oczami młodej Agnes urozmaicone jest prawdami objawionymi, żeby przypadkiem nam nie umknęło, jak zły jest Gilead. Jest zły, ale doceniłabym nieco więcej subtelności, choć oczywiście czyta się doskonale, i do końca nie wiedziałam, jak wygląda plan Lydii. Zaskoczyło mnie również cbjvąmnavr Qnvfl v Ntarf.

Zazdroszczę tym, którzy odłożywszy książkę westchną z ulgą, że to tylko fikcja literacka. Niestety nie, wystarczy spojrzeć na niektóre kraje arabskie - może nie jest tam aż tak źle, może kobiety potrafią przynajmniej czytać, ale to niewielka pociecha. Ba, wystarczy spojrzeć na własny kraj macierzysty. Tak, dziewczynki mogą tam iść do szkoły i uczyć się tego co chłopcy, za to nie mogą nie urodzić dziecka. Poza tym licznym obywatelom odmawia się prawa do poślubienia ukochanej osoby, w majestacie prawa. Zastanawiałam się, czy gorsze jest odebranie praw, które się już miało - jak w Gileadzie - czy można tłumaczyć, że przecież nigdy tych praw nie mieli - jak w Polsce. Uważam, że nie ma różnicy: to nadal jest odbieranie możliwości obywatelowi, który absolutnie niczego nie zrobił, żeby zasłużyć na taką karę. Tylko dlatego, że jest się silniejszym. Prawo dżungli udające cywilizację.


2019-10-06 12:59:27 Komentuj (2)

---





Poprzednie
Stopka redakcyjna
Jeśli mnie znasz
Jak żyć?
Żyć czy mieć?
Motto na całe życie
O feminizmie
RSS

Prasa codzienna
Dzienniki i tygodniki
Teklak
Lumpiata
Towary Mieszane
Kaczka
Nie tylko Musierowicz
Supermarket
Matka Sanepid
Z piekła rodem
Daisy
Batumi
Zuzanka
Bajeczki z Ikei
A kocica
Zakurzona
Radziecki
Odwodnik
Wróciła z BuenosAires
Radziecki
Mignona
Żona No. 1
Ola
Barbarella

Prasa zagraniczna
Amerykanka w Krakowie
Żyrafa w Izraelu
Sistermoon w Irlandii
Anglik w Polsce
Margot w Irlandii
A.I.w Szwajcarii
Janina
Amsterdam
Stardust w NY
Nina w Urugwaju
Dudla

Pożółkłe kartki
Paradowska
Zimno i Troje
Małgośka
Filip na Fiji
Małe Szopy
Nie śpią
Szyper
Magiczna biblioteka
W kątku z książką
Prawdziwy dr House
Melissa
Chustka Joanny
Nowojorskie gadanie
Żydóweczka w Nowym Świecie
Maraska
Passentówna
Emigracyjny
Żydóweczka
Wawrzyniec P.
Wawrzyniec 2.0
Miski do mleka
Quijote


Magazyny ilustrowane
Oglądanie tego boli
Pokropka
Submachiny
Ouverture Facile
Kotecki
Inne kotecki
Aaaby-sprzedac
Killer sudoku
Garfield
User Friendly
Dilbert


Numery archiwalne


Indeks książek
O książkach na bieżąco
O książkach archiwalnie
O filmach na bieżąco
O filmach archiwalnie
O Paryżu na bieżąco
O Paryżu archiwalnie
Polka we Francji: teraz
Polka we Francji: dawniej
Poza domem